Akcja w pędzie, czyli wiatr, tętent i Łapacz krokodyli…

Już po… Żyję i… mam się dobrze, a może nawet lepiej 🙂 Nałapałam energii i chęci, naładowałam baterie. Ja nawet nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem ładuję na nowo akumulatory. Teraz czuję się dobrze i o dziwo, nawet nie czuję zmęczenia, choć całość dnia wczorajszego mogła lekko dać w kość pod tym względem, jednak myślę, że… warto było.

Drogę „tam” odbyłam trochę z niepokojem, choć pojawiał się on tylko momentami. Niekiedy po prostu nie myślałam o tym, co może się zdarzyć. Trochę było mi głupio, nie za bardzo wiedziałam, co może mnie spotkać, jeśli łapacz krokodyli się pojawi, ale postanowiłam zaryzykować. W końcu jechałam też tam na fajną zabawę, a spotkanie z nim miało być poniekąd przypadkowe.  A jeśli można czasami połączyć interesy i chęci, dlaczego tego nie zrobić? 🙂

Myślę sobie „Kurcze, trzeba jakoś Łapacza krokodyli” zwerbować, bo choć może to wyjść trochę dziwnie, to jednak następna okazja może się długo nie nadarzyć. No więc jadę i kombinuję, co by tu powiedzieć. Ja jestem otwartą osobą i nie mam problemu w załapaniu kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak po tym, co wie ów Łapacz, może stworzyć się trochę dziwna sytuacja. Jednak stwierdziłam, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego, więc nie ma sensu sobie tworzyć planu, zdam się na sytuację, a uśmiech i życzliwość dużo może 🙂

Po dojechaniu na miejsce więc wysiadam,( oczywiście ostatnie poprawki wcześniej, żeby nie było 🙂 i rozglądam się dookoła, aby się rozeznać w sytuacji, gdzie tu co się dzieje. Idę parę kroków. Widzę jakaś jedna uczy konia chodzić w kółko, druga swojego czesze, trochę ludzi, trochę aut, pola… Jacyś przebierańcy. Idę, idę, rozglądam się dalej, wiadomo, znaleźć takiego w tłumie nie łatwo (choć tłumu wtedy jeszcze nie było).

Przeszłam może parę kroków od samochodu, nagle widzę, ojczym idzie w stronę bukłanek ( do przewożenia koni).  I słyszę „dzień dobry, dzień dobry!” Zdziwiło mnie to, kurcze, zna już tu kogoś, czy jak? Ale nie zdążyłam spojrzeć, bo w tym samym czasie Mama wyskakuje

-Patrz! Patrz! Wołodyjowski na koniu!

Patrzę, no rzeczywiście… jakiś ubrany w grube szaty, prawie, jak dywan, na koniu jedzie. Fajnie, ale… odwracam się znów w stronę bukłanek, patrzę, a tam …. stoi grupka chłopaków. Jeden w bejsbolówce, dość grubej kamizelce i… trampkach podaje rękę ojczymowi, taki zadowolony i się na mnie patrzy.  Zerkam szybko, tak z daleka, powoli zmierzając w ich stronę, bo Mama znów o Wołodyjowskim, więc na Wołodyjowskiego patrzę, czując jak mnie ściąga wzrokiem, a myślę sobie „nie, to nie możliwe…”, W tym czasie podchodząc coraz bliżej tej grupki, obracam głowę, a tam… Łapacz krokodyli we własnej osobie!!! 🙂 W bejsbolówce… Patrzy i się cieszy do mnie. Byłam w lekkim szoku, ale nie dałam poznać tego, mam nadzieję. A co najlepsze, jeszcze dobrze nie podeszłam, a ten już opowiadać zaczyna… co jadą, jak jadą, i tak dalej… Wow! Odwaga rozpiera… Pogadaliśmy chwilkę, pośmialiśmy się, pouśmiechaliśmy. Ci jego kumple patrzą po sobie trochę, kto to jest w ogóle, ale też starali się uśmiechać. W końcu nie wytrzymałam i pytam się, czy będzie to, co miałam zobaczyć. Tu się biedak trochę zawstydził, ale przykrył śmiechem, mówiąc, że nie wie, bo to wszystko zależy od szefa. ( Bos, o którym pisałam już kiedyś).

Potem poszłam na kramy, bo mojej ekipie się jeść zachciało, bo bez śniadania pojechali ( nie wiem, czemu tak, potem musiałam tyle razy biegać i szukać jedzenia, zamiast monitorować, co się dzieje i kiedy oglądać…) Generalnie przez organizacje całej imprezy nie zjadłam nic, przy wielu kramach i stoiskach, ale mniejsza o to.  Zjadłam w drodze tam i z powrotem trochę, bo generalnie przejechaliśmy pół kraju…

Popróbowali jakiś dziwnych przysmaków myśliwskich ( babka z wieprzowiną i cebulą) i poszliśmy do samochodu, się zagrzać trochę, choć rano zimno nie było. W między czasie kręcenia się tam po straganach widzę, że koło chłopaków się jakieś młode dziewczyny kręcą, a to zbroję zapinają, a to qnia czyszczą, a chłopaki zadowolone! Łoj zadowolone! No więc się przyglądam baczniej, niby oglądając coś na straganach… Ale Łapacz z nimi niet. Nie gada, nie patrzy na nie, w ogóle, ubrał się tylko w taki specyficzny strój (pod zbroję) i poszedł do kanciapki polowej.  W sumie… w zbroi dopiero go poznałam, że on to on, a przynajmniej wygląda jak on 🙂 Napiłam się herbaty, siedzimy chwile w samochodzie, a jeźdźcy już niektórzy na konie powsiadali, nasi też. Wzięli sobie chorągwie i jadą. No to my z Mamą łubudubu z tego auta, wyskakiwać i lecieć z nimi, co to też się będzie działo, bo mieli trzy razy jechać…

Ale, że do placu dla koni drogi nie było, tylko trzeba było minąć ubierającą konie kawalerię,  no to my przez tę kawalerię, a tam konie po dwa metry, wielkie, ogromne, czarne i masywne. Trudno mówię! Idziemy! W tym czasie rycerze już przejechali całą łąkę i jadą dalej, a my się przedzieramy przez te kawalerie… jeden koń stanął tyłem, droga wąska, trochę trudno podejść, bo jak kopnie, to tylko strzępki z nas zostaną… Czekamy, czekamy… wreszcie odeszli z tym koniem, no więc dawaj! Dalej, idziemy na tę łąkę… A odległości są tam nie małe, uwierzcie mi, to są duże łąki… Wychodzimy, a tam pusto! Patrzymy, gdzie mogli pojechać, ale nigdzie nie widać chorągwi, bo tylko chorągwie było widać z tego tłumu ( i tak dobrze, że je mieli). Patrzę, a oni z drugiej strony tej kawalerii już jadą. -Tam są!-mówię. Ale przejść się nie da za bardzo przez plac dla koni, bo zagrodzone wszystko płotkami, no to my znowu przez tą kawalerię się przedzieramy, z powrotem… Koni już  co nie miara, każdy wysoki, samochody po bokach, przejść nie idzie… No ale cóż zrobić. Przeszłyśmy… Patrzymy, a tam też pusto! Patrzę, patrzę… chorągwie są po drugiej stronie kawalerii i jada na polankę. -O Nie! Ja już nie idę tamtędy! -Myślę sobie, przyprowadzili jakiegoś młodziaka, rzuca się to jak nie wiem, a waży też jakieś 500 kilo, jeszcze trochę chcę obejrzeć dzisiaj. Więc lecę, szybko dookoła dużego placu, w jakąś uliczkę wychodzącą na łąkę. Lecę, lecę, ja patrzę, a ci zawrócili i jadą w las.

Stanęłam na środku tej uliczki i się śmiać zaczęłam 😉 Ale znalazłam się w miejscu, gdzie miała być główna parada, więc jacyś jeźdźcy się już zbierali na nią, na dużym placu już jakieś podrygi, galopy, ułani… więc i się zabrałam za patrzenie na to, no bo cóż innego zrobić. Porobiłam zdjęcia chyba wszystkim koniom, jeźdźcom, a nasi pojechali bardziej pod las, stanęli sobie w rządku, tyłkami (końskimi) do parady, przodem do lasu i stoją. Przestali tak większą część przygotowań do parady, tylko potem przenieśli się w miejsce bliżej dużego placu (wszystko trwało około dwóch godzin, więc byłam trochę zmarznięta). W między czasie podjechał do mnie jakiś Łupaszenko, ( Nie wiemdokładnie, jak się nazywał, ale coś chyba od Łupania) kaskader konny ze wschodu i dalej do mne, że konia mi trzeba, to będę jeździć z nimi. Hm… w sumie, propozycja ciekawa ha ha.  Obejrzałam przygotowania do parady, paradę i część mszy polowej. Potem skostniały mi ręce i musiałam się iść zagrzać. Podczas tego, jak nasi wjeżdżali na paradę i mszę, to przejeżdżali koło mnie akurat. Więc się patrzę jak jadą w moją stronę, a Łapacz się patrzy i cieszy, że hej! Jak przejeżdżali, to zaczepiał i się śmiał… Tyle widziałam, bo reszta pod przyłbicą 😛

Potem była Msza, no i miała być cześć artystyczna, czyli występy… Stałam  na zimnie cztery godziny, zanim się doczekałam na występ. Obejrzałam wszystko, konkursy, gonitwę, zabawy dla dzieci… Wieczorem zrobił się bardzo zimno i nieprzyjemnie. Kiedy wreszcie rozpoczął się występ właściwy (jeden, a miały być trzy, ale tyle powymyślali zabaw dla dzieci, że nie zdążyli tego ogarnąć) byłam już w większości zmarznięta. Jak również wkurzona na to, że organizatorzy nie dali podejść bliżej dużego placu. Wszystko musiałam oglądać zza dwóch barierek, co było nonsensem. Niby dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony bez przesady uważam. W trakcie występów miał miejsce pokaz posługiwania się batem, który robił Łapacz krokodyli, bo kolegom chyba się nie chciało… Potem mieli komuś włożyć czapkę na głowę i ją zrzucić batem. Zgłosiła się jedna dziewczyna. Ale Łapacz chyba postanowił, że dziewczynie czapki zakładał nie będzie, bo inny kolega musiał jej założyć, a Łapacz sobie stanąć w tym momencie na boku i mnie obserwuje… Co dziwne, nie byłam wcale blisko, więc musiał wcześniej widzieć, gdzie stoję, bo tłum ludzi był niesamowity! Najlepsze, że tuż przed nim koleś miał smagać batem  nad głową jakiejś dziewczyny z zawiązanymi oczami (Koleś miał zawiązane oczy, nie dziewczyna 😛 ) A ja, no ja… udaję, że się skupiam na robieniu zdjęcia, no bo cóż… Śmiać mi się chciało, ale już nie chciałam tak na pokazie, jak obok był bos i zamieszanie.

Potem jeszcze pojeździli, było na co popatrzeć, wierzcie! Jeden z kolegów Łapacza na pokazie tak machał w moją stronę i też się śmiał… Dziwne to było, no ale. Machać sobie może przecież 🙂 Wesoły taki 🙂 Jak skończyło się widowisko było już dość późno, pół kraju przed nami, więc trzeba się było zbierać.  Mamie od stania przez cztery godziny zrobiło się niedobrze, ja już telepałam się z zimna. Jak szłam do auta to widziałam jeszcze plątające się te młode dziewuszki, zabierały chorągwie, reszta ekipy z nimi coś tam gadała. Łapacza nie było. Zobaczyłam go dopiero, jak już wsiadłam do samochodu, szedł sobie sam z koniem w stronę bukłanek. Chciałam się iść pożegnać, ale moja ekipa już jechać chciała, bo im zimno i zmęczeni, a z resztą, nie wiem, czy bym ich potem zobaczyła, bo pewnie dali konie dziewuszkom i poszli do kanciapki się ogrzać i odpocząć. Zrobiło mi się trochę przykro, ale… no cóż, było duże zamieszanie.

Fajny dzień… Dziwne, bo zawsze jak jestem w takim niecodziennym miejscu z takimi niecodziennymi ludźmi, to coś do mnie dociera. I tym razem tak było. Z pozoru fajna zabawa, ale pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że można żyć bardzo po swojemu i, że to, co czasami czuję i myślę nie musi być prawdą… tą smutną prawdą.

Warto było zmarznąć! Choć mi mówią, będziesz chora… trudno. Na razie wręcz odwrotnie, bardzo dobrze się czuję! 🙂

Reklamy

Cowboy, oh, cowboy…

O TYM, „JAK ZŁAMAĆ” KOWBOJA, CZYLI WPIS SPECJALNIE DLA LENKI! 🙂

Kowboj jak wiadomo z różnych źródeł, najczęściej pracuje na ranchu, zaganiając bydło, pracuje też z końmi, często dzikimi ogierami, „łamiąc” je różnymi sposobami, czyli najprościej mówiąc, zmuszając do tego, aby były spokojne, pozwoliły się osiodłać i zajeździć człowiekowi, służąc mu potem przez wiele lat przy zaganianiu bydła. Kowboj też bierze udział w różnych pojedynkach, najczęściej rewolwerowców lub też, będąc kowbojskim bandytą przemierza puste prerie szukając okazji do zgrabienia jakiegoś banku czy czegoś w tym rodzaju. * Wszystkie te wymienione czynności wskazują na to, iż kowboj sam z siebie musi wykazywać się niecodzienną odwagą, siłą fizyczną, zwinnością, konkretyzmem, sprytem, a nawet być surowy, ostry, silny, nieustraszony w walce, niezłomny i niezawodny. Takiego trudno zaskoczyć, trudno zdominować. A problem z tym mają nawet najwięksi przeciwnicy Dzikiego Zachodu. Bowiem jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest koń i rewolwer, który stale nosi przy sobie i wyciąga przy każdej możliwej okazji, aby popisać się swymi umiejętnościami posługiwania się nim.

Otóż, w tym roku, tak, jak Wam wspominałam wcześniej, miałam przyjemność, a może i tę ODWAGĘ, aby poznać takiego kowboja! Nieustraszony, nieugięty, (oczywiście, jego przyjacielem był koń i rewolwer, nie licząc przyjaciół z grupy kowbojskiej, bo wiadomo, jak to na Dzikim Zachodzie bywa…) a do tego tak miły i życzliwy, że aż nie sposób tego opisać. Kowboj, a do tego gwiazda polskiego jeździectwa.

Zapoznałam się z nim właściwie przez przypadek. Zawsze, gdy widziałam jakiś interesujących ludzi, ciągnęło mnie do nich. Aby się z nimi zapoznać, aby porozmawiać na interesujący mnie temat, na temat zainteresowań, które właśnie prezentowali. Tak, jak na wieczorkach poetyckich zawsze trafiałam na rozmowy z tymi poetami, których to był wieczorek, tak, jak na koncertach zawsze trafiałam prywatnie na głównych wokalistów, do których inni ludzie krzyczeli spod sceny, w tym Maćka Balcara, tak wtedy również trafiłam do rozmowy z gwiazdami Dzikiego Zachodu. I właściwie przez przypadek trafiłam na… niego. Kowboja… Właściwie kaskaderka konnego, który w sumie woli jeździć, jako Kozak, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo ma być zabawnie i przyjemnie 🙂 Porozmawialiśmy chwilę na łączce, na której pasł konia. Ja w ogóle dumna, zadowolona i przeszczęśliwa, że gwiazda ze mną w ogóle rozmawiać chce! O koniach, o pokazach, o diecie dla koni, o cenach takich rumaków, o tym, jak przygotowuje konia do pokazu, skąd u niego taka pasja, jak zaczynał, o tym, że ja mam swojego konia. Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo już musiał iść do swojej drużyny, kąpać konie po pokazach. Wróciłam do domu późno, siedzę w swoim pokoju z Małą. I się ciesze i mówię, jak bardzo podobały mi się pokazy i, że rozmawiałam z gwiazdą jeździectwa (Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie następnego dnia.. 🙂 . I w pewnym momencie myślę sobie, kurcze, fajny chłopak! Rozgarnięty, bardzo miły, inteligentny, grzeczny, uprzejmy, a przecież nie stary jeszcze, może coś koło dwudziestu kilku lat, tylko wygląda poważniej, bo wiadomo, jak to przy koniach, po za tym w stroju kowboja. Kurde, człowiek to jednak od radości zgłupieje! Nie widzi najlepszych rzeczy… Nic o nim nie wiedziałam, ale bardzo spodobało mi się jego zachowanie i postawa względem innych ludzi i pasji do koni. Na prawdę, świetny kowboj i mądry 🙂 Nie chciałam „startować”, jako do faceta, wydał mi się po prostu bardzo wartościowy, jako człowiek. Pomyślałam, że miło by było poznać go jako znajomego, czy kolegę 🙂 Tylko trochę niezręcznie się czułam… ja i rozmowa z gwiazdą kaskaderki konnej? Z człowiekiem, który być może gra w zachodnich produkcjach? Jednak ponieważ nigdy nie miałam większych problemów przy pierwszym kontakcie z ludźmi, postanowiłam, że gdy jutro nadarzy się okazja, spróbuję o czymś jeszcze porozmawiać 🙂 Dodatkowo moim marzeniem było wsiąść na takiego konia kaskaderskiego, ale gdzie tam mnie wsadzą na konia za 30 tysięcy… Mogę pomarzyć.

Nazajutrz rano wstałam, idę na spacer, zajrzeć do kowboi. Mieli dać pokaz, ale ponieważ program imprezy się nieco sypał, to szykowali się dopiero. Patrzę, a kowboje z fajkami w ustach, wywijają w najlepsze do pieśni indiańskich 🙂 Jednak wśród nich nie było tego jednego kowboja. Pouśmiechałam się do nich, powiedziałam, że tańce idą im całkiem nieźle 🙂 Pośmialiśmy się chwilkę i poszliśmy na pokaz. Oni prezentowali baty, a ja ich nagrywałam. Po tym pokazie miała być parada wszystkich przebierańców. Podczas tego pokazu młody kowboj przyjechał na koniu wraz ze starszym i czekali, aby jechać, jako delegacja kowboi na paradzie. Odeszłam wiec od miejsca pokazu i poszłam zrobić im zdjęcie. Ustawiam się, aby dobrze skadrować, a kowboj się cieszy do mnie, a cieszy… Uśmiech jak nie wiem… 🙂 Zrobiłam zdjęcie, wróciłam na pokaz, ale ten zaraz się skończył, wiec znowu idę do „moich kowboi”, którzy czekają na paradę. Program się sypie, parada się przeciąga, a ten, jak mnie widzi, to się do mnie śmieje, no więc podchodzę do niego i pytam się, czy nie można by było na takim koniku do zdjęcia, tak proooszę… I robię takie oczy, jak kot ze Shreka. Jeszcze dobrze nie skończyłam słowa proszę, a kowboj był już na ziemi… Wsiadłam więc na jego konia, oczywiście ojczym z mamą szaleją, robią zdjęcia, filmiki, z każdej strony, jak się tylko da. Kowboj się na mnie patrzy… Ale ponieważ tłum ludzi, więc trzeba tego konia różnie ustawiać, zaczęłam go więc przestawiać… Potem ojczym chciał, żebym się przejechała kawałek. Kowboj nic nie mówi, wiec ruszyłam, jadę, jadę… A właściciel się zajął rozmową z kumplami, którzy właśnie przyszli z pokazu batów i w ogóle się nie czepia. Więc sobie jeżdżę 🙂 Potem widzę, jak młody kowboj tańczy, tzn. trudno nazwać to tańcem. Trzyma się za pasek i wywija rękami w górze, jakby lassem, to tego przeskakując z nogi na nogę tak w rozkroku. Fajnie to wyglądało 🙂 Zaczęłam się śmiać… Potem podjechał do mnie drugi kowboj, jego kolega, przytulił mnie, siedząc na drugim koniu, dał swojego kolta do zdjęcia 🙂 Rodzinka robi 333 ujęcia, ja się z koltem wygłupiam na koniu, a młody kowboj się cieszy i patrzy co jak robię 🙂 Potem znowu sobie ruszam, jadę, już w inną stronę i nagle słyszę takie głośne „prrr”! Pierwsza moja myśl- „Kurde, co jest, coś nie tak z tym koniem zrobiłam?” Odwracam głowę, a tam kowboj wariacik się trzyma za ogon mojego konia i jedzie za nim na butach… Jak ja się zaczęłam śmiać!!! 🙂 Potem się już towarzystwo uspokoiło, podjechałam do niego, siedzę wciąż na koniu, zaczęliśmy rozmawiać. Najdziwniejsze było to, że podczas całej mojej przejażdżki na koniu, ten młody kowboj niesamowicie się kręcił. To znaczy, przestępował z nogi na nogę, ciągle się rozglądał, nie, żeby spojrzeć na mnie i swojego konia tylko gdzieś w bok, albo patrzył w ziemię… Kiedy podjechałam do niego bliżej, to już w ogóle… Kręcenia się nie było końca. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, o koniach, no bo o tym jakby najłatwiej zacząć, widziałam takiego „luzaka”, wczoraj taki nie był. Gadamy, gadamy, myślę sobie-„za bardzo się wstydzi, trzeba coś wymyślić”,  w końcu schyliłam się, żeby pogłaskać konia po szyi i mówię, „a jest jakiś kontakt do Was?” i odruchowo się na niego spojrzałam, tak, powiedzmy dość z bliska, w oczy, bo jego twarz była trochę wyżej niż głowa konia i akurat w tym samym czasie on się tez spojrzał… Zapadła cisza, wzrok jego wbity całkowicie w ziemię… Nagle, może po dwóch sekundach podnosi głowę i wraz z zebraniem całej kowbojskiej odwagi, trochę dosadniej : „A co byś chciała?” I w tym momencie widzę, że widzi, że  go nazwijmy to „zaczepiam” 🙂 -” No, pogadać… o koniach, zapytać się o jakieś wskazówki, bo chciałabym się nauczyć jakiś elementów westernu, a też ze swoim koniem to tak ciężko, jak nie ma kto pokazać”-odpowiadam. -To do B.-odpowiada starszy kowboj, bo  młody jeszcze ciągle jest chyba w jakimś amoku i starszy widząc to , ratuje mu skórę. -Tak, tak, to do B.- przytakuje młodszy zdaje by się odruchowo, bo sam nie wie, co ma zrobić. B. to ich kumpel, inny kowboj. Myślę sobie, „Eh…. Nie mogłeś trochę opanować strachu?”

I w taki to sposób filigramowa kobietka „złamała” kowboja i wschodzącą gwiazdę polskiego jeździectwa…

Ale też trochę dziwnie się poczułam, bo na pytanie o kontakt tak dość impulsywnie zareagował… Może coś nie tak jednak, myślę sobie. Oczywiście nie wiem, w jakich jest układach, ale przecież pogadać zawsze można, a jest to osoba na prawdę, tak otwarta do innych, że aż się zdziwiłam. Potem nagle przychodzi ojczym, trzeba iść, bo obiad jest już zamówiony. Podziękowałam mu serdecznie za konia i przejażdżkę, choć lekko zdziwiło mnie jego zachowanie, ale myślę sobie, trudno, obrazi się to się obrazi. Myślałam, że zostanę na tej paradzie… No ale cóż. Poszłam na obiad i musiałam oglądać, jak M. złamał parasol… Dziwna historia.

Do kowboi wróciłam dopiero na ostatni ich występ kaskaderski. Podchodzę do maneżu na którym były pokazy. Wjeżdżają, żeby rozgrzać konie. Pierwsze okrążenie jadą powoli. Ojczym krzyczy „brawo!!!”  Młody kowboj jedzie jako ostatni, tłum ludzi, a ja nagrywam wszystko na filmiku, a ten dostrzega mnie w tym tłumie, przejeżdża koło mnie i zaczyna się do mnie uśmiechać i cieszyć 🙂 Ja się zaczęłam do niego też śmiać, oczywiście nie nagrałam tego, bo ręce dałam na dół i sprzęt zarejestrował w tym momencie piasek… Na innych filmikach kręconych przez innych ludzi też tego nie widać. Na prawdę, widziałam, że się po prostu cieszył, jak mnie zobaczył.

Wyobraźcie sobie, że podczas drugiego występu tak się biedaczek chyba zestresował, że koń nie chciał mu galopować. Konie bowiem bardzo ST_HL_2004_379dobrze wyczuwają napięcie jeźdźca i jeżeli jeździec jest cały spięty, to konie potrafią robić różne rzeczy. Akurat wtedy nie chciał się słuchać. Potem się śmialiśmy z mamą i ojczymem, że rzuciłam urok na jego konia 🙂 Po ostatnim pokazie chciałam jeszcze do nich podejść, pogratulowałam im, ale nie udało się już pogadać, bo kumple dokoptowali mu jakąś dziewczynę, która nie umiała jeździć, a chciała się powozić, więc cały mokry i zmęczony wsadził ją na konia i prowadzał. Na prawdę był zmęczony… Z resztą, jak ktoś nie próbował, nie wie, ile wysiłku wymaga sama jazda, a co dopiero kaskaderka konna. Ale wtedy podeszła do niego koleżanka mojego ojczyma, która też ze swoim partnerem i z nami tam była na wakacjach no i chciała zdjęcie. A kowboj serio padnięty, idzie ze spuszczoną głową, nawet do tej dziewczyny mu się nie chce gadać, a ona coś tam nawija cały czas… Ale, jak zobaczył mojego ojczyma, no to błysk w oczach, postawa, uśmiech, do zdjęcia się trzeba uśmiechnąć. A potem znowu poszedł taki zmęczony, prowadząc konia i tą dziewczynę na nim…

Jego koń zapewne nie był zadowolony. Mając takiego kowboja za pana, który już z sam z siebie jest ciasteczkiem, musi jeździć za trzech… bo każda dziewczyna chce akurat na tym koniu się przejechać. Co prawda- ja nie mówiłam, że akurat na tym, sam mi zeskoczył hihi.  🙂 I takim to właśnie sposobem pokonałam kowboja z rewolwerem 🙂 Czasami to tak sobie myśle, jakby wyglądało życie u boku taiego dzielnego kowboja, na rancho… ze stadkiem koni i prerią…. Eh, pomarzyć można hihihi 🙂

*-Opisany przeze mnie typ kowboja nie do końca zgadza się z rzeczywistym, w rzeczywistości kowboje na terenach Zachodniej Ameryki zajmowali się wypasaniem bydła.

P.S. Wpis jest lekko ironiczny i pisany „z przymrużeniem oka”, co do zawodu pasterza bydła, bo kowboje w rzeczywistości byli pasterzami bydła. Jednak dziękuję temu chłopakowi bardzo, za to, że dał mi wiarę prawdziwą w ludzi i siłę, aby się nie poddać i iść dalej, walcząc o siebie, mimo, że wokół zawaliło się prawie wszystko w czym pokładałam nadzieję i nie miałam już w co wierzyć… 

A teraz się śmieję, że trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł moje emocje…

Wiele się ostatnio dzieje, nie nadążam zapisywać, rozprawiać się z myślami, a już jest kolejna rzecz i kolejna, większość o dziwo pozytywnych! Moje życie się zmieniło… zrobiło duży obrót. Jak możecie nawet zauważyć, zmiany trwają, bo postanowiłam zmienić szatę graficzną blogu. I postanowiłam, że będzie weselsza, więc wybrałam zieloną 🙂 Żeby przypominała mi o dobrych chwilach. A w nagłówku mam moją nową ekipę 🙂 Fajna, prawda? 🙂 Ha ha 🙂 Chce mi się śmiać, to chyba dobrze! Zmiany, zmiany, zmiany… a wszystko zaczęło się od… obojętności. Całkowitej, nie wyuczonej, tylko obojętności z bezsilności wobec sytuacji. Przed obojętnością była jeszcze faza, że nie wiedziałam, kim jestem, nie wiem, czy może odczuliście to w moich poprzednich wpisach. Była obojętność, bardzo silna, obojętność wobec relacji, wobec moich bezproduktywnych starań. Wpis o obojętności był bardzo potrzebny i bardzo ważny, kiedy patrzę na to  z dzisiejszej perspektywy. To był całkowity, choć bardzo niepozorny początek mian. Wydawałoby się, że lecę w dół. Hm… może czasami trzeba zrobić dwa kroki w tył, a to one staną się jednym krokiem do przodu? Potem był szereg zmian, w myśleniu, zachowaniu, zastanawianiu, rozumieniu czy też niezrozumieniu, patrzeniu na świat, granicach. Czuję, że mój horyzont się przesunął na tyle, iż widzę na prawdę więcej, a przede wszystkim widzę siebie!  I choć może zabrzmi to dość egoistycznie, to czuję, że teraz… jestem ja! Zostawiłam cały świat, ten świat, którego ruszyć nie mogłam, a bardzo chciałam. I choć on nie drgnął z miejsca, nic znaczącego się w nim nie wydarzyło, to wydarzyła się rzecz zaskakująca i dla mnie całkiem nowa. Potrafiłam postawić siebie w centrum mojego życia. Fenomen! Nie zważając na to, jak zareagują inni, jak do tego ustosunkuje się matka, czy dziadkowie będą zadowoleni… Po prostu, ja i moje życie. Nigdy nie byłam egoistką, wręcz odwrotnie, szło mi na altruizm, wiec raczej nie obawiam się, że zapomnę o innych, ale nauczyłam się tego, że sama dla siebie mogę być ważna i dać sobie prawo do bycia zadowoloną i radosną, kiedy od dziecka uczono mnie, aby zamartwiać się problemami innych.  O poszczególnych zmianach jeszcze będę tu pisać, żeby sobie to wszystko poukładać w całość. Najważniejsze już napisałam, czuję się lepiej. Jakby coś ciężkiego, co wlokłam za sobą przed lata spadło mi z szyi. I teraz właśnie zastanawiam się, jakim cudem? O predyspozycjach psychicznych i pracy z samym sobą już wiem, mówili mi to kilka dobrych razy na terapii. Z resztą co się ostatnio działo na terapii też opiszę, bo myślę, że też opisania jest warte 😉 Terapia terapią, nie neguje jej nieskuteczności, być może przez jakiś czas miałam przeniesienia, ale wydaje mi się, że nie tylko terapeuci i ja mamy tu zasługi… Wiadomo, ja mogłam ze swoim życiem zrobić, co chciałam, chciałabym się dalej kisić w emocjach, mogłam to zrobić, przecież wolno mi, kowboj-drukarnia-czestochowawolno mi rozpaczać, wolno płakać, wolno się poddać. Cieszę się, że tego nie zrobiłam, ale nie zrobiłam tego, bo zobaczyłam coś, a właściwie kogoś, kto pokazał mi zupełnie inną, nową stronę życia, nową perspektywę, nowy horyzont… I choć sama musiałam to wykorzystać w pracy nad sobą, (choć myślę, że to dopiero początki), to jednak bez tej osoby byłoby mi bardzo ciężko i myślę, że nigdy nie osiągnęłabym takiego stanu „zrzucenia bagażu” w takim tempie.  To był moment, chwila, w zasadzie nawet nie pamiętam która! Dotarło do mnie, że może być dobrze, mogę się fajnie bawić, mogę mieć na coś wpływ, mogę układać swoje życie jak chce, mogę robić „co mi się podoba”, co kocham, mogę mieć własne cele, własne poglądy, mogę żyć tak, jak ja tego chcę. Poczułam się wolna, jakby nagle ograniczenia zniknęły, nawet w towarzystwie mojej Mamy, przy której zawsze jakoś czułam się spięta i odczuwałam presję, że muszę „trzymać fason”.  Miałam to totalnie gdzieś. Mam prawo być sobą 🙂 I zobaczyłam, że mogę być lubiana i akceptowana taka, jaka jestem, nawet przez gwiazdy jeździectwa, a nie przez M., który niczego tak naprawdę jeszcze nie osiągnął. Choć nie chcę tutaj zaniżać wartości, bo każdy z nas jest na swój sposób wyjątkowy, choć wyjątki od tej reguły też się zdarzają :-P, to myśle, że nie ma czego porównywać. M. jest na etapie imprez z grupą i tylko tyle na razie ma, no i wszystkie przegrane mecze w tym sezonie… Jeden zremisowany. Jeszcze dużo się musi nauczyć, jeśli chodzi o życie i zrobienie czegoś ze sobą w tym życiu. Ludzie, którzy niczego ze sobą nie chcą zrobić są… jak świnia. Co jej dasz, to zje, kiedy wypuścisz, to wyjdzie… żadnej charyzmy.

Teraz staram się przenieść to wszystko, czego nauczyłam się i czego doświadczyłam tam, w przeciągu paru dni na moje życie codzienne. Taki miałam plan i on zaczął się realizować, a może lepiej brzmi zaczęłam go realizować. Ha ha, przestałam sobie ciągle umniejszać, może chwalipiętą nie zostanę, ale miło czuć, ze coś zależy ode mnie. Sprawczość w życiu jest baaardzo ważna. Miałam to zaburzone i to mocno, teraz to widzę, ale dobrze, że to widzę i cieszę się z tego bardzo. Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis pisany już jakiś czas temu pt. „Znaleźć coś, w co będę mogła uwierzyć”? Właśnie znalazłam! Jakoś nie do końca wierzyłam w to, co mówili do mnie na terapii, jakieś takie nierzeczywiste mi się wydawało. I pewnie było dla mnie, na tamten czas. A jak sama znalazłam to, w co wierzę , to uwierzyłam, że można inaczej… No tak, jak stwierdzili po pierwszych spotkaniach, trudny ze mnie przeciwnik i tak czy siak, zrobię po swojemu. Ważne, żeby efekty były podobne 🙂 Teraz się śmieję, ze trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł, a właściwie zajeździł moje emocje. W rzeczywistości jestem bardzo wdzięczna temu chłopakowi, za to, ze mogłam zobaczyć życie z innej perspektywy i wykorzystać to dla siebie 🙂

Są chwile, w których boję się, że wrócę  do starego marazmu. Ale to lęk… może wypływający z doświadczeń, trochę z predyspozycji. Na razie, o dziwo, trwam sobie na podobnym etapie zadowolenia i poczucia mojego, własnego celu. Jasne, są chwile, że ktoś popsuje mi humor i daje je sobie też przeżywać. Bo nie chcę znów popaść ze skrajności w skrajność, że teraz będę od siebie ciągle wymagać zadowolenia. Chyba nikt nie jest zawsze zadowolony… Są także chwile, kiedy przypominają mi się te dobre chwile z M. To była chyba druga osoba po Indianerze, z którą zżyłam się tak bardzo… Wtedy jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Czuję żal do niego, ale wiem, że on tego i tak nie zrozumie. A ja z kolei nie zrozumiem jego zachowania, a jeśli czegoś nie jestem w stanie zrozumieć, to lepiej nie poświęcać temu uwagi zbyt dużej, bo tylko nakręcę się w myśleniu. Po chwili te obrazy się przesuwają i znowu jestem tutaj, u siebie…

Z tego, co mi wiadomo, a wiadomo mi przypadkiem, bo nie interesuje się jego losem, ta historia może, może mieć jeszcze swój dalszy ciąg za jakiś ładny kawał czasu, bo przecież jesteśmy rodziną…  Ja na razie tego nie chcę, on niczego nie rozumie. I niech tak pozostanie na chwilę obecną. Pomyślałam sobie za to, że napiszę do chłopaków. Myślę, że jakaś miła wiadomość z gratulacjami byłaby na pewno miłym akcentem 🙂 Oni nawet nie wiedzą, co oni zrobili… Szczególnie jeden, o którym potem Mała rozgłaszała wieści, że jest „moim kowbojem”! Ale o kowboju  jeszcze może będzie 😉

A ja Was zostawiam z muzyczką i pędzę na jazdę 🙂 Takie mam ostatnio widoki, przez cały czas 🙂