Kochana rodzinka!

Miałam opublikować ten wpis przed wczoraj, ale kolejne wizyty u lekarza zmieniły mi plany, tak wiec dodaję dziś.

Ciężki dzień za mną. Mój wierzchowiec się podbił (jest to uderzenie w kopyto, po którym wewnątrz puszki kopytowej zaczyna gromadzić się ropa.)  W nocy nie mogłam usnąć, myśląc tylko o tym czy będę w stanie pomóc mojemu zwierzakowi, gdy zajdzie taka potrzeba i stan okaże się poważniejszy… Na szczęście proste badania weterynaryjne zrobić umiem, a sprawa, jak na razie wydaje mi się być nie groźna. Jednak nie umniejsza to okładów, schładzania kopyt i wyprowadzania zwierzątka na miękkie podłoże… Żal mi go, gdy coś go boli.  Kiedyś, w bardzo młodym wieku chciałam iść na weterynarię. I nawet z moją cierpliwością oraz chęcią nauki obcowania ze zwierzętami bym się do tego nadawała. Gorzej z psychiką. Wzrusza mnie widok cierpiących zwierząt i bardzo wkurza, gdy nie mogę bądź nie potrafię im pomóc…

Stwierdziliśmy z Nietoperzem, że się spotkamy, w końcu zaczyna się lato. Muszę przyznać, że jakoś tak samo wyszło. Ani on nie naciskał, ani ja zbytnio nie chciałam, bo nie lubię relacji tworzonych na siłę i ciągnięcia rozmów, gdy nie czuje zrozumienia oraz chęci z tej drugiej strony. Ale po jakiejś dłuższej przerwie, którą już z resztą się nie przejmuję, odezwał się, z lekka będąc w stanie „bujania w obłokach” i napisał, że chce się spotkać i ma wielką nadzieję, że ja również będę chciała, że to kiedyś nastąpi itp. Eh… Co ta „magiczna” substancja robi z ludźmi… Nie powinnam, wiem, ale cóż, myślę sobie, że trochę wyluzowania mi się przyda, a on jest takim pozytywnym wariatem, że może przynajmniej Three generation family on country walksię pośmieje… Stwierdziłam jednak, że nie zaproszę go do domu… Moja rodzina jest zabawna. Najpierw przez tyle lat udowadniali mi, że nie mogę nikogo mieć, bo nauka jest najważniejszym elementem życia, a teraz, na gwałt szukają mi faceta! I to wśród wszystkich, jacy przewiną się przez moje rancho. A wiadomo, jak to w takim miejscu. Więc co kilka dni mam propozycję: był już syn mężczyzny, który wozi węgiel, facet, który rozwozi drzewo, czy ten, który ma tartak… Bo, jak to stwierdził Dziadek, chłopak powinien umieć rąbać drzewo! Eh… szykują się ciężkie czasy i ciągłe odmowy. To są kochani ludzie i mają dobre serca, tylko kompletnie nie rozumieją pewnych rzeczy i nie potrafią przestawić swojego myślenia… Ale, gdy powiedziałam, że sama sobie znajdę, jak będę chciała, to odpuścili, na jakiś czas…

Z tego też powodu nie chciałam, żeby Indianer się znalazł w moim domu, ale jakoś się nie złożyło. M. natomiast cierpliwie znosił te wszystkie pytania , delikatnie nawet uśmiechając się w moją stronę, ciesząc się nawet z tego, że traktują go jak mojego potencjalnego chłopaka, którym na tamten czas chciał być… Natomiast już widzę całą sytuację w przypadku Nietopka, który jest starszy od M. i miałby przyjechać z daleka. Babcia, która z dobrego serca robi mu kawę, czy herbatę , reszta rodzinki, która się schodzi, siada naprzeciw niego i… zaczyna rozmowę…

– Skąd jesteś?
– Jak się poznaliście?
– Gdzie się uczysz i gdzie pracujesz?
– Czym zajmuje się Twoja Mama i Tata?
-itp….

Potem jeszcze przychodzi Mama i pyta, gdzie chce studiować, czy chce się doktoryzować  i podobne pytania dotyczące wykształcenia. Na końcu stwierdzając, że i tak jest do niczego, jak z resztą każdy, którego poznała, bo o niektórych postaciach, które przemknęły przez moje życie nie słyszała z tego właśnie powodu, że i tak, znałam już odpowiedź…

No i sobie wyśmienicie porozmawiamy! Nie ma co! 🙂 Później jeszcze Dziadek zacznie opowiadać, jak to było wspaniale, kiedy był w wojsku i gotowe! Opowiada to wszystkim napotkanym przez siebie ludziom… Wyborne spotkanie rodzinne! A Nietoperz wychowany sam, może nie być w nim tyle pokory… Co prawda ma szacunek do starszych, ale gdyby jakoś ostrzej zareagował, trochę bym go nawet zrozumiała, bo ile można słuchać o duchach, które straszą na cmentarzu i wojsku, jeśli się przyjechało tyle kilometrów? Poza tym nie mogę go zaprosić do domu, bo przecież wici się rozejdą, wiadomość dotrze do mojego ojczyma, a potem do M. A nie mogę mu tego zrobić, żeby był smutny. To jedyna osoba, która pomogła mi pozbierać się po debilu, który się na mnie mścił za to, że chciałam mu pomóc. M. wytrzymał,wspierał mnie, nie oceniał, choć nawet bliskie osoby potrafiły mi w ten czas powiedzieć, że jestem idiotką… ale kolejnego nie wiem, czy by wytrzymał, choć ten debilem nie jest. Byłby na pewno smutny i choć nie wiem, czy ma jeszcze nadzieję na pewno, to może ją mieć. To jeszcze bardzo młody chłopak i świat odbiera inaczej, więc może jakieś marzenia mieć związane ze mną, a przecież mi tego nie powie tak wprost, bo to jednak trudne, ja jestem dorosła… I choć nie chce się ograniczać, to nie zrobię mu przykrości…

Reklamy