Ludzie na studiach inni są…

Na kilka chwil wyłączyłam się z życia… Przez ten czas zrobiłam parę fajnych rzeczy, uspokoiłam się, choć być może tylko względnie, byłam na uczelni… Tak, można powiedzieć, że żyłam. Na zewnątrz. W środku już ciężej. Najpierw moją głową targały różne myśli, takie, że aby je przyćmić, musiałam usnąć, potem zaś nie miałam czasu myśleć o czymkolwiek poza pragnieniem snu i odpoczynku. Nie ma to jak mieć weekend w poniedziałek… 🙂 

Wyciszyłam się, nabrałam dystansu do sprawy, która sprawiała, że nie mogłam się uspokoić, dostałam też zapewnienie, że nie jestem odrzucona. To chyba ułatwiło całą sprawę w znacznym stopniu. Przeżyłam. Zawsze po wykładach czuję pustkę, taką pustkę z pytaniem „co dalej?”, bo przecież nie miałam czasu zaplanować nawet jednego dnia lub chociażby pomyśleć, co chciałabym robić przez czas „teoretycznie wolny”. 

Co do studiów, muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałam… Większość z grupy to ludzie dorośli, a nawet starsi, więc choć staramy się wszyscy zachować kontakt koleżeński, jest to utrudnione ze względu na wiek i zupełnie inny sposób życia. Na pierwszym zjeździe, na którym byłam, było mi tam źle… Siedziałam i pytałam się,” co ja tu robię?” Nie mogę powiedzieć, żeby było fatalnie, niektórzy chcą się uczyć, jest dostęp na bieżąco do notatek, jest pomoc, jeśli ktoś czegoś nie rozumie. Ale kontakt z tymi ludźmi za pierwszym razem ograniczał się do miłego pytania, jak tam leci, czy wszystko wiesz z wykładu i kto, gdzie pracuje. Niby normalne, dobre… ( A może to ja za dużo wymagam?) Ja mam też inne porównanie z w sumie nowo poznaną drużyną sportową (jeździecką) i tam wszyscy rozmawiamy na równi, kiedy się pośmiejemy to jest fajnie, jakoś tak wszystko weselej. I ja właśnie tak podeszłam do grupy z uczelni. A to do tego zagadam, a to do tamtego, nawet, jeśli kogoś nie znam, czy jest innej narodowości. Natomiast moja grupa nie przejawia raczej takich chęci. Powstały grupy, czy pary i choć komunikujemy się ze sobą wszyscy życzliwie, to jednak wyodrębniają się grupy i to akurat normalne, bo raczej każda grupa tak funkcjonuje. Z drugiej jednak strony troszkę mnie to dziwi, bo wydawało mi się do tej pory, że ludzie dorośli będą potrafili stworzyć jeden zespół. No cóż, trudno jednocześnie wymagać od takich osób, żeby chcieli nawiązywać głębsze znajomości ze „smarkami”.  Bo chyba trochę za takich uważają te parę młodych osób, które się znalazły w tej grupie. 

Z racji tego, że kiedy zaczęły wyodrębniać się pary i grupki, ja zagadywałam do wszystkich, nie mając jakiejś jednej grupy, z którą bardzo przebywałam, w efekcie tego, jakoś zostałam na boku,nie zawierając „bliższego kontaktu” z nikim, a powierzchowny ze wszystkimi, dlatego wyklad-tablica-notatki-duzopierwszy zjazd wydał m się ciężki. Jedynymi osobami, z którymi przebywałam w miarę często i z którymi najczęściej rozmawiałam, były dziewczyny poznane na inauguracji, młode, tak samo jak i ja. I są one w miarę fajne, potrafię się z nimi dogadać w sprawach uczelni, ale po jakimś czasie zobaczyłam, że jednak nie nadajemy na tych samych falach. Mówią mi, że analizują pewne rzeczy, że mają predyspozycje do bycia terapeutkami, a potem śmieją się z rzeczy, która mnie nie wydaje się śmieszna i prawdę mówiąc, dla mnie jest to humor z zakresu gimnazjalisty… Nie oceniam takiego zachowania, ale wydaje mi się, że chyba mentalnie zostały one jeszcze w szkole średniej. 

Wizja spędzenia z nimi całych studiów trochę mnie zaniepokoiła i zasmuciła szczerze mówiąc. Lubię je, ale wiem, że się nie porozumiemy w sferze emocjonalnej nigdy. Miałam już takie znajome i się nie udało. Nie generalizuje, po prostu widać, że te osoby mnie nie rozumieją, czuć to w rozmowie. Potem „przykleiła się” do mnie czterdziestolatka, która jest bardzo zahukana i potrzebuje chyba kogoś, kto by ją prowadził. Akurat biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, wiem, że się na to nie zgodzę. Za dużo siły i energii dałam komuś, kto to wykorzystał, potem odpłacając się fochem i oskarżając mnie o coś, czego nie zrobiłam. Każdy sam musi nauczyć dawać sobie radę, tym bardziej w takim wieku. Bardzo nie lubię „wiszenia” na innych. Inne osoby w ogóle nie wykazały inicjatywy rozmowy, po za może jedną, z mojej strony oczywiście, więc w rezultacie, przyglądając się na moją grupę tak smutno mi się zrobiło… Czy czeka mnie taki sam scenariusz jak w latach poprzednich? Rozmowa tylko z paroma osobami… 

Jadąc zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że nie potrafię znaleźć i zobaczyć odpowiedniej osoby, do jakiejś bliższej relacji, nie mówię tu o przyjaźni, ale o rozmowie o czymś konkretnym, nie powierzchownym, pomaganiu sobie, pójściu razem na przykład po kawę. Przecież a takich małych pierdół biorą się relacje, rozmowy, może nawet przyjaźnie, czy znajomości. Stwierdziłam jednak, na pierwszy rzut oka i wchodząc powoli w świat terminologii, że większość tych dziwactw leży chyba w procesach poznawczych i ich funkcjonowaniu, które jest inne u mnie niż u innych osób. To tak bardzo z grubsza, ale chyba coś w tym jest. Każdy jest inny, to fakt i każdy dla każdego może być dziwakiem. Jest jednak takie coś, co podpowiada nam wewnętrznie, po paru godzinach, czy dniach spędzonych z drugim człowiekiem, że albo od do nas pasuje i się dogadamy na różnych płaszczyznach, albo nie. Miałam tak z moją przyjaciółką Chomiczkową, myśmy jakoś intuicyjnie wiedziały, że się rozumiemy, choć ona jest inna niż ja…  W tej grupie nie znalazłam takiej osoby, choć zapewne Mama powiedziałaby mi, że to moja wina, bo i tak niczego nie wiem o nich. Prawda, mało o nich wiem, ale… jest takie coś jak intuicja, jeszcze nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, może oczekiwań, może predyspozycji, ludzie się przecież też zmieniają, a nam wszystkim jest ciężko się zaklimatyzować. Być może okaże się, że osoba, która zrobiła na mnie takie wrażenie, za jakiś czas okażę się bardzo fajną.

Na razie było jak było i muszę przyznać, że było mi smutno z tego powodu. Została jeszcze jedna grupa , do której jakby ja pierwsza nie podchodziłam, bo jakoś niezręcznie mi było tak bezpośrednio, no… normy społeczne mówią, żeby się trochę hamować i choć jestem osobą „na wierzchu” otwartą, to jednak w środowisku akademickim nie chciałam sobie od razu wyrobić opinii, że startuję do wszystkich, bo takie plotki niestety w dużej mierze gdzieś tam idą. Mianowicie… chłopaki. Ale akurat się tak trafiło, że siedziałam sama, bo już wszyscy siedli w dwójkach czy grupach i jeden z konieczności siadł koło mnie… Po jakimś czasie na wykładzie zaczęła się dyskusja o… literaturze. Przegadaliśmy jakieś pół dnia, potem on poszedł do kolegi, a ja zostałam sama. Jednak ten jego kolega jakoś dziwnie zwrócił na mnie uwagę i pod koniec wykładów sam do mnie podszedł, ( nie wiem, czy coś mu powiedział, czy nie). Chłopak ma troszeczkę podobne pasje, jak ja. Jest miły, uprzejmy. Fajny z niego kolega. Dodatkowo jest w naszej grupie najlepszy z przedmiotów ścisłych, więc wcześniej moje koleżanki podchodziły do niego, żeby im wytłumaczył to, czy tamto zagadnienie, a myślę też , że przy okazji się pokazać… Sek w tym, że na tym koszmarnym przedmiocie ze mną siedział i wszystko tłumaczył…  Pierwszy natomiast jest niespełnionym artystą, który zawsze posiada w głowie chaos twórczy….  No cóż, ludzie się różnią…. Nie mniej jednak, nie wiem, jak to do końca działa, zazwyczaj w takich sytuacjach narastają jakieś napięcia. No i chyba tak też jest. Kiedy na ostatnim wykładzie siedziałam pomiędzy chłopakami, moje koleżanki z którymi wcześniej spędzałam trochę czasu nawet nie odpowiedziały cześć, kiedy im powiedziałam na odchodne… Eh… Dlaczego kobiety są takie, jeśli chodzi o facetów? Wiem, że nie wszystkie, ale… jednak chyba część jakiejś prawdy w tym stereotypie jest. To są młodzi ludzie, może dlatego też tak odbierają pewne sytuacje, tak, jakbym to ja „zostawiła je, dla kolegów”. Nie chciałam nikogo zostawiać, ale też, kiedy widzę, że nie znajdę takiego kontaktu, jaki bym chciała, to po co tam być?

Reklamy

Coś złego się dzieje – o młodzieńczym dorastaniu…

Wieczorne pisanie bez zagnębiania się, to lubię. Dzisiaj się trochę pozagnębiałam, bzdurną sprawą tak prawdę mówiąc. No ale cóż, perfekcjonizm o sobie znać daje. Tymczasem teraz zajmuje moje myśli inna sprawa. Coś złego dzieje się z Małą. Podobnież napisała sobie coś na ręce żyletką. Nie chce natomiast powiedzieć nikomu o co chodzi. Ostatnio zmieniała szkołę i co się z tym wiąże środowisko. Może ciężko to znosi. Żal mi jej… nie umieją się nią zająć. Ja jestem jakby z drugiej strony tej zbieraniny, a do ich spraw rodzinnych się nie mogę wtrącać, z resztą nie chcę, więc niczego konkretnego zrobić nie mogę. Ale żal mi tego dziecka. 

2ae13a47cba7986cb263c83920439662,62,37Przypomniała mi się sytuacja z lata, kiedy pokazywała mi swój prywatny notatnik sekretów i różnych zapisków. Nie pamiętam wszystkich tekstów, które tam były, ale było też tam zdanie „Cięcie się boli, ale pomaga.” Pytałam się, dlaczego tak napisała, powiedziała, że to z internetu. Yhy… zaraz zobaczymy gdzie to jest. Z jakiś powodów to wpisała. Trochę mnie to przeraził fakt, iż dziecko wypisuje takie rzeczy i fascynuje się mroczną stroną życia. Takie fascynacje przychodzą w wieku dojrzewania… Mówiłam o tym reszcie, z nadzieją, że coś zrobią, jakoś zareagują. Przecież to są dorośli ludzie, a ja nie mam prawa się wtrącać w rodzinę Małej. To ich sprawy. Jednak reszta wytłumaczyła, iż to głupie młodzieńcze zabawy i lans przed koleżankami. Pewnie po części tak jest, ale ja na miejscu dorosłych wolałabym się temu przyjrzeć, a nie żyć w najlepsze i mówić, że nie ma tematu. Teraz podobno też jest dobrze. „Dobrze”, bo napisała na ręce… też zabawa na pewno, z koleżankami, tylko, że od głupich zabaw, czy chęci zwrócenia na siebie uwagi zaczyna się widzieć sposoby rozwiązywania problemów, takie, a nie inne. Zamienianie bólu psychicznego na ból fizyczny…

Powiedziała, że przez koleżanki, że teraz jest już dobrze, ale to maska, tak mi się wydaję… Zrobiła się teraz bardziej cicha, mniej rozmowna, nie chce nawet odpowiadać na wiadomości, a kiedyś potrafiła zadręczać sms-ami cały dzień. 

Wysłałam jej dzisiaj wiadomość, żeby jechała ze mną na akcję, że fajnie by było, jakby jechała. Wysłałam w nadziei, że poczuje się potrzebna i niezapomniana. Napisałam, że będzie łapacz krokodyli, że ma być fajnie. Zapytała tylko kiedy, później nie odpowiedziała już nic, co do niej nie podobne. Eh… żal mi jej. A mówiłam, że coś nie tak, to nie wierzyli…

Może przyjazd M. na dłużej by coś dał? Jakby on z nią pobył? A może by tylko pogorszył sprawę? Sama nie wiem… On na razie chyba też sam się zagubił… Oboje szukają grupy, towarzystwa, rówieśników i dobrze, tylko, czy to wszystko musi być tak bardzo chaotyczne? Mała chyba sobie nie radzi, bardzo przeżywa każdą jedną „stratę” koleżanki, w jej odczuciu, a o M. to już pisać nie będę…  Wiem, ze Mała, jak każda mała istota, wchodząca dopiero w ten świat chciałaby wierzyć w jakieś górnolotne relacje, przyjaźnie na całe życie i brak bólu w nich, ale… nie może tak przeżywać. Tym bardziej mnie to dziwi, bo dziewczynka w ogóle nie wydaje się być emocjonalna, jakby wszystko po niej spływało… chyba jednak nie wszystko. Albo to nie w tym rzeczy, tylko w czymś innym, może nerwica…

M. też poszukuje grupy, kumpli i własnej tożsamości… rozpieprzając wszystko dookoła i niszcząc całą przeszłość razem wziętą, tą złą i tą dobrą. (Jakoś rok temu grupa nie była mu do niczego potrzebna.*)

Eh… 

*- Przepraszam, musiałam to napisać, wybaczcie…