I nadeszła wiosna… Od melancholii do złości.

I nadeszła wiosna, upragniona, wyczekiwana… Nadeszła, wreszcie. Tyle na nią czekałam. Stęskniłam się już za słońcem, za upalnymi dniami, za błękitem nieba i zielenią traw, za gąszczem w lesie, za ciepłym deszczem, za chmurami na niebie, nawet tymi ciężkimi, za zielenią wokół, najpierw jaśniejszą, później coraz ciemniejszą, za kwiatami pod stopami, za burzami… Za smakiem pomidorów z działki, za zapachem brzóz, choć mam na nie alergię…

Stęskniłam się. To wszystko przez zimę stało się już tylko żywym wspomnieniem w moich myślach. Chciałabym wrócić w pewne miejsca i zobaczyć je takimi, jakie były latem, piękne, kwieciste i zielone. Choć dziś za oknami leży jeszcze ostatnia warstwa białego puchu, mama nadzieję, że za niedługo nadejdzie cieplejsza temperatuta, a słońce roztopi mrozy i przełamie lody…  Stęskniłam się za letnią muzyką, choć dzisiejsza jakoś do gustu mi nie przypada. Nie rozumiem bowiem większości dzisiejszej muzyki i wytworów  producentów muzycznych.

Przez ostatnie dwa dni, właściwie dzisiaj jest trzeci odczuwam napięcie. Całkiem jakbym znów wpadała w ten wir, który nie daje mi odpocząć… cisnąć do mojej głowy mnóstwo różnych myśli, przez które staję się niespokojna. Nie chcę wpadać w te wiry, mam już ich dość. Czuję złość na siebie, na ten stan…

Screen-Shot-2016-07-13-at-20.36.47-PM

Chce wreszcie poczuć spokój. Taki melancholijny, ten, który ogarnia mnie nieraz, a wtedy świat wydaje sie piękniejszy. Tyle razy powtarzałam sobie, że będę dla siebie dobra, że nie będę wystawiała się na takie sytuacje, które mnie niszczą, złoszczą i nie pozwalają zasnać. A jednak… Historia znów się powtarza. Teraz chce się tylko uspokoić.

 

Reklamy

Czas na przemyślenia…

Witajcie… Zaczynam pisać po dłuuuuugiej nieobecności tutaj, ale potrzebowałam czasu. Potrzebowałam przemyślenia paru spraw, spojrzenia inaczej na rzeczywistość, a wreszcie jakichś wniosków. Wyjechałam, zobaczyłam dwa kawałki innego świata, innego życia. Potrzebowałam oderwania od codzienności. Przydało się.

Na pierwszy wyjazd pojechaliśmy z Panem ze skrzydłami, ten był zaplanowany już od marca, drugi wyszedł zupełnie spontanicznie, nie żałuję… Bardzo się cieszę. Mogliśmy obejrzeć pokazy jeździectwa, góry, wodę, rzekę, wodospady, restaurację, a także… co najważniejsze pobyć ze sobą… Te wyjazdy bardzo nas do siebie zbliżyły i choć to w sumie tylko pół miesiąca, to jednak wspólne tułanie się to tu, to tam, bez dokładnie zaplanowanego dachu nad głową i planu dnia oraz spontaniczne realizowanie zachcianek nas bardzo ucieszyło i sprawiło, że staliśmy się dla siebie zarówno wzajemną miłością, jak i dobrymi kompanami i rozmówcami. Na tyle się ze sobą zżyliśmy, że dziwnie było zarówno mnie jak i jemu wracać do codziennego życia, do obowiązków, do pracy. Pożegnanie było długie i smutne…

       ***

Ostatnimi dniami mam jakieś dziwne myśli, choć ogólnie nie mogę powiedzieć, żebym miała powody do zmartwień, to będąc chyba jeszcze pod presją dawnych relacji, odczuwam tęsknotę, przypominają mi się dawne obrazy z dzieciństwa, dawne przeżycia, dawny zachwyt. Tęsknie już za wakacjami z Panem ze skrzydłami… Tęsknię za tym, jak wracaliśmy po 23.00 i piszczałam na ulicy, jak mnie niósł na rękach, za tym, jak „ukradliśmy” deser z restauracji, zjadając go i nie płacąc za niego. Za tymi wszystkimi występami, na które patrzyliśmy przytuleni… Sama nie wiem co się ze mną dziej… myśli kołaczą mi w głowie. W ostatnią noc przebudziłam się kilka razy, spałam bardzo niespokojnie. Dni są wyczerpujące, ciągle spotykam jakieś zajęcia nie pozwalające na ich odłożenie na później, w związku z czym wieczorami jestem zmęczona i wyczerpana po całym dniu gonitwy, męczy mnie już ten rytm dnia, który utrzymuje się od kilku dni.

Co prawda, na wyjeździe mogłam przemyśleć kilka spraw, również organizację pisania blogów i dalszego tworzenia na nich. Blog ten powoli „umiera”, przestała na  niego zaglądać większa część dawnych czytelników po zahasłowaniu całości. W związku z tym pojawiła się w mojej głowie myśl o odhasłowaniu go, a zabezpieczeniu jedynie wpisów, które chciałabym dopuścić tylko do wybranego grona osób… ale sama nie wiem, jaką decyzję podejmę.

A na razie idę spać, bo jestem zmęczona… Dobrej nocy wszystkim…

W poszukiwaniu… Mały powrót do działania!

Rano wyprawiłam Pana ze skrzydłami do szkoły. Fajnie mieć dla kogo wstać. Z drugiej jednak strony nie chciałoby mi się wstawać tylko po to, by robić kanapki. Jest poranek w niedzielę. W domu rano było bardzo zimno. Wczoraj zrobiłam jeden z większych kroków, aby nie dać się monotonni i brakowi motywacji. Małymi kroczkami idę do przodu, coś zaczyna się dziać. Mozolnie i powoli, ale jednak. To mnie cieszy. Muszę w tym wytrwać. Muszę, inaczej wszystko pójdzie na marne. Muszę nauczyć się coś zaplanować i dokończyć to. Teraz to jest ważne.

Już sam kolejny wpis na blogu, jaki pojawia się tutaj przez kolejny dzień z rzędu jest tam jakimś małym działaniem i wyrazem motywacji, wiec nie jest źle 🙂 Wczoraj wieści z frontu, że grupa nawet i beze mnie się sypie. Pojedyncze jednostki z niej odchodzą, odlatują. Wiadomo, każdy na dobrą sprawę ma swój świat, myślałam jednak, że dłużej to potrwa. No cóż, zapewne jeszcze się ułoży zgoła inaczej między ludźmi, jeszcze tyle czasu przed nami.

Znów omijam prę wydarzeń, o których miałam tutaj pisać. Muszę nadrobić. Wczoraj poszłam śladem tego wilka, gdyż nie dawało mi to spokoju. Wychodzi na to, iż sobie wędrował po prostu  i tylko tutaj przechodził, choć nie jest do końca powiedziane, że to wilk… Jednak nie spotkałam tak dużego psa w okolicy do tej pory. Dla unaocznienia wstawiam zdjęcie, jednak ślady znalezione przeze mnie są dużo większe…

Closeup of Coyote tracks in snow Hemmingford,Quebec,CanadaDoszłam do miejsca gdzie ślad się gubi. Stopniało już za dużo śniegu i nie byłam w stanie iść dalej, mogę tylko przewidzieć, gdzie wybrał się zwierz. Śladów jednak nie ma tam, gdzie są otwarte przestrzenie, co również mogłoby wskazywać, iż mógł to być wilk, no i idzie raczej… w linii prostej. Ciekawe… Prócz tego wszystko w lesie zdeptane jest przez jakieś małe ślady saren lub też dzików, dlatego łatwo się pogubić przy podążaniu za jednym tropem.

Tropienie jest fajne, jednak pragnę już wiosny, tych rozkwitających drzew, tej zieleni wokół, słońca na co dzień, miękkiej trawy, ciepła… Tęsknię za ciepłymi porami roku. Brakuje mi tego. Wtedy zaczynam inaczej żyć, większość czasu mogę spędzić na zewnątrz na jakiejś aktywności bądź też po prostu podziwianiu krajobrazów. No i brak mi tych cudnych, czerwono-złotych zachodów słońca, podczas których tworzy się tak specyficzna aura… i mogę poczuć, że żyję, bo potrafię się zachwycić.

Wspomnienie kilku pseudohitów, czyli „Ona czuje we mnie piniądz”!

Wracam do pisania blogu dzisiaj z moją kotką Sarką na kolanach 🙂 O czym to ja chciałam… A tak, dużo się ostatnio dzieje. Ja taka zajęta. W 20160813_161752zeszłą sobotę miałam być w Łodzi z kilkoma panami (zdj.) Tak, to ten na koniu, nie ci obok 🙂 … Nie wypaliło. Za to przypomniało m się ognisko, które spędziłam trzy lata temu siedząc na dworze do późna w ostatnią sobotę września i słuchając utworów Nirvany. Wielcy są, oj wielcy! Za dużo wspomnień z tymi piosenkami się w mojej głowie wiąże, wiec przejdę do innego tematu. Sarka się rozwala na moich kolanach…

Wpis miał być wcześniej, ale jakoś nie mogłam znaleźć motywacji, a i tryb życia skłania mnie bardziej do przebywania na zewnątrz niż w pomieszczeniach, przy komputerze… Ostatnio czas mija mi na wyczekiwaniu. Nowa akcja zaplanowana, prawie zorganizowana, ma wypalić. Może się uda, na razie nie będę jeszcze niczego tutaj pisać, bo przedwcześnie… Zaznaczam tylko, iż nie jest to (jeszcze 🙂 napad na bank i rozbój… Czekam, czekam… i temu czekaniu jakiś lęk towarzyszy. Jak to wszystko wypadnie, jakie złożą się okoliczności, czy będzie dobrze, czy zostanę odebrana tak, jak chce? To wszystko ma się okazać… Dlatego jakiś niepokój z tyłu głowy mną powoduje. 

Nie zadręczam się jednak tym, przypuszczam, że nawet zdarzenie z kategorii porażki zniosłabym teraz lepiej niż jakiś czas temu. Oczywiście rodzina wpadła na pomysł, że na „akcję” ma ze mną jechać M. Nie będę im tłumaczyć dlaczego tego nie chcę, za dużo wszystkim tłumaczę…  W pierwszej chwili nie dawało mi to spokoju, jednak potem jakoś się uspokoiłam i stwierdziłam, jeśli chce, to niech jedzie. Ja się tam nim zajmować nie będę. Na końcu pewnie i tak usłyszę, że to nie jego klimaty. Najgorzej chyba będzie jak podejdzie i przytuli, M. to świetny aktor, potrafi zagrać wszystko. Bez emocji. Z resztą, wiem już mniej więcej dlaczego może się tak zachowywać. Jego zachowanie jest lekko psychopatyczne. Przypomina mi zachowanie byłego Chomiczkowej, a on nie jest w pełni normalny, przynajmniej w moim odczuciu. Tacy ludzie mają skrajne motywacje i nigdy nie można rozpoznać, jak zachowają się w danym momencie.  Ciągła niestabilność…To karuzela…

Nie mam siły na dzieciaka, który sam nie wie czego chce i ma zmienne motywacje, sposób zachowań, gra… W głębi duszy mam nadzieję, że nie będzie miał czasu, żeby ze mną pojechać. 

Pojechane młode wilki nie wypaliły i przepraszam Was za to! Usunęłam blog, bowiem moje życie się zmieniło i choć w głowie mam ciągle zamysł na parę tekstów sprzed pisania blogu oraz parę autorskich to nie wiem jeszcze dokładnie, jak się do tego zabrać. Być może na dniach coś powstanie, być może…  Nie obiecuję. 

Wczoraj znudziła się mi już muzyka, której codziennie słucham,, z rodzaju tych ciężkich kawałków, szeroko pojętego rocka, bluesa i tym podobnych, a że humor mi się popsuł, pomyślałam, że włączę sobie hity z dyskotek wakacyjnych. Uwaga, uwaga! Ogłaszam wszem i wobec, że hity te są z gatunku disco, co jest ogromnym szokiem dla mnie samej, bo uwierzcie mi, że NIGDY w życiu nie słuchałambackground-dyskoteka tego chłamu! Nigdy! Nie cierpię tego rodzaju muzyki! Jest ona dla mnie jakimkolwiek zaprzeczeniem pisania tekstów  i tworzenia bitów. Lepiej, gdyby ci ludzie po prostu niczego nie „tworzyli”. Lepiej dla nich i dla nas… W najwyższym stadium konieczności „tworzenia” mogą zmienić dilera. 

No, ale puściłam, pierwszy raz w życiu ten chłam. Pamiętam, że będąc tam, piosenki te mnie rozwalały od środka, no bo jak miały nie rozwalać, kiedy wszystkie są…  miłości i zaczepkach. Jednak coś się we mnie stało takiego, że już mnie nie rozwalają i nie smucą. Przepracowałam… brawo ja! 🙂 Słuchając tych tekstów, co prawda tak durnych, że nie da się tego opisać, wpadłam znów w taką atmosferę tamtego czasu. Kompletnie się oderwałam od rzeczywistości. I dobrze! Pomyślicie, że usilnie w tym chcę tkwić. Może tak się wydawać, ale nauczyłam się od tamtego czasu właśnie raz na jakiś czas oderwać myśli od rzeczywistości, czego nie umiałam zrobić wcześniej. Czymkolwiek, to może być piosenka, pasja, obserwacje. Jest mi z tym lepiej 🙂 

Tak sobie słuchałam, słuchałam i… teraz już wiem, czemu zawdzięczam też taką atmosferę w głowie w późniejszym czasie wyjazdu i… takie moje pomysły… 

Ona lubi pomarańcze; miała suknie kolorową, czarne getry, czapkę i bluzę sportową; przez twe oczy zielone, zielone oszalałem… albo ona czuje we mnie piniądz, wystroiła się jak Beyonce, patrzy na mnie drinka pijąc, bo wyczuła we mnie piniądz!

Po którymś takim kawałku nie wiedziałam już, jak te kapustę deptać dalej! Nie umiem tańczyć do disco polo, którego nie cierpię, wolę muzykę klubową i rytmiczną do tańca. 

Kawałki durne, ale ile śmiechu z tego teraz mam! A piniądz wymiata, tak się z tego tekstu uśmiałam! I potem się człowiek dziwi, że mu się włącza teoria wielkiego podrywu 😉 Ale prawdę mówiąc głupie to, bo głupie, ale coś te nuty w sobie mają, że stwarzają taką atmosferę „zaczepek”. 

Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…