Czas na zmiany!

Wczoraj poczułam się jak życiowy przegryw, naprawdę. Jakbym już przegrała życie… Okazało się, że miesiąc temu on zabrał już klucze do swojego mieszkania z mojego domu, nawet mnie o tym nie informując, czyli od jakiegoś czasu już planował mnie zostawić… A co robił przez ten cały czas od tego momentu do zostawienia mnie? Oszukiwał najzwyczajniej w świecie. Co za sku***.

Nie czuję tęsknoty, choć czasem miłe chwile wracają i wtedy żałuję, ale nie jego, tylko tych miłych chwil. To była szansa, szansa na wyrwanie się z domu, ale już jej nie ma. Przepadła jak wszystko… Szczerze to już nie ma we mnie wielkich uczuć, miłości, tęsknoty, płaczu za nim… Nie czuję nic, lata praktyki pozwoliły się przyzwyczaić, że „coś jest a później tego nie ma. To nie ściema, każda historia ma swój początek i koniec jak poemat. Nowy temat, kręci i nęci, a potem umiera”. Po prostu, tak jest w moim życiu, ktoś jest na chwilę, potem znowu zostaje mi samotność, to jakby już dla mnie normalne, jak na huśtawce…tak wygląda życie, przynajmniej moje. Nie ma w nim nic trwałego oprócz dziwnej rodzinki i parki zwierzaków. Nikogo trwałego nie ma. I jakby przestaje na to liczyć. Tak wiec nie czuję, przyjmuję to co jest, czasem mi tylko jeszcze żal. Bo mogło być fajnie.

Nie płaczę za nim, płaczę bardziej nad sobą. Boli to, że ludzie tak traktują. Manipulują i odchodzą, wciskają piękne słówka, dają cios i uciekają. Z byle powodu… Czas chyba obudzić w sobie te zimną sukę, którą udało mi się wzbudzić przed poznaniem jego, obojętną i chłodną, racjonalizującą wszystko… Stawiającą na pierwszym miejscu swoje plany i marzenia, siebie, nie kogoś innego. Odrzucającą…

Teraz jakoś boję się facetów. Przekalkulowałam, doszłam do wniosku, że bawić się nimi mogę, ale nie na poważnie. Kurde, w głębi duszy chciałabym żyć tak jak teraz moja matka z ojczymem, zgodnie i we wzajemnym zrozumieniu i może za bardzo do tego dążę… Bo ja nie jestem moją matką, a napotkany facet nie jest ojczymem. I to nigdy nie wypali. Żołnierz był emocjonalnym kaleką. Co z tego, ze był postawny i mega przystojny? Dla niego rozmowa nie miała najmniejszego znaczenia, tak samo jak porozumienie emocjonalne. Liczyły się tylko sprawy fizyki. To, że ja idę spać, a on nie…. Co za brednie! To nie jest powód do kończenia relacji! Głupia dziecinna wymówka! No ale to kaleka emocjonalna była niestety…

Zamykam się w sobie i tylko kalkuluję, już nie wierzę w piękny świat, już nie wierzę w miłość taką jak ja sobie wymyśliłam. Przestałam słuchać rodziny, co sądzi na ten temat. Gdzieś to mam, mnie ma być dobrze i to ma być moja decyzja, a to, czy oni będą chcieli ślub czy nie? Ich sprawa… Wpędziliby mnie w jeszcze większe kłopoty….

Postanowiłam, że poszukam pracy… Najprawdopodobniej w lipcu skończę pierwsze studia, wiec to dobry moment chyba. Wyjdę sobie do ludzi, trochę sobie pobędę w innym środowisku.

Obawiam się tylko ile jeszcze razy będę tak traktowana? Nie mogę na to już pozwolić. Wobec tego przyszedł czas na nie angażowanie się… Trudno, świat jest paskudny, brutalny i ohydny, w którym nie ma ludzkich wartości. Trzeba je sobie stworzyć…. A ja mam prawo żyć według takich, jakich ja chcę, najwyżej będę z nimi sama. Bo obawiam się też, czy w ogóle znajdę kogoś, kto dorówna moim oczekiwaniom i będzie posiadał jakąkolwiek inteligencję emocjonalną???

No i dlaczego do cholery tak bardzo podobają mi się wciąż zielone mundury?

fashion-3080644_1920

 

Nie wiem ile wytrzymam jeszcze szantażu emocjonalnego….

Doszłam wreszcie do tego, dlaczego nie czuję się na siłach, aby poszukać kogoś innego, aby wyjść i poznawać ludzi. Ja po prostu wciąż jestem psychicznie osadzona w jego rzeczywistości, w tym związku, tak, jakbym nie wiem, dalej w nim była, albo czekała, że wróci? Podczas gdy on ma mnie gdzieś i nawet o mnie nie myśli… Czuję się dziwnie, za bardzo się do niego przywiązałam, a przecież jestem wolna i już nic mnie nie trzyma, mam tylko wspomnienia, których mi już nikt nie zabierze i które ze mną będą już zawsze. Choć wolałabym, aby ich nie było. Nie wiem, dlaczego tak jest. Ale daje sobie czas, na rozpoczęcie wszystkiego na nowo, kiedy okres żałoby już minie…. Na razie za bardzo jestem wplątana w tamtą sytuację, by być wśród ludzi…

Minął tydzień, dokładnie wczoraj minął tydzień jak mnie zostawił. Czu jest mi lżej? Sama nie wiem. Z jednej strony do tej pory pojawiają się myśli, że straciłam coś najlepszego, co w życiu mogło mnie spotkać. I stąd chyba moja cała ta żałoba i spadek nastroju, bo po prostu relacja z nim jawiła mi się jako ta piękna, cudowna, w której bym się spełniała jako kobieta… Wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że to, jak on mnie traktował, jak zaczął mnie na koniec traktować z czasem by sprawiło, że sama zechciałabym odejść. To nie mogło się po prostu udać. Nie mogło. Zero telefonów, zero kontaktu z jego strony, zero zainteresowania, zero widoków na spotkanie, bo przecież ma tysiąc innych, ważniejszych rzeczy na głowie, nawet gdy był tu na miejscu to nie mógł się ze mną spotkać. A ja czekałam w domu jak pies przy budzie… Bez sensu… Te odzywki, ze ja mu robię jazdy, że zepsułam mu dzień… Tak jakbym ja wszystkiemu była winna, obwinianie mnie o wszystko i w ogóle nie zważanie na moje chęci czy potrzebę pobycia z nim sama na sam. Nie, on takiej potrzeby nie miał i męczyło go to, że musi ze mną przebywać. No bo jak można przebywać w domu, tylko razem? To nie spełniało jego oczekiwań… Trzeba było zapraszać kolegów, bawić się, pić. No a siedzenie że mną i oglądanie filmów czy przytulanie to takie nudne zajęcie….. Eh…

Dlatego doszłam do wniosku, że nie byłabym szczęśliwa z nim. Teraz boję się tylko tego, że już nie spotkam kogoś tak fajnego jak jego z początków… I tak ładnego i tak zaradnego…. Bo tego nie można mu odmówić… Eh… Boję się, że  teraz będę porównywać i, że z tego porównywania ominę kogoś kto naprawdę będzie wartościowy…

W domu dziś awantura. Usłyszałam słowa, które bardzo mnie zabolały. Dlaczego? Dlatego, że powiedziałam, że kiedy skończę studia to się wyprowadzę… Nie wiem na co ja liczyłam? Na akceptację tego pomysłu? Skądże… Ja mam przecież śledzić tutaj cale życie i opiekować się rodzina kiedy będzie stara i niedołężna…. Taki mam cel i plan na życie według nich. Wyprowadzić się nie można. No chyba, że z mężem…. ale dopiero po ślubie. Bo przed ślubem ani mowy o tym! Sama też nie mogę się wyprowadzić bo zrobię z domu tragedię jak będę mieszkać sama…. Eh… Dochodzę do wniosku, że ja tak naprawdę to mam problem nie z facetami, ale największy ja mam problem z rodziną. Rodziną, w której muszę być za wszystko wdzięczna, w której jestem szntazowana emocjonalnie, rodzina, w której nigdy nie rozmawiało się o uczuciach. A wszystkie moje plany i marzenia wybiegające poza dom rodzinny były skutecznie gaszone. Do tego jeszcze alkoholizm matki…. I śmierć ojca.

Czuje bardzo duży ból psychiczny. Wczoraj nawet myślałam, że lepiej by było gdyby mnie nie było…. Przedwczoraj przed burza wyszłam na dwór z telefonem i myślałam, że może by we mnie grzmotnęło, wtedy miałabym spokój. Może naprawdę byłoby lepiej, gdyby mnie nie było. Takiej niewdziecznej wnuczki, która po prostu chce mieć swoje życie…. Dziś już nawet nie myślę o tym skurwysynu… Co mi zrobił. Po prostu nie wiem jak będę dalej żyć, nawet sama. To już nie jest walka o szczęśliwe życie, to jest walka o przeżycie…. Tu, gdzie jestem. W tym miejscu gdzie jestem i żyje… Na razie nie chce nikogo… Nie chcę też z tego względu, że wiem, że moja rodzina na razie nikogo nie zaakceptuje. Będę go musiała ukrywać, bo powiedzieli, że nie bed już gościć żadnych głupich chłopaków, którzy na to nie zasługują…  Więc nie chce…. Mam już dosyć. Dziś jak na mnie wszyscy jednogłośnym tonem wsiedli, że jestem taka i taka i taka to już nie miałam siły mieć swojego zdania, popłakałam się, musialabym wyjść z domu i nigdy do niego nie wrócić… A nie mam zwyczajnie dokąd iść…. Nie mam skąd mieć dachu nad głową. Tylko tu mogę mieszkać póki co… Ale na ich zasadach… Nie mam już siły…. Moze dlatego też tak bardzo chce mieć chłopaka by iść do niego i wyrwać się stąd… Po prostu. By już nie musieć walczyć o każdy dzień…

Terapeutka mi mówi, że powinnam walczyć o siebie. A ja słyszę teksty, że oni sobie coś zrobią i ja nie wiem. Czy jedno i drugie przy ataku histerii nie jest w stanie naprawdę targnąć się na swoje życie. Bo przecież odeszłam, bo przecież jestem wyrodna, niewdzięczna osobom, która umie tylko wbijać nóż w plecy… Nie mam już siły. Dziś powiedziałam babci, że może lepiej jakby mnie matka usunęła kiedy była ze mną w ciąży… Moze tak by było lepiej dla wszystkich. Oni nie musieliby grozić mi, że się zabija. Ja nie musialabym cierpieć przez facetów i zamknięcie w domu i oczekiwanie wdzięcznosci z mojej strony….

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam…. Pewnie potrzebne będą kolejne leki przeciwdepresyjne…. Zostają mi tylko zwierzęta…

856cbd323b16232e73bf7057b4c83211

Czy ja chcę jeszcze się zakochać?

Dziś mam dzień, że udaję….

Udaję, że wszystko jest w porządku, przed wszystkimi, przed całą rodziną… Tak właściwie nie jest. Udaję, że jest okej, a w duszy mam ochotę krzyczeć, płakać i wyć. Chyba nie z tęsknoty, a z bólu psychicznego… Ten stan trwa odkąd mnie zostawił. Znowu cierpię, cały czas, non stop, w każdym dniu… Cierpienie opuszcza mnie tylko wtedy, gdy mocno mnie coś zaabsorbuje, a to zdarza się rzadko, bo ze skupieniem mam problem, mam strasznego lenia. Znowu boli…

W mojej ocenie tak się po prostu nie robi. Teraz widzę, jak bardzo się różnimy. Zaczynam czuć, ze bym się z nim nie dogadała, nawet, gdyby chciał wrócić, po prostu nie. Bo tak się nie robi. Nie przekreśla się wszystkich cudnych chwil, o których mnie zapewniał, nie przekreśla się wspólnych wspomnień, nie przekreśla się w jednym momencie tylu słów wypowiedzianych. To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Zupełnie nic? Dla mnie bardzo wiele… I w moim poczuciu moralności tak się po prostu nie robi! Nie dzwoni się do kogoś i nie informuje, że „już Cię nie chce, odejdź, wyrzucam Cię na śmietnik.” Jak zużytą rzecz, jak psa, którego się wygania, zostawia w lesie przywiązanego do drzewa… Jak coś niepotrzebnego, nic nie znaczącego…. Tak się nie robi! Mamy inne poczucie moralności i sumienia. Zupełnie inne… Nie daje się komuś nadziei, a potem mu się je brutalnie odbiera, to jak operacja na otwartym sercu.

Wczoraj, zrobiłam sobie kąpiel, potrzebowałam tego, trochę luksusu dla ciała… Zaczynam się sobą opiekować, zaczynam zwracać uwagę na siebie… Wcześniej tego nie robiłam, w tym całym zatraceniu się w „związku”, a  raczej „pseudozwiazku”, który jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. I właśnie podczas tej kąpieli myślałam sobie o jednej, bardzo ważnej teraz dla mnie rzeczy…. Czy ja teraz, na ten czas i na ten stan psychiczny chciałabym faceta? I jaki on by miał być? I doszłam do wniosku, że z jednej strony bym bardzo chciała kogoś mieć, z drugiej strony się boję… Nie będę potrafiła zaufać, ale już mniejsza z tym, zastanawiam się po prostu nad tym, czy kogoś poszukać, może z kimś porozmawiać, czy dać sobie czas?

Mój idealny facet?

Hm… no mógłby być żołnierz, bo się już przyzwyczaiłam, ale do tego by był czuły, rozumiejący, potrafił być romantyczny… Jednym słowem taki jak były z początków znajomości, tylko, żeby był taki cały czas! Zastanawiam się też, czy ja jestem w stanie teraz się zakochać, kochać kogoś? Chociaż, z drugiej strony, nie musiałaby być to od razu wielka miłość, a mogłoby być poznawanie siebie…. Jeżeli bym kogoś poznała, kogo bym chciała poznać, może nie bolałoby tak bardzo? Może oderwałabym myśli? Może weszłabym w jakąś nową sytuację i nawet jakbym się na chwilę zauroczyła to wydzieliłyby się jakieś hormony pozytywne? Tylko, że z drugiej strony, że jeśli spotkałabym znowu swój ideał, a on mnie by nie chciał, to by znów bolało. Ale jednak dochodzę do wniosku, że tak, chciałabym z kimś być, kochać kochaną, jeszcze się tak naprawdę zakochać, tak jak ostatnio… Tylko może nie w takim tempie.

Codziennie zasypiam z myślą i budzę się z myślą, że zostałam potraktowana jak zużyta rzecz… Ciężko mi z tym. Czekam na spotkanie z terapeutką, może coś mi podpowie. Tym czasem trwam i nie wiem, co mam za bardzo robić. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale boję się zawodu, boję się, że znowu się zawiodę, że nikt mi nie podpasuje, że nikt nie będzie zainteresowany…. Tyle razy już zostałam potraktowana w taki perfidny sposób, że się tego znów obawiam. Komuś trzeba zaufać, tak sobie mówiłam… No to zaufałam i mam teraz, tym bardziej, że on sam jakby roztoczył taką aurę bezpieczeństwa, o której już pisałam… Przykro mi z tego powodu… znowu dałam się nabrać…Czuję się jak naiwna kobieta, po prostu…

Myślę sobie teraz o górach… Chciałabym tam jechać, gdzieś się wyrwać, gdzieś pójść, może dałoby mi to jakieś wytchnienia, choć wątpię. Co jest w głowie, w głowie zostanie, gdziekolwiek będę, ale może byłoby choć trochę lżej?

375px_kopalnia-wiedzy-gdzie-w-gory-na-weekend-2-kopalnia-soli-wieliczka-700x465

Stworzyłeś bezpieczną relację, a potem mi ją zabrałeś, stałeś się zagrażający…

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie jedną rzecz. Z nim nie miałabym życia takiego, jak ja bym chciała. Myślałam, że jeśli jest to człowiek wykształcony, samodzielny i mający większe wartości niż tylko nachlać się i iść spać to będziemy parą nawet na jakimś tam poziomie. Okazało się, że nie… bo jednak wartością było nachlać się i biegać od kolegi do kolegi… a ja chciałam czegoś innego, wspólnego czasu, gdy wracał po tygodniu z pracy… On go nie potrzebował, nie potrzebował ze mną spędzać czasu…

Wczoraj szybka rozmowa z terapeutką. Doszła do wniosku, że wszystko zadziało się bardzo szybko, bardzo intensywnie, w krótkim czasie na głęboką wodę, może dlatego teraz mam taki obniżony nastrój… Co ważne, stworzył mi poczucie bezpieczeństwa, ja naprawdę w tej relacji poczułam się bezpiecznie, poczułam, że mogę być sobą, że nie muszę nikogo udawać, że jestem akceptowana taka, jaka jestem… Do czasu, kiedy nie wyraziłam swojego zdania… Wtedy już nie było bezpiecznie, zaczął mi zagrażać, dlatego teraz może nie chce wracać do tej relacji, choć są chwilę, jak ta teraz, kiedy kasuje zdjęcia w drugim telefonie, patrzę na jego twarz i chce mi się ryczeć i wyć… Kiedy czuję, że jeszcze go kocham, ale nie tego, który mnie odepchnął, tylko tego sprzed 2 miesięcy, kochanego, czułego, tak bardzo mojego… A wiem, że tego człowieka już nie ma i dlatego ratowanie tego w żadnej sposób nie ma sensu.

A za czym tak bardzo tęsknię? A no za tą relacją, w której czułam się tak bezpiecznie i za tym bezpieczeństwem tęsknię, znowu poczułam się zagrożona i trudno mi z tym, naprawdę… Z jednej strony nie chce być sama, z drugiej bardzo się boje nowych znajomości. Czuję się jakby w matni, zawieszona pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Zaczęłam też zwyczajnie olewać rzeczy, które przedtem nie dawały mi spokoju… i mnie gnębiły, już nie mam na to siły… i chyba mi z tym lepiej. Zobojętniałam na niektóre rzeczy… tak mi chyba lepiej…

Nie wiem co będzie dalej, nie liczę już na nic, odkrywam w sobie nową pasję, jaką są góry i ich fotografia… Poczułam, że muszę się czymś zająć, bo zwariuję od myśli i od tęsknoty za poprzednim życiem… Od zobojętnienia na świat i na ludzi… Od braku siły na nic…

Manipulant? Mag? Czy po prostu ktoś, kto daje nadzieję, a potem ją odbiera i pokazuje nagle pazury, ostre i niebezpieczne…

d1564ca6f9b341c753fec211c68c067b

 

 

 

Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Rozstanie. Pozwól mi odejść…

Ostatnio pisałam tu o awanturze, sprzeczce czy nie wiem jeszcze czym, co stała się między mną a Żołnierzem. Od tego czasu było jakoś dziwnie.Ani raz nie napisał, że mnie kocha, ani raz nie powiedział dobranoc, dzień dobry. Zawsze to ja wyciągałam rękę na zgodę… ja się starałam, ja pisałam. To była jakaś parodia. Z mojej strony szło 15 wiadomości a dzień, a od niego jedna, góra dwie… Ostatnimi czasy wróciłam nawet do muzyki, której słuchałam rok temu po rozstaniu i porzuceniu przez Top Guna. Teraz dopiero rozumiem dlaczego. W tej obecnej relacji też czułam się osamotniona i opuszczona. W dzień, kiedy Żołnierz mnie zostawił, mówiłam do babci, że po co mi taki chłopak? Po co mi relacja w której nie mam z nim kontaktu? której de facto nie ma…

Na wieczór zadzwonił, oczywiście po telefonie i wiadomości ode mnie bo sam nie miał chęci się kontaktować. Powiedział mi, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć, my się w ogóle nie widzimy, co jest faktem bo nie przyjechał do mnie przez ostatnie 2,5 tygodnia ani raz. Chce to zakończyć. Zapytałam więc czemu. Odpowiedział, że nie pasujemy do siebie, za bardzo się różnimy. Zapytałam czy mnie kocha, na to odpowiedział, że wszystko w nim wygasło, był mną zafascynowany, ale już wygasło… Znakiem tego to nie była w ogóle miłość, tylko chwilowa fascynacja. Rozpłakałam się, bo wciąż go kochałam, zaczęłam przekonywać, że go kocham, że chcę z nim być. Na to on mi znowu, że nie pasujemy do siebie, bo on o 22.00 chce dopiero wychodzić z domu, a ja o tej porze chcę iść spać. Siedzę tylko w domu i nigdzie nie wychodzę, tylko w niezbędnych sprawach, nie ma o czym ze mną rozmawiać, bo nie mam co opowiadać… Prawda jest taka, że siedzę w domu bo jest zagrożenie, na śląsku większe niż w  innych częściach kraju, a chcę chronić siebie i rodzinę. A nie mam co opowiadać? Chętnie bym mu poopowiadała o tym, ze wydaję książkę, o tym koherencji, o Macciavellim, o tym np. dlaczego ktoś odda głos w głosowaniu, a ktoś nie, od czego to zależy i na tysiąc jeszcze innych filozoficznych tematów, ale on nie chciał tego słuchać… Jego to nie interesowało. No i rozstaliśmy się… Mimo moich tłumaczeń, ze kiedy minie koronawirus, to będziemy wszędzie razem jeździć i spędzać czas… Ważniejsi zawsze byli koledzy i posiadówy z nimi. Powiedział mi, że ten związek nie spełnia jego oczekiwań, bo ja nie biegam z nim od kolegi do kolegi, bo wolę czytać książkę.  Kiedyś miał do mnie przyjechać, wieczorem, nie przyjechał, bo siedział z kolegami w garażu. Albo koledzy o 3 w nocy do niego przychodzili, kiedy ja chciałam spać i mieć go tylko dla siebie. Miałam z nim przeprowadzić na ten temat rozmowę, czekałam, aż przyjedzie i porozmawiamy, ale już nie zdążyłam, bo mnie zostawił. W ogóle, mówił to takim głosem,ze go nie poznałam, to nie był mój chłopak, ten, którego kochałam. Wrzeszczał ma mnie, że to koniec, nie słuchał co ja mówię.. było mi przykro.

Teraz, czuję się źle i czuć będę, wiadomo. Pocieszam się tym, że to rozwojowe… Ale nie wymiotuję, nie mam dreszczy, śpię w miarę normalnie, nie mam objawów somatycznych… Jest mi ciężko. Kolejny raz zostałam odrzucona za to, jaka jestem. Staram się jednak za to nie winić. Wydaje mi się, że w tej relacji zrobiłam na prawdę wszystko, żeby było dobrze. Byłam uważna na siebie i swoje emocje, na niego. Może za bardzo się starałam? Mam bowiem w sobie coś takiego, że jak jest źle, to czuję, że muszę to ratować, natychmiast, zrezygnować z swoich potrzeb i postawić kogoś potrzeby nad swoimi. To pewnie źle…

Wczoraj po pewnej rozmowie telefonicznej, zaczęłam sobie to wszystko  urealniać. Że to nie była żadna miłość, tylko chwilowa fascynacja mną, która minęła. Z poprzednią dziewczyną zrobił tak samo. Po 4 miesiącach, wyrzucił ją w jednej chwili z domu, tyle, że ona razem z nim zamieszkała. To dziwne, ze już drugi raz robi to samo zemną. Nie interesował się mną już od dłuższego czasu, wszystko było na siłę, cały kontakt i rozmowy. Kiedy to ja oczywiście dzwoniłam, bo chciałam to ratować, żeby było jak dawniej. Typ takiego don juana, który chce złapać króliczka, a jak złapie króliczka to on już go nie interesuje. Najbardziej jednak dla mnie to widoczne, kiedy pojechał w góry i zapomniał telefonu. To śmieszne! Wiedział, że ma ze mną kontakt tylko przez telefon, gdyby mu zależało na mnie to by się wrócił i go zabrał, żeby mieć ze mną kontakt. A potem jeszcze zniknął na 3 dni bez odzewu. Ja tego człowieka nie znałam, nie wiedziałam, gdzie on jest, z kim i co robi…. Nigdy w sumie… Jeszcze oskarżał mnie, ze robię mu „jazdy” , bo zwróciłam mu uwagę, że nie dawał znaku życia przez cały dzień i jestem zła. Miałam prawo być zła, bo oznaczało, że ma mnie w dupie. Ale to nie są żadne jazdy…. Potem zniknął, kiedy ja chciałam to wyjaśniać… Nie miał potrzeby wyjaśnienia tego, rozmowy ze mną…. Najlepiej się zabrać i zamilknąć. Tak nie robi dojrzały facet, któremu zależy na kobiecie i na dobrych relacjach z nią. Kochający facet, kiedy się z nią pokłóci, to cierpi, dąży sam do tego, aby było między nimi dobrze, po prostu, bo ją kocha…. Ja tak robiłam, bo go kochałam… Kochałam go, ale teraz wiem, że kochałam iluzję o nim,  bo on gadał to co ja chciałam usłyszeć, a w rzeczywistości taki nie był. Nabrał mnie, moją całą rodzinę na piękne słowa o wielkiej miłości, a ja w to uwierzyłam i się zaangażowałam całą sobą, bo pragnę miłości , akceptacji i związku bardziej tym bardziej, że jestem DDA i mam deficyt miłości i akceptacji.

Z drugiej strony sobie myślę, że nie radzę sobie z odrzuceniem… I związek z nim był udowodnieniem sobie i Top Gunowi, że mogę mieć żołnierza. Żołnierza, który będzie mnie kochał, żołnierza jeszcze lepszego niż Top Gun, bo to w końcu żołnierz mnie porzucił. To była pewna forma zemsty na nim i udowodnienia sobie, że tak może być. Pewnie dlatego mój były już Żołnierz stał się dla mnie ideałem faceta… którego tak pokochałam…Jednak nie był taki, za jakiego go miałam….Nie kochał mnie naprawdę…. Kolejny raz jestem porzucona , wczoraj czułam się jak bezdomny zbity pies… Dziś już jest lepiej. Chciałabym uwierzyć w to, ze mam zasoby, że poradzę sobie. Bardzo boję się nadejścia epizodu depresyjnego. Wszak kolejny raz życie mi się zawaliło… Wszystko o czym marzyłam, co sobie zakładałam, poszło w dupę. Wszystkie plany…. O domu, o dziecku z nim. Bardzo chciałam mieć z nim dziecko… Teraz nie wiem, czy w ogóle kiedyś będę miała dziecko… Chciałam być po prostu szczęśliwa i byłam, bardzo szczęśliwa. Z nim.

Dziś przyszedł dzień tęsknoty za nim, ale za takim, którego poznałam, tego dobrego, czułego, zakochanego…. Chciałabym, by mnie kochał, ale wiem, ze to już nie możliwe. We mnie ostatnio też coś umarło. Brak kontaktu, brak czułości, brak rozmowy…. Odzywanie się do mnie od niechcenia albo z przymusu. Stracił w ogóle zainteresowanie mną i tym związkiem. Ta miłość we mnie też się w jakimś stopniu wypaliła, choć wierzyłam w to, że możemy ją odbudować. Ale nie chciał.

Nie było w tym człowieku tolerancji dla odmienności drugiej osoby, miałam robić to co on chciał, bo inaczej nie spełniałam jego oczekiwań. Związek jak dla mnie nie polega na spełnianiu oczekiwań tylko na wzajemnej akceptacji. Jego zachowanie było dal mnie takie gówniarskie czasami…. Naprawdę włożyłam w to sporo swojej pracy, pracy nad sobą i nad relacją z nim, nie chciałam tego popsuć przez swoje mechanizmy…. I chyba nie popsułam, tylko on miał jakąś dziwną swoją wizję an to wszystko. Dziwię się mu, bo priorytety życiowe mieliśmy takie same. Dzieci, dom, rodzina, miłość, my, ale jemu przeszkadzały szczególiki. Że np ja chcę spać o tej porze, a nie o tamtej. Chodzę spać wcześnie, bo jestem tak ustawiona lekami, żebym się wysypiała…. Dla mnie te szczególiki można było spokojnie pogodzić wzajemną akceptacją i zrozumieniem wzajemnych potrzeb.  Związek to też pójście na kompromisy… Ale nie, trzeba od razu wyrzucić do śmieci, skreślić, odejść… Nie rozumiem takiego podejścia! I chyba nigdy nie zrozumiem. O związek się walczy, bo się kocha tę drugą osobę, no chyba, że jej się nie kocha, i nigdy nie kochało, jak było chyba w tym przypadku.

Mam dosyć ludzi, mam dość związków. Moja emocjonalność kolejny raz jest zawiedziona i rozwalona. Nie rozumiem czynów i sposobu myślenia jego… Zachował się jak gówniarz, któremu na niczym nie zależy. Na mnie nie zależy…. Brak dojrzałego myślenia, brak chęci posłuchania mnie, brak zrozumienia…. I koledzy, wszechogarniający koledzy wszędzie, którzy są na pierwszym miejscu zawsze! Nie chciał poważnego związku raczej. Powiedziałam mu na koniec, mimo płaczu, że lepiej niech nie szuka dziewczyny, bo on nie ma czasu na dziewczynę, na kobietę. Kobieta wymaga zainteresowania, którego on nie potrafi dać, bo albo nie chce, albo ważniejsi są koledzy…

Czuję się teraz jakaś gorsza, jakbym nie zasługiwała na miłość. Do przepracowania to jest. Ale próbuję zmienić te myśli. Nie myśleć o sobie w kategoriach winna. Przecież ja nic złego nie zrobiłam, to, że jestem sobą? Mam potencjał, tylko dlaczego do cholery uzależniam swoją wartość od tego, czy mam partnera, czy nie? Przecież już mi się udało z tego zejść… Jak go poznawałam to powiedziałam sobie, spróbuję, ale to miała być próba, powiedziałam sobie, że jeśli będzie nie taki, niepasujący to go zostawię. Dlaczego znowu dałam się wkręcić? Znam swoje mechanizmy, a nie potrafię ich zmienić… Jest ciężko…. Bo dostrzegam swoje mechanizmy. To była porządna dwumiesięczna lekcja, bo zostawił mnie równo w dwa miesiące po rozpoczęciu związku. Taki prezent ha ha.

Jestem rozbita emocjonalnie i zastanawiam się nad swoją przyszłością, jak będzie? Czy jeszcze kogoś znajdę w swoim życiu? Kogoś kto mnie zrozumie i będzie chciał mnie pokochać tak naprawdę? Niby świat jest duży… W głębi serca gdzieś tam chcę jeszcze jego, ale takiego z początków. Może z czasem nie przejdzie? Mam nadzieję… Nie radzę sobie z odrzuceniem, to wiem na pewno. Wczoraj była faza szoku i płaczu, na wieczór wszystko sobie pourealniałam i doszłam do wniosków, które opisałam wyżej. Teraz? Teraz chciałabym się zająć sobą i swoją terapią, zająć się swoimi mechanizmami, poznać je i jakoś je skorygować, wiem, że to będzie długi proces, może starczy mi na niego sił? Staram się już nie karać, nie orać za to, co się stało. Nie rozmyślać nad tym w mój sposób, nie dogrzebywać się do krwi ostatniej. To kręcenie sobie śrubokrętem w ranie… Boli jeszcze bardziej. Na razie mi to wychodzi, skasowałam w telefonie wszystko co miałam, zdjęcia, wiadomości, wszystko co kojarzyło mi się z nim, muszę jeszcze zmienić zapis numeru telefonu. Powiedział mi że chcę zacząć wszystko na nowo, ja też muszę. Muszę się od tego odciąć. Na razie nie chcę nikogo, z jednej strony ciągnie mnie mój stary mechanizm, by od razu kogoś szukać, zapchać dziurę itp, z drugiej wiem, że nie jestem na to gotowa. Chcę pobyć sama ze sobą, a co będzie dalej? Nie wiem… Będę cierpieć, to pewne, nie spojrzę na świat kolorowo, ale daję sobie do tego prawo. Muszę to przeżyć. Smutno mi po prostu, z tego powodu, że nie jestem z nim w związku, że mnie już nie kocha, że ze mnie zrezygnował…

rozstanie

Wątpię, ale nie chcę się poddać!

Za sobą mam bardzo ciężkie chwile. Chciałam być szczera, chciałam mówić o swoich uczuciach, chyba przedobrzyłam. Nie potrafię znaleźć złotego środka, kiedy mówić o nich, a kiedy się zatrzymać… Cóż, sama nie wiem, chciałabym się rozwijać i robić postępy we wnikaniu we własne mechanizmy psychiki, jednak czasem wychodzi to na złe, nie umiem się jeszcze nimi posługiwać…

Pewnego dnia wstałam, jakby nigdy nic, cały dzień czekałam na znak życia od Żołnierza, ale jednak go nie dostałam, byłam poddenerwowana… Wieczorem zadzwoniłam, odebrał, powiedział, ze jest z kumplami w garażu i oddzwoni później. Zadzwonił później, byłam trochę zła, powiedziałam mu o tym, że koledzy są ważniejsi ode mnie, że nie nosi telefonu, że zostawił go w aucie, kiedy wie, że ze mną ma tylko kontakt telefoniczny.

Nazajutrz miał iść w góry z kolegą. Poszli, znów cały dzień mojego czekania, znów brak znaku życia. Wkurzyłam się okropnie. Przez głowę przelatywały mi różne myśli, że mnie zdradza, że jeździ do innej, że mnie olewa, że mnie już nie chce, że ma mnie gdzieś, bo jest z kumplem w górach… Wieczorem zadzwonił 2 razy, nie odebrałam, nie chciałam kontaktu. Jeśli on mnie nie potrzebuję, ja jego też nie. Napisał mi, że nie miał telefonu, zapomniał z domu. Napisałam tylko, że jestem zła, że się nie odzywa i powinien choć dać jakiś znak życia, czekam, martwię się. Nie daje znaku życia, nie wiem co się z nim dzieje. Ale w ten dzień nic też do niego nie napisałam, taka byłam wkurzona. Napisał mi, że wice wersa i dobranoc, że robię mu jazdy za nic i nie ma zamiaru się tłumaczyć… Rano zadzwoniłam do niego, chciałam mu wytłumaczyć dlaczego tak pomyślałam, że do tej pory miałam niełatwe kontakty z mężczyznami, relacje w których byłam zdradzana i porzucana. Ale  tu nastąpiły dwa dni totalnej ciszy… Choć dzwoniłam, pisałam, nie wiedziałam gdzie jest, ani co się z nim dzieje… W głowie przelatywały mi najróżniejsze myśli. O tym, że mnie zostawił, że się pogniewał na dobre, że nie chce mnie znać, że w najlepsze bawi się z kumplami, a mnie olewa… Było mi bardzo ciężko… Znów miałam się zawieść, znów miałam zostać sama. Tak naprawdę nie rozumiałam co się stało, dlaczego on nie chce rozmawiać, jak zwykle to robiliśmy, gdy  były jakieś spory? Nic nie wiedziałam, w głowie krążyły mi najróżniejsze myśli, czułam się po części winna. Chodziłam z kąta w kąt, popłakiwałam, nie chciałam wierzyć, że go tracę… Moja bajka się wyczerpała, zostało tylko rozczarowanie i ból. W tych dniach zdałam sobie sprawę jak bardzo go kocham i jak bardzo go potrzebuję… Została mi znowu tylko muzyka i zamknięcie się w sobie, nie wiedziałam, czy to koniec relacji, czy on mnie zostawił, czy jeszcze go zobaczę, nie wiedziałam nic, a w głowie krążyły tylko najczarniejsze myśli. Pomyślałam wtedy, że gdy mnie zostawi, nie będę już nikogo szukać, widocznie nie nadaję się do związków, nie rozumiem już dzisiejszych relacji, nie potrafię czegoś budować…

f36b437ad88c9faa625562cb1218fb20

 

Nie wiem, który to był dzień, kiedy na wieczór po kolejnej już mojej wiadomości, w której napisałam, że jestem smutna, do mnie zadzwonił. Pogadaliśmy. O tym, że chodził po górach, o tym, że przez kilka dni rozłąki myślał co tam u mnie, nie wiedział co się ze mną dzieje, tęsknił. Był zdenerwowany i smutny, nie spotykał się z kolegami, nie bawił, tylko cierpiał, tak samo jak ja… Popłakałam się, nie wytrzymałam, poczułam się tak cholernie winna. Moje mechanizmy znowu spowodowały sprzeczkę i powód do cierpienia dla nas obojga. Niepotrzebnie naskoczyłam tak na niego… Chciałam to przegadać z terapeutką, ale terapii jak nie ma ,tak nie ma, znikąd pomocy… A w głowie tylko najczarniejsze scenariusze.

Ta cała sytuacja pokazała mi jak bardzo boję się odrzucenia, zdrady, kłamstwa i, że wydaje mi się, że zawszę będę zagrożona z jego strony. Wydaje mi się, że facet zawsze będzie mnie krzywdził. Nie potrafię zaufać, nie potrafię się zdystansować przez poprzednie relacje… powiedziałam mu to, że przez te toksyczne relacje mam jakieś myśli, że ktoś mnie będzie źle traktował, oszukiwał, manipulował. Nie mogę uwierzyć, że ktoś może być po prostu szczery. Do przepracowania, ale, terapii jak nie było tak nie ma, dlatego piszę tutaj…

Zrozumiałam, że naprawdę go kocham, zrozumiałam też, że gotowa jestem walczyć o druga osobę do jakiegoś momentu, bo gdy nie będę widzieć chęci z drugiej strony, odpuszczę. Jest mi bardzo ciężko nadal w sytuacji straty, czuję, jakby ktoś przypiął mi do duszy wielki, ciężki kamień, coś uwiera w środku… ale nie popadam już w skrajną depresję, staram się jakoś funkcjonować. Chciałabym wyrobić oparcie w sobie, takie, które pozwoliłoby mi przetrwać nawet najcięższe chwile.

Zauważyłam też, że jak wszystko się wali, to uciekam w swoje zajęcia. I tak powstało moje nowe miejsce, gdzie będę sobie pisać o rzeczach najróżniejszych. Bo ten blog jest zbyt prywatny.

Zapraszam!

https://bluesowadziewczyna.wordpress.com/

Prócz tego mam zamiar się podzielić z Wami też częścią siebie w innej części internetu, by może było lżej, nie wiem… Coś mnie pcha do zmian! Ale tutaj też będę pisać…

Ostatnie dni dużo mi uświadomiły, choć nie umiem sobie porazić z winą, jaka we mnie jest… Dziś zrodził się pomysł opisania tego wszystkiego w swojej autorskiej książce, może to i dobry pomysł? Jedno wiem na pewno, nie chcę się poddać… Nawet jeśli zostanę sama, tyle, że spotkałam osobę, na której bardzo mi zależy… Cóż, popełniłam błąd… Nie jest mi z tym łatwo, może za łatwo oceniam ludzi negatywnie?