Zagubiona…

Stałam się zagubioną, choć właściwie patrząc obiektywnie nie miałam do tego powodów… 

„Z maila pisanego…” -7 listopada ’16.

Czasami mam takie wrażenie, jakbym żyła w letargu. Właśnie teraz takie mam chwile. Dlatego niczego nie pisałam, potrzebowałam chwili ciszy, jakiegoś odizolowania się od wszystkich i wszystkiego… To, co się dzieje w mojej głowie jest czasem dla mnie przerażające. 

Zmieniają się wokół mnie ludzie, ciągle ich przybywa… A co najważniejsze przybywa tych „prawdziwych ludzi”, z czego się cieszę… Moje życie się zmieniło… Jednak… Jakim kosztem? Zastanawiam się czasem, ile przyjdzie mi za to zapłacić…? 

 Wśród środowiska uczelnianego na początku byłam bardziej z boku, bo młodych mało, a jak już byli to pomysły mieli tak dziwne, iż nie sposób było ich zrozumieć. Teraz mam kolegów… przez przypadkową rozmowę, więc dziewczyny mnie nie cierpią,”cześć” nawet nie mówią.  Z tym, że… jeden się chyba we mnie zakochał… Jest mną zafascynowany, pisze ciągle, wszystko mu się podoba. A ja, no cóż… też mu odpowiadam, choć na początku było to z czystego interesu, żeby nie być samej w tej grupie. Jak z nim piszę przez sms, to widzę (jeśli to, co piszę jest prawdą), że chłopak jest inteligentny, możemy podyskutować na wszystkie tematy, zawsze mi chce pomóc… Akceptuje wszystko, łącznie z moimi dziwactwami. Ogólnie… opiekuje się mną jak tylko potrafi. Nieba by chciał przychylić. To jest miłe, sympatyczne… ale z drugiej strony podchodzę do tego z ogromnym dystansem. Tak samo było z M. i wyszło, jak wyszło… potem zostaje tylko cierpienie…:(

Nie wiem, czy ta pierwsza rozmowa była przypadkiem, czy nie, poznaliśmy się przez zainteresowania… taka zwykła, dobra rozmowa… Widziałam, że mnie słucha z zainteresowaniem. 

Rodzina się cieszy, bo coś niecoś powiedziałam, więc się cieszą, bo sobie „chłopaka” znalazłam, dobrego, jeździć chce, podwozić, pomagać… A to przecież nie tak w moim odczuciu… 

Ja sama nie potrafię nikomu zaufać, fakt też, że krótko go znam, bardzo krótko… i wiem, że fakt, iż dobrze się rozmawia, może być chwilowy… Z resztą, bardzo ciężko mnie do siebie przekonać po tym wszystkim… Dla mnie jest na razie dobrym kolegą… ale nie tylko chyba z powodu poprzedniego zranienia… 

A ten drugi powód, chyba prawdziwy jest o wiele, wiele gorszy… 

Jest na świecie taka jedna osoba, przy której  czuje dobrze i czuję, że mogę być sobą… Nie wiem, czuję się po prostu szczęśliwa…. A najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że on też nie pozostaje całkowicie obojętny na moje słowa, gesty… Choć to śmieszne, bo ciągle poznaje nowych ludzi, a takich kobietek ja ma na pęczki. To są gwiazdy, uwielbiane, dmucha się na nie i chucha, uwielbia… a fanki skaczą pod barierkami… Ja własnie nie zostałam fanką… może dlatego? 
Nie wiem, ale jeszcze bardziej dziwaczne i smutne jest to, że… to już dorosły facet, nawet bardzo dorosły facet… Wraz z tym wszystkim, co przeżył…

Nie wiem już, co mam o tym wszystkim myśleć. Nawet nie przeszkadza mi wiek, ale… to wszystko jest takie zwariowane… A nawet nie mogę nikomu powiedzieć, nie chcę…

Najgorsze to to, że za nim po prostu tęsknię… 

Podobno każda kobieta chciałaby mieć swego rycerza na koniu…  Mam, autentycznego w zbroi, na koniu i co? Więcej z tego smutku niż radości… choć też jest…  

Ciężko mi po prostu… On w pewnym sensie zmienił moje życie, w pewnym sensie na prawdę mnie uratował… 

Czasem jeszcze wracają myśli o M. Choć zostawiłam tę całą historię gdzieś daleko za sobą i nie czuję do niego już przywiązania, choć czasem tak chciałabym usłyszeć, co u niego, W dzień zaduszny widziałam Indianera, to dopiero trudne, choć też już nie czuję przywiązania. Wiem za to, że zniszczył wiele lat mojego życia, choć wiem też, że mu na to pozwoliłam… Jakoś sobie radzę z relacjami z przeszłości, nie rozwalają mnie już tak, jak kiedyś…

Przypomniała mi się teraz piosenka, którą kiedyś Mara wstawiła w komentarzu i choć, może nie mamy już lata, to podobnie się dzisiaj czuję… 

„Kiss me hard before you go,
Sum­mer­time sad­ness.
I just wan­ted you to know,
that baby you’re the best.

I got my red dress on toni­ght.
Dan­cin’ in the dark in the pale moon­li­ght.
Done my hair up real big, beauty queen style
high heels off, I’m feelin’ alive.”

Reklamy

O ludziach zajętych…

Świat dzisiaj funkcjonuje w zawrotnym tempie. Ciągłe zajęcia, szkoła, praca, na rodzinę nie ma czasu, z niektórymi ludźmi pozostają tylko jakieś przelotnie wymienione zdania. Ludzie są generalnie zajęci… listbardzo zajęci. Otóż wczoraj, późnym wieczorem otrzymałam wiadomość. List, którego się w ogóle nie spodziewałam od osoby, która nie odzywała się przez dość spory czas, więc uznałam tę relację za zawieszoną w próżni i nie czekałam na odzew. W wiadomości tej było napisane, iż osoba ta bardzo by chciała się ze mną spotkać, jednak do tej pory nie miała czasu, ażeby napisać. W dalszej części listu przeczytałam, iż nadal nie ma czasu, bo w tygodniu jest bardzo zajęta, a w weekendy oprócz pracy spędza czas z ludźmi, używając, a bardziej obrazowo rzecz ujmując (nad)używając pewnej substancji i na prawdę, nie miała czasu na spotkanie, choć bardzo chce. Nie wie też, co z tym zrobić, bo bardzo chciałaby porozmawiać, no ale nie wie jak to ugryźć, bo czasu tak mało. Do tego dołączone były jeszcze uściski. 

W pierwszym momencie doznałam lekkiego zdziwienia, a potem zaczęłam się śmiać. Ja też nie wiem, co odpowiedzieć…

Wszyscy dzisiaj są tak bardzo zajęci, tak bardzo zagonieni… I tak mocno osadzeni w swoich sprawach, że nie mają czasu na NIC. M. taki zajęty, jak sam mi powiedział „swoimi sprawami”, że znaku życia przez rok dać nie mógł. Swoją drogą, kurde, co to za sprawy… aż chciałabym wiedzieć, bo ciekawa jestem, jaka sprawa zajmuje aż cały rok! O N. to już nie wspomnę, taki zagoniony ten mój znajomy, że strach się nawet zapytać co robi. Nie ma czasu napisać czegokolwiek, bo tu praca, tu szkoła, mnóstwo obowiązków, nie ma szansy znaleźć czasu…. 

Szkoda… tylko, że przy codziennych treningach, pracy i pasji, jadąc przez pół Polski, po trzech występach w zbroi i pełnym oporządzeniu na prawie 30-stopniowym upale można znaleźć czas…