Ideały z dzieciństwa

Ostatnio dni ma moim ranchu płyną wolno, w rytmie życia tych małych, wiejskich zakamarków. A to jakiś sąsiad wpadnie na kawę, a to pies zaszczeka, a to się konie wypuszcza na pastwiska… Lubię ten spokój. W końcu tyle czasu spędziłam „w ruchu”, w ciągłym cyklu wychodzenia z domu wcześnie rano i wracania do niego późnym popołudniem… Co prawda, cisza jest tu często przerywana lekkimi potyczkami domowników, ale mimo to, miejsce to ma swój urok. Wszechobecna zieleń, rozlany na całą długość błękit nieba i kłębiaste chmury oraz my i zwierzęta.Ja zaś potrafię spędzać godziny na słuchaniu rocka i bluesa i wpatrywaniu się w tę zieloną przestrzeń… Piękno tego miejsca daje ukojenie wielu zmysłom, emocjom i myślą niepoukładanym, kiedy wieczorami można przysiąść na schodach z kubkiem herbaty i pomyśleć „Żyję.” Przypomina mi się teraz scena z wielu filmów amerykańskich, kiedy piękna Lady siada na werandzie jednej z farm, popijając kawę. Tak też niekiedy się czuję przebywając tutaj w gorące lato. Takie miejsce, które wciąż w moich myślach porównuję do amerykańskiego rancha, które od zawsze mnie fascynowało. A co śmieszniejsze, że pozostaję w kontakcie z człowiekiem z Ameryki wiem miej więcej, jak takie rancha wyglądają. Może kiedyś przerobię to miejsce tak, żeby jeszcze bardziej przypominało moją wizję z myśli?

Choć to może wydać się dziwne, wierzę w marzenia. Co prawda swoje i niedotyczące innych osób, ale zależne tylko ode mnie. A i tak twierdzę, że „Gdy człowiek przestaje marzyć, umiera…” Takie i inne sentencje z mojego ulubionego, choć przerażającego momentami filmu zapadły mi w pamięć. Co ciekawsze, być może uznacie mnie za wariatkę, ale staram się nimi wciąż żyć, choć czasy wyznawania „wartości bluesa” mam już za sobą… To jednak takie fajne, choć trudniejsze teraz, kiedy nie ma tej drugiej, podobnej strony.  Jednak większość tego „naszego świata” we mnie pozostała, tak, jak to kształtuje się coś w młodym człowieku i choć większość ludzi żyjących dookoła mnie tego nie rozumie, nie uznaje i nie zna, to jednak nie potrafię tego czegoś z siebie wylenić. Jednocześnie patrząc na niektórych bliskich nie wiem, dlaczego nie mają w życiu jakiejś „własnej filozofii”? Wiem, że czerpie się z tego, co już było podane, bo dużo tego… ale jednak do każdej dokłada się coś swojego, nawet przez swoje własne uwarunkowania psychiczne.

Pamiętam, jak chodziliśmy z Indianerem po podwórku, czy po szkole i śpiewaliśmy na cały głos. Pamiętam tańce, pamiętam śmiganie na desce… Dużo pamiętam. Fajnie wtedy było… A przy tym wszystkim granie kawałków Dżemu, rozmowy, obserwacje, listy, długie włosy, Photo of Kurt COBAIN and NIRVANAsiedzenie na dachu i ta dziwna przyjaźń na dobre i na złe… Zakorzeniło się to we mnie gdzieś mocno i chyba już nie odpuści. Taka moja mała filozofia 🙂 Wtedy pamiętam dużo było we mnie takiej młodocianej spontaniczności, wariactwa i chęci zabawy. Bo też tylko z Nim umiałam się tak dobrze bawić. Teraz wyrosłam na odpowiedzialnego człowieka… Jak niekiedy słucham tych przebojów, które do mojego życia wkroczyły w tamtych latach, to uśmiecham się do moich myśli… Wrzask, przekleństwa i bunt wobec świata. Ale to chyba część młodości każdego z nas… Teraz niby mniej tego we mnie, ale gdzieś tam ciągle to czuję, tak samo, jak czuję bluesa… z taką samą siłą, jaką odczuwałam wtedy.

-Tacy ludzie nigdy nie dorastają.- Usłyszałam kiedyś w jednej z miejskich kawiarenek, w której co dzień zbierają się tłumy studentów i uczniów po pójściu na wagary. Myślę, że to może być prawda. Jest we mnie coś nieobliczalnego, jakieś myśli, które prowadzą do totalnego szaleństwa, teraz nie tylko już w wymiarze młodzieńczych zafascynowań. Z 6991983drugiej strony Ideał Mojej Matki, która zawsze była taka poukładana, mająca zasady, wymogi, wydawałoby się sztywne, i ja wychowana w wierze w to, że Matka zawsze musi być autorytetem. I była, choć popełniła w swoim życiu bardzo dużo błędów. Jednak jej zasady życia, jakie wyznawała, kiedy była trzeźwa i rozsądna tak mocno wbiły mi się do głowy, że teraz wręcz nie potrafię znaleźć w sobie tej spontaniczności. „Kobieta musi być rozważna, poważna i dystyngowana”. Z drugiej strony, gdy jest ze swoim mężem śmieje się w niebogłosy, żartuje i się wygłupia. Wiem, że każdy potrzebuję odrobiny luzu, rozluźnienia, nawet ona… Wydawałoby się to nienormalne, dlaczego jej dziecko wierzy w tamtą postawę, skoro nawet ona jej nie prezentuje zawsze i bez ustanku… A jednak.

Doszłam więc ostatnio do wniosku, że muszę się tego pozbyć. Ciągłego równania do ideału i wymogów Mojej Mamy. Przecież muszę być w życiu sobą, a nie wierną kopią Matki. Wiem, że gdy z tego zrezygnuję będzie niezadowolona, wiem, że na pewno usłyszę kilka przykrych słów. A mnie po głowie będzie chodziła myśl, że zostałam odrzucona przez jakiś swój, chyba nawet wyimaginowany autorytet z dzieciństwa, ale trudno. Nie da się inaczej, bo czuję wciąż, że zatracam siebie… Obrałam sobie dziwne autorytety w sposobie życia i wartościach- Moją poważną, mądrą, inteligentną i opanowaną Mamę, i szalonych, dziwaków, często związanych ze światem muzyki. Tego się nie da pogodzić. A kim ja chcę być? Nie chcę się ograniczać! 🙂

Reklamy

Kim Ty jesteś…? Metaforyczna podróż piątkowego wieczoru.

Pochłonęły mnie rozmyślania, jak chyba każdego wieczoru. Przypominają mi się ludzie, sytuacje, słowa…
Kiedyś, może dawno, a może nie, przypłynął mi do głowy pomysł by założyć blog. Miejsce poświęcone na moje myśli, sentencje, teraz może dojdą wreszcie prace, które zapisuje w moim notatniku. tak, raczej tak. Próbowałam „uzbierać” na drugi blog, jednak się nie uzbierało… Wierszy mnóstwo, nie mam jednak zwyczajnie sił i czasu. Myślę, że trudniej stworzyć miejsce, które prócz tego wszystkiego, co się w nim znajdzie będzie miało jakiś klimat. Konkretny, być może odsłaniający kawałek po kawałku kim jest jego autor…

Niedawno, kiedy po przeczytaniu fragmentu owej książki, (która pozwoliła mi inaczej spojrzeć na siebie) wreszcie zrozumiałam, po wielu latach, choć w małej części, co tak na prawdę we mnie jest, usłyszałam pytanie wraz ze stwierdzeniem „Kim Ty jesteś? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że wciąż Cię nie znam…” Te słowa zabierają mi jakkolwiek możliwość dogłębniejszego przedstawienia się w tym miejscu, choć myślałam, że dużo o sobie wiem. Stoję, brutalnie wypchnięta na środek sceny teatru zwanego życiem i… brak mi słów. Choć to rzadko się zdarza, dziś nie wiem, co powiedzieć. Być może nikt jeszcze nie napisał dobrego scenariusza do mojej własnej sztuki życia i nie znam monologu…?Większość legła w gruzach, może już czas zacząć żyć inaczej? Nie wiem, co ze mną się stało, ale wreszcie zaczynam dostrzegać siebie, swoje motywacje, zaczynam rozumieć czemu jest tak a nie inaczej. I to nie za sprawą terapii, choć też na nią poszłam. Za sprawą paru słów z tego „innego świata”, ze świata ideologii innego życia.  Wiem, można to wyśmiać, nigdy nie byłam do końca „normalna”, jak mówią inni wokół mnie… Ironia wobec świata jest chyba największą bronią, tylko, czy jest mądra? Bo chcący stworzyć ironię można się przejechać…

W związku z tym, co napisałam powyżej zajdą się tutaj moje wiersze, aforyzmy, sentencje, może cytaty z książek… Wszystko, co przyjdzie mi na myśl, nie będę się ograniczać w żadnym stopniu. Sądzę, ze życie już wystarczająco nas ogranicza.  Kiedyś chciałam rozdzielać, dziś już nie wiem, chcę żyć…  Moje teksty jednak zawierają duży ładunek emocjonalny, są próbą wyjścia z…hm… burzy?  Chyba tak. Dlatego adres bloga musi się zmienić. Zmienić się, żebym pozostała anonimowa.  Bo chcę być anonimowa, wtedy i tylko wtedy będę się mogła tutaj doszczętnie wypisać. Choć i tak, po tym, co napisałam to już chyba…a… Więc tak myślałam, myślałam i wymyśliłam, chyba nawet trafne stwierdzenie… Już kiedyś o tym pisałam, mianowicie „Riders on the strom”. Zmieniam się, mój świat i moje myśli zaczęły gdzieś krążyć w ostatnim czasie, ale nadal czuję się jak zagubiona pośród burzy przez… życie.

Myślę, że nie potrzeba tutaj więcej słów. Jeździec pośród burzy to ja… i choć rzeczywiście, potrafię jeździć konno, gdyż konie od zawsze mnie fascynowały  swoją dzikością i łagodnością zarazem, to jednak  pomysł na nowy tytuł blogu wziął się z pewnej metafory. Kiedy o tym piszę jawi mi się przed oczami obraz kobiety, oddaląjącej się na swym rumaku, wokół której szaleje nieustanna burza, która nie chce ustąpić… Burza, zwana życiem…

Chcę pozbierać cząstkę siebie, chociaż blog ten chyba pozostanie moją tajemnicą. Nie wiem, czy to nie za dużo, niemniej jednak chcę. Od kiedy odkryłam coś, czego wiem, że nie da opisać się dostatecznie słowami, chcę spróbować. Moją odmienność, wrażliwość i postrzeganie świata. Myślę, ze są na tym świecie „rzeczy” nienazywalne, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ładu czy harmonii, ale to one tworzą ten świat, nasz świat… Są zjawiska, których nie da się zobaczyć, można je tylko poczuć. Dlatego staram się je jakoś uporządkować w mej głowie pisząc to tu, to tam… Wiersze, jeśli można to nazwać poezją, choć to chyba próbki literackie, aforyzmy, sentencje, przemyślenia… Jest to mój sposób na radzenie sobie z burzą, która nie ustaje, podczas, gdy mój koń dalej stąpa wioząc mnie, gdzie? Nie wiem…

Ta piosenka jest psychodeliczna, za każdym razem, kiedy jej słucham, czuję coś innego, niepowtarzalnego, jeden i ostatni raz…