Na nowo… „Wyruszam dziś do nikąd znów, lecz zawsze warto isć…”

Pory roku mi się mieszają, chciałabym, by już była wiosna… bo czuję, że coś sie zaczyna dziać, coś dobrego, a zarazem ciekawego 🙂 Choć, zazwyczaj drogi mojego życia prowadzą zawsze w to samo miejsce, do punktu początkowego. Byliśmy z Top Gun’em na kawie, zabrał mnie, było świetnie, mamy tyle tematów do rozmów, że brakło czasu, by je wszystkie omówić, a z racji tego, że i tak razem studiujemy, zapewne jeszcze nie raz będzie okazja, ale oboje się na nia cieszymy. Zastanawia mnie ten człowiek, z jednej strony pracę ma jaką ma, wymagającą odpowiedzialości, hardu ducha i bardzo dużej odwagi, sprawności, a z drugiej strony to taki wrażliwy facet… i ma zwariowane pomysły, także możemy sie też razem pośmiać. Tylko, że ja… jestem w kropce…

Był taki czas, ze bardzo wracały do mnie silnie wspomnienia z Panem ze skrzydłami, nawet wtedy kiedy rozmawiałąm z Muzykiem, jakoś nie czułam bym mogła zapomnieć. Pojawiły sie znów pytania, czy dobrze zrobiłam opuszczajac go i idąc własną drogą? Wiem jedno, odżyłam. Jednak przynajmniej mogłam coś z nim robić, z Muzykiem… on ma swój świat, czasem bardzo zamknęty choć wrażliwy… życie polegałoby tylko na patrzeniu w gwiazdy, zbieraniu muszelek, leżeniu na trawie… Ja tak nie umiem, pragnę coś jeszcze zdobyć w tym życiu.

Choć…brakuje mi człowieka, tak bardzo. Będąc z Panem ze skrzydłami de facto również byłam sama i chyba już przesiąkłam tą samotnością. Dlaczego moje życie to wieczne czekanie, tęsknota i samotność? Brakuje mi człowieka i dlatego bardzo sie boję. Boje sie, ze znów się w coś zaangażuję, formalnie czy tam nie, a potem będę znowu cierpieć. I dlaczego ja to sobie robie? Mogę wszystkich albo podrzucać, bo tak jest bezpieczniej, albo… no właśnie… I wiem, że pewnie i tak gdzieś to tam i tak się stanie za jakiś czas, bo tak bardzo brakuje mi człowieka… Mam tak, że potrafię zbliżać sie ku komuś, a potem, dowiadujac się o nim tego, czy owego, szybko go odrzucić. Asekuracja przed zranieniem, cierpieniem, życiem w biedzie? Chyba tak… Muzyk na przykład nie ma nic, nie jest też zaradny życiowo. Nie umiałałabym wytrzymać z takim człowiekiem. Mam jakiś inny wzór partnera… Mógłby być biedny, ale byle by był zaradny, bez tego ani rusz.

I boje się o siebie i się miotam, nie wiem, czy już wpadłam, czy nie? Nie chcę robić nikomu złudnej nadziei, a spotykamy się rozmawiajac o… doktrynach filozoficznych, socjologii, polityce, jego pracy, mojej pracy, mojej pasji, zdrowym życiu, życiu w ogóle, lepszych i gorszych przeżyciach, kryzysach, człowieku… o tym wszystkim z kim de facto nie mogłam z nikim w swoim otoczeniu pogadać. Podobno on ma to samo… Tylko by siedział, patrzył mi w oczy i pytał się, czy czegoś mi nie trzeba, jak sie czuję i jaka jestem mądra. I zaczynam się zastanawiać…nie chce i sobie, i jemu robić bólu, ale jeśli we mnie coś tam drgnęło, to w nim chyba też i to zdecydowanie mocniej. Cóż, wie, że jestem poraniona, może zrozumie.

woman-1369253_960_720

Z muzykiem relacja się kończy, postanowiłam, że powiem mu, że z tego nic nie będzie. Nie jestem w stanie z nim być, wspierać go, troszczyć się o niego jak dziecko, bać, czy sobie czegoś nie zrobi w przypływie depresji… Sama potrzebuje spokoju, czasu i kogoś, kto będzie mnie wspierał, a nie oczekiwał tylko mojego wspracia i opieki, z nim to jak bycie opiekunką na pogotowiu. Z chmur wyłania się słońce, może będę miała dziś dobry dzień? Zaraz zbieram się na miasto, poobserwuję ludzi…

Jak zdefiniować relacje i o progu odczuwania emocjonalnego…

Znów tkwię dziś w środku nie do końca poukładanych myśli, emocji i odczuć. Przepraszam, że tak tylko o sobie… Dobrze, że wiem już co i jak z tym, że w kółko o sobie. Niestety, w moim życiu znowu trwa wieczór, w którym  czuję, że muszę się gdzieś uzewnętrznić, bo wybuchnę! Teraz, zaraz, natychmiast…

Czasami ja po prostu nie wiem dokładnie co czuję.  Za dużo tego, za dużo myśli, stanów emocji. Kolejny trudny czas. Powtarzam sobie, że jutro będzie lepiej, ale i tak wiem, że nie będzie… I na tym właśnie polega moje „zakotwiczenie”, na każdą negatywną myśl mam racjonalny argument. Takie widzę fakty, rzeczywistość. To smutne, jakby patrzeć z boku, przerażające, jeśli się jest mną w takim stanie…

Chciałabym się jakoś uspokoić, poczuć lepiej, może docenić, samą siebie, bo wokoło pustka. Powiedzieć sobie, że jestem fajna, a to co robię jest dla mnie. To takie normalne, prawda? Dlaczego tego nie potrafię? Dlaczego innym przychodzi to tak łatwo? Czy to ma związek z przeszłością? Chciałabym wstać rano wiedząc, że mam cel, chciałabym jakoś zagospodarować swój dzień, czuć się samej sobie przydatna… Jak na razie niby odpoczywam. Snuję się z kąta w kąt, próbując zebrać myśli, próbując zacząć cokolwiek robić. Jednak czasami czuję, że jeśli nie poukładam czegoś w swojej głowie równo, jak na sklepowych półkach, coś złego się stanie… To chore! Muszę się nauczyć wreszcie odpuszczać, inaczej zwariuję…

Przez ten cały czas moje myśli wirują wokół mojego życia i… chłopaków. Nie, nie w sposób naturalny, jako zauroczenia. Próbuję jakoś poukładać w swoich myślach moje relacje, te dalsze, bliższe i inne… Chyba kiedyś napiszę o tym książkę. Od czasu niedawnej wizyty u M. stałam się jakoś niespokojna. Wróciło to wszystko co czułam, gdy wyjeżdżał, znowu czuję, że go tracę, a tak bardzo nie chcę. Próbuję jakoś zdefiniować naszą relację… nie potrafię! Nie wiem już na czym polega ta nasza, jakby nie było dziwna znajomość. Może nie chcę wiedzieć. Wiem tylko, że cholernie za nim tęsknię i mi go brakuje! Nie wiem, co będzie dalej z „nami”, boję się tego, że znowu go stracę. Za dużo już straciłam, za dużo… Ale, może postaram się nie panikować na zapas.

Po ostatnich rozmyślaniach, w tym także o M. i jego życiu, sytuacji i wiadomościach, jakie mu wysłałam stwierdziłam, że nie poukładam tego świata, relacji, ludzi według moich zasad, planów, chęci i światopoglądu. Nie da się tego zrobić. Niektóre rzeczy trzeba odpuścić, inaczej będę odczuwała frustrację. Nie chcę dać podporządkować swojego życia, ale ja zawsze inaczej wyobrażałam sobie relacje między ludźmi. Jednak widzę, że nie da się tak, jak miałam to w głowie poukładane i tak, jakbym chciała, a więc odpuszczam i po cichu godzę się na to, co niekiedy przynosi mi świat. Dlatego nie chcę na siłę definiować swojej relacji z M. czy innymi, po prostu, są jakie są i nie będę ludzi zmieniać na siłę, wymagać od nich, żeby chcieli tego, czy tamtego, zachowywali się „po mojemu”, bo i tak tego nie zrobią. Świat się zmienił, ludzie się zmienili, perspektywa świata również, odbiór… Świat XXI wieku to jednorazówka. Dlatego stwierdziłam, że nie będę dążyć na siłę do krystalizowania relacji, rozmów, podejścia…

A ja sama czuję się inna, odmienna od tego świata i tak bardzo często zastanawiam się dlaczego tak jest. Co prawda na spotkaniach z terapii mówią, że każdy jest inny i wyjątkowy. Zgodzę się z tym, że każdy ma inny zespół cech, kanwę osobowości, natomiast nie mogę zgodzić się z podejściem, że każdy jest wyjątkowy w wymiarze odczuwania. Jest pewien prób odczuwania emocjonalnego, którego pewne osoby nigdy nie miały i mieć nie będą… Taka smutna prawda. I chyba tylko dlatego czuję się inna. Ot, mam właśnie ten próg odczuwania emocjonalnego przekroczony, inny odbiór świata. Dla jednych zwykłe podanie ręki będzie tylko pożegnaniem, dla innych, w tym mnie symbolem relacji z daną osobą, ujęciem więzi łączącą te dwie jednostki. Co dziwne wydało się mnie na terapii, jako jednak „pacjentowi” wmawianie, że to, w co wierzę, co o sobie wiem jest złe… rozumiem, jest sposób „leczenia”, żeby zanegować wszystko, wyczyścić dysk i układać na nowo, wprowadzać i segregować jeszcze raz, ale wydaje mi się, że nie dla mnie to. Czy to, że czuję się inna, bo więcej czuję i inaczej odbieram to złe? Chyba raczej nie, a dodatkowo wiem, dlaczego tak się dzieje. A usłyszałam, że złe… Dopuszczam do siebie inne teorie, tylko, że wydają mi się one dziwne i nie mają dla mnie pokrycia…

Wiem, że nie wtłoczą mnie do machiny „wszystkich” dlatego ten rodzaj terapii chyba nie dla mnie… Ale o moim spojrzeniu na cały ten cykl innym razem, na razie się się uspokoić, bo się lekko poirytowałam.  Dobrej nocy wszystkim czytającym!

Może jednak Morrison miał rację?

Halo, halo! Założę się, że myślicie, że opuściłam blog, a jeśli tak myślicie, to muszę napisać, że mylicie się. Ot, po prostu dodaję wpisy rzadziej nich dotychczas, no cóż, czasami tak a4aabc72159365b848c564cf0eb8f0f5bywa, że obowiązki wzywają, a kiedy chodzi o moją przyszłość, to muszę się im poświęcić i chcę, dla własnego dobra i późniejszej wygody psychicznej… Wasze blogi odwiedzę w niedalekim czasie, tak myślę i zakładam sobie. Na dzisiejszy wpis nie mam tematu konkretnego, ot, zawiodłam się na ludziach, na Mamie po raz kolejny, znów źle czuję się psychicznie… Dziś usłyszałam, że mam się zająć sobą, to znaczy kim? Ciągle w mojej głowie plącze się pytanie kim jestem? Chyba złożonością zbyt złożoną…  Ludzie mnie nie rozumieją, choć tak bardzo chcę, żeby mnie zrozumieli. Mam już dość tłumaczenia wszystkim wszystkiego, nawet na terapii, która przewidywalnie jest raz w miesiącu, a i tak niczego konkretnego nie wnosi, nie poprawia. Mam epizody depresyjne, stany, w których nie potrafię ustać na nogach… Dziś czuję się pozostawiona sama sobie, a wszyscy dokoła mnie mówią mi „Nie histeryzuj”. Może jednak Morrison miał rację twierdząc, że brak nadziei jest rzeczą naturalna dla każdego poety* , jeśli to przejdzie, wtedy i tylko wtedy może przeżyć więcej. Może to jest konieczne… Mam jakieś dziwne przeczucie, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Wiem też, iż być może to nieracjonalne myślenie… To mój paradoks… Ale ciągle widzę, że mnie nie rozumieją. Nadinterpretacja rzeczywistości? Hm… być może. Tak czy siak, jestem jednostką osobliwą, indywidualną i jak to twierdzą „ciężko ze mną będzie…”.

*poeta w znaczeniu jednostki odczuwającej więcej

Kim Ty jesteś…? Metaforyczna podróż piątkowego wieczoru.

Pochłonęły mnie rozmyślania, jak chyba każdego wieczoru. Przypominają mi się ludzie, sytuacje, słowa…
Kiedyś, może dawno, a może nie, przypłynął mi do głowy pomysł by założyć blog. Miejsce poświęcone na moje myśli, sentencje, teraz może dojdą wreszcie prace, które zapisuje w moim notatniku. tak, raczej tak. Próbowałam „uzbierać” na drugi blog, jednak się nie uzbierało… Wierszy mnóstwo, nie mam jednak zwyczajnie sił i czasu. Myślę, że trudniej stworzyć miejsce, które prócz tego wszystkiego, co się w nim znajdzie będzie miało jakiś klimat. Konkretny, być może odsłaniający kawałek po kawałku kim jest jego autor…

Niedawno, kiedy po przeczytaniu fragmentu owej książki, (która pozwoliła mi inaczej spojrzeć na siebie) wreszcie zrozumiałam, po wielu latach, choć w małej części, co tak na prawdę we mnie jest, usłyszałam pytanie wraz ze stwierdzeniem „Kim Ty jesteś? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że wciąż Cię nie znam…” Te słowa zabierają mi jakkolwiek możliwość dogłębniejszego przedstawienia się w tym miejscu, choć myślałam, że dużo o sobie wiem. Stoję, brutalnie wypchnięta na środek sceny teatru zwanego życiem i… brak mi słów. Choć to rzadko się zdarza, dziś nie wiem, co powiedzieć. Być może nikt jeszcze nie napisał dobrego scenariusza do mojej własnej sztuki życia i nie znam monologu…?Większość legła w gruzach, może już czas zacząć żyć inaczej? Nie wiem, co ze mną się stało, ale wreszcie zaczynam dostrzegać siebie, swoje motywacje, zaczynam rozumieć czemu jest tak a nie inaczej. I to nie za sprawą terapii, choć też na nią poszłam. Za sprawą paru słów z tego „innego świata”, ze świata ideologii innego życia.  Wiem, można to wyśmiać, nigdy nie byłam do końca „normalna”, jak mówią inni wokół mnie… Ironia wobec świata jest chyba największą bronią, tylko, czy jest mądra? Bo chcący stworzyć ironię można się przejechać…

W związku z tym, co napisałam powyżej zajdą się tutaj moje wiersze, aforyzmy, sentencje, może cytaty z książek… Wszystko, co przyjdzie mi na myśl, nie będę się ograniczać w żadnym stopniu. Sądzę, ze życie już wystarczająco nas ogranicza.  Kiedyś chciałam rozdzielać, dziś już nie wiem, chcę żyć…  Moje teksty jednak zawierają duży ładunek emocjonalny, są próbą wyjścia z…hm… burzy?  Chyba tak. Dlatego adres bloga musi się zmienić. Zmienić się, żebym pozostała anonimowa.  Bo chcę być anonimowa, wtedy i tylko wtedy będę się mogła tutaj doszczętnie wypisać. Choć i tak, po tym, co napisałam to już chyba…a… Więc tak myślałam, myślałam i wymyśliłam, chyba nawet trafne stwierdzenie… Już kiedyś o tym pisałam, mianowicie „Riders on the strom”. Zmieniam się, mój świat i moje myśli zaczęły gdzieś krążyć w ostatnim czasie, ale nadal czuję się jak zagubiona pośród burzy przez… życie.

Myślę, że nie potrzeba tutaj więcej słów. Jeździec pośród burzy to ja… i choć rzeczywiście, potrafię jeździć konno, gdyż konie od zawsze mnie fascynowały  swoją dzikością i łagodnością zarazem, to jednak  pomysł na nowy tytuł blogu wziął się z pewnej metafory. Kiedy o tym piszę jawi mi się przed oczami obraz kobiety, oddaląjącej się na swym rumaku, wokół której szaleje nieustanna burza, która nie chce ustąpić… Burza, zwana życiem…

Chcę pozbierać cząstkę siebie, chociaż blog ten chyba pozostanie moją tajemnicą. Nie wiem, czy to nie za dużo, niemniej jednak chcę. Od kiedy odkryłam coś, czego wiem, że nie da opisać się dostatecznie słowami, chcę spróbować. Moją odmienność, wrażliwość i postrzeganie świata. Myślę, ze są na tym świecie „rzeczy” nienazywalne, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ładu czy harmonii, ale to one tworzą ten świat, nasz świat… Są zjawiska, których nie da się zobaczyć, można je tylko poczuć. Dlatego staram się je jakoś uporządkować w mej głowie pisząc to tu, to tam… Wiersze, jeśli można to nazwać poezją, choć to chyba próbki literackie, aforyzmy, sentencje, przemyślenia… Jest to mój sposób na radzenie sobie z burzą, która nie ustaje, podczas, gdy mój koń dalej stąpa wioząc mnie, gdzie? Nie wiem…

Ta piosenka jest psychodeliczna, za każdym razem, kiedy jej słucham, czuję coś innego, niepowtarzalnego, jeden i ostatni raz…

Historia Jima Morrisona i… filozofia?

Czasami myślę, że więcej w tym blogu pamiętnika, niż twardych tez. Tak, czy siak, nieważne, zawiera cząstkę mnie. Dziś zdarzyło się coś dziwnego. Zupełnie przypadkowo trafiłam do jednej z miejskich bibliotek. Zakręciłam się koło półki z nowościami i wpadła w moje oko książka „Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima M.” Ze zdziwieniem ją podniosłam. Nie wiedziałam nawet, że ludzie piszą takie książki. Książki o muzykach, poetach…  Fakt, Jim był postacią ekstrawagancką…

Otworzyłam, przeczytałam pierwsze zdanie i… spędziłam kolejne dwie godziny czytając. Do tej pory nie potrafię określić właściwymi słowami co w tej książce jest. Ona jest po prostu… genialna! A może ja tak tylko ją odbieram, nie wiem i wiedzieć nie chce, nie potrzebne mi to.  Czytałam, ludzie przechodzili, pytali, czy chcę ją wypożyczyć, czy może usiądę. W końcu zdecydowałam się usiąść i dalej czytałam, zapominając przy tym o całym, dosłownie całym świecie. Nie podnosiłam wzroku na ludzi przechodzących obok mnie, ot tak, na środku biblioteki czytałam książkę. Coś w tym dziwnego? Inni chyba uważali, że tak, bo kiedy już skończyłam, osoby wokół mnie stały w osłupieniu. Skończyłam, odłożyłam i wyszłam.

Nie mogłam wypożyczyć tej książki. Czułam, że nie mogę. Ja ją musiałam… kupić! Tak, kupić, bo to książka do której się wraca, trzeba wracać, a nie wypożyczyć i przeczytać. Te teksty są takie.. ach… można się nimi delektować do upadłego! Przynajmniej ja mogłam. blog_im_3611844_7860315_tr_jim_morrison_jimmorrisonCzytałam z zapartym tchem, kartka po kartce, nie mogąc się doczekać przewrócenia kolejnej strony. W końcu, w jakiejś połowie przerwałam, wywróciłam na okładkę i powiedziałam na głos „ten facet ma coś w oczach”. Ludzie się spojrzeli…  Czytałam, momentami łzy płynęły mi po twarzy, a oczy stawały się chyba czerwone. Ogarniając wzrokiem kolejne słowa widziałam to, co przeżyłam będąc młodszą. Nie, ja to znów przeżywałam! Metafizyczną stronę mojej przeszłości. Teraz widzę, że w próbie „ucieczki” od wspomnień stałam się zbyt pragmatyczna… Można to sprowadzać tylko do tandetnych, ludzkich zaczątków uczuć, ale to, co ja wtedy przeżywałam… może jestem naiwna, ale wydaje mi się, że to było coś więcej niż tylko wymiar „tu i teraz”…  Niektóre fragmenty książki zdawały mi się tak znane, jakbym czytała o sobie samej, o moich emocjach i doświadczeniach. To było coś takiego, jakby ten człowiek pokazał mi, co tak naprawdę i w jaki sposób odczuwam.  Niesamowite przeżycie. Dotarcie do siebie samego, tam, gdzie jest najciemniej, tam, gdzie już nie ma promyka światła…  łzy same cisną się teraz do oczu.

Czytając zaczęłam odkrywać, że moja, a w zasadzie wciąż chyba jednak nasza młodzieńcza fascynacja takową muzyką, stylem, dochodzeniem do prawdy i wartości, i moja – końmi, istnieje naprawdę, bo ktoś miał podobnie. Ta wręcz dziecięca fascynacja i, nie do końca jeszcze przeze mnie zrozumiane zainteresowanie takim można by rzec typem osobowości, zaczęło się przeradzać z dniem dzisiejszym w filozofię… może bluesa? Może muzyki wykorzystywanej do uniesienia razem z publicznością? Myślę, że nie nadużywam tego słowa. Wydaje mi się to być już nie zainteresowanie, a filozofia, pewien sposób patrzenia i odczuwania. Czuję, że coś, czego nigdy do końca nie zrozumiałam zaczyna się kształtować…

Prawdę mówiąc od ponad kilku lat staram się jakoś określić swój byt, swoją egzystencję, swoją rolę w tym świecie. I sama nie wiedziałam, kim ja jestem do tej pory. człowiek pełni wiele ról… Ale kim jestem dla siebie? Kim jestem będąc w ogóle na tym świecie? I wystarczyło parę słów z tej książki, by zacząć dowiadywać się, co ja tu robię… Znalazłam choć część odpowiedzi na ciągle brzmiące w moich uszach pytanie „dlaczego?”.  Trudno nawet to dobrze nazwać. Może rzeczywiście, będąc w takim miejscu można stworzyć własną rzeczywistość? Może o to właśnie chodzi… To wszystko jest zbyt metaforyczne, aby tłumaczyć. Sądzę, że odpowiedź jest prosta. Albo czujesz, albo nie. Podobnie jak z religią…

Moja rodzina nigdy chyba w pełnie nie zaakceptowała tego, że interesuję się okolicami bluesa, rocka, a może nawet bardziej czuciem muzyki i tekstami do niej pisanymi. Pewnym rodzajem czucia i patrzenia na świat. Dla mamy zawsze było to śmieszne i do dziś traktuje to chyba jako wybryk. Tonem głosu dając mi do zrozumienia, abym zajęła się ważniejszymi tematami, bardziej może naukowymi, bo sama je lubi… Przed babcią długi czas ukrywałam to, aż wreszcie przestałam, jakoś nie za bardzo dając jej możliwość protestu. Po prostu, oznajmiłam i już. Ale przyjęła i przynajmniej się nie śmieje, nie mówi, że głupstwo…

Książkę już mam u siebie w domu i to na własność, dlatego o przemyśleniach związanych z samą treścią napiszę po przeczytaniu, więc myślę, ze już wkrótce.

Dobro powinno być określone.

Pisze wiersze… tak, siedzę i piszę. Muszę się wypisać, a, że sprawia mi to nie lada frajdę, to też piszę… Słabe, mocne, mroczne, wydumane, po prostu, przelewam cząstkę mnie na papier. Kupiłam sobie notatnik-pamiętnik… Dziś jest ostatni dzień laby, od jutra harówka, nadrabianie zaległości w różnych aspektach życia. Nie mam na to siły, a jednak będę musiała.

Myślę o tym, że dobro powinno być jakoś określone. Znowu zadaje sobie pytanie, czy jestem dobrym człowiekiem? Od czasu jak w pewnej instytucji potraktowano mnie jak… mam różne odczucia względem siebie samej. Kiedy byłam młodsza, czułam się lepiej pod względem moralnym. Życie było prostsze. Teraz, kiedy zaczynam żyć swoim życiem i piekc582o-i-niebo2podejmować własne decyzje wszystko zaczyna się psuć. Nie wiem już, czy postępuje dobrze, czy źle… To chyba normalne przy wkraczaniu w swoje własne życie, dorosłe… W końcu, człowiek musi nauczyć się na własnych błędach. Jednak może to rzutować na swoją własną samoocenę… Nie wiem, czy nadal jestem dobrą osobą? Chyba nie ma na tym świecie całkiem dobrych ludzi. W każdym z nas jest trochę dobra i trochę zła, a reszta to niewiedza. Walka z samym sobą i z własnym „złem” jest bardzo trudna, kiedy choć chcę się być dobrym człowiekiem.  Na temat etyki zostało spisanych tyle ksiąg, tyle tekstów, tyle wyznaczników… Aż śmiesznym wydaje się stwierdzenie, że dobra tak naprawdę nikt nie określił. Takie właśnie mam dziś poczucie. Bo co znaczy być dobrym? Dla każdego coś innego. Żyjemy w płynnej materii. „Panta Rhei” jest tu chyba najlepszym określeniem, gdyby przyłożyć prawa egzystencjalne do skłonności ludzkiej zmienności psychiki i poglądów…

Nawet, jeśli czynimy dobro, albo przynajmniej się nam tak wydaje, nie mamy na czym się oprzeć. Jest dekalog, są inne normy etyczne czy moralne, nawet nieomawiane głośno, bo to po prostu się wie. Jednak chodzi mi o sytuacje, do których nie mamy żadnego odniesienia…

Jestem chrześcijanką i staram się przestrzegać dialogu, gdyż uznaję, że jest to zbiór zasad i wartości świetny i religijnie, ale i etycznie. Jednak dekalog jest świetną podstawą, na wszystkie sytuacje w dzisiejszym świecie nie ma „dobrych rozwiązań”. A czasami chciałabym, żeby były… Myślę jednak, że Bóg wiedział, że tak się stanie. Nie udzielił jednak odpowiedzi na wszystkie pytania. Udzielił tylko dziesięć odpowiedzi…

Czy zatem szukać odpowiedzi w świecie? W sobie samym? Myślę, że ważna jest akceptacja takiego stanu rzeczy, że nie zawsze okażemy się dobrymi ludźmi przed sobą samym.

I jak tu być dobrym?

Pisał człowiek nieidealny…