Dżem- „kiedyś i teraz” w moim odczuciu…

– Co na śniadanie? -Dżem!
– Co na obiad? -Dżem!
– Co na kolację?-Dżem!

Wczorajszy koncert rozpoczął się serią pytań… A potem stałam z Maćkiem i patrzyłam na występy innych… Miło było postać przy prawdziwym Indianerze ze Skazanego, choć nie jestem jego wielką fanką ani zwolenniczką. Tak, wczoraj grał Dżem! I może wstyd się przyznać, ale poszłam na ich koncert po raz pierwszy dopiero teraz. Wcześniej nie miałam po prostu kasy, a i to, że słucham takiej muzyki było moją tajemnicą, którą ukrywałam przed najbliższymi. No i nie grali blisko… Ale może nawet to i lepiej, bo przynajmniej teraz, emocje, które ta historia we mnie wywołuje są świadome, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Nie jestem jednak przekonana, czy w tym miejscu mogę stawiać jakąś jednolitą ocenę czy krytykę, z resztą Dżem jest zespołem, którego nie da się jednolicie sklasyfikować mówiąc „genialnie, czy też „fatalnie”, ten zespół ma wiele barw, przynajmniej w moim odczuciu. Nad jego oceną pracowali już niejedni krytycy muzyczni, dlatego ja z tego miejsca, siedząc w moim ciepłym domku nie chciałabym oceniać, bo jak wiadomo każdy jest zdolny do własnych poglądów. Chciałabym natomiast napisać o własnych odczuciach dotyczących tego zespołu, muzyki, postaci… i całej historii, jaką stworzyli, bo nie da się mówić o Dżemie pomijając życie tych ludzi i to wszystko, co złożyło się na  naszą wczesną fascynację „filozofią” bluesa i takowego stylu życia.

Pierwszym, co wyraźnie rzuciło mi się w oczy, kiedy szłam w stronę sceny, była młodzież. Bardzo dużo młodych ludzi, co na pierwszy rzut oka mogło dziwić, bo przecież członkowie zespołu nie pierwszej już młodości. Otóż, myślę, że to zjawisko ma podłoże w fenomenie 13postaci samego Ryśka. Kiedyś, czytając pewien artykuł o całej tej historii, natknęłam się na słowa: „Na jego koncerty, przychodziło dużo młodych ludzi”. Z jednej strony młodzi, których widzę, są często krnąbrni, choć nie chcę tu użyć zbyt mocnego słowa. Obecnie zanika skrupulatna emocjonalność, czułość i te wszystkie wartości i odczucia, o których pisał w swoich tekstach Ryszard Riedel. A jednak ciągle przychodzą? Dlaczego? Bo to młodzi, zbuntowani ludzie, którzy nie żyją poprawnie, często mając swój własny, bardzo pogmatwany świat, świat, w którym wierzą w przyjaźń taką, jakiej mógł doświadczyć Riedel wraz ze Skibińskim, być może nie widzą do końca, że ludzi nieco się zmienili, z drugiej strony myślę sobie, że dobrze, iż chcą przeżyć coś takiego, nawet, jeśli się to nie uda, tak jak w moim przypadku, będą mieć cenne wspomnienia i trochę cierpienia w sercu, a to ubogaca…  Idą, bo kiedyś wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto był taki sami, jak oni, nie przerabiany, nie podrabiany. Może mocno to zabrzmi, ale Rysiek był czysty!! Był narkomanem, ale był czysty w swej autentyczności! Wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto nie bał się mówić o problemach, obnażyć swoje słabości, śpiewać o tym. Jak cholerną musiał mieć odwagę… Bo zaśpiewać, czy napisać o najgorszych stanach, o ćpaniu, o tym, jak leży się we własnych wymiocinach, nie jest łatwo, mówić o tym publicznie… Ilu tych młodych po przyjściu do domu w piątkowy wieczór sięgnie po piwo?  Może po dragi? I wtedy, czując, że są słabi, nie będą czuli się samotni, gorsi i potępieni.  Bo ktoś przeżywał to samo…

Stałam tam, patrząc na ludzi, choć już tylko niektórych, z którymi on grał, śpiewał, z którymi spotykał się jako siedemnastoletni chłopak w jakimś domu kultury, w bunkrach… I w głębi duszy cieszyłam się, że mogę być z tymi ludźmi, patrzeć jak grają, choć dziś to grupa starszych, siwych panów… To oni w końcu patrzyli na osobę, której teksty dawały mi namiastkę tego, że moje odczucia nie są tak bardzo samotne, wtedy, kiedy umierał mi Ojciec, kiedy Mama piła, kiedy siedziałam wsłuchiwałam się w brzmienia gitary mojego przyjaciela, kiedy wreszcie mnie opuszczał… Najlepsze było to, że stojąc tam wiedziałam, że zaliczam się do jednej masy stojących przy barierce dziewczyn i chłopaków, nikt z zebranych nie zna mojej historii, nikt nie wie, że to, o czym śpiewał Balcar odbiło się na moim życiu dość doszczętnie, choć oczywiście w innych okolicznościach. Nie chcę tu uważać się za lepszą, czy wyżej postawioną, ale pytałam się w duchu „Czy jeszcze ktoś przeżył coś tak podobnego…?” Pamiętam, jak płakaliśmy na filmie, jak chodziliśmy, śpiewając „Czerwony jak cegła”, jak graliśmy covery Dżemu i pamiętam nawet te długie włosy z przepaską… Nikt o tym nie wiedział…

Co do samych muzyków, to po cichu myślę, że powinni zmienić nazwę… Nie dlatego, że „Dżem” mi się nie podoba, ale dlatego, że to nie jest już ten sam zespół. Muzycznie są bardzo dobrzy i to chyba tylko zostało im po tylu latach, tworzenie dobrych, płynnychDzem-obrazek_sredni_4014008 melodii i siwe włosy oraz brody… Reszta niestety pochodzi już z „nowego” Dżemu, który w niczym nie przypomina kawałków granych w Spodku w 1992 roku, czy tych z klubu Słońce w Poznaniu. Maciej Balcar sili się jak może, żeby zastąpić Ryśka, ale muszę stwierdzić z przykrością, że mu to nie wychodzi… Nie to wykonanie, nie tworzy on tego nastroju koncertu, nie te ruchy na scenie, no i przeróbki piosenek… Nikt tak już nie zaśpiewa. Tak myślę, że Balcar, chyba musiałby zacząć ćpać, wtedy może by mu się udało choć w połowie… Dlatego myślę, że powinni zmienić nazwę i nie silić się na udawanie czegoś, czego już nie będzie, a zrobić coś swojego, całkiem innego i może też fajnego, czym przyciągnęliby ludzi. A może nie chcą, bo z takiego „ciągnięcia tej historii” mają szmal? Ludzie wciąż przychodzą, w nadziei, że usłyszą to, co dawniej, to jak efekt pierwszego razu przy braniu narkotyków… W sumie to już są starsi ludzie, którzy swoje, to, co dobre, w życiu zrobili i grają teraz, bo chcą mieć po prostu kasę, a nie wybijać się od nowa, ulepszać muzykę, są przecież na górze i o to chodzi. Teraz zgarniają forsę… Pomijam już fakt, że sam wokalista nie ma zielonego pojęcia o czym śpiewa, bo nigdy tego nie przeżył. do jakiegoś momentu można się wczuć, ale wydaje mi się, że historia życia Riedla jest inna i unikatowa i jakby ciężko ją poczuć nie będąc w tym środowisku, nie żyjąc z tymi ludźmi, nie posiadając podobnego odczuwania… no i nie ćpając. Nie da się potrafić poczuć jak to jest, gdy za chwilę masz umrzeć, gdy wiesz, że ciąży nad tobą wyrok, który dokona się z biegiem czasu…

Jak patrzyłam na Balcara to utwierdzałam się tylko w przekonaniu, ze teraz zrobili z Dżemu zwyczajne show, na które wciąż przybywają tłumy. Jedni, żeby się bawić jak na d5754bce65ee6bb5f13b1466aae7b6d9koncercie metalowym, inni, w nadziei, że usłyszą to, co kiedyś… Nie ma już w tej muzyce melancholijności typowej dla tego zespołu, nie ma uspokojenia, nie słychać nawet smutku! Tego prawdziwego smutku, który krążył po ich koncertach od zawsze… Rysiek był inny… taki spokojny i choć czasami tańczył na scenie to widać w nim było typowego hipisa-luzaka, w jednej podartej koszuli, w starych spodniach i z śpiewem od serca, takim nastrojowym, smutnym, wzruszającym i przenikającym aż do bólu. On wiedział o czym śpiewał. On łączył się z tamtymi przeżywanymi emocjami podczas każdego utworu, co można było wychwycić i usłyszeć… Maciek Balcar robi show, perkusja tnie jak najęta, gitary trzymają fason nadal, klawisze też. Ale chyba nie wrócą już te koncerty, na których ludzie się bujali, robili fale, śpiewali razem, siedzieli, bawili się… Ten klimat starego Dżemu chyba bezpowrotnie minął…

Samego Ryśka nie oceniam, każdy na co do jego postaci zapewne własne odczucia i nie będę przekonywać, nakłaniać, czy odradzać…

Szkoda tylko, że nie zabrałam sobie swojego kowbojskiego kapelusza…

 

Reklamy

Historia Jima Morrisona i… filozofia?

Czasami myślę, że więcej w tym blogu pamiętnika, niż twardych tez. Tak, czy siak, nieważne, zawiera cząstkę mnie. Dziś zdarzyło się coś dziwnego. Zupełnie przypadkowo trafiłam do jednej z miejskich bibliotek. Zakręciłam się koło półki z nowościami i wpadła w moje oko książka „Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima M.” Ze zdziwieniem ją podniosłam. Nie wiedziałam nawet, że ludzie piszą takie książki. Książki o muzykach, poetach…  Fakt, Jim był postacią ekstrawagancką…

Otworzyłam, przeczytałam pierwsze zdanie i… spędziłam kolejne dwie godziny czytając. Do tej pory nie potrafię określić właściwymi słowami co w tej książce jest. Ona jest po prostu… genialna! A może ja tak tylko ją odbieram, nie wiem i wiedzieć nie chce, nie potrzebne mi to.  Czytałam, ludzie przechodzili, pytali, czy chcę ją wypożyczyć, czy może usiądę. W końcu zdecydowałam się usiąść i dalej czytałam, zapominając przy tym o całym, dosłownie całym świecie. Nie podnosiłam wzroku na ludzi przechodzących obok mnie, ot tak, na środku biblioteki czytałam książkę. Coś w tym dziwnego? Inni chyba uważali, że tak, bo kiedy już skończyłam, osoby wokół mnie stały w osłupieniu. Skończyłam, odłożyłam i wyszłam.

Nie mogłam wypożyczyć tej książki. Czułam, że nie mogę. Ja ją musiałam… kupić! Tak, kupić, bo to książka do której się wraca, trzeba wracać, a nie wypożyczyć i przeczytać. Te teksty są takie.. ach… można się nimi delektować do upadłego! Przynajmniej ja mogłam. blog_im_3611844_7860315_tr_jim_morrison_jimmorrisonCzytałam z zapartym tchem, kartka po kartce, nie mogąc się doczekać przewrócenia kolejnej strony. W końcu, w jakiejś połowie przerwałam, wywróciłam na okładkę i powiedziałam na głos „ten facet ma coś w oczach”. Ludzie się spojrzeli…  Czytałam, momentami łzy płynęły mi po twarzy, a oczy stawały się chyba czerwone. Ogarniając wzrokiem kolejne słowa widziałam to, co przeżyłam będąc młodszą. Nie, ja to znów przeżywałam! Metafizyczną stronę mojej przeszłości. Teraz widzę, że w próbie „ucieczki” od wspomnień stałam się zbyt pragmatyczna… Można to sprowadzać tylko do tandetnych, ludzkich zaczątków uczuć, ale to, co ja wtedy przeżywałam… może jestem naiwna, ale wydaje mi się, że to było coś więcej niż tylko wymiar „tu i teraz”…  Niektóre fragmenty książki zdawały mi się tak znane, jakbym czytała o sobie samej, o moich emocjach i doświadczeniach. To było coś takiego, jakby ten człowiek pokazał mi, co tak naprawdę i w jaki sposób odczuwam.  Niesamowite przeżycie. Dotarcie do siebie samego, tam, gdzie jest najciemniej, tam, gdzie już nie ma promyka światła…  łzy same cisną się teraz do oczu.

Czytając zaczęłam odkrywać, że moja, a w zasadzie wciąż chyba jednak nasza młodzieńcza fascynacja takową muzyką, stylem, dochodzeniem do prawdy i wartości, i moja – końmi, istnieje naprawdę, bo ktoś miał podobnie. Ta wręcz dziecięca fascynacja i, nie do końca jeszcze przeze mnie zrozumiane zainteresowanie takim można by rzec typem osobowości, zaczęło się przeradzać z dniem dzisiejszym w filozofię… może bluesa? Może muzyki wykorzystywanej do uniesienia razem z publicznością? Myślę, że nie nadużywam tego słowa. Wydaje mi się to być już nie zainteresowanie, a filozofia, pewien sposób patrzenia i odczuwania. Czuję, że coś, czego nigdy do końca nie zrozumiałam zaczyna się kształtować…

Prawdę mówiąc od ponad kilku lat staram się jakoś określić swój byt, swoją egzystencję, swoją rolę w tym świecie. I sama nie wiedziałam, kim ja jestem do tej pory. człowiek pełni wiele ról… Ale kim jestem dla siebie? Kim jestem będąc w ogóle na tym świecie? I wystarczyło parę słów z tej książki, by zacząć dowiadywać się, co ja tu robię… Znalazłam choć część odpowiedzi na ciągle brzmiące w moich uszach pytanie „dlaczego?”.  Trudno nawet to dobrze nazwać. Może rzeczywiście, będąc w takim miejscu można stworzyć własną rzeczywistość? Może o to właśnie chodzi… To wszystko jest zbyt metaforyczne, aby tłumaczyć. Sądzę, że odpowiedź jest prosta. Albo czujesz, albo nie. Podobnie jak z religią…

Moja rodzina nigdy chyba w pełnie nie zaakceptowała tego, że interesuję się okolicami bluesa, rocka, a może nawet bardziej czuciem muzyki i tekstami do niej pisanymi. Pewnym rodzajem czucia i patrzenia na świat. Dla mamy zawsze było to śmieszne i do dziś traktuje to chyba jako wybryk. Tonem głosu dając mi do zrozumienia, abym zajęła się ważniejszymi tematami, bardziej może naukowymi, bo sama je lubi… Przed babcią długi czas ukrywałam to, aż wreszcie przestałam, jakoś nie za bardzo dając jej możliwość protestu. Po prostu, oznajmiłam i już. Ale przyjęła i przynajmniej się nie śmieje, nie mówi, że głupstwo…

Książkę już mam u siebie w domu i to na własność, dlatego o przemyśleniach związanych z samą treścią napiszę po przeczytaniu, więc myślę, ze już wkrótce.

Widziałam pewną relację z koncertu i…

Widziałam krótki urywek relacji z koncertu Dżemu. W telewizji, gadali coś o „Czerwony jak cegła” jacyś krytycy, paru ludzi, niby sławnych, niby nikomu nieznanych, sam Balcar coś k,MzU3NjMxMTMsNDYxMzEwODM=,f,72ab5b19cddodał, że to niby piosenka wszechczasów. A to nie wiadomo? Przecież tłumy śpiewały kiedyś na koncertach od pierwszej sylaby aż do ostatniej. Kurde, muszę zacząć pisać o „moim Dżemie”, czyli zespół moimi oczami… a z resztą, trochę inaczej po prostu mi się to widzi, to napiszę. Pamiętam jak raz jeden jechałam pół województwa, żeby zobaczyć występ zespołu… w telewizji. I co? I zobaczyłam, Balcara, który śpiewa, że w życiu piękne są tylko chwile, tak, jakby w ogóle nie były one piękne. Poprzerabiali te piosenki… Eh… napiszę, wkrótce. Ale nie o tym chciałam, a o tym, że dziś zobaczyłam fragment relacji z koncertu za czasów Ryśka. Muszę przyznać, że leżąc w łóżku jakoś odeszłam od świata bluesa, Ryśka, Dżemu, słuchałam muzyki ale innej… A dziś to wróciło. Tysiące wspomnień, marzeń, obrazów przed oczami… I teraz sama już nie wiem… Pamiętam koncerty. Pamiętam jak M. tego słuchał, śmiesznie było… Ha ha, wspomnienia z  pierwszych udanych „waków” bezcenne!