Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Reklamy

Randka…

Ten tydzień był szalony. W głowie kołatało mi tyle różnych myśli, że nie sposób ich zliczyć. Ostatni post był  o tym, że poznałam pewnego pana D. I od tej pory cała ta depresja związana z Top Gunem minęła. Jakoś się uspokoiłam, uporządkowałam swoje myśli, nie, nie leczę się wcale innym facetem, jestem sama. Po prostu zrozumiałam, że na jednym świat się nie kończy i, że mogę być jeszcze kiedyś dostrzeżona i akceptowana, mogę fajnie spędzać czas, mogę o nim nie myśleć, mogę nie mieć flash backów, mogę iść dalej…

Przez ten tydzień próbowałam się skontaktować jakoś z panem D. Jednak odpowiedział tylko na jedną wiadomość i dalej zamilkł. Pomyślałam sobie, no cóż, trudno, jego strata. Jednak wczoraj o dziwo sam się odezwał i tak,  jak to wykazywał tydzień temu, chciał się spotkać. Więc umówiliśmy się na spotkanie. Przed spotkaniem jeszcze musiałam podjechać na uczelnię, załatwić dwie sprawy i choć miałam mieć cały dobry dzień, spotkałam na uczelni Top Guna… Najpierw mnie nie zauważył, potem zauważył, potem chciał pocałować, więc się odsunęłam, poczułam tylko jego oddech na moich ustach, a potem powiedział, że ma coś dla mnie i wyciągnął z plecaka witaminy. Mało myśląc wzięłam je, choć teraz myślę, że do niczego mi one nie są potrzebne, ale dla świętego spokoju… Potem powiedziałam mu, że muszę już iść, chciał iść ze mną, ale przecież nie zabiorę go na randkę z D. ,odsalutowałam i poszłam swoją droga z uśmiechem na ustach. Jednak poczułam, że pod tym uśmiechem coś było. Coś we mnie, jakiś smutek… smutek, że mimo wszystko go straciłam? Nie wiem, nie chcę myśleć już w kategoriach „o, jaki fajny facet”… Przez ten tydzień poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie, między innymi to, że mi nie zależy, że nie muszę mieć z nim kontaktu, wręcz zaczęło mnie to denerwować, że do mnie pisze. Stwierdziłam, ze mam swoje życie i nie muszę z nim być złączona non stop. Odzyskałam przez ten czas swoją indywidualność. A dziś, dziś poczułam jakiś smutek, choć wiem, że on nigdy chyba nie widział we mnie kobiety, tylko koleżankę, a ja mam już dość po tylu miesiącach bycia koleżanką.

Potem zaraz poszłam na spotkanie z D. Przyszedł, choć wątpiłam w to, czy przyjdzie. Poszliśmy na kawę i coś zjeść. Nawet przyjemnie się rozmawiało. Poczułam jakąś taką świeżość w tym wszystkim, jakaś nowa osoba… choć nie weszliśmy na tematy bardzo osobiste, jak poprzednio to było po prostu miło się spotkać i porozmawiać. Potem szedł na basen, a ja wracałam do domu. Na pożegnanie go przytuliłam, sam się zapytał, czy go przytulę…

Powiedział, że się odezwie. Sama jeszcze nie wiem, co o nim sądzić. Może jest za wcześnie na jakieś osądy? Ale miło mi w jego towarzystwie.

Z drugiej strony wydarzyła się też rzecz bardzo dziwna. Odnowiłam stare kontakty i znalazłam też tam niejakiego pana A, który podczas jeszcze mojej depresji, dzwonił do mnie i pytał się mnie, jak się czuję i się o mnie troszczył. Jemu opowiedziałam o całej tej sytuacji z Top Gunem, o tym, co mi zrobił…o tym, że mam depresje, że bardzo źle się czuję. W pewnym momencie zaczęłam traktować go jak brata, bo był ze mną, wspierał mnie ostatnio, rozmawiał. Z tym, że ja myślałam, ze on również myśli o mnie jako o koleżance i niczego więcej nie oczekiwałam. Bo i teraz przyjęłam taką postawę, że niczego nie oczekuję. Traktuję ich jako kolegów, ale nie wierzę od razu, że coś z tego będzie… Nie robię sobie żadnych nadziei, bo nie chcę się już więcej rozczarowywać. Muszę też dać sobie czas dla siebie. Ostatnio, na samym końcu mojej depresji, bardzo chciałam, by Top Gun wiedział, jak ja cierpię, jak bardzo mnie zranił, jak nie mogę przeżyć kolejnego dnia bez bólu psychicznego, ale potem sobie pomyślałam, że on i tak tego nie zrozumie. Może w tym jest trochę mojej winy, bo gdybym zerwała od razu kontakt to może coś by do niego dotarło. Teraz jest już na to za późno. On mnie nie będzie w tym wspierał, nie będzie rozmawiał, on to ma gdzieś. Kiedy zaczęłam mu coś mówić…. Powiedział mi tylko, że jestem silna, że dam sobie radę i tyle. Zrezygnowałam z mówienia mu o tym. On nie wie co mi zrobił i nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, przeszedł nad tym do porządku dziennego, to dlaczego ja nie mogę? Niech sobie żyje w tej swojej nieświadomości… słodkiej. I niech nadal pomaga ubogim i bezdomnym, tylko jedną osobę, która na to na prawdę nie zasługuje, bo przy nim była i jest, i która na prawdę go kochała odrzuca cały czas… Nie rozumiem tego, ale jak czegoś nie rozumiem to trzeba to zostawić…

Zastanawiałam się też ostatnio nad tym, co się ze mną działo przez ten czas od kwietnia… Doszłam do wniosku, że przeżyłam epizod depresyjny, kolejny już i bardzo ciężki. I wyszłam z niego. Jestem z siebie dumna. Nie czuję już takiego bólu psychicznego.

***

Wczoraj odbyłam też rozmowę z panem A. To była dziwna rozmowa. Wiem, że się o mnie stara, ale nic z tego nie będzie. Pan A. po raz pierwszy przez pół godziny przekonywał mnie wraz z kolegą, że marihuana jest dobra i powinnam zacząć ją palić, a już na pewno nie uważać ją za narkotyk… I mówi mi to facet 24 lata, który chciał być ojcem dla dziecka swojej poprzedniej dziewczyny z innego związku… A jego kolega też mnie chciał przekonywać, jednak co drugie słowo zaczynało się na k, już nie mogłam tego słuchać… I tak sobie pomyślałam o różnicach w potrzebach kobiet i mężczyzn w tym wieku. Oczywiście nie wszystkich, mam nadzieję, choć takowych nie wiedzę na chwilę obecną, ale jednak… Kobieta by chciała, żeby ktoś był, żeby przy niej trwał, czuwał, żeby ją wspierał, żeby potrafił dać z siebie coś dla tego związku, żeby był oddany, żeby można z nim było porozmawiać, żeby rozumiał, żeby chciał tego samego… A mężczyźni czasem zachowują się jak duże dzieci, które wiecznie chciałyby się tylko bawić, czasem nie zważając na konsekwencje…  Na koniec padło jeszcze takie zdanie, że się różnimy, ale to musi się zmienić… Na co tylko odpowiedziałam, że ja się  nie będę dla nikogo zmieniać i swoich poglądów również nie.

Potem posmutniałam tylko, bo pojawiła się myśl, że szkoda, że nie wyszło z Top Gunem. Jesteśmy czasem jak dwie krople wody. Spojrzymy na siebie i już wiemy o co chodzi. Ale może tak musi być?

Z tego wszystkiego wysunął mi się taki wniosek, że lepiej być samemu, niż ładować się w kolejne dziwne relacje… A tymczasem czekam na wiadomość od D.

dress-864107_960_720

Potrzeba bliskości, mocne wkurzenie na niego i rozstanie Top Guna z nią!

Dzisiaj pojawiła się taka myśl, że może rzeczywiście to jest taki czas, aby przyjrzeć się sobie. Chciałabym też tak bardzo zostawić cały ten bałagan za sobą i iść naprzód, sama czy też nie. Dziś pojawiła się z rana tęsknota za nim, a może za tymi wszystki dobrymi chwilami, które już miałyby nigdy nie wrócić. Tak, tęsknie za nim… tak zwyczajnie, po ludzku. Może to minie. W końcu to 8 miesięcy z mojego życia… Ostatni raz tak tęskniłam za M. Z Panem ze skrzydłami było jakoś inaczej, po prostu widziałam, że mnie nie kochał, wiedziałam, że już dłużej z nim nie wytrzymam, z tym, jak mnie traktuje. Może minęło za mało czasu, musi go minąć więcej?

Chciałabym móc uwierzyć w to, że na prawdę on mnie nigdy nie kochał, a sam w  sobie jest debilem, jeśli nie widzi, co chciałam mu ofiarować. Że dla niego nasze rozmowy nie miały tak emocjonalnego ładunku jak dla mnie. Z takim myśleniem mi łatwiej, bo pozwala pójść do przodu, zająć się swoimi sprawami. Tylko, czy aby przypadkiem nie mam co do tego już watpliwości?

Przyglądam się mojej potrzebie bliskości, to, o czym także wczoraj mówiła mi terapeutka. Jak silna ona jest, dzisiaj chciałabym, żeby jej nie było. To ona mnie więzi w jego życiu, w tej całej sytuacji. Gdybym nie miała tej cholernej potrzeby bliskości, to by mnie już tam dawno nie było, potrafiłabym to olać i wrócić do siebie, do swojego życia. Choć w tym wszystkim dostrzegam też jedną małą rzecz, zaczynam dostrzeagać takie małe rzeczy, których wcześniej nie dotrzegałam, zaczynam doceniać np. to, że świeci słońce, że mogę wyjść na dwór. Tylko za jaką cenę?

Mam depresję i moje myślenie zrobiło się czarne, jutro idę do lekarki, zobaczymy czy zostawi leki, czy je odstawi…

Wczoraj jeszcze odpowiedziałam Top Gunowi na jego pytanie, chwilę popisaliśmy o wyborach, powiedział, że cieszy się, że się zgadzamy w kwestaich tu poruszonych. Choć nie wiem, co to miało znaczyć… W wielu rzeczach się zgadzamy, podobnie myślimy, mamy podobne poglądy, tylko co z tego? Zawsze myślałam, że kiedy przyjdzie ten moment, rozmowy o politycznych poglądach, będe się stresować, że się nie zgodzimy, ze wyjdę na jakąś dziwną ze swoimi poglądami, a muszę przyznać, że wczoraj nie zależało mi już na tym, co on sobie o mnie pomyśli, przecież to już i tak chyba nie ma znaczenia? Może sobie myśleć co chce. I to nic nie zmienia. To nie ze mną jest coś nie w porządku, jak myślałam na samym początku, tylko jak już to z nim! Ze mną jest wszystko w porządku i tej myśli się trzmam. Jestem jaka jestem, nie pracuję w wojsku, jak jego kochanka, nie mam metra siedemdziesiąt pięć, jak jego kochanka, nigdy do niego nie przyjechałam, jak jego kochanka, interesuje się czymś innym niż Top Gun, wyglądam inaczej i inaczej myślę, podejmuję inne dezycję, ale to nie jest powód, aby mnie nie kochać i mnie nie chcieć! A ja mu chciałam tyle dać, co za palant! A przecież ze mną wszystko jest w porządku, z tego powodu nie jestem przecież „tą gorszą”, nie tak jak myślałam na początku…

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co czuję upały człowiek? Mam wrażenie, że upadam…a może to nie tak? Nie chcę o sobie tak myśleć. Po prostu, potrzebuję pomocy i mam prawo po nią sięgnać, to nie oznacza, że jestem gorsza! Przeżywam godzenie się ze strata i moje stany mogą być bardzo różne teraz… ale mam prawo z nimi ekspetymentować, także na nim.

Dziś też bardzo mocno wkurzyłam się na Top Guna, bo znowu zaczął coś mówić o swojej utrzymance, jak to nie byli na spotkaniu z jednym politykiem, napisałam mu, że chyba się pomyliłam co do jego wyczucia, bo on tego nie rozumie, więc muszę wyłożyć mu kawę na ławę, że jeżeli chce, to może dalej się bawić z nią i być wykorzystywany, tylko niech mi już o tym nie mówi, bo mnie to żywo wkurwia bardzo, bardzo mocno! Na co on odpisał, że nie ma jej! Jest w swoim rodzinnym mieście, wyjechała 3 tygodnie temu, jeszcze przed jego wyjazdem na ćwiczenie do Słowenii i na razie niespieszno mu, aby ten stan zmieniać. Więc mu napisałam, że mnie zaksoczył, myślałam, że nigdy tego nie zrobi, nie pozbędzie się jej (przynajmniej jak na razie). Choć wiem, że ona może wrócić.. że on może nie wytrzymać samotności w domu, w końcu tyle czasu z nią spędził. Mimo wszystko napisałam, że mu gratuluję tej decyzji, że niespieszno mu ze zmianą tego stanu, że w jego życiu jest kilka dni normalności. Odpisał, że z tą normalnością to różnie, bo nie służy mu siedzenie samemu w czterech ścianach. On też nie potrafi być sam? Napisał mi, abym nie chwaliła dnia przed zachosem słońca, więc nie wiem, czy to miało oznaczać, że ona wróci? Może Top Gun wytrzyma… zobaczymy. Widzę, że te izolacja też nie będzie łatwa. Ale przynajmniej jakieś działanie już podjął, choćby na trochę…

Czasami sobie myślę, że życie w tym ciągłym lęku i strachu co on zrobi jest koszmarem. Że gdybym teraz miała z nim być, tak bardzo bym się tego bała, że chyba nie była bym w stanie… To chyba byłoby dla mnie za ciężkie do udźwignięcia. To jest dla mnie za ciężkie… Potrzebuję stabilizacji, a nie wiecznej huśtawki i obaw o przyszłość… Choć z drugiej strony wiem, że takie związki mogą być dla mnie zwyczajnie ciekawsze, przypominając mi to wszystko, w czym dorastałam. Dziś też po raz pierwszy dałam sobie prawo do złości na niego i do pokazania mu tej złości… Nie wiem, co on o mnie pomyśli, ale tu znowu wracam do tej myśli, że wszystko ze mną w porządku, mam prawo być zła na niego, kiedy mówi mi o tych kobietach, czy mu się to podoba, czy nie. Zawsze myślałam, że jak będę okazywać złość to ludzie mnie będą odrzucać… a to przecież nie tak… I to nie jest powód, by mnie odrzucać czy dalej ranić! Więc nadal wychodzi na to, że jest palentem.

Ja, taka zła na niego… Przybieram chyba czarną szatę:

woman-530484_960_720

Odbudowuję poczucie własnej wartości…

Nie, nie będę pisać o „Tylko nie mów nikomu” Sekielskiego, choć na Waszych blogach zawrzało od wypowiezi na temat tegoż filmu. Szczerze powiedziawszy ja nie mam siły nawet go obejrzeć…

Jak już pisałam Top Gun poleciał wczoraj na ćwiczenie do Słowenii. Miał się nie oddzywać, ale najwidoczniej nie wytrzymał, bo już po 3 godzinach ciszy miałam wiadomość od niego. Odpisałam po godzinie, od tej pory jest cisza… Więc odpoczywam od rozmów z nim. Te jego konwersacje się zmieniły po jednej rozmowie, którą sam zaproponował. Przegadaliśmy wtedy dwie godziny, powiedział mi też wtedy, że byśmy sie dogadali i, zapytał co by było gdyby się pojawiła myśl o mnie, tak, jak to już pisałam na blogu. Od tej pory pisze do mnie ciągle… dzień w dzień, dziś jest pierwszy dzień, gdy nie napisał.

Obecnie dużo piszę na blogu, codziennie bowiem pojawiają się w mojej głowie nowe myśi, które chcę jakoś uporządkować.

W tym całym myśleniu, o tym, że on nigdy mnie nie kochał i o tym, że odbiera sobie szczęście i szansę na lepsze życie, pojawiła się wreszcie myśl o mnie, czego ja chcę, że ja też jestem ważna. Wcześniej tego nie dostrzegałam. Miałam swoje uczucia kompletnie gdzieś, pytałam siebie tylko jak on mógł mi to zrobić i rozpaczałam z tego powodu, że nie bedzie tak dobrze jak myślałam, bo on tego nie chce. Nie widziałam uczucia, którym go obdarzyłam, że ono też jest w tym wszystkim ważne, i, jeżeli dla niego się nie liczy to nie liczy się w ogóle. A to przecież nie tak. Bardzo spadło mi poczucie własnej wartości, bardzo… prawie w ogóle go nie było, poczułam się jak zwyczajny śmieć, jak zabawka, którą się można pobawić i wyrzucić. Teraz po mału dochodzę do siebie, uświadamiając sobie, że przecież to, że ja chciałam to też jest bardzo ważne, bo ja przecież też mam jakąś wartość, a to, że ktoś to odrzuca nie przesądza o moim braku warości… Cieżko mi odnaleźć się samej, samotnej… Do tej pory zawsze ktoś był, a teraz zostałam całkowicie sama, ale może to też nie przesądza o mojej wartości? Nie wiem, dlaczego mam takie chore myślenie. A moze to tylko kwestia przyzwyczajenia? Po prostu, przez ten cały czas przyzwyczailiśmy się do siebie…

Wypisałam podanie na praktyki, zrobię sobie je, mam też taką bardzo cichą nadzieję, że może po praktykach uda mi się zostać w firmie. Cóż, też pójdę do mundurówki i trochę mnie to podłamuje, czy to wszystko nie będzie kojarzyć mi się z nim z tym wszystkim, co między nami kiedyś było…  Udaje mi się nie myśleć cały czas o tej sprawie z nim, jego kobietami, powoli zaczynam zajmować się własnym życiem i sprawami, którę muszę załatwić. Może to działanie leków, a może mojej interpretacji tego wszystkiego. Staje się jakaś spokojniejsza. Nie wiem, czy nie wróci to do mnie, kiedy to ćwiczenie się skończy i Top Gun wróci do swojego normalnego życia, ale póki co do niedzieli mam spokój i staram się tym cieszyć. Nie chcę już żyć jego życiem, jak to było do tej pory, chcę żyć swoim życiem, tak bez zaangażowania. Wróciłam do pracy, powoli zaczynam koncentrować się na sobie…Powoli siebie dostrzegam w tym całym bałaganie, powoli się wyłaniam…

Edit:

Top Gun jednak napisał, nie podczas pierwotnego tworzenia wpisu, ale wkrótce po tym…

art-2436545_960_720

Może nie tylko ja mam pecha?

Dziś z rana zaskoczył mnie telefon, wśród tych wszystkich prób, by spać i chodzić, czasem jeszcze napływają do mojego mózgu jakieś informacje…

Więc rano był telefon, zadzwoniła ciocia… Wśród jakiejś tam rozmowy o zdrowiu zaczęła opowiadać co to jej wnuczka ostatnio nie przeżywa za koszmar. Jej wnuczka, musicie wiedzieć, jest dziewczyną, która już miała chyba z 10 facetów i zawsze związki jej się rozlatywały, nie wiadomo, czy to z jej winy, czy z winy faceta, ale kilka razy z winy faceta, bo ciotka żywo opowiadała jak to jeden ją wygonił w środku nocy z mieszkania, musiała matka po nią jechać i ją odebrać stamtąd. Innymi razem wyjechał bez słowa itp. historie.

Tym razem jednak było inaczej. Byli ze soba osiem miesięcy, planowali jakieś wakacje, chceli wynająć wspólnie jakieś mieszkanie, już poprzedstawiali się nawzajem rodzinie, podobno święta wielkanocne spędzili wspólnie, z rodzinami, gdy nagle dziewczyna dowiedziała się, że facet spotykał się z nią dlatego, że go była zostawiła, a odezwała się właśnie i oczywiście co zrobił? Poszedł do byłej… z nienacka. Teraz dziewczyna płacze, matka ją pociesza, trudna sytuacja. Ale to wszystko dało mi do myślenia, ze to moze nie tylko ja mam takie popieprzone relacje? I, ze to nie nasza (dziewczyn) wina, że faceci się tak zachowują? Przecież my tylko staramy sobie jakoś poukładać swobie życie, walczymy o swoje marzenia, o kawałek normalności, bliskości i ciepła… a co dostajemy? Odrzucenie i kilka przerwanych marzeń jak cienka nikta, no i kilka wspomnień, których lepiej nie mieć w pamięci… ja też bym chciała je wymazać. Co noc mi się śni Top Gun, jak rozmawiamy, jak gdzieś chodziny, jak leci samolotem w tym swoim mundurze khaki… NAwet nocy nie mam spokojnych, jestem cały czas taka napięta jakby mnie ktoś do prądu podłączył. Tak bardzo chcałabym pewnych chwil nie pamiętać, albo najlepiej, żeby w ogóle się nie wydarzyły… Choć muszę przyznać, że czasem czuję do niego obrzydzenie, jak sobie pomyślę o tych kobietach, jak czasem mi jeszcze o nich opowiada. Nie miał on nigdy kumpli? Tym bardziej, że powinien, bo to przecież wojsko… Powinien zamiast biegać od jednej do drugiej i im pomagać, po prostu czasem może wyjsć z kumplem na piwo? Nie byłoby to lepsze? Jeszcze mnie chce pomagać… podwozić, odwozić itd. Dobrze może w sumie, że jutro wylatuje do tej Słowenii na ćwiczenie bojowe…

Tak się zastanawiam, co się dzieje z tym świtem? Co się podziało w relacjach damsko-męskich? Dlaczego tak często zmieniamy decyzje? Czy w ogóle słowo w dzisiejszej rzeczywistości ma jeszcze jakąś wartość?

Chciałabym, zeby miało, sama ważyłam słowa w stosunku do Niego, ale czy to w ogóle się opłaca?

Może ja po prostu jestem jedną z wielu takich dziewczyn?

composing-2391033_960_720

 

Moje życie w jakimś stopniu się skończyło razem z nim… Wszystko legło w gruzach…

Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, co mam czuć. Czy ta historia powinna się skończyć już? Pewnie tak, nie wiem czy będę potrafiła… Przyjechał do mnie we wtorek, 30.04. Poszliśmy na spacer do lasu, tam zaczął mnie miziać, dobierać się do mnie, powiedział, że chciałby się ze mną kochać. Złożył mi pocałunek na ustach, tak słodkiego pocałunku jeszcze nigdy w życiu nie dostałam… Potem ja go pocałowałam. Żałuję, ale nie wiedziałam, że to wszystko jest tak pokićkane. Było mi miło z nim, choć do niczego konkretnrgo nie doszło, w sumie to o  mały włos… A potem, potem kiedy poszliśmy do parku zaczął opowiadać. O swojej utrzymance, z która mieszka 5 lat, o swojej kochance, którą bardzo kocha, z którą planował przyszłość. Dał mi przeczytać swoje wuznania do niej, swoje wiadomości, to było upokarzające. Dostałam cios. Opowiadał o tym, jak się kochali. Kolejny cios. Pogadaliśmy chwilę w aucie, o tym, że gdyby nie ona, to myśli, że jakoś byśmy się dogadali… Ja powiedziałam mu, ze nie wiem już kim dla niego jestem. W końcu zaczeło mnie trząść i zwymiotowałam przy jego samochodzie z tego stresu. A potem, kiedy pojechaliśmy do restauracji dalej mnie tulił i trzymał za rękę. Na koniec spacer, w tym samym miejscu, co ostatnio też za rękę. Na koniec rozmowa, gdzie postanowilismy, że zostaniemy przyjaciółmi, bo chciałam, by choć między nami była jasność. Ale teraz ja już nie wiem, czy tego chcę… Mam totalny mętlik w głowie.Powiedział, ze potrzebuje czasu, ja chyba też.

Są chwile, kiedy nie chciałam pozwolić mu odejść, ale kiedy napisałam mu w kolejnym dniu prawdę, o ty, że był dla mnie kims wiecej niz tylko kolegą, napisał, ze nie zauważał dygnałów, albo takich nie dawałam. Gdyby tak było, , to czułby się zobowiązany opowiedzieć mi o swoim życiu, a dopóki myślał, że jesteśmy tylko kolegami to nie chciał mnie w to wplątywać. Myślał, że jest tylko kolegą. To wszystko przekreśla, bo wychodzi na to, że on mnie nie kochał, nigdy… Coś tam pisał, że w grudniu pomyślał, że może to czego chce jest blisko, ale potem spotkał się z kochanką i wszystko w nim odżyło. Teraz podobno, kiedy zaczął się do mnie miziać, w lesie to ta myśl zaczęła kiełkować jak przebiśnieg przez zgliszcza na wiosnę… ale na drugi dzień napisał o tych sygnałach, co wszystko przekreśliło… bo ja się na prawdę otworzyłam i napisałam o tym, że chciałam, może nie otwarcie, i nie, że się w nim zakochałam, ale napisałam, ze miałam wtedy taką małą myśl jak on, a resztę zostawiłam czasowi… ale teraz to już nie ważne.

Wiem, że muszę pozwolić mu odejść, ale nie potrafię chyba, nie teraz… Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, przeciez on mnie nie kocha i nie kochał. Jak napisał, jego serce było gdzieś indziej. A czemu mnie dotykał, miział, głaskał, odwoził, pisał całe dnie? Chyba nie znajdę na to pyranie dobrej odpowiedzi…Napisałm, ze mimo wszystko dobrze było zrobić mi miło, ale ja wiem, że na tym niczego sie nie zbduje. On chciał som i rodzinę tylko z tamtą, swoją kochanką. On ją kocha i nie zmienię tego… Nawet nie wiem, czy chcę to zmieniać. Tylko dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedział, na początku relacji? Najlepszym chyba jest się wycofać, tylko czuję się jak nikt, jakbym nie miała kompletnie dokąd pójść. Przeraża mnie rozstanie z nim definityne, przeraża mnie samotnosć, to, ze znowu jestem w punkcie wyjścia… mimo, że uwierzyłam, że marzenia o rodzinie mogą się spełnić. Powiedział, ze gdyy nie kochanka to pewnie teraz mówiłby tak o mnie, ze mógłby mi to wszystko dać, że życie jest popieprzone, że gdyby nie ona nigdy nie poznałby mnie, bo to ona go wysłała na studia… że mógłby mi dać rodzinę, dzieci, że myśli, że byśmy się dogadali, gdyby nie ona…

Wiem, że nie mam czego w nim szukać, wszystko upadło. Dziś mma dzień żalu, chyba do Boga, że to wszystko nie potoczyło się inaczej, że nie mógł być wolny, że nie możemy razem być. Tak, przyznaję, zakochałam się w nim, a on chyba nigdy mnie na prawdę nie kochał. To smutne, czuję zalegający smutek.

Od wczoraj jestem na lekach, zaczynam brać przeciwdepresyjne. Przede mną 3 egzaminy cieżkie, nie wiem jak dam radę, jak sobie poradzę. Boje się, boję się samotności.Nie wiem, czy mam do niego pisać, czy nie… Wczoraj nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, ze muszę zająć się sobą, ale ale czy potrafię o tym wszystkim i o nim nie myśleć? Po pół roku myślenia? A on codziennie myślał o kochance… to też mi pokazał w wiadomości…To smutne, czuje się oszukana.

Jutro mam sie z nim widzieć, nie wiem co mam robić, ja się zachowywać.Powiedział mi jeszcze, że mogę zawsze na niego liczyć, że jestem fantastyczną osobą. Mówienie komplementów przeplata sie z odrzuceniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć. A może jutro po prostu dokończyć mówić mu prawdę? I dlatego nie możemy się już kontaktować. Jutro się okaże, czy w ogóle przyjdzie do mnie. Czuje się taka samotna… Moze gdzies tam w świecie czeka na mnie mężczyzna, który będzie w stanie mnie kochać i czuć to tylko do mnie? Tak, zębym poczuła smak prawdziwej miłości? Tak, zęby wszystkie marzenia się ziściły, ale wiem, że ciężko takiego znaleźć, wejsć w taką relację, choć moze z Top Gunem było tylko tak ciężko. Mozę są osoby, które inaczej rozmawiają, inaczej załaywiają sprawy, bardziej otwarcie?

Cały czas mam w głowie to, co o niej mówił, w jakich superlatywach, o wyglądzie, że wyglądają praktycznie  tak samo… To boli, tak bardzo boli. Ja się emocjonalnie zangażowłam, a on? Chyba nie. Dlatego to nie ma przyszłości. Choć moze za chwilę zmieni zdanie, jest chwiejny. Boli mnie to wszystko, smuci i przeraża. Przykro mi, bo władowałam w to całe swoje emocje, całe zaangażowanie, myśli…

Byłam u swojego dawnego terapeuty, tam też mi powiedzieli, żey to zostawić. Mam coraz większy mętlik w głowie. Nie wiem, jak się jutro zachować. Czy mam w ogóle odpusywać, jak będzie pisał, czy nie? Jak się przy nim zachować?

Gdy ja podejmuję decyzję o zerwaniu to jakoś mi łatwiej, przemyśle to i jest dobrze, a;e gdy ktoś mnie odtrąca to nie radzę sobie… ze stratą, nie radzę. Choć i tak mi lżej,, gdy powiedział, żę nie zauważał sygnałów, bo zdaje sobie sprawę, że nie mogę liczyć na nic, chyba. To smutne, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Wiem, ze z drugiej strony moim marzeniem jest, by wrócił. ale muszę się od tego odciąć, tak po prostu. Chyba tak będzie lepiej. W emocjach mam co innego niż w racjonalnym myśleniu. Mam siebie za to nie winić, jak powiedział mi terapeuta. Tylko nie wiem, czym się kierować. Dzięki tej relacji już wiem przynajmniej, ze chcę i potrzebuję opiekuńczego faceta…

To, że będę się teraz denerwować  i tak niczego nie zmieni. Gdybym nie wiem ile razy wymiotowała i się trzęsła, a mam tak co rano… Nie wiem, jak mam dalej żyć…

 

 

Ballady i romanse. Idziemy tam, skąd już się nie wraca…

Spotkałam się z nim, jednak… Cały czas coś we mnie siedziało, jakiś żal, złość na niego, niepewność… byłam na stażu w szpitalu, kolejna dnie stażu leciały jakoś nawet szybko. Początek był marny… cała chodziłam, wzięłam leki uspokajające i chciało mi się spać. Na dodatek nie wytrzymałam i powiedziałam o części zdarzeń koleżance… która sprawę skwitowała tak, ze mam sobie dać z nim spokój, bo to toksyczna relacja. Wiem to… niestety. Teraz może żałuję, że jej powiedziałam. Ale po prostu bycie samemu z tym cieżarem nie było dla mnie łatwe. Czekałam tylko na przerwę… by wyjsć stamtąd, iść do pokoju i napisać do niego… Wszak już wcześniej zaczęliśmy normalnie ze sobą  rozmawiać… Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, może po to, by upewnić się, jeszcze raz, że wszystko między nami zostało wyjaśnione? Nie wiem… Odpisał pytając jak mi mija dzień, więc zrobiłam zdjęcie i wysłałam mu… wahałam się, wysyłając to zdjęcie, może nie powinnam była w ogóle zaczynać tej rozmowy. Ale wysłałam mu  swoje zdjęcie. Na co on odpisał tylko „No, no, bo tam przyjadę”, więc napisałam w żartach, że to koniec świata, bo rzeczywiście szpital położony jest w strasznej dziurze, a on na to, że pojechałby na węch by mi rozerwać te rajstopy… gdyby ten tekst padł wcześniej, wtedy kiedy jeszcze nie wiedziałam o istnieniu tej drugiej strony, potraktowałabym go całkiem naturalnie, ale w tych okolicznościach? Jednak to wszystko zachwiało całym moim myśleniem o tej sprawie… Po co mi tak pisze? Jeśli stłumił emocje, to raczej nie ma o czym mówić,”TA” relacja między nami jest raczej zakończona i tak też myślałam…że teraz, nawet jeśli będziemy ze sobą rozmawiać, to ta relacja się bardzo zmieni, będziemy rozmawiać tylko o sprawach wykładów i spraw oficjalnych. A tu nagle takie coś, taki tekst?

Poszłam do pacjentów, nie powiedziałam o tym koleżance, popisaliśmy w międzyczasie do wieczora… Akurat skakał z samolotu, wiec było o czym pisać…

Piątek minął mi bez kontaktu z nim, ale byłam jakaś spokojniejsza… Nie wiem dlaczego? Może dlatego, ze mimo wszystko nie chciałam się od niego odciąć, choć racjonalnie wiem, że powinnam? W sobotę mieliśmy się zobaczyć…

W sobotę… przyszedł, przywitał się, pamiętam, że gdy podałam mu rękę, nawet na niego nie spojrzałam, chyba jeszcze targała mną złość na niego o to wszystko, chciałam być zimna i nieustępliwa… zaczęliśmy o czymś rozmawiać… Wcześniej jeszcze widziałam Pana ze skrzydłami, przeszedł obok mnie, ale udałam, że go nie zauważyłam… to wszystko chyba jet za trudne… pomyślałam tylko, ze jednak szkoda, że nie widział mnie z Top Gunem, może choć trochę byłoby mu żla, tak jak mnie jest żal, tych wszystkich dni?

Rozpocząły się zajęcia… widziałam, że ktoś doniego cały czas piszę, i, że jest to kobieta. Odpisywał, choć z opóźnieniem… „Jesteś żałosny”, pomyślałam. W międzyczasie zaczęliśmy rozmawiać o kłamstwie… że źle się czuje, ale psycholog raczej mu nie grozi w pracy, bo umie dobrze kłamać. Powiedziałąm, że tak,, tak, wiem, ze tak potrafi…, na co on odpowiedział „skąd?”. A ja odparłam „domyśl się skąd, masz zagwostkę”. W międzyczasie dostawałkolejne wiadomości. Potem musiałam wyjsć do toalety, bo czułam, że nie mogę na niego patrzeć… Wyszłąm wciąż myśląc, że to żałosne… Potem poszliśmy na spacer, na którym powiedział, że po tej rozmowie, którą odbyliśmy w niedziele, jak go ochrzaniłam, stał minutę z otwartymi ustami, nie wiedział co powiedzieć, ale ta rozmowa była konstruktywna dla niego. Na co ja odparłam, że takie było właśnie założenie, a co do tego, że pytał, skad wiem, że kłamie, to właśnie stąd. Potem poprosiłam go, by kuił mi picie, więc kupił i przyniósł… za swoje… Potem mieliśmy się rozdzielić, na pożegnanie mnie chciał przytulić, ale tylko jakoś mnie nieudolnie objął… i poszłam. Jakoś chyba cała ta złość na niego mi minęła, nie wiem, coś się chyba zmieniło. Okazało się, że jednak, że nie miałam tych zajęć i zadzwoniłam do niego, by mu powiedzieć, że wracam. Wróciłam, usiadłam  obok niego, bo zajął mi miejsce…

Zajęcia były nudne… Zaczęliśmy się śmiać, coś rysować, porysowałam mu długopisem rękę. Jakoś tam atmosfera się rozluźniła, zaczął patrzeć mi w oczy i się przybliżać, to było dziwne, bo nadal nie wiedziałam jak mam się zachowywać, przecież wszystko miało być już skończone… A potem stało się coś, czego zupełnie nie przewiduwałam i się nie spodziewałam… Miałam na soobie spódniczkę, taką nie zbyt długą, włożoną po to, by mu pokazać, że mimo wszystko o siebie dnam i ładnie się ubieram, a nie będę zdychać bo on robi jakieś akcje… wiem, że mogłam się spodziewać wszystkiego, ale nie tego co potem zaszło… Przybliżył się niebezpiecznie do mnie i pod tą spódnicą zaczął mnie głaskać, gładzić, dotykać…. Protestowałam, ale jakby nie wiele w tej dziedzinie mogłam zdziałać, bo nic nie działało… Potem już nie protestowałam i to chyba w tym wszystkim jest najgorsze… I tak przez cały czas, aż do skończenia zajęć… Przemizialiśmy się do końca zajęć. Siedziałam momentami napięta jak struna i zastanawiałam się, co ja mam robić, co my robimy, w ogóle, co się dzieje… Potem tylko zapytał, czy mi miło, czy śmiesznie, to było pytanie na poważnie, można to było wyczuć w głosie… Rysowałam coś w zeszycie… ale powiedziałam, że i miło, i śmiesznie, zresztą zgodnie z prawdą…

Kiedy skończyły się zajęcia, powiedział, że mnie odprowadzi na inne zajęcia, więc szliśmy, bez słowa… w pewnym momencie zapytał, jak mi się podobały zajęcia… odpowiedziałam, że się zastanowię… Odparł, że dobrze i czeka na wiadomość… Tego dnia już się nie widzieliśmy, choć chciał mnie zawieźć do domu, chciał nawet zaczekać godzine na mnie, choć to dziwne, bo nigdy nie czekał… ale nie chciałam, jak to by wyglądało, wszystkim w rodzinie poza jedną osobą powiedziałam, że zerwałam z nim wszelkie stosunki, z resztą tak, jak zrobić powinnam…. Siedziałam na tych zajęciach i miałam strasznego kaca morlanego, „powinnam go olać, powinnam to zostawiać, nie powinno tak się to skończyć, powinnam go odsunąć, nie wiem, zbić, zrobić cokolwiek by do tego nie doszło…” W głowie miałam tylko takie myśli… Wiedziałam, że z drugiej strony, zawsze przecież mogę zerwać znajomośc, nie odezwać się i już, ale to chyba nie ten czas… Na wieczór napisał mi, że siedzi sam w mieszkaniu z petem, bo jak wcześniej pisałam, zaczął palić po tym wszystkim, potem napisał jeszcze dobranoc, śpij dobrze i zdrobnienie mojego imienia, to też było dziwne, bo nigdy tego nie robił, nigdy przedtem tak się do mnie nie zwrócił ani raz…

Nazajutrz znowu mieliśmy razem mieć zajęcia, rano napisał mi, że się spóźni, żeby zająć mu miejsce, na co ja odparłam, że idę na inne zajęcia i rano mnie nie będzie, będę dopiero później. Więc odparł, że dobrze, zajmie miejsce w ostatniej ławce… To już było znaczące… nie wiedziałam czego się spodziewać, ale wiedziałam, co się szykuję… ale jakoś opadły mnie te wszystkie myśli, w głowie miałąm tylko jedną, choć nie tak bardzo przebijajacą się przez inne myśl „Co ja robię?”. Poszłam na inne zajęcia, po jakimś czasie z nich wyszłam i poszłam do niego… usiadłam koło niego, mogłam gdzie indziej, ale to byłoby dziwne…Widziałam, ze znów piszę z jakąś kobietą. Nie wiem, czy to ona, cały czas się zastanawiam… Poszedł po picie, przyniósł mi, ale nie takie jak chciałam, więc zapytał się, czy przyjmę w ogóle inne picie, a jak się zgodziłam, dopiero mi je podsunął… to też było dziwne… A potem, oczywiście, zaczął mnie znów głaskać, trzymać za rękę, gładzić, choć już inaczej, bo miałam spodnie. Powiedział, że „nie mam spódnicy dziś”… więc zaczął po dole brzucha, na którym mam łaskotki, więc powiedziałam mu, żeby nie tam, bo zacznę się śmiać… też trochę próbowałam protestować, ale potem już spasowałam. Miałam założoną nogę na nogę, na co on nie przypadkowo a specjalnie chciał mi je rozdzielić swoją ręką przesuwając do góry, dobrze, że zdążyłam je ścisnąć na pewnej wysokości jego ręki… spojrzałam się na niego wielkimi oczami, on na mnie i  na szczęście ją wysunął… Potem się znów zapytał, czy „miło chociaż?”. A potem siedział, trzymając mnie za rękę całe zajęcia i głaskajac po niej…

Potem, gdy już wyszliśmy z zajęć, powiedział, że pewnie miło mi było, bo głos mi się zmienił raz jak protestowałam… Powiedziałam, że nie wiem… A potem wziął moją rękę i wsunął mi pod swoją koszulę, żebym poczuła jakie miękkie ma ciało na klacie… Później mieliśmy już zajęcia osobno, ja miałam akurat o wykład o nietykalności cielesnej… więc mu napisałam, że dobrze, bo dużo się dowiem, jakie mam prawa w takim przypadku! Tak, dla żartu… Na co on odparł, że pewnie tak, ale nie wie, czy to moja nietykalność cielesna, kiedy usta zaczynają mi drgać…

Potem już nie mieliśmy razem zajeć, aż do wieczora… Widzielismy się tylko na przerwach, wtedy już z nikim nie pisał… Wieczorem napisaliśmy egzamin, znowu chciał mnie odwieźć, ale podziękowałam… Uznałam, że to chyba jeszcze nie ten czas, by jeździć razem, czy odwozić mnie… z resztą, nie wytłumaczyłabym tego rodzinie… Na pożegnanie mnie przytulił. Wieczorem jeszcze popisaliśmy, napisał już, nie jak kiedyś, że to wygłupy, a że przyda mi się trochę czułości…

Mam mętlik w głowie, nie wiem co o tym wszystkim myśleć…a najgorsze jest to, że nawet nie umiałam go odepchnąć od siebie, jakoś inaczej się zachować… Nie chodzę już cała, nie wymioyuję, jak przedtem, ale znowu mam kaca moralnego… To wszystko jeszcze kojarzy mi się z wiosną wokół, kiedy wszystko rozkwita…. Boję się, jak to wszystko się skończy lub jak może się skończyć…

„Spakowałaś swoje grzechy, powiedziałaś, że chcesz iść.
Patrzyłem jak dłonią wycierałaś swoje łzy.
A może tylko… zasłonić chciałaś twarz.
W strzępach swego mózgu, składałaś złe myśli.
Patrzyłem jak walczysz, ból Ci twarz wykrzywił.
A może tylko próbowałaś się uśmiechnąć.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Czy chcesz, powiedz mi…”