Akcja w pędzie, czyli wiatr, tętent i Łapacz krokodyli…

Już po… Żyję i… mam się dobrze, a może nawet lepiej 🙂 Nałapałam energii i chęci, naładowałam baterie. Ja nawet nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem ładuję na nowo akumulatory. Teraz czuję się dobrze i o dziwo, nawet nie czuję zmęczenia, choć całość dnia wczorajszego mogła lekko dać w kość pod tym względem, jednak myślę, że… warto było.

Drogę „tam” odbyłam trochę z niepokojem, choć pojawiał się on tylko momentami. Niekiedy po prostu nie myślałam o tym, co może się zdarzyć. Trochę było mi głupio, nie za bardzo wiedziałam, co może mnie spotkać, jeśli łapacz krokodyli się pojawi, ale postanowiłam zaryzykować. W końcu jechałam też tam na fajną zabawę, a spotkanie z nim miało być poniekąd przypadkowe.  A jeśli można czasami połączyć interesy i chęci, dlaczego tego nie zrobić? 🙂

Myślę sobie „Kurcze, trzeba jakoś Łapacza krokodyli” zwerbować, bo choć może to wyjść trochę dziwnie, to jednak następna okazja może się długo nie nadarzyć. No więc jadę i kombinuję, co by tu powiedzieć. Ja jestem otwartą osobą i nie mam problemu w załapaniu kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak po tym, co wie ów Łapacz, może stworzyć się trochę dziwna sytuacja. Jednak stwierdziłam, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego, więc nie ma sensu sobie tworzyć planu, zdam się na sytuację, a uśmiech i życzliwość dużo może 🙂

Po dojechaniu na miejsce więc wysiadam,( oczywiście ostatnie poprawki wcześniej, żeby nie było 🙂 i rozglądam się dookoła, aby się rozeznać w sytuacji, gdzie tu co się dzieje. Idę parę kroków. Widzę jakaś jedna uczy konia chodzić w kółko, druga swojego czesze, trochę ludzi, trochę aut, pola… Jacyś przebierańcy. Idę, idę, rozglądam się dalej, wiadomo, znaleźć takiego w tłumie nie łatwo (choć tłumu wtedy jeszcze nie było).

Przeszłam może parę kroków od samochodu, nagle widzę, ojczym idzie w stronę bukłanek ( do przewożenia koni).  I słyszę „dzień dobry, dzień dobry!” Zdziwiło mnie to, kurcze, zna już tu kogoś, czy jak? Ale nie zdążyłam spojrzeć, bo w tym samym czasie Mama wyskakuje

-Patrz! Patrz! Wołodyjowski na koniu!

Patrzę, no rzeczywiście… jakiś ubrany w grube szaty, prawie, jak dywan, na koniu jedzie. Fajnie, ale… odwracam się znów w stronę bukłanek, patrzę, a tam …. stoi grupka chłopaków. Jeden w bejsbolówce, dość grubej kamizelce i… trampkach podaje rękę ojczymowi, taki zadowolony i się na mnie patrzy.  Zerkam szybko, tak z daleka, powoli zmierzając w ich stronę, bo Mama znów o Wołodyjowskim, więc na Wołodyjowskiego patrzę, czując jak mnie ściąga wzrokiem, a myślę sobie „nie, to nie możliwe…”, W tym czasie podchodząc coraz bliżej tej grupki, obracam głowę, a tam… Łapacz krokodyli we własnej osobie!!! 🙂 W bejsbolówce… Patrzy i się cieszy do mnie. Byłam w lekkim szoku, ale nie dałam poznać tego, mam nadzieję. A co najlepsze, jeszcze dobrze nie podeszłam, a ten już opowiadać zaczyna… co jadą, jak jadą, i tak dalej… Wow! Odwaga rozpiera… Pogadaliśmy chwilkę, pośmialiśmy się, pouśmiechaliśmy. Ci jego kumple patrzą po sobie trochę, kto to jest w ogóle, ale też starali się uśmiechać. W końcu nie wytrzymałam i pytam się, czy będzie to, co miałam zobaczyć. Tu się biedak trochę zawstydził, ale przykrył śmiechem, mówiąc, że nie wie, bo to wszystko zależy od szefa. ( Bos, o którym pisałam już kiedyś).

Potem poszłam na kramy, bo mojej ekipie się jeść zachciało, bo bez śniadania pojechali ( nie wiem, czemu tak, potem musiałam tyle razy biegać i szukać jedzenia, zamiast monitorować, co się dzieje i kiedy oglądać…) Generalnie przez organizacje całej imprezy nie zjadłam nic, przy wielu kramach i stoiskach, ale mniejsza o to.  Zjadłam w drodze tam i z powrotem trochę, bo generalnie przejechaliśmy pół kraju…

Popróbowali jakiś dziwnych przysmaków myśliwskich ( babka z wieprzowiną i cebulą) i poszliśmy do samochodu, się zagrzać trochę, choć rano zimno nie było. W między czasie kręcenia się tam po straganach widzę, że koło chłopaków się jakieś młode dziewczyny kręcą, a to zbroję zapinają, a to qnia czyszczą, a chłopaki zadowolone! Łoj zadowolone! No więc się przyglądam baczniej, niby oglądając coś na straganach… Ale Łapacz z nimi niet. Nie gada, nie patrzy na nie, w ogóle, ubrał się tylko w taki specyficzny strój (pod zbroję) i poszedł do kanciapki polowej.  W sumie… w zbroi dopiero go poznałam, że on to on, a przynajmniej wygląda jak on 🙂 Napiłam się herbaty, siedzimy chwile w samochodzie, a jeźdźcy już niektórzy na konie powsiadali, nasi też. Wzięli sobie chorągwie i jadą. No to my z Mamą łubudubu z tego auta, wyskakiwać i lecieć z nimi, co to też się będzie działo, bo mieli trzy razy jechać…

Ale, że do placu dla koni drogi nie było, tylko trzeba było minąć ubierającą konie kawalerię,  no to my przez tę kawalerię, a tam konie po dwa metry, wielkie, ogromne, czarne i masywne. Trudno mówię! Idziemy! W tym czasie rycerze już przejechali całą łąkę i jadą dalej, a my się przedzieramy przez te kawalerie… jeden koń stanął tyłem, droga wąska, trochę trudno podejść, bo jak kopnie, to tylko strzępki z nas zostaną… Czekamy, czekamy… wreszcie odeszli z tym koniem, no więc dawaj! Dalej, idziemy na tę łąkę… A odległości są tam nie małe, uwierzcie mi, to są duże łąki… Wychodzimy, a tam pusto! Patrzymy, gdzie mogli pojechać, ale nigdzie nie widać chorągwi, bo tylko chorągwie było widać z tego tłumu ( i tak dobrze, że je mieli). Patrzę, a oni z drugiej strony tej kawalerii już jadą. -Tam są!-mówię. Ale przejść się nie da za bardzo przez plac dla koni, bo zagrodzone wszystko płotkami, no to my znowu przez tą kawalerię się przedzieramy, z powrotem… Koni już  co nie miara, każdy wysoki, samochody po bokach, przejść nie idzie… No ale cóż zrobić. Przeszłyśmy… Patrzymy, a tam też pusto! Patrzę, patrzę… chorągwie są po drugiej stronie kawalerii i jada na polankę. -O Nie! Ja już nie idę tamtędy! -Myślę sobie, przyprowadzili jakiegoś młodziaka, rzuca się to jak nie wiem, a waży też jakieś 500 kilo, jeszcze trochę chcę obejrzeć dzisiaj. Więc lecę, szybko dookoła dużego placu, w jakąś uliczkę wychodzącą na łąkę. Lecę, lecę, ja patrzę, a ci zawrócili i jadą w las.

Stanęłam na środku tej uliczki i się śmiać zaczęłam 😉 Ale znalazłam się w miejscu, gdzie miała być główna parada, więc jacyś jeźdźcy się już zbierali na nią, na dużym placu już jakieś podrygi, galopy, ułani… więc i się zabrałam za patrzenie na to, no bo cóż innego zrobić. Porobiłam zdjęcia chyba wszystkim koniom, jeźdźcom, a nasi pojechali bardziej pod las, stanęli sobie w rządku, tyłkami (końskimi) do parady, przodem do lasu i stoją. Przestali tak większą część przygotowań do parady, tylko potem przenieśli się w miejsce bliżej dużego placu (wszystko trwało około dwóch godzin, więc byłam trochę zmarznięta). W między czasie podjechał do mnie jakiś Łupaszenko, ( Nie wiemdokładnie, jak się nazywał, ale coś chyba od Łupania) kaskader konny ze wschodu i dalej do mne, że konia mi trzeba, to będę jeździć z nimi. Hm… w sumie, propozycja ciekawa ha ha.  Obejrzałam przygotowania do parady, paradę i część mszy polowej. Potem skostniały mi ręce i musiałam się iść zagrzać. Podczas tego, jak nasi wjeżdżali na paradę i mszę, to przejeżdżali koło mnie akurat. Więc się patrzę jak jadą w moją stronę, a Łapacz się patrzy i cieszy, że hej! Jak przejeżdżali, to zaczepiał i się śmiał… Tyle widziałam, bo reszta pod przyłbicą 😛

Potem była Msza, no i miała być cześć artystyczna, czyli występy… Stałam  na zimnie cztery godziny, zanim się doczekałam na występ. Obejrzałam wszystko, konkursy, gonitwę, zabawy dla dzieci… Wieczorem zrobił się bardzo zimno i nieprzyjemnie. Kiedy wreszcie rozpoczął się występ właściwy (jeden, a miały być trzy, ale tyle powymyślali zabaw dla dzieci, że nie zdążyli tego ogarnąć) byłam już w większości zmarznięta. Jak również wkurzona na to, że organizatorzy nie dali podejść bliżej dużego placu. Wszystko musiałam oglądać zza dwóch barierek, co było nonsensem. Niby dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony bez przesady uważam. W trakcie występów miał miejsce pokaz posługiwania się batem, który robił Łapacz krokodyli, bo kolegom chyba się nie chciało… Potem mieli komuś włożyć czapkę na głowę i ją zrzucić batem. Zgłosiła się jedna dziewczyna. Ale Łapacz chyba postanowił, że dziewczynie czapki zakładał nie będzie, bo inny kolega musiał jej założyć, a Łapacz sobie stanąć w tym momencie na boku i mnie obserwuje… Co dziwne, nie byłam wcale blisko, więc musiał wcześniej widzieć, gdzie stoję, bo tłum ludzi był niesamowity! Najlepsze, że tuż przed nim koleś miał smagać batem  nad głową jakiejś dziewczyny z zawiązanymi oczami (Koleś miał zawiązane oczy, nie dziewczyna 😛 ) A ja, no ja… udaję, że się skupiam na robieniu zdjęcia, no bo cóż… Śmiać mi się chciało, ale już nie chciałam tak na pokazie, jak obok był bos i zamieszanie.

Potem jeszcze pojeździli, było na co popatrzeć, wierzcie! Jeden z kolegów Łapacza na pokazie tak machał w moją stronę i też się śmiał… Dziwne to było, no ale. Machać sobie może przecież 🙂 Wesoły taki 🙂 Jak skończyło się widowisko było już dość późno, pół kraju przed nami, więc trzeba się było zbierać.  Mamie od stania przez cztery godziny zrobiło się niedobrze, ja już telepałam się z zimna. Jak szłam do auta to widziałam jeszcze plątające się te młode dziewuszki, zabierały chorągwie, reszta ekipy z nimi coś tam gadała. Łapacza nie było. Zobaczyłam go dopiero, jak już wsiadłam do samochodu, szedł sobie sam z koniem w stronę bukłanek. Chciałam się iść pożegnać, ale moja ekipa już jechać chciała, bo im zimno i zmęczeni, a z resztą, nie wiem, czy bym ich potem zobaczyła, bo pewnie dali konie dziewuszkom i poszli do kanciapki się ogrzać i odpocząć. Zrobiło mi się trochę przykro, ale… no cóż, było duże zamieszanie.

Fajny dzień… Dziwne, bo zawsze jak jestem w takim niecodziennym miejscu z takimi niecodziennymi ludźmi, to coś do mnie dociera. I tym razem tak było. Z pozoru fajna zabawa, ale pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że można żyć bardzo po swojemu i, że to, co czasami czuję i myślę nie musi być prawdą… tą smutną prawdą.

Warto było zmarznąć! Choć mi mówią, będziesz chora… trudno. Na razie wręcz odwrotnie, bardzo dobrze się czuję! 🙂

A propos jazdy na oklep… Wpis z dedykacją dla Ani!

A propos jazdy na oklep, to po przeczytaniu wpisu o Jarmarku Cysterskim i niezawodnym instruktorze nauki jazdy na cielaku, moja własna nauka jazdy na oklep mi się przypomniała. A, że dzień dziś był dość chłodny, ale za to popołudniem słoneczny, zainspirowana tym wpisem i 20160921_164026znaleziskiem na blogu u Ciebie, postanowiłam dziś również na oklep sobie pojeździć. Co prawda jazdy extreme nie było, bo rano deszcz popadał i podłoże mokre, tak aż nam się się kopyta ślizgały, ale wsiąść i odprężyć się udało 🙂

Jazda konna na oklep zawsze mi pomaga, kiedy bolą mnie jakieś mięśnie.  To piękny nie tylko sport, ale i relaks, i choć galopować i cwałować lubię, to niekiedy potrzebne mi właśnie takie spokojne godziny na grzbiecie wierzchowca, można wtedy albo się odprężać do woli albo też przemyśleć ważne sprawy w ciszy i spokoju, wczuwając się swym ciałem w ruch ciała konia.

Czytając opis nauki jazdy na cielaku mój własny, drugi w życiu upadek mi się przypomniał… A spadłam tylko dwa razy w życiu. (Jeżdżę siedem lat, w tym uczyłam swojego konia.) Wsiadam sobie kiedyś na oklep, jeszcze nie zdążyłam przełożyć nogi, a koń już galopem ruszył. No więc położyłam się na nim, łapiąc się kurczowo grzywy i jadę, jadę, ale się mu zachciało skręcić w tym galopie, a na leżąco ciężko się jedzie, jeszcze jak człowiek nie złapał równowagi , no więc siła odśrodkowa mnie wyrzuciła z tego zakrętu, obrót o  sto osiemdziesiąt stopni i leżę na plecach 🙂 Eh… jak to się latać w krótkim czasie nauczyć można 🙂 A co w tym najdziwniejsze, dobrze, że miałam choć toczek ( zazwyczaj jeżdżę bez, ale coś mnie podkusiło, aby włożyć tym razem) i ten toczek nieszczęsny, niby chroniąc moją głowę, jeszcze bardziej mi przyłożył w potylicę podczas upadku. Taki paradoks, że bardziej od toczka bardziej bolało niż sam upadek. No ale cóż zrobić, jak się biedne konisko czegoś wystraszyło. Wstałam i wsiadłam raz jeszcze…

Innym razem znów jeździłam sobie na oklep w letni dzień, moja mama przyglądając się mojej jeździe stwierdziła, że przecieram powrotne szlaki. Tyle lat ewolucji, od Indian, ludzie starali się, męczyli, pracowali, żeby ułatwić sobie życie i wymyślić siodło,  a ja jeżdżę bez… 

Fotografia prosto spod kopyt dla Ciebie 🙂

P.S. A propos kapelusza kowbojskiego, to mam już dwa, jeden mam kupiony bardzo dawno temu, a drugi musiałam kupić w tym roku, bo ten pierwszy pożyczyłam ojczymowi na wakacjach. Biedę miałam go dostać podczas tych wakacji do rąk, wiec…. kupiłam sobie drugi. Tak myślę, że może zacznę kolekcjonować 🙂

Kowbojskiej przygody ciąg dalszy -opowieść prawdziwa!

…Bo kowbojskie życie nie zawsze jest przepełnione słońcem…

Ostatnimi czasy moja nadzieja jakby była położona na wadze… To jej przybywało, to zaś ubywało. Zwątpienie jest jak tygrys, który tylko czeka aby rozszarpać tę piękną damę w słonecznym kapeluszu, zwaną nadzieją… Bo w sumie, kogo z zewnątrz obchodzi, czy dziewczyna ze słonecznego rancha wstała pewnego dnia zadowolona? Kogo interesuje czy się uśmiechnęła? Czy jest szczęśliwa? Słoneczne rancho jest samowystarczalne… Tak zawsze mi mówiono…
Jakiś czas temu obejrzałam pewien film o którym wspominałam. Tytuł tego filmu brzmiał „Człowiek w ogniu”, opowiadał o losach małej Pity, dziewczynki z zamożnej rodziny i jej ochroniarza. Dwójka ta zaprzyjaźniła się, a kiedy dziewczynka została porwana, jej obrońca zaczyna zdawać sobie sprawę, iż to właśnie ta mała istota odmieniła całkowicie jego życie na lepsze. Postanawia więc zabić wszystkich, którzy stoją za porwaniem. Jak to określa w filmie jego przyjaciel „W życiu trzeba mieć do czegoś talent. On ma talent do śmierci…”
Cały film trzymał mnie może przez dzień, ale… zobaczyłam w nim też coś bardzo ważnego. Do jakich granic potrafi posunąć się człowiek , by ocalić kogoś, kogo zna tak na prawdę przez chwilę, a zmienia on jego życie. I przypomniała mi się jedna osoba, która na chwilę obecną pokazała mi, że życie może być przyjazne… I nie do końca rozumiejąc czemu, poczułam, że chciałabym mu podziękować. Nie wiedziałam jak, gdzie go szukać, nie wiedziałam o tym człowieku nic, poza tym, że był przebrany za kowboja…Przecież ludzie się widzą, potem rozjeżdżają, zapominają, każdy ma swoje życie, tak już jest. Nie wiem dlaczego, ale tym razem znowu moje „ideały” wyciągane z filmów wzięły górę nad wydawałoby się zdroworozsądkowym działaniem….

I zaczęła się droga po omacku, droga, która nie wiedziałam, gdzie prowadzi… Oczywiście niektóre osoby powtarzały mi, żeby dać sobie spokój i zostawić sprawę, bo tylko wyjdę na idiotkę lub ulicznicę… Ale ponieważ już jakiś czas temu stwierdziłam, że każdy ma prawo do swojego zdania, oszczędnie dzieląc się informacjami na ten temat, postanowiłam… że mu podziękuję. Miałam cel, nie wiedziałam jednak, co z planem.

Znalazłam jednak kontakt do jednego z kowbojów, nie wiedziałam, czy jest aktualny, czy w ogóle tacy ludzi będą chcieli ze mną rozmawiać. Jednak spróbowałam. Okazało się, że wszystko działa, byli zadowoleni, że komuś podoba się to, co w życiu robią. Potem poprosiłam ich o jakąś wiadomość co z kowbojem, z którym nawiązałam najlepszy kontakt. Odparli jednak, iż nie pomogą w odnalezieniu kontaktu do niego, bo widzieli go dopiero drugi raz na oczy… I tutaj zadziało się coś zdumiewającego. Nie wiem, czy za sprawą mojego daru, czy też umiejętności podejścia ich, zgodzili się, nawet z chęcią, sami z siebie, aby „załatwić” numer do tego pana, o który nie prosiłam ich wyraźnie, ani nawet nie błagałam jako fanka. Miał być numer… Przy okazji było jeszcze sporo śmiechu, bo biedacy myśleli, że po prostu, jakaś dziewczyna szuka kolesia po połowie miesiąca od imprezy… Więc otwarcie przyznali, że nie chcą obwieszczać jego nieoczekiwanego ojcostwa 🙂 Lepiej dadzą numer… Pamiętam, że pół nocy się wtedy śmiałam, w sumie to nie wierząc chyba, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle było we mnie emocji, różnych, ale przeważnie dobrych i pozytywnych. Życie nabrało jakiegoś smaku… Ludzie zaczęli być życzliwi, mili, żartobliwi, a we mnie rosła nadzieja na to, że może uda mi się jeszcze skontaktować z kowbojem. Gdzie, ja i taka akcja?? Wiem, że od młodości miałam łeb do różnych takich spraw, ale… to są jednak ludzie, którzy grają w filmach, w zachodnich produkcjach, ja nie byłam z tego środowiska. A może jednak, byłam…?

Potem jednak mijały dni, w tym czasie wyjechałam w góry, odpoczęłam, brałam życie z dystansem, na luzie, wszystko było jakieś inne, lepsze, milsze. Kiedy bierze się życie z dystansem do siebie i otoczenia wydaje się ono być łatwiejszym, na prawdę. Wiec takie też było. Jednak wiadomość z numerem nie przychodziła. Zaczęły się jakieś dziwne teksty w moją stronę, że mam to zostawić, że to nierealne, że być może nie udało im się zdobyć tego numeru. Jejku, kiedy teraz to sobie przypominam… to była świetna akcja…
Zostawiając to wszystko, co słyszałam bezustannie dookoła, napisałam raz jeszcze do jednego z najlepszych kaskaderów konnych w Polsce, z pytaniem czy udało się coś namierzyć. Boże… Facet z tytułami mistrza szukał dla mnie jakiegoś kolesia. Czułam się wtedy tak bardzo inaczej. Poczułam jakiś nagły przypływ siły i energii, że mogę dokonać czegoś dużego, że stać mnie na to. Pierwszy raz też od sytuacji z M. zaczęłam się otwierać, do zupełnie obcych mi ludzi, ale oni rozumieli… Na prawdę, doceniam taką życzliwość. Pomijając fakt, że około trzynastej napisałam z gratulacjami, a o 21 już całkowicie byli ulegli na moją prośbę… Pożartowaliśmy.

kowbojka nnu

Kto powiedział, że dziewczyna nie może?

Po moim pytaniu okazało się jednak, iż niczego nie udało im się jeszcze namierzyć. Nadzieja opadła, no cóż, tak bywa. Pomyślałam wtedy, iż będę musiała czekać rok, na kolejną taką imprezę plenerową. Ten najlepszy jednak szybko stwierdził, że napisze do szefa młodego kowboja z zapytaniem. SZEFA!- A to oznacza najlepszego, bardzo znanego na całą Europę, słynnego i rozsławionego człowieka w branży jeździeckiej. Człowiek, który robi filmy w całej Europie i jest natychmiast rozpoznawalny przez każdego, kto choć z pokazami konnymi miał styczność… Po prostu, bos jeździecki, taki jakby przywódca całej grupy, jeśli porównać do… mafii. Przepraszam za porównanie, ale chyba to najtrafniejsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. To na prawdę, bardzo wpływowy człowiek w tym środowisku.
Zamarłam… Okey, jeden z najlepszych kaskaderów w Polsce, który tez ma swoją firmę ma pisać w mojej sprawie do Bosa? I co on mu powie? „Bo jakaś dziewczyna szuka kaskadera z Twojej grupy, bo się widzieli na imprezie?” Yyyy… Nie wiedziałam w ogóle, jak ten człowiek zareaguje, jak się zachowa, czy jest sens. Nie chciałam, żeby to odbiło się aż o pracę i szefostwo… A tu sprawa miała się potoczyć przez jakiś czas między dwoma większymi ludźmi z branży. Niekiedy miałam nawet taki pomysł, żeby sama napisać do bosa o ten numer, ale z drugiej jednak strony wiedziałam, że mogę mieć niewielkie szanse na to, iż w ogóle kontakt dostanę… Ten drugi był bliżej tego środowiska, a i może znali się na tyle aby móc sobie porozmawiać. Tylko bałam się, jak B. mu to wszystko przedstawi, bo jak wiedziałam, w żartach nie przebierał, a i jego żarty były trochę z pogranicza… Ale cóż, trudno, stwierdziłam, że zaryzykuję i poprosiłam, żeby jeśli może, ściągnął ten numer od szefa…

Nazajutrz numer był! Miałam numer do ulubionego kowboja! Boże, ile emocji we mnie było, ile wiary, ile nadziei w to, że życie nie musi być szare i ponure, no i zadowolenia.
Wreszcie czułam, że żyję! Wiedziałam kim jestem, wiedziałam czego chcę… Czułam spokój i tylko spokój. Przestałam wreszcie skupiać się na własnych problemach, zaczęłam zauważać świat dookoła, który wydał się… o dziwo pozytywny. Trochę pechowo, dziadkowie robili akurat remont drzwi i malowanie pokoju, stąd też atmosfera w domu była… lekko mówiąc okropna, krzyki, wrzaski i nerwy. I choć już potrafię się do tego zdystansować, to jednak trudno było mi obmyślać plan kolejnej fazy podziękowania.
Pamiętam, że na początku nie wierzyłam, że udało mi się znaleźć ten kontakt. Zwykle moje starania w życiu kończyły się fiaskiem, dlatego też moja radość była wielka. Nie tylko z samego kontaktu, ale też dlatego, iż poznałam życzliwych ludzi, którym się chcę… A przynajmniej chciało zadziałać. Pamiętam też, że mnóstwo było we mnie obaw, czy w ogóle mam się do niego odezwać i jak. Mogę wyjść na zeschizowaną fankę. Nie wiedziałam o czym w ogóle chciałabym z nim porozmawiać, nie miałam tematu. Chyba robiłam to wszystko tylko, żeby podziękować. Co prawda kowboj nie wiedział za co, bo myślę, że nie podejrzewał nawet i do tej pory nie podejrzewa, co zrobił, co mi pokazał i jaką dał nadzieję na to, że życie może być miłe i przyjazne.

Zdecydowałam jednak, że jeśli już powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B. W końcu najlepszy kaskader nie po to ganiał za bosem jeździeckim, żebym teraz zrezygnowała. Napisałam… o tym, że mu dziękuję za możliwość przejażdżki na koniu, za fantastyczną zabawę i, że serdecznie pozdrawiam jego i jego konia. Potem nastał czas wyczekiwania na odpowiedź… Godziny się dłużyły, a nadzieja raz przychodziła, raz mnie opuszczała. W końcu byłam wyczerpana, czekaniem, remontem, zaczęła mnie boleć głowa i chciało mi się spać… czułam się bardzo zmęczona.

I nagle, spoglądając na telefon, zobaczyłam, że odpisał… Opanowała mnie radość. Ucieszyłam się, że chciało mu się odpowiedzieć. Pamiętał mnie dobrze. Napisaliśmy kilka smsów, potem już odpowiadał bardziej lakonicznie, może przez to, że był po trzech występach? Ja też już byłam bardzo zmęczona w tym dniu, nie miałam pomysłu o co mogłabym zapytać. Nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Zapytałam więc o pokazy. W ostatniej wiadomości odpowiedział, że kiedyś zobaczę. Nie wiedziałam, czy odpowiada tak lakonicznie bo jest już zmęczony, czy też może trochę wystraszony moimi wesołymi chyba wiadomościami i otwartością. Napisałam, że nie będę mu przeszkadzać, bo jutro pokazy i, że udanych im życzę. Nie odpowiedział już nic, ale wciąż byłam spokojna i zadowolona. Nazajutrz jednak przemyślałam sprawę… coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Po dość długim namyśle wysłałam mu jeszcze wiadomość, w której
napisałam, że dziękuję za to, że mogłam zobaczyć, jak można żyć po swojemu i, że coś dzięki temu zrozumiałam. Nie odpowiedział nic. Zapewne po prostu nie wie o co chodzi. Dodatkowo wracał z Rzeszowa. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może trochę wyskoczyłam, ale z drugiej strony właśnie to chciałam mu napisać… Zebrało się we mnie jakieś napięcie. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, czy nie… Wreszcie poczułam to wstrętne uczucie opuszczenia. Totalnego odrzucenia, którego przecież nie było, bo akurat kowboj jest bardzo przyjazną osobą, tylko, że… nieśmiałą… Może to wyglądać tak, że zlekceważył jakąś tam fankę… Tylko, że w tym całym „zabawnym gronie” był jeszcze jeden aspekt, dlaczego się czuł taki skrępowany? Do tego ten nie do końca posłuszny koń… Nie podejrzewam, że ten człowiek mógłby z perfidią kogoś tak po prostu „olać”. Może się wystraszył mojej otwartości… Bo akurat humor wtedy miałam bardzo dobry, a wtedy nie czuję żadnych blokad i jestem w stanie dużo powiedzieć. Może nie czegoś niesmacznego, ale żartobliwego na pewno, a on taki skryty… Chciałam się tylko zaprzyjaźnić i tak też tę rozmowę potraktowałam. Może zbyt otwarcie…

Nazajutrz poczułam, że coś mnie opuściło. Cała ta energia i pasja. Zaczęły mnie dręczyć jakieś dziwne myśli, co sobie pomyślał. Pojawiło się poczucie winy, które jeszcze do tej pory w sobie mam. Może coś zrobiłam nie tak? Ze zmęczenia człowiek robi też różne rzeczy, a byłam wyczerpana wtedy… Poczułam się jak jakaś… dziwnie się poczułam. Potem było poczucie wszechogarniającej ciszy i pustki. Jakbym coś straciła, grupę? Ludzi? Chyba tak… Życie stało się bardziej szare. Zaczęło mi brakować pewności siebie, a mój świat wydał mi się jakiś bardziej osamotniony. Znowu odezwał się mechanizm odrzuceniowy, który ciężko zniosłam. A nie sądzę, żeby on chciał mi dokuczyć. Może się bał, może nie wiedział co i jak… Chyba też ma problemy z otwarciem się na innych… A ja sama czułam, że zawaliłam. Może trzeba było podejść do tego inaczej, tylko skąd mogłam wiedzieć jak, kiedy przecież nawet go nie znam. Opowiedział mi parę rzeczy o swojej pasji, chwile się powygłupialiśmy, pouśmiechaliśmy na występie, tyle.
Po tygodniu walki ze sobą i z moimi myślami, które w efekcie sama sobie wytworzyłam czuję, że sprawa się przedawniła. I to jakoś jest dla mnie pocieszeniem. Może już zapomniał… Nie chciałabym, żeby pomyślał sobie o mnie coś przykrego. Miałam dobre intencje. Jednak rozmowa się urwała, coś zostało zawieszone w próżni. Sama nie wiem, co dalej. Niby wszystko skończone, podziękowałam… ale… takie niedokończenia nie dają mi spokoju. Zawsze chciałam wszystko kończyć, nie lubię takich rozmów, relacji, sytuacji… Wiem, że i tak najważniejsze co z tym zrobię w mojej głowie, ale dręczą mnie takie niedopowiedzenia. O jego życiu prywatnym nic nie wiem, nie chcę mu przeszkadzać w życiu, po prostu, nie lubię niedomkniętych drzwi, bo nie wiem, jak jest i potem zaczynam pisać scenariusze. To ciężkie chwile, kiedy pojawia się brak pewności, kiedy nie wie się, w co można wierzyć… Często byłam odrzucana, wiec z automatu takie myśli. A może to nie prawda?

I tu pojawił się w mojej głowie kolejny, na prawdę szalony pomysł… Ale… oni też tacy szaleńcy… 

                      Rodzina mówi mi, żebym zaczęła pracować w biurze detektywistycznym. Przyznam, że by mi się chyba podobało 😉 

Uf, napisałam… zbierałam się do tego wpisu od tygodnia… Troszkę mi lepiej. 

Cowboy, oh, cowboy…

O TYM, „JAK ZŁAMAĆ” KOWBOJA, CZYLI WPIS SPECJALNIE DLA LENKI! 🙂

Kowboj jak wiadomo z różnych źródeł, najczęściej pracuje na ranchu, zaganiając bydło, pracuje też z końmi, często dzikimi ogierami, „łamiąc” je różnymi sposobami, czyli najprościej mówiąc, zmuszając do tego, aby były spokojne, pozwoliły się osiodłać i zajeździć człowiekowi, służąc mu potem przez wiele lat przy zaganianiu bydła. Kowboj też bierze udział w różnych pojedynkach, najczęściej rewolwerowców lub też, będąc kowbojskim bandytą przemierza puste prerie szukając okazji do zgrabienia jakiegoś banku czy czegoś w tym rodzaju. * Wszystkie te wymienione czynności wskazują na to, iż kowboj sam z siebie musi wykazywać się niecodzienną odwagą, siłą fizyczną, zwinnością, konkretyzmem, sprytem, a nawet być surowy, ostry, silny, nieustraszony w walce, niezłomny i niezawodny. Takiego trudno zaskoczyć, trudno zdominować. A problem z tym mają nawet najwięksi przeciwnicy Dzikiego Zachodu. Bowiem jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest koń i rewolwer, który stale nosi przy sobie i wyciąga przy każdej możliwej okazji, aby popisać się swymi umiejętnościami posługiwania się nim.

Otóż, w tym roku, tak, jak Wam wspominałam wcześniej, miałam przyjemność, a może i tę ODWAGĘ, aby poznać takiego kowboja! Nieustraszony, nieugięty, (oczywiście, jego przyjacielem był koń i rewolwer, nie licząc przyjaciół z grupy kowbojskiej, bo wiadomo, jak to na Dzikim Zachodzie bywa…) a do tego tak miły i życzliwy, że aż nie sposób tego opisać. Kowboj, a do tego gwiazda polskiego jeździectwa.

Zapoznałam się z nim właściwie przez przypadek. Zawsze, gdy widziałam jakiś interesujących ludzi, ciągnęło mnie do nich. Aby się z nimi zapoznać, aby porozmawiać na interesujący mnie temat, na temat zainteresowań, które właśnie prezentowali. Tak, jak na wieczorkach poetyckich zawsze trafiałam na rozmowy z tymi poetami, których to był wieczorek, tak, jak na koncertach zawsze trafiałam prywatnie na głównych wokalistów, do których inni ludzie krzyczeli spod sceny, w tym Maćka Balcara, tak wtedy również trafiłam do rozmowy z gwiazdami Dzikiego Zachodu. I właściwie przez przypadek trafiłam na… niego. Kowboja… Właściwie kaskaderka konnego, który w sumie woli jeździć, jako Kozak, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo ma być zabawnie i przyjemnie 🙂 Porozmawialiśmy chwilę na łączce, na której pasł konia. Ja w ogóle dumna, zadowolona i przeszczęśliwa, że gwiazda ze mną w ogóle rozmawiać chce! O koniach, o pokazach, o diecie dla koni, o cenach takich rumaków, o tym, jak przygotowuje konia do pokazu, skąd u niego taka pasja, jak zaczynał, o tym, że ja mam swojego konia. Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo już musiał iść do swojej drużyny, kąpać konie po pokazach. Wróciłam do domu późno, siedzę w swoim pokoju z Małą. I się ciesze i mówię, jak bardzo podobały mi się pokazy i, że rozmawiałam z gwiazdą jeździectwa (Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie następnego dnia.. 🙂 . I w pewnym momencie myślę sobie, kurcze, fajny chłopak! Rozgarnięty, bardzo miły, inteligentny, grzeczny, uprzejmy, a przecież nie stary jeszcze, może coś koło dwudziestu kilku lat, tylko wygląda poważniej, bo wiadomo, jak to przy koniach, po za tym w stroju kowboja. Kurde, człowiek to jednak od radości zgłupieje! Nie widzi najlepszych rzeczy… Nic o nim nie wiedziałam, ale bardzo spodobało mi się jego zachowanie i postawa względem innych ludzi i pasji do koni. Na prawdę, świetny kowboj i mądry 🙂 Nie chciałam „startować”, jako do faceta, wydał mi się po prostu bardzo wartościowy, jako człowiek. Pomyślałam, że miło by było poznać go jako znajomego, czy kolegę 🙂 Tylko trochę niezręcznie się czułam… ja i rozmowa z gwiazdą kaskaderki konnej? Z człowiekiem, który być może gra w zachodnich produkcjach? Jednak ponieważ nigdy nie miałam większych problemów przy pierwszym kontakcie z ludźmi, postanowiłam, że gdy jutro nadarzy się okazja, spróbuję o czymś jeszcze porozmawiać 🙂 Dodatkowo moim marzeniem było wsiąść na takiego konia kaskaderskiego, ale gdzie tam mnie wsadzą na konia za 30 tysięcy… Mogę pomarzyć.

Nazajutrz rano wstałam, idę na spacer, zajrzeć do kowboi. Mieli dać pokaz, ale ponieważ program imprezy się nieco sypał, to szykowali się dopiero. Patrzę, a kowboje z fajkami w ustach, wywijają w najlepsze do pieśni indiańskich 🙂 Jednak wśród nich nie było tego jednego kowboja. Pouśmiechałam się do nich, powiedziałam, że tańce idą im całkiem nieźle 🙂 Pośmialiśmy się chwilkę i poszliśmy na pokaz. Oni prezentowali baty, a ja ich nagrywałam. Po tym pokazie miała być parada wszystkich przebierańców. Podczas tego pokazu młody kowboj przyjechał na koniu wraz ze starszym i czekali, aby jechać, jako delegacja kowboi na paradzie. Odeszłam wiec od miejsca pokazu i poszłam zrobić im zdjęcie. Ustawiam się, aby dobrze skadrować, a kowboj się cieszy do mnie, a cieszy… Uśmiech jak nie wiem… 🙂 Zrobiłam zdjęcie, wróciłam na pokaz, ale ten zaraz się skończył, wiec znowu idę do „moich kowboi”, którzy czekają na paradę. Program się sypie, parada się przeciąga, a ten, jak mnie widzi, to się do mnie śmieje, no więc podchodzę do niego i pytam się, czy nie można by było na takim koniku do zdjęcia, tak proooszę… I robię takie oczy, jak kot ze Shreka. Jeszcze dobrze nie skończyłam słowa proszę, a kowboj był już na ziemi… Wsiadłam więc na jego konia, oczywiście ojczym z mamą szaleją, robią zdjęcia, filmiki, z każdej strony, jak się tylko da. Kowboj się na mnie patrzy… Ale ponieważ tłum ludzi, więc trzeba tego konia różnie ustawiać, zaczęłam go więc przestawiać… Potem ojczym chciał, żebym się przejechała kawałek. Kowboj nic nie mówi, wiec ruszyłam, jadę, jadę… A właściciel się zajął rozmową z kumplami, którzy właśnie przyszli z pokazu batów i w ogóle się nie czepia. Więc sobie jeżdżę 🙂 Potem widzę, jak młody kowboj tańczy, tzn. trudno nazwać to tańcem. Trzyma się za pasek i wywija rękami w górze, jakby lassem, to tego przeskakując z nogi na nogę tak w rozkroku. Fajnie to wyglądało 🙂 Zaczęłam się śmiać… Potem podjechał do mnie drugi kowboj, jego kolega, przytulił mnie, siedząc na drugim koniu, dał swojego kolta do zdjęcia 🙂 Rodzinka robi 333 ujęcia, ja się z koltem wygłupiam na koniu, a młody kowboj się cieszy i patrzy co jak robię 🙂 Potem znowu sobie ruszam, jadę, już w inną stronę i nagle słyszę takie głośne „prrr”! Pierwsza moja myśl- „Kurde, co jest, coś nie tak z tym koniem zrobiłam?” Odwracam głowę, a tam kowboj wariacik się trzyma za ogon mojego konia i jedzie za nim na butach… Jak ja się zaczęłam śmiać!!! 🙂 Potem się już towarzystwo uspokoiło, podjechałam do niego, siedzę wciąż na koniu, zaczęliśmy rozmawiać. Najdziwniejsze było to, że podczas całej mojej przejażdżki na koniu, ten młody kowboj niesamowicie się kręcił. To znaczy, przestępował z nogi na nogę, ciągle się rozglądał, nie, żeby spojrzeć na mnie i swojego konia tylko gdzieś w bok, albo patrzył w ziemię… Kiedy podjechałam do niego bliżej, to już w ogóle… Kręcenia się nie było końca. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, o koniach, no bo o tym jakby najłatwiej zacząć, widziałam takiego „luzaka”, wczoraj taki nie był. Gadamy, gadamy, myślę sobie-„za bardzo się wstydzi, trzeba coś wymyślić”,  w końcu schyliłam się, żeby pogłaskać konia po szyi i mówię, „a jest jakiś kontakt do Was?” i odruchowo się na niego spojrzałam, tak, powiedzmy dość z bliska, w oczy, bo jego twarz była trochę wyżej niż głowa konia i akurat w tym samym czasie on się tez spojrzał… Zapadła cisza, wzrok jego wbity całkowicie w ziemię… Nagle, może po dwóch sekundach podnosi głowę i wraz z zebraniem całej kowbojskiej odwagi, trochę dosadniej : „A co byś chciała?” I w tym momencie widzę, że widzi, że  go nazwijmy to „zaczepiam” 🙂 -” No, pogadać… o koniach, zapytać się o jakieś wskazówki, bo chciałabym się nauczyć jakiś elementów westernu, a też ze swoim koniem to tak ciężko, jak nie ma kto pokazać”-odpowiadam. -To do B.-odpowiada starszy kowboj, bo  młody jeszcze ciągle jest chyba w jakimś amoku i starszy widząc to , ratuje mu skórę. -Tak, tak, to do B.- przytakuje młodszy zdaje by się odruchowo, bo sam nie wie, co ma zrobić. B. to ich kumpel, inny kowboj. Myślę sobie, „Eh…. Nie mogłeś trochę opanować strachu?”

I w taki to sposób filigramowa kobietka „złamała” kowboja i wschodzącą gwiazdę polskiego jeździectwa…

Ale też trochę dziwnie się poczułam, bo na pytanie o kontakt tak dość impulsywnie zareagował… Może coś nie tak jednak, myślę sobie. Oczywiście nie wiem, w jakich jest układach, ale przecież pogadać zawsze można, a jest to osoba na prawdę, tak otwarta do innych, że aż się zdziwiłam. Potem nagle przychodzi ojczym, trzeba iść, bo obiad jest już zamówiony. Podziękowałam mu serdecznie za konia i przejażdżkę, choć lekko zdziwiło mnie jego zachowanie, ale myślę sobie, trudno, obrazi się to się obrazi. Myślałam, że zostanę na tej paradzie… No ale cóż. Poszłam na obiad i musiałam oglądać, jak M. złamał parasol… Dziwna historia.

Do kowboi wróciłam dopiero na ostatni ich występ kaskaderski. Podchodzę do maneżu na którym były pokazy. Wjeżdżają, żeby rozgrzać konie. Pierwsze okrążenie jadą powoli. Ojczym krzyczy „brawo!!!”  Młody kowboj jedzie jako ostatni, tłum ludzi, a ja nagrywam wszystko na filmiku, a ten dostrzega mnie w tym tłumie, przejeżdża koło mnie i zaczyna się do mnie uśmiechać i cieszyć 🙂 Ja się zaczęłam do niego też śmiać, oczywiście nie nagrałam tego, bo ręce dałam na dół i sprzęt zarejestrował w tym momencie piasek… Na innych filmikach kręconych przez innych ludzi też tego nie widać. Na prawdę, widziałam, że się po prostu cieszył, jak mnie zobaczył.

Wyobraźcie sobie, że podczas drugiego występu tak się biedaczek chyba zestresował, że koń nie chciał mu galopować. Konie bowiem bardzo ST_HL_2004_379dobrze wyczuwają napięcie jeźdźca i jeżeli jeździec jest cały spięty, to konie potrafią robić różne rzeczy. Akurat wtedy nie chciał się słuchać. Potem się śmialiśmy z mamą i ojczymem, że rzuciłam urok na jego konia 🙂 Po ostatnim pokazie chciałam jeszcze do nich podejść, pogratulowałam im, ale nie udało się już pogadać, bo kumple dokoptowali mu jakąś dziewczynę, która nie umiała jeździć, a chciała się powozić, więc cały mokry i zmęczony wsadził ją na konia i prowadzał. Na prawdę był zmęczony… Z resztą, jak ktoś nie próbował, nie wie, ile wysiłku wymaga sama jazda, a co dopiero kaskaderka konna. Ale wtedy podeszła do niego koleżanka mojego ojczyma, która też ze swoim partnerem i z nami tam była na wakacjach no i chciała zdjęcie. A kowboj serio padnięty, idzie ze spuszczoną głową, nawet do tej dziewczyny mu się nie chce gadać, a ona coś tam nawija cały czas… Ale, jak zobaczył mojego ojczyma, no to błysk w oczach, postawa, uśmiech, do zdjęcia się trzeba uśmiechnąć. A potem znowu poszedł taki zmęczony, prowadząc konia i tą dziewczynę na nim…

Jego koń zapewne nie był zadowolony. Mając takiego kowboja za pana, który już z sam z siebie jest ciasteczkiem, musi jeździć za trzech… bo każda dziewczyna chce akurat na tym koniu się przejechać. Co prawda- ja nie mówiłam, że akurat na tym, sam mi zeskoczył hihi.  🙂 I takim to właśnie sposobem pokonałam kowboja z rewolwerem 🙂 Czasami to tak sobie myśle, jakby wyglądało życie u boku taiego dzielnego kowboja, na rancho… ze stadkiem koni i prerią…. Eh, pomarzyć można hihihi 🙂

*-Opisany przeze mnie typ kowboja nie do końca zgadza się z rzeczywistym, w rzeczywistości kowboje na terenach Zachodniej Ameryki zajmowali się wypasaniem bydła.

P.S. Wpis jest lekko ironiczny i pisany „z przymrużeniem oka”, co do zawodu pasterza bydła, bo kowboje w rzeczywistości byli pasterzami bydła. Jednak dziękuję temu chłopakowi bardzo, za to, że dał mi wiarę prawdziwą w ludzi i siłę, aby się nie poddać i iść dalej, walcząc o siebie, mimo, że wokół zawaliło się prawie wszystko w czym pokładałam nadzieję i nie miałam już w co wierzyć… 

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moja własna ucieczka!

To jest to, czego obecnie mi trzeba! Uwielbiam! 🙂

Najpierw filmik…

KLIK!

Teraz reszta…

Uciekam, uciekam cały dzień.
Najdalej, Bóg wie gdzie.
Nikt nie dogoni mnie,
nawet mój własny cień!

Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny!

Zmęczony, błąkam się.
I nie chcę wiedzieć, że
po piętach depczą mi.
Bo już zamknięte drzwi!

Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny!

Azyl P.-„Marzenie żółwia”

Tak właśnie zapowiadają się moje wyjezdne wakacje…