Zabezpieczony: Noc z 3 na 4 listopada…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Reklamy

Tęsknota za chwilami wzruszenia, zachwytu i radości…

Wczorajszy dzień minął mi miło, nie wiem, przez co, ale podejrzewam, że przez moje nastawienie do życia, z przed wczoraj na wczoraj w nocy zrobiłam jedno postanowienie- muszę wyrwać się z pewnych schematów myślenia. Tak będzie mi łatwiej, rzeczywiście, jest. Próbuję siebie zaakceptować w tym wszystkim, co się dzieję. Jednak… nie wiem czy już dzisiaj byłabym w stanie tak bardzo akceptować świat jak miało to miejsce wczoraj. Zdarzyło się też coś dziwnego i niespodziewanego- w zwykłym dniu, niczym nie odznaczającym się pośród dni, które przeżywałam, potrafiłam znaleźć nutę radości, choć nic wesołego się nie wydarzyło… po prostu, potrafiłam się tak nastawić, rzadko tak potrafię.

Byłam na spacerze, w lesie… to jest to, co zawsze potrafi poprawić mi humor, albo, choć, gdy jest on już doszczętnie zepsuty czymś innym- uspokoić się. Ale wczoraj miało miejsce coś innego, coś ważniejszego… Prócz tego, że zrobiło się wczoraj na dworze przyjemnie, a temperatura niespodziewanie poszła w górę i nie padał deszcz (za czym tęskniłam od dawna) to podczas spaceru w moim lesie spotkałam dwa konie i dwie amazonki na nich, przechadzające się między zaroślami. Jakież to było uczucie… jakby móc tak pojechać w teren po moim lasku, który tak lubię… chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat skąd one wzięły się na tak kamienistym terenie, ale dziewczyny nie były zbyt rozmowne, ściągnęły swe konie i pomaszerowały dalej… Chodziłam potem szukając śladów kopyt, aby dowiedzieć się skąd przybyły, ale nie znalazłam ich za wiele gdyż ziemia była już wyschnięta i nie było na niej błota.

Cóż… Pana ze skrzydłami jak na razie nie ma, nie było go… może to i lepiej, nie jestem pewna czy chcę się teraz z nim widzieć, z jednej strony tak, z drugiej… czuje, że potrzebuję teraz czasu tylko dla siebie, dla swoich myśli, swojej przestrzeni, swoich rozterek. I choć wiem, że to nic nie wyjaśnia- wolę tak, nie mam siły chyba na kolejne rozmowy. I choć zachowujemy się normalnie, to czuję, że wcześniej czy później temat podejścia wróci i będzie trzeba to razem przepracować, przejść, jakoś…

Ostatnio zaczęłam pisać więcej wierszy, leżą w szufladzie i się… marnują? Więc pomyślałam, czy nie wysłać ich na konkurs literacki, może uda się coś wygrać? Kto wie… choć nikłe są moje szanse, bo to konkurs ogólnopolski, ale warto spróbować.

Dzisiejszy dzień nie należy już do tak przyjemnych, znowu czuję to cholerne napięcie i jakiś stres zjadający mnie od środka, kawałek po kawałku… Jakbym stała w miejscu i nie mogła się ruszyć, jakbym patrzyła na chmury i nie mogła ich dotknąć… To smutne i przerażające dla mnie. Wczoraj wieczorem doszłam znów do wniosku, że poza moim ukochanym  samotna jestem bardzo… nie mam żadnej osoby, z którą mogłabym porozmawiać, wyjść czy popatrzeć w niebo…

1389752

Myślałam także o tym, że bardzo brakuje mi chwil, które potrafiłam przeżywać wcześniej, chwil zachwytu, chwil kiedy potrafiłam patrzeć w gwiazdy czy leżeć na trawie, kiedy umiałam słuchać w kółko jednej piosenki i być nią zachwycona… takich chwil bardzo mi brakuje, dlaczego przestałam je tak mocno odczuwać? Bo świat się zmienił, bo stał się bardziej materialny, ja się stałam? Dlaczego tak jest…? Nie rozumiem, a bardzo za tym tęsknię…

Moje małe radości i mała wojna…

Dzisiaj taki miły dzień. Cały prawie z Panem ze skrzydłami. Brakowało mi już jego osoby… Rano dobre śniadanie, potem czekanie aż się rozpogodzi całkowicie, wszak miał być dziś ładny dzień, taki ciepły, prawdziwie wiosenny… I był, w pewnym momencie. W południe wybraliśmy się na dość długi spacer. Widzieliśmy dziś parę ciekawych rzeczy i osób. Łażenie po moim lasku jest przyjemne i uspokaja.  Lubię się tam cieszyć słońcem i wyczuwalną już wiosną. No i obecnością Pana ze skrzydłami…

Najpierw wszedł na drzewo, nazrywać bazi… Zrywacie już bazie? Wszakże świąt wielkanocnych jeszcze nie ma, ale bazie są takie ładne i miłe w dotyku… Lubię je, to taka jedna z oznak prawdziwie już nadchodzącej wiosny i choć mają zaraz przekwitnąć, to chciałam je mieć 🙂 Więc wariat mało myśląc wszedł na drzewo, a po chwili miałam dość duży bukiet bazi. Tak nietypowo dostać bukiet… bazi, ale zawsze bardzo miło 🙂 Choć to już nie pierwszy raz, kiedy Pan ze skrzydłami wchodzi na drzewo… Dostałam już jemiołę, taką rosnącą dość wysoko, z brzozy, (jemiołę trzeba policzyć razy dwa) oraz hubę (też razy dwa) taką ładną, dość dużą. Później, już idąc z całym bukietem bazi zobaczyliśmy cały szereg facetów niosących broń i ubranych w mundury, grających w pospolita grę przeprowadzaną na terenach pagórkowatych. Musze przyznać, że dziwnie się poczułam, widząc kogoś uzbrojonego w środku lasu. Wiedziałam, że grają w to już od lat na tych terenach, ale nigdy nie widziałam takiego zastępu „sztucznie uzbrojonych” facetów z bliska w środku lasu. Pan ze skrzydłami kiedyś w to również grał, więc przypomniały mu się nastoletnie lata i zaczął opowiadać… opowieści nie było końca 🙂 Przeszliśmy wiec drogą prawie cały las dookoła… Po drodze jeszcze spotkaliśmy motocyklistę, ale raczej w ogóle nas nie zauważył, tylko zjechał z pagórka i pojechał w inną stronę, robiąc niemały hałas. Kiedy byliśmy z drugiej strony lasu, usłyszeliśmy, jak dwie grupy się spotkały i zaczęły do siebie strzelać kulkami. A maxresdefaultPan ze skrzydłami dalej ciągnął swoje opowieści… W końcu rozmowa zeszła na to, dlaczego ludzie mają potrzebę zabawy w wojnę i chęci doświadczenia takiego przeżycia, aby się bronić, uciekać czy atakować. W końcu doszliśmy do drogi, gdzie można z niej szybko dojść do mojego domu, ale oczywiście poszliśmy w drugą stronę. I szliśmy, szliśmy, zaczęła się przed nami rozciągać otwarta przestrzeń… w końcu doszliśmy do jakiejś betonowej drogi, ciągnącej się w środku lasu i łąk. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie nią przejść , no więc szliśmy tą betonową drogą, kompletnie nie widząc gdzie idziemy (miała być to droga powrotna, bo zmierzała ona w tą stronę, mniej więcej), jednak po jakimś czasie zaczęła odbijać całkowicie w inną stronę niż zamierzaliśmy iść. Zboczyliśmy więc z niej i znaleźliśmy się na jakiejś polnej ścieżce, która nie wiadomo było dokąd prowadzi. W oddali tylko widniały słupy, które wyznaczały pozostawanie w  dość bliskiej odległości od domu. Ale nagle ścieżka się skończyła i byliśmy w dolinie, gdzie naokoło nie było widać kompletnie nic poza górkami. Górki były bardzo strome, wyjeżdżone przez motory i można było podejrzewać, że nikt tędy nie chodzi. Jakoś udało nam się wyjść na górkę, choć z bukietem bazi i bardzo śliskimi butami nie było to łatwe. Potem moim oczom ukazał się już znajomy krajobraz. Więc ruszyliśmy w stronę domu, kiedy nagle znów zobaczyliśmy tych z bronią, idących jeden za drugim, w momencie gdy przeskakiwali z jakiegoś pagórka na drugi pagórek. Coś do siebie krzyczeli, co było dziwne, bo raczej nie powinni, bo w asg się nie krzyczy, tak, aby grupa, która ma przygotować zasadzkę nie wiedziała, gdzie znajdują się ich potencjalne „ofiary”, które mają złapać. Poobserwowaliśmy ich aż do momentu kiedy cała grupa znalazła się na innej górce. Tuż potem przyjechał motocyklista, wjechał na stromą górę i towarzystwa już nie widzieliśmy. Ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem do domu. O dziwo za całym towarzystwem, które już skryło się za górą biegła sarna… co było dla nas dziwne, bo raczej zwierzęta uciekają od ryku motoru czy odgłosu strzelania kulkami. Tylko kruk leciał w stronę przeciwną. Szliśmy dalej, kiedy zauważyliśmy, że w naszą stronę idzie facet z chartem. Tego charta już raz widzieliśmy, będąc na spacerze kilka miesięcy temu w podobnej okolicy. Jednak nie zważywszy na drogę, w którą chciał skręcić facet, skręciliśmy z naszej ścieżki, tak, aby znaleźć się w pobliżu domu i ruszyliśmy już w celu powrotu. Jednak pogoda była ładna, ptaki śpiewały, a więc aż tak ogromnie się nam do domu nie spieszyło… Kiedy nagle wyrwał nas tylko głos faceta „do nogi, powiedziałem”, który wołał na psa patrzącego w naszą stronę i chcącego pewnie podejść by nas obwąchać. Facet… ewidentnie nas poznał, ale widok obejmującej się w środku lasu parki i trzymającej w rękach cały bukiet bazi dziewczyny wywarł na jego twarzy jedynie uśmiech, choć cały czas udawał, że patrzy na psa. Nasze miny były… też go poznaliśmy, niestety…..  🙂

Potem wróciliśmy do domu.

Kiedy wieczorem poszłam odprowadzić Pana ze skrzydłami do auta zaczęło okropnie padać, zdążyliśmy przejść tylko z domu do auta, kiedy już rozpadało się na dobre. Wcisnęłam się więc jakoś do samochodziku, przez drzwi kierowcy. Kierownica się zablokowała 🙂 I tak już byłam zmoknięta…

Teraz siedzę i słucham jak deszcz stuka o dach domu… Takie dni są fajne. Po prostu fajne, choć nic w nich nie ma szczególnego… A może uczę się cieszyć z małych drobnostek? Ciągle na nowo i na nowo, ale to ważne. Jutro zaczynam coś nowego, to moje postanowienie.

Dobrej nocy wszystkim czytającym tego bloga.

Wiosenny spacer

Właśnie wróciłam z wiosennego spaceru. Choć tak piękna pogoda ma utrzymać się tylko dziś, na dworze czuć już wyraźnie wiosnę w powietrzu. I te +15 stopni, och… Idąc tak, pośród lasu, zastanawiałam się nad tym, co mam zrobić, czym się zająć. Jak na razie mój zapał i pomysły stanęły w miejscu. Ale i tak, pomimo tego, takie nagłe przybycie prawdziwej wiosny poprawiło mi humor. Ta pora roku nastraja optymizmem i chęcią do działania, to też powoli zaczynam znów działać. Choć mamy dopiero luty, a właściwie jego końcówkę, dało się odczuć już powiew ciepłego wiatru, a po lesie rozchodził się charakterystyczny leśny zapach, który można poczuć podczas ciepłych pór roku.

To wyjście napełniło mnie energią, po wczorajszym jej gwałtownym spadku, kiedy to wewnętrzne demony znów dały o sobie znać i popłynęły łzy. Dopiero Pan ze skrzydłami poprawił mi nastrój…

A teraz o samym lesie…

Mój las, który rośnie tuż za domem to pozostawione po wydobyciu kamienia pagórki i łąki, wszystko pokryte trawą i zaroślami. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze dość małym dzieckiem, lubiłam tam przebywać ze względu na ilość maków, jaka tam się znajdowała. Było tam całe pole maków, sporadycznie można było zobaczyć też chabry. Uwielbiałam się w nich bawić. Później jednak wszystko pokryło się wysokimi trawami i brzozami, które tworzą w sumie niemały las liściasty. Od czasu do czasu zobaczyć tam można drzewo iglaste. Są też niewielkie rozpadliny i… wąwozy, które jak na wydobycie kamienia są dość duże. Cały krajobraz jest bardzo malowniczy, choć widzi się też pełno śmieci, gdyż niestety ludzie zaśmiecają to środowisko. Chłopaki jeżdżą na quadach, bo to świetny teren do jazdy na motorach czy quadach, więc wiele dróg po prostu jest rozjeżdżonych do tego stopnia, że gdy przychodzi deszcz, płyną tam rzeki razem z błotem. Przez to, gdy spojrzy się na krajobraz jest on nieco zniszczony i „poharatany” od motorów, jednakże sam widok potrafi czasem wzbudzić zachwyt.

Jest to jedyny teren, który nie kojarzy mi się z problemami. Mogę tam wiele przemyśleć, popatrzeć na okalającą mnie przestrzeń. Nie wiem co takiego we mniej jest, że przestrzeń sprawia, iż czuję w sobie wolność…

Było mi to potrzebne, gdyż wczoraj znowu wróciły wspomnienia o Indianerze, o M. o przeszłości. to ciężkie. Czasem kiedy to wszystko skumuluje się, mam ochotę krzyczeć, a w gardle czuje ściskające łzy… Przypomniały mi się czasy, kiedy musiałam to ukrywać przed wszystkimi. To, że znów płakałam, że cała jestem rozmazana… Potem przyjechał Pan ze skrzydłami, zasypał pocałunkami, zapomniałam…

Nie wiem na jak długo…

Nie lubię czasu, kiedy to wszystko do mnie wraca i odbija się niczym bumerang…

W poszukiwaniu… Mały powrót do działania!

Rano wyprawiłam Pana ze skrzydłami do szkoły. Fajnie mieć dla kogo wstać. Z drugiej jednak strony nie chciałoby mi się wstawać tylko po to, by robić kanapki. Jest poranek w niedzielę. W domu rano było bardzo zimno. Wczoraj zrobiłam jeden z większych kroków, aby nie dać się monotonni i brakowi motywacji. Małymi kroczkami idę do przodu, coś zaczyna się dziać. Mozolnie i powoli, ale jednak. To mnie cieszy. Muszę w tym wytrwać. Muszę, inaczej wszystko pójdzie na marne. Muszę nauczyć się coś zaplanować i dokończyć to. Teraz to jest ważne.

Już sam kolejny wpis na blogu, jaki pojawia się tutaj przez kolejny dzień z rzędu jest tam jakimś małym działaniem i wyrazem motywacji, wiec nie jest źle 🙂 Wczoraj wieści z frontu, że grupa nawet i beze mnie się sypie. Pojedyncze jednostki z niej odchodzą, odlatują. Wiadomo, każdy na dobrą sprawę ma swój świat, myślałam jednak, że dłużej to potrwa. No cóż, zapewne jeszcze się ułoży zgoła inaczej między ludźmi, jeszcze tyle czasu przed nami.

Znów omijam prę wydarzeń, o których miałam tutaj pisać. Muszę nadrobić. Wczoraj poszłam śladem tego wilka, gdyż nie dawało mi to spokoju. Wychodzi na to, iż sobie wędrował po prostu  i tylko tutaj przechodził, choć nie jest do końca powiedziane, że to wilk… Jednak nie spotkałam tak dużego psa w okolicy do tej pory. Dla unaocznienia wstawiam zdjęcie, jednak ślady znalezione przeze mnie są dużo większe…

Closeup of Coyote tracks in snow Hemmingford,Quebec,CanadaDoszłam do miejsca gdzie ślad się gubi. Stopniało już za dużo śniegu i nie byłam w stanie iść dalej, mogę tylko przewidzieć, gdzie wybrał się zwierz. Śladów jednak nie ma tam, gdzie są otwarte przestrzenie, co również mogłoby wskazywać, iż mógł to być wilk, no i idzie raczej… w linii prostej. Ciekawe… Prócz tego wszystko w lesie zdeptane jest przez jakieś małe ślady saren lub też dzików, dlatego łatwo się pogubić przy podążaniu za jednym tropem.

Tropienie jest fajne, jednak pragnę już wiosny, tych rozkwitających drzew, tej zieleni wokół, słońca na co dzień, miękkiej trawy, ciepła… Tęsknię za ciepłymi porami roku. Brakuje mi tego. Wtedy zaczynam inaczej żyć, większość czasu mogę spędzić na zewnątrz na jakiejś aktywności bądź też po prostu podziwianiu krajobrazów. No i brak mi tych cudnych, czerwono-złotych zachodów słońca, podczas których tworzy się tak specyficzna aura… i mogę poczuć, że żyję, bo potrafię się zachwycić.