Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Mój wielki przełom… 19 kwietnia.

Taki oto wpis, zamieściłam na swoim facebookowym profilu, wszak mój i mogę pisać co chcę. Chciałam i tutaj Wam pokazać, bo jest dla mnie niezwykle ważny… Wtedy właśnie zdecydowałam się być ze sobą w pełni szczera i pisać o tym, co tak naprawdę czuję…

„Naszło mnie dziś na wieczorne pisanie… Staram się od jakiegoś czasu poskładać ten dzień do kupy. Nie jest mi łatwo… Dzisiejszy dzień przyniósł mi kalejdoskop najróżniejszych emocji. Rano wstałam, byłam pełna motywacji i energii, wybrałam się pojeździć autem, aby powoli się wprawiać do jazdy samochodem. Poszło mi nawet nieźle, tylko raz mi zgasł, a ogólnie, jak na początki, za kółkiem, radzę sobie okej,potem byłam z siebie dumna, że coś mi się udało. Powoli wprowadzam moje motto zamieszczone niżej w życie. Jeśli coś Ci się nie udało, to znaczy, że coś Ci się nie udało, a nie, że zawalił się świat… Mam prawo do pomyłek i porażek, a przecież to tylko jazda autem, a nie obsunięta noga w drodze na Mount Everest… Nikomu raczej za kółkiem krzywdy nie zrobię i to mnie cieszy. Potem powrót. W głowie kłębiło się tyle myśli, że miałam wrażenie, że doświadczam jakiegoś „myślotoku”. Doznałam euforii, puściłam muzykę i zaczęłam wykonywać do niej ruchy przypominające taniec, miałam pomysły na kolejne notki tutaj i wiersze… Później jednak ogarnął mnie tak paraliżujący lęk, strach i tak ogromne napięcie, że nie byłam w stanie niczego zrobić…

Biorę oddech. Myślę o tym, by jakoś się uspokoić, doprowadzić do ładu… Nie potrafię. Wydycham powietrze, na parę razy, tak pulsacyjnie. Płuca nie współgrają z mięśniami… Jestem jakby w wielkim uścisku czegoś z zewnątrz, Każdy ruch jest jakiś sztywny… A w środku mnie roznosi, w swoim wnętrzu słyszę tylko jak coś popycha mnie do działania, jednak nie mogę, nie… Lęk jest silniejszy… W końcu wychodzę na spacer… Tak dopiero się uspakajam… Odpuszczam sobie ten dzień, działanie w tym dniu. Takie dni nie są dobre do działania, nie potrafię się w takie dni zmobilizować do niczego, jestem jakby dętka, wyzuta z mobilizacji, wyzuta z emocji, nie przeżywam ich już jakby, są jakby daleko ode mnie, są jakby zamrożone.

Wróciłam ze spaceru, odbyłam pewną długą rozmowę, już mi lepiej, w między czasie wpadam na pewien pomysł… I dochodzę do sedna mojego dzisiejszego lęku….

Boję się… Oceny, oceny tych wszystkich, którzy to czytają, tak, boje się facebooka, a raczej ludzi, którzy tu są i ich opinii na mój temat… Jeżeli dobrze pójdzie, za jakiś czas powinna ukazać się moja pierwsza książka, z poezją, tomik wierszy… I ludzie, którzy będą mnie czytać mogą trafić na mój profil, przeczytać moje wpisy, o tych gorszych dniach, o moich słabościach… Przecież zawsze miałam być silna, tak mnie nauczono… Aby nie okazywać słabości. Ktoś mógłby powiedzieć, „to po co to piszesz dziewczyno”? Piszę to po to, by zmierzyć się z własnymi lękami, lękiem przed oceną, lękiem przez to, że ktoś to zobaczy, że odsłonie swoje wnętrze, że odsłonię się jako człowiek. Może po części jako pisarka, która wydała swoją książkę, a po części jako człowiek. Chciałabym, aby to zostało dobrze przyjęte, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi…Wszyscy przeżywamy swoje wielkie, małe tragedie, wszyscy mamy problemy… Ja zdecydowałam, że chcę o nich pisać, by pozbyć się wiecznego wstydu, by stopniowo przestać się bać opinii innych… By wreszcie zmierzyć się z własnym lękiem, który przez lata mnie paraliżował do tego stopnia, że nie podejmowałam żadnych działań… To będzie trudna droga, a może bardziej proces. I pewnie przy jego trwaniu będą się działy różne rzeczy, ale… chcę spróbować. I jeśli będziecie mnie w tym wspierać, będzie mi bardzo miło! Tak, czy inaczej, chciałabym aby to się udało. To mój pierwszy tak odważny krok w życiu…aby pokazać swoje wnętrze szerszej grupie ludzi… zostawiając za sobą cały wstyd i zakrywanie twarzy… Nie będzie łatwo, wiem to, ale może to pozwoli mi się uwolnić od niektórych emocji i spojrzeć na siebie łagodniej. Chciałabym być w końcu dla siebie dobra i nie winić się w kółko, bo przecież, to co się stało w moim życiu, to nie moja wina…Zostałam wplątana, nie moją decyzją w ciąg jakichś nieprzychylnych mi zdarzeń… Pragnę teraz zacząć intensywnie odkrywać siebie… Sytuacja uczuciowa ustabilizowana, teraz czas dla mnie… Chciałabym się odważyć…”

I w tej odwadze życzcie mi szczęścia…

9852666066a7dfc2c7758c7d5b5e70a9

Miłość na tle ludzkiej tragedii…

Chyba wszystkich bez wyjątku to dotyka… Choć jakoś nieszczególnie słucham coraz to nowszych newsów o liczbie zarażonych i chorych na COVID-19, nie omija mnie to… Sama jestem chora, mam nadzieję, że nie na te chorobę, ale wylądowałam na antybiotyku. Chyba zwykła grypa… No i dodatkowo jeszcze relacja z moim Żołnierzem… Trudne czasy przyszły, oj trudne… Rodzina panikuje, bo się z nim spotykam, choć teraz to on do mnie przyjeżdża, bo ja z domu wychodzić nie mogę, gdyż leżę w łóżku i kaszlę… Ale i to, boją się, że mnie czymś zarazi, bo spotyka się z ludźmi.

Nie można wyjść nigdzie, nie można nikogo odwiedzić, nawet przed pocałunkiem trzeba się myć dokładnie…  A ja kaszlę i pewnie już dawno też go zaraziłam, bo on też kaszle, tylko nie przechodzi tego tak mocno jak ja…

Matka panikuje, kazała mi nosić maseczki i nie wychodzić z domu, a gdy się dowiedziała, że Żołnierz u mnie był, obraziła się chyba, bo nie odzywa się już 3 dzień do mnie wcale…

Jest ciężko… I tak sobie myślę, nie mogłam poznać kogoś, kiedy był spokój na świecie i nie było żadnego wirusa? Musiałam go teraz poznać, kiedy jest epidemia na świecie? Kiedy są obostrzenia, kiedy nie można się swobodnie poruszać po mieście, wyjść do kina, na basen… Pojechać na wycieczkę gdzieś… Eh… Przypomina mi się tylko jeden film…

Znalezione obrazy dla zapytania: jack i roseHa ha ha… nic dodać, nic ująć…

A poza tym? Poza tym, to uczę się być w związku, być z kimś… jakby na nowo… To piękne dla mnie, że za każdym razem potrafię się tego uczyć, wraz z nową osobą, ale też widzę, jak bardzo wydarzenia z przeszłości zmieniły mnie… Jestem jakby na sinusiodzie… Raz bardzo tęsknię, jak dziś, a raz wolałabym zostać sama i nie mieć z nim kontaktu, żeby zniknął… Raz go potrzebuję, drugim razem nie… Raz czuję, że go kocham, ale gdy tylko zrobi coś co w mojej głowie musi być inaczej, to nie czuję już tej miłości, ot, jakby przyzwyczajenie po prostu… Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale coś jest nie tak… Ciągle doszukuję się, jak może mnie zranić, kiedy nasz związek się rozpadnie i kiedy odejdzie… Do tego jeszcze inny problem się pojawił…. Dziś rano prawie płakałam… Nie umiem być stabilna… I bardzo boje się zranienia i porzucenia.

Dziś w nocy wyjechał na patrolowanie granic… Potrwa to tydzień, na razie bardzo za nim tęsknie… a to dopiero jeden dzień.

Miesiąc…

Dziś dokładnie mija miesiąc od tych krytycznych dla mnie wydarzeń, gdy dowiedziałam się prawdy o jego życiu… Muszę przyznać, że czekałam na ten dzień. Czekałam, bo to już jakiś okres czasu. Okres czasu, który można już jakoś określić. Mogę przecież powiedzieć „Minął już miesiąc”. Wiedziałam, że z tą świadomością będzie mi łatwiej żyć, ot tak, po prostu… Że po miesiącu będzie łatwiej, prościej… spokojnej… w końcu upłynęło już trochę czasu… że po miesiącu się zakończy żałoba, strata, ale nie sądziłam, że po tym miesiącu spojrzę na wszystko tak inaczej… że ogarnie mnie taki spokój, mimo tego, czego się dowiedziałam, co wiem.

Top Gun jest, ciężko mi go odseparować, kiedy on sam prosi się o kontakt. Z drugiej strony moja potrzeba bliskości nie daje za wygraną. Nie wiem, jak to zrobić, aby jej nie czuć, aby on nie był mi potrzebny. Tutaj może terapia przyniesie kiedyś jakieś skutki, że będę umiała wytyczyć odpowiednią granicę, taką, by nie dać się ranić. Nie chcę być raniona, nikt nie chce, a jednak lgnę do ludzi, którzy mogą mi to zrobić, mogą mnie zranić, bardzo boleśnie. Tylko, że teraz już jest inaczej, bo liczę się z taką ewentualnością, to inne niż wcześniej uczucie, kiedy nic nie widziałam. Jestem już teraz świadoma ewentualnych konsekwencji.

Dziś dzień mija mi raczej spokojnie, na pisaniu z nim, spacerach i nauce, ale też lubię ten spokój, wolę ten spokój od niezaplanowanych, wstrząsających akcji. Powoli znika mi też czarnowidztwo, przynajmniej na razie i dobrze mi z tym. Wiem, nie chcę żyć iluzją i czasem się na tym łapię, że myślę bardziej pozytywnie niż do tej pory, a to może być zgubne, ale z drugiej strony odczuwam wtedy ulgę. Świat nie jest już tylko czarno biały. Dziś Top Gun zapytał się mnie jak się czuję. Odpowiedziałam, że lepiej.

Może to leki zaczynają działać?

yoga-2176668_960_720

Życie w iluzji…

Dalej przyglądam się swojej potrzebie bliskości. Teraz, kiedy już wiem, jak się nazywa to coś, co mnie do niego bez przerwy ciągnie, nie wydaje mi się takie groźne, choć jest bardzo, bo pozwala mnie ranić. Jednak jeśli coś jest rozłożone na czynniki pierwsze, mogę to jakoś ogarnąć. Nie jest to już takie nieosiągalne i niedostępne dla mnie.

Mimo tego, że utrzymanka się od Top Guna wyprowadziła, ja nie chcę sobie robić złudnych nadziei. Przez 8 pięknych miesięcy żyłam w iluzji, pięknej iluzji, która pękła jak bańka na wodzie. Czy miłość zawsze musi być tylko iluzją? Nie ma już prawdziwej? Są tylko złudzenia?

Zastanawiam się co będzie teraz między nami, kiedy ja okazałam pierwsza złość… Czy coś się zmieni? Czy nie? Ale to nie jest jakiś główny bieg moich myśli i to mnie cieszy, że nie boję sie już panicznie, że mnie odrzuci, że się przede mną zamknię. Nawet jeżeli, to mimo to dałam sobie prawo do tej złości na niego.

Myślałam sobie też o tym, że gdybym miała teraz gdzie iść, do kogoś, kto by po prostu był, wspierał, wszystko by było łatwiejsze… Tak, wiem, że to może trochę takie szukanie żeby zapchać tę lukę, która się stworzyła, ale tak mam…

Łapię się na tym, że dalej ganię się za kontakt z nim. Bo wiem, że to jest bez przyszłości. A może szczęście nie oznacza tylko bycia z kimś? Może nie wszystko musi mieć swoją przyszłość? Może może być dobrze tylko tu i teraz? Zastanawiam się „ciekawe co on sobie o tym wszystkim myśli, o naszej relacji teraz?” Czy przekreślił ją już totalnie czy myśli, że gdyby chciał wrócić nie dałabym mu szansy, bo mnie skrzywdził? Czuję, że coś się w moim życiu zmieniło. Jak powiedziała mi terapeutka, mogłabym sobie pomyśleć” O, zakończył się związek, teraz jest czas na to, aby poprzyglądać się sobie. Nie ma przypadków, może tak miało być, właśnie dlatego, żebym mogła poprzyglądać się sobie.” Może niech to będzie taki czas pracy nad sobą, a co dalej z Top Gunem… Czas pokaże. Nie, nie powinnam się ganić za to, że z nim rozmawiam.

Byłam dziś u lekarki, wyczekałam się na nią dziś bardzo długo, bo przyszła ale nie przyjmowała. Zostawiła mi leki, choć stwierdziła, że słabo działają, dodała jakiś jeden nowy. Napisała, że mam ciężką reakcję na stres, powiedziałam jej o swoich myślach depresyjnych. Zapytała mnie jak się czuję i co tam z partnerem. To drugie pytanie mnie trochę rozwaliło, powiedziałam jej, że nie mam partnera, nie uważam go za mojego partnera, kontakt mamy, ale to wszystko jest do terapii. Powiedziałam też, że ciągle myślę o jego sytuacji, że ciężko mi spojrzeć w przyszłość… bo pojawia się myślenie, że już nigdy nie będzie dobrze. Zapytała jak z jedzeniem i czy chcę mi się coś robić. Powiedziałam, że nie za bardzo. Zjem bo zjem, nie wymiotuję już, a robić mi się nie za bardzo chcę, w dniu, jak się rozkręcę to jest lepiej. Na razie jednak nie wezmę tego jednego leku, bo znów jadę do szpitala do pacjentów na weekend, a nie chcę się przy nich źle czuć. Więc wezmę go po weekendzie.

Oczywiście Top Gun cały czas do mnie pisze… są jakieś akcje ratownicze z powodu powdzi i ich wezwano, do ratowania w miejscach gdzie woda przekroczyła stan krytyczny. Mam taki pomysł, by wysłać mu jedno zdjęcie, ale nie wiem co z tym zrobię…

light-3058769_960_720

Potrzeba bliskości, mocne wkurzenie na niego i rozstanie Top Guna z nią!

Dzisiaj pojawiła się taka myśl, że może rzeczywiście to jest taki czas, aby przyjrzeć się sobie. Chciałabym też tak bardzo zostawić cały ten bałagan za sobą i iść naprzód, sama czy też nie. Dziś pojawiła się z rana tęsknota za nim, a może za tymi wszystki dobrymi chwilami, które już miałyby nigdy nie wrócić. Tak, tęsknie za nim… tak zwyczajnie, po ludzku. Może to minie. W końcu to 8 miesięcy z mojego życia… Ostatni raz tak tęskniłam za M. Z Panem ze skrzydłami było jakoś inaczej, po prostu widziałam, że mnie nie kochał, wiedziałam, że już dłużej z nim nie wytrzymam, z tym, jak mnie traktuje. Może minęło za mało czasu, musi go minąć więcej?

Chciałabym móc uwierzyć w to, że na prawdę on mnie nigdy nie kochał, a sam w  sobie jest debilem, jeśli nie widzi, co chciałam mu ofiarować. Że dla niego nasze rozmowy nie miały tak emocjonalnego ładunku jak dla mnie. Z takim myśleniem mi łatwiej, bo pozwala pójść do przodu, zająć się swoimi sprawami. Tylko, czy aby przypadkiem nie mam co do tego już watpliwości?

Przyglądam się mojej potrzebie bliskości, to, o czym także wczoraj mówiła mi terapeutka. Jak silna ona jest, dzisiaj chciałabym, żeby jej nie było. To ona mnie więzi w jego życiu, w tej całej sytuacji. Gdybym nie miała tej cholernej potrzeby bliskości, to by mnie już tam dawno nie było, potrafiłabym to olać i wrócić do siebie, do swojego życia. Choć w tym wszystkim dostrzegam też jedną małą rzecz, zaczynam dostrzeagać takie małe rzeczy, których wcześniej nie dotrzegałam, zaczynam doceniać np. to, że świeci słońce, że mogę wyjść na dwór. Tylko za jaką cenę?

Mam depresję i moje myślenie zrobiło się czarne, jutro idę do lekarki, zobaczymy czy zostawi leki, czy je odstawi…

Wczoraj jeszcze odpowiedziałam Top Gunowi na jego pytanie, chwilę popisaliśmy o wyborach, powiedział, że cieszy się, że się zgadzamy w kwestaich tu poruszonych. Choć nie wiem, co to miało znaczyć… W wielu rzeczach się zgadzamy, podobnie myślimy, mamy podobne poglądy, tylko co z tego? Zawsze myślałam, że kiedy przyjdzie ten moment, rozmowy o politycznych poglądach, będe się stresować, że się nie zgodzimy, ze wyjdę na jakąś dziwną ze swoimi poglądami, a muszę przyznać, że wczoraj nie zależało mi już na tym, co on sobie o mnie pomyśli, przecież to już i tak chyba nie ma znaczenia? Może sobie myśleć co chce. I to nic nie zmienia. To nie ze mną jest coś nie w porządku, jak myślałam na samym początku, tylko jak już to z nim! Ze mną jest wszystko w porządku i tej myśli się trzmam. Jestem jaka jestem, nie pracuję w wojsku, jak jego kochanka, nie mam metra siedemdziesiąt pięć, jak jego kochanka, nigdy do niego nie przyjechałam, jak jego kochanka, interesuje się czymś innym niż Top Gun, wyglądam inaczej i inaczej myślę, podejmuję inne dezycję, ale to nie jest powód, aby mnie nie kochać i mnie nie chcieć! A ja mu chciałam tyle dać, co za palant! A przecież ze mną wszystko jest w porządku, z tego powodu nie jestem przecież „tą gorszą”, nie tak jak myślałam na początku…

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co czuję upały człowiek? Mam wrażenie, że upadam…a może to nie tak? Nie chcę o sobie tak myśleć. Po prostu, potrzebuję pomocy i mam prawo po nią sięgnać, to nie oznacza, że jestem gorsza! Przeżywam godzenie się ze strata i moje stany mogą być bardzo różne teraz… ale mam prawo z nimi ekspetymentować, także na nim.

Dziś też bardzo mocno wkurzyłam się na Top Guna, bo znowu zaczął coś mówić o swojej utrzymance, jak to nie byli na spotkaniu z jednym politykiem, napisałam mu, że chyba się pomyliłam co do jego wyczucia, bo on tego nie rozumie, więc muszę wyłożyć mu kawę na ławę, że jeżeli chce, to może dalej się bawić z nią i być wykorzystywany, tylko niech mi już o tym nie mówi, bo mnie to żywo wkurwia bardzo, bardzo mocno! Na co on odpisał, że nie ma jej! Jest w swoim rodzinnym mieście, wyjechała 3 tygodnie temu, jeszcze przed jego wyjazdem na ćwiczenie do Słowenii i na razie niespieszno mu, aby ten stan zmieniać. Więc mu napisałam, że mnie zaksoczył, myślałam, że nigdy tego nie zrobi, nie pozbędzie się jej (przynajmniej jak na razie). Choć wiem, że ona może wrócić.. że on może nie wytrzymać samotności w domu, w końcu tyle czasu z nią spędził. Mimo wszystko napisałam, że mu gratuluję tej decyzji, że niespieszno mu ze zmianą tego stanu, że w jego życiu jest kilka dni normalności. Odpisał, że z tą normalnością to różnie, bo nie służy mu siedzenie samemu w czterech ścianach. On też nie potrafi być sam? Napisał mi, abym nie chwaliła dnia przed zachosem słońca, więc nie wiem, czy to miało oznaczać, że ona wróci? Może Top Gun wytrzyma… zobaczymy. Widzę, że te izolacja też nie będzie łatwa. Ale przynajmniej jakieś działanie już podjął, choćby na trochę…

Czasami sobie myślę, że życie w tym ciągłym lęku i strachu co on zrobi jest koszmarem. Że gdybym teraz miała z nim być, tak bardzo bym się tego bała, że chyba nie była bym w stanie… To chyba byłoby dla mnie za ciężkie do udźwignięcia. To jest dla mnie za ciężkie… Potrzebuję stabilizacji, a nie wiecznej huśtawki i obaw o przyszłość… Choć z drugiej strony wiem, że takie związki mogą być dla mnie zwyczajnie ciekawsze, przypominając mi to wszystko, w czym dorastałam. Dziś też po raz pierwszy dałam sobie prawo do złości na niego i do pokazania mu tej złości… Nie wiem, co on o mnie pomyśli, ale tu znowu wracam do tej myśli, że wszystko ze mną w porządku, mam prawo być zła na niego, kiedy mówi mi o tych kobietach, czy mu się to podoba, czy nie. Zawsze myślałam, że jak będę okazywać złość to ludzie mnie będą odrzucać… a to przecież nie tak… I to nie jest powód, by mnie odrzucać czy dalej ranić! Więc nadal wychodzi na to, że jest palentem.

Ja, taka zła na niego… Przybieram chyba czarną szatę:

woman-530484_960_720

Zabezpieczony: Mój Wilk imieniem Lęk… Historia „nowej” przyjaźni…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: