Stare rockowo-bluesowe opowieści…

Wszysttko się pozmieniało, wartości, ulice… Pamiętam, ze kiedy miałam 17 lat płyty i utwory takich zespołów jak OZ, Dżem czy Azyl P. mogły się tylko modlić o szczęśliwe zakończenie kolejnego dnia, tak były wyeksploatowane. I nie… o dziwo nie jestem dzieckiem lat 70 ani 80, dopiero końcówki tych kolejnych…kiedy to już zespoły te umierały albo śmiercią naturalną albo nienaturalną, tak, czy inaczej… umierały. Okre tamtej muzyki minął bezpowrotnie. Widzę to teraz, jakoś kiedy miałam te naście lat, a zaczęło się od słuchania Dżemu, tego nie widziałam, nie wiem, dlaczego, to był mój świat, po prostu tak bardzo mój, to co leciało w radio yło jeszcze podobne, stopniowo zaczęło być inne… aż do teraz, kiedy już kompletnie nie znam piosenek z radio, to jest zupełnie obcy świat, inna galaktyka można by powiedzieć. Czy się zatrzymałam? Tak, chyba tak, ale widzę to teraz, wtedy, kiedy odktywałam te kolejne piosenki, były one dla mnie niemal tak świeże jak poranne bułki.

Ostatnimi latami jakoś zaczęłam zauważać, ze przecież tamte czasy minęły a to, co jest teraz to trochę jak zgnilizna… niekiedy jeszcze można odkryć te dobre, stare wartości, wartości ewoluują, zmieniają się, stare zanikają, nowe jeszcze się nie wytworzyły… co jest więc dzisiaj wartością? Czasem pytam się siebie, czy żyłam w iluzji? Iluzji śwata, który nie istniał? I na tą myśl jakoś przykro mi się robi, gdy spojrzę na „moje” ulubione utwory… Jakoś tak nie mogłam ich nawet słuchać z tego powodu, ale dziś. Dzis po raz pierwszy pomyślałam soebie, ze nawet jeśli, to była iluzja, to warto było nią żyć, bo przynajmniej dopatrzyć sie mogłam prawdziwych wartości, przyjaźni, wspólnego tworzenia przez tych ludzi wielkich dzieł, które coś nisły, dziś muzyka nie nieie żadnego większego przekazu, żadnych wartosci, reflekcji, spojrzenia na świat…zastanowienia…

I bez względu na to, czy to dziś prawda, czy też nie, we mnie wciąż żyją rockowo-bluesowowe opowieści…

 

 

I wiele innych…

Może jednak Morrison miał rację?

Halo, halo! Założę się, że myślicie, że opuściłam blog, a jeśli tak myślicie, to muszę napisać, że mylicie się. Ot, po prostu dodaję wpisy rzadziej nich dotychczas, no cóż, czasami tak a4aabc72159365b848c564cf0eb8f0f5bywa, że obowiązki wzywają, a kiedy chodzi o moją przyszłość, to muszę się im poświęcić i chcę, dla własnego dobra i późniejszej wygody psychicznej… Wasze blogi odwiedzę w niedalekim czasie, tak myślę i zakładam sobie. Na dzisiejszy wpis nie mam tematu konkretnego, ot, zawiodłam się na ludziach, na Mamie po raz kolejny, znów źle czuję się psychicznie… Dziś usłyszałam, że mam się zająć sobą, to znaczy kim? Ciągle w mojej głowie plącze się pytanie kim jestem? Chyba złożonością zbyt złożoną…  Ludzie mnie nie rozumieją, choć tak bardzo chcę, żeby mnie zrozumieli. Mam już dość tłumaczenia wszystkim wszystkiego, nawet na terapii, która przewidywalnie jest raz w miesiącu, a i tak niczego konkretnego nie wnosi, nie poprawia. Mam epizody depresyjne, stany, w których nie potrafię ustać na nogach… Dziś czuję się pozostawiona sama sobie, a wszyscy dokoła mnie mówią mi „Nie histeryzuj”. Może jednak Morrison miał rację twierdząc, że brak nadziei jest rzeczą naturalna dla każdego poety* , jeśli to przejdzie, wtedy i tylko wtedy może przeżyć więcej. Może to jest konieczne… Mam jakieś dziwne przeczucie, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Wiem też, iż być może to nieracjonalne myślenie… To mój paradoks… Ale ciągle widzę, że mnie nie rozumieją. Nadinterpretacja rzeczywistości? Hm… być może. Tak czy siak, jestem jednostką osobliwą, indywidualną i jak to twierdzą „ciężko ze mną będzie…”.

*poeta w znaczeniu jednostki odczuwającej więcej

Kim Ty jesteś…? Metaforyczna podróż piątkowego wieczoru.

Pochłonęły mnie rozmyślania, jak chyba każdego wieczoru. Przypominają mi się ludzie, sytuacje, słowa…
Kiedyś, może dawno, a może nie, przypłynął mi do głowy pomysł by założyć blog. Miejsce poświęcone na moje myśli, sentencje, teraz może dojdą wreszcie prace, które zapisuje w moim notatniku. tak, raczej tak. Próbowałam „uzbierać” na drugi blog, jednak się nie uzbierało… Wierszy mnóstwo, nie mam jednak zwyczajnie sił i czasu. Myślę, że trudniej stworzyć miejsce, które prócz tego wszystkiego, co się w nim znajdzie będzie miało jakiś klimat. Konkretny, być może odsłaniający kawałek po kawałku kim jest jego autor…

Niedawno, kiedy po przeczytaniu fragmentu owej książki, (która pozwoliła mi inaczej spojrzeć na siebie) wreszcie zrozumiałam, po wielu latach, choć w małej części, co tak na prawdę we mnie jest, usłyszałam pytanie wraz ze stwierdzeniem „Kim Ty jesteś? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że wciąż Cię nie znam…” Te słowa zabierają mi jakkolwiek możliwość dogłębniejszego przedstawienia się w tym miejscu, choć myślałam, że dużo o sobie wiem. Stoję, brutalnie wypchnięta na środek sceny teatru zwanego życiem i… brak mi słów. Choć to rzadko się zdarza, dziś nie wiem, co powiedzieć. Być może nikt jeszcze nie napisał dobrego scenariusza do mojej własnej sztuki życia i nie znam monologu…?Większość legła w gruzach, może już czas zacząć żyć inaczej? Nie wiem, co ze mną się stało, ale wreszcie zaczynam dostrzegać siebie, swoje motywacje, zaczynam rozumieć czemu jest tak a nie inaczej. I to nie za sprawą terapii, choć też na nią poszłam. Za sprawą paru słów z tego „innego świata”, ze świata ideologii innego życia.  Wiem, można to wyśmiać, nigdy nie byłam do końca „normalna”, jak mówią inni wokół mnie… Ironia wobec świata jest chyba największą bronią, tylko, czy jest mądra? Bo chcący stworzyć ironię można się przejechać…

W związku z tym, co napisałam powyżej zajdą się tutaj moje wiersze, aforyzmy, sentencje, może cytaty z książek… Wszystko, co przyjdzie mi na myśl, nie będę się ograniczać w żadnym stopniu. Sądzę, ze życie już wystarczająco nas ogranicza.  Kiedyś chciałam rozdzielać, dziś już nie wiem, chcę żyć…  Moje teksty jednak zawierają duży ładunek emocjonalny, są próbą wyjścia z…hm… burzy?  Chyba tak. Dlatego adres bloga musi się zmienić. Zmienić się, żebym pozostała anonimowa.  Bo chcę być anonimowa, wtedy i tylko wtedy będę się mogła tutaj doszczętnie wypisać. Choć i tak, po tym, co napisałam to już chyba…a… Więc tak myślałam, myślałam i wymyśliłam, chyba nawet trafne stwierdzenie… Już kiedyś o tym pisałam, mianowicie „Riders on the strom”. Zmieniam się, mój świat i moje myśli zaczęły gdzieś krążyć w ostatnim czasie, ale nadal czuję się jak zagubiona pośród burzy przez… życie.

Myślę, że nie potrzeba tutaj więcej słów. Jeździec pośród burzy to ja… i choć rzeczywiście, potrafię jeździć konno, gdyż konie od zawsze mnie fascynowały  swoją dzikością i łagodnością zarazem, to jednak  pomysł na nowy tytuł blogu wziął się z pewnej metafory. Kiedy o tym piszę jawi mi się przed oczami obraz kobiety, oddaląjącej się na swym rumaku, wokół której szaleje nieustanna burza, która nie chce ustąpić… Burza, zwana życiem…

Chcę pozbierać cząstkę siebie, chociaż blog ten chyba pozostanie moją tajemnicą. Nie wiem, czy to nie za dużo, niemniej jednak chcę. Od kiedy odkryłam coś, czego wiem, że nie da opisać się dostatecznie słowami, chcę spróbować. Moją odmienność, wrażliwość i postrzeganie świata. Myślę, ze są na tym świecie „rzeczy” nienazywalne, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ładu czy harmonii, ale to one tworzą ten świat, nasz świat… Są zjawiska, których nie da się zobaczyć, można je tylko poczuć. Dlatego staram się je jakoś uporządkować w mej głowie pisząc to tu, to tam… Wiersze, jeśli można to nazwać poezją, choć to chyba próbki literackie, aforyzmy, sentencje, przemyślenia… Jest to mój sposób na radzenie sobie z burzą, która nie ustaje, podczas, gdy mój koń dalej stąpa wioząc mnie, gdzie? Nie wiem…

Ta piosenka jest psychodeliczna, za każdym razem, kiedy jej słucham, czuję coś innego, niepowtarzalnego, jeden i ostatni raz…

Historia Jima Morrisona i… filozofia?

Czasami myślę, że więcej w tym blogu pamiętnika, niż twardych tez. Tak, czy siak, nieważne, zawiera cząstkę mnie. Dziś zdarzyło się coś dziwnego. Zupełnie przypadkowo trafiłam do jednej z miejskich bibliotek. Zakręciłam się koło półki z nowościami i wpadła w moje oko książka „Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima M.” Ze zdziwieniem ją podniosłam. Nie wiedziałam nawet, że ludzie piszą takie książki. Książki o muzykach, poetach…  Fakt, Jim był postacią ekstrawagancką…

Otworzyłam, przeczytałam pierwsze zdanie i… spędziłam kolejne dwie godziny czytając. Do tej pory nie potrafię określić właściwymi słowami co w tej książce jest. Ona jest po prostu… genialna! A może ja tak tylko ją odbieram, nie wiem i wiedzieć nie chce, nie potrzebne mi to.  Czytałam, ludzie przechodzili, pytali, czy chcę ją wypożyczyć, czy może usiądę. W końcu zdecydowałam się usiąść i dalej czytałam, zapominając przy tym o całym, dosłownie całym świecie. Nie podnosiłam wzroku na ludzi przechodzących obok mnie, ot tak, na środku biblioteki czytałam książkę. Coś w tym dziwnego? Inni chyba uważali, że tak, bo kiedy już skończyłam, osoby wokół mnie stały w osłupieniu. Skończyłam, odłożyłam i wyszłam.

Nie mogłam wypożyczyć tej książki. Czułam, że nie mogę. Ja ją musiałam… kupić! Tak, kupić, bo to książka do której się wraca, trzeba wracać, a nie wypożyczyć i przeczytać. Te teksty są takie.. ach… można się nimi delektować do upadłego! Przynajmniej ja mogłam. blog_im_3611844_7860315_tr_jim_morrison_jimmorrisonCzytałam z zapartym tchem, kartka po kartce, nie mogąc się doczekać przewrócenia kolejnej strony. W końcu, w jakiejś połowie przerwałam, wywróciłam na okładkę i powiedziałam na głos „ten facet ma coś w oczach”. Ludzie się spojrzeli…  Czytałam, momentami łzy płynęły mi po twarzy, a oczy stawały się chyba czerwone. Ogarniając wzrokiem kolejne słowa widziałam to, co przeżyłam będąc młodszą. Nie, ja to znów przeżywałam! Metafizyczną stronę mojej przeszłości. Teraz widzę, że w próbie „ucieczki” od wspomnień stałam się zbyt pragmatyczna… Można to sprowadzać tylko do tandetnych, ludzkich zaczątków uczuć, ale to, co ja wtedy przeżywałam… może jestem naiwna, ale wydaje mi się, że to było coś więcej niż tylko wymiar „tu i teraz”…  Niektóre fragmenty książki zdawały mi się tak znane, jakbym czytała o sobie samej, o moich emocjach i doświadczeniach. To było coś takiego, jakby ten człowiek pokazał mi, co tak naprawdę i w jaki sposób odczuwam.  Niesamowite przeżycie. Dotarcie do siebie samego, tam, gdzie jest najciemniej, tam, gdzie już nie ma promyka światła…  łzy same cisną się teraz do oczu.

Czytając zaczęłam odkrywać, że moja, a w zasadzie wciąż chyba jednak nasza młodzieńcza fascynacja takową muzyką, stylem, dochodzeniem do prawdy i wartości, i moja – końmi, istnieje naprawdę, bo ktoś miał podobnie. Ta wręcz dziecięca fascynacja i, nie do końca jeszcze przeze mnie zrozumiane zainteresowanie takim można by rzec typem osobowości, zaczęło się przeradzać z dniem dzisiejszym w filozofię… może bluesa? Może muzyki wykorzystywanej do uniesienia razem z publicznością? Myślę, że nie nadużywam tego słowa. Wydaje mi się to być już nie zainteresowanie, a filozofia, pewien sposób patrzenia i odczuwania. Czuję, że coś, czego nigdy do końca nie zrozumiałam zaczyna się kształtować…

Prawdę mówiąc od ponad kilku lat staram się jakoś określić swój byt, swoją egzystencję, swoją rolę w tym świecie. I sama nie wiedziałam, kim ja jestem do tej pory. człowiek pełni wiele ról… Ale kim jestem dla siebie? Kim jestem będąc w ogóle na tym świecie? I wystarczyło parę słów z tej książki, by zacząć dowiadywać się, co ja tu robię… Znalazłam choć część odpowiedzi na ciągle brzmiące w moich uszach pytanie „dlaczego?”.  Trudno nawet to dobrze nazwać. Może rzeczywiście, będąc w takim miejscu można stworzyć własną rzeczywistość? Może o to właśnie chodzi… To wszystko jest zbyt metaforyczne, aby tłumaczyć. Sądzę, że odpowiedź jest prosta. Albo czujesz, albo nie. Podobnie jak z religią…

Moja rodzina nigdy chyba w pełnie nie zaakceptowała tego, że interesuję się okolicami bluesa, rocka, a może nawet bardziej czuciem muzyki i tekstami do niej pisanymi. Pewnym rodzajem czucia i patrzenia na świat. Dla mamy zawsze było to śmieszne i do dziś traktuje to chyba jako wybryk. Tonem głosu dając mi do zrozumienia, abym zajęła się ważniejszymi tematami, bardziej może naukowymi, bo sama je lubi… Przed babcią długi czas ukrywałam to, aż wreszcie przestałam, jakoś nie za bardzo dając jej możliwość protestu. Po prostu, oznajmiłam i już. Ale przyjęła i przynajmniej się nie śmieje, nie mówi, że głupstwo…

Książkę już mam u siebie w domu i to na własność, dlatego o przemyśleniach związanych z samą treścią napiszę po przeczytaniu, więc myślę, ze już wkrótce.