Obejrzałam „Tańczącego z wilkami”…

Życie bywa zadziwiające. Gdyby nie moja przygoda z blogowaniem i pomysł na opisywanie swoich przygód przeżytych z Chomiczkową i nie tylko z nią, może nigdy bym nie obejrzała tego filmu. Piszę „może”, bo westerny swego czasu pochłaniały mnie bardzo. Zapewne wiele z Was film widziało, jak i czytało również książkę o tym samym tytule, dlatego nie będę tutaj opisywać fabuły. Napiszę za to kilka refleksji…

Dla mnie ten film okazał się pewną bramą. Bramą do rozpoczęcia życia w zgodzie z naturą. Zawsze żyłam na uboczu, przy lesie, inaczej niż ludzie „z miasta”, ale to właśnie dzięki takim produkcjom widzi się na nowo urok tego całego miejsca. Nie było mnie tu kilka dni, może tydzień, może dłużej. Gdzie byłam przez ten czas? Otóż, spacerowałam po lesie, w śniegu, czy też nie, na mrozie, czy też nie, jeździłam konno i robiłam mnóstwo rzeczy na zewnątrz, przy tym wszystkim jeszcze miałam na głowie 3 cieżkie egzaminy. Egzaminy wczoraj zdałam, więc zaczynam życie jakby na nowo… Przez ten cały czas prawie zapomniałam o tym, że mam komputer. Ale to było mi potrzebne, odcięcie się na chwile od tego świata i skupienie się na całkiem innym wymiarze rzeczywistości, by zobaczyć życie od całkiem innej strony… To jeden z takich filmów, po którym potrafię przystanąć, zastanowić się co tak na prawdę jest ważne, co kryje się w głębi życia, w jego znaczeniu. Chyba potrzebowałam czegoś silnego, co odwiodłoby mnie od nakręcającej się spotali narastających myśli, trzeba wspomnieć, że przed tym tygodniem przeżywałam znów atak silnie nawecających myśli i nie potrafiłam się uspokoić i zakceptować. Wtedy tylko Top Gun o tym wiedział i rzeczywiście powtarzał mi, że będzie dobrze, że musi być… Nie wierzyłam, ale z czasem, kiedy zaczęłam się bardziej uspakajać, jakoś to do mnie docierało. Może na prawdę, mnie uratował? Tak, czy ineczej, dalsza czesć przygód z nim też powstanie…

Poczułam, że odkrywam życie na nowo, że jest jeszcze przecież tyle nie przetartych szlaków, którymi można podążyć. Wtedy zwykły spacer, czy przejażdżka ma inny wymiar, kiedy odkrywa się wszystko na nowo… tak, jakby doświadczało się tego po długiej nieobecności gdzieś i doceniało raz jeszcze… a może po prostu mnie długo tam nie było…?

Zastanawiam sie też dlaczego ludzie tworza takie filmy? Dlaczego je oglądają? Do głowy przychodzi mi tylko jedna teoria… W tym całym kryzysie wartości ludzie poszukują prawdy, prawdziwych emocji czy historii ukazujących człowieka poszukującego życia w zgodzie z samym sobą. Tęsknią za tym. Tylko, czy ktoś takie filmy jeszcze ogląda?

tanczacy-z-wilkami-1990_20150711121936

 

Reklamy

„Avatar”, czyli kolejna historia miłości na tle tragedii…

„Avatar”, czyli historia wielkiej, zakazanej miłości, na tle ogromnej katastrofy…

Takimi słowami mogłabym określić ten film, wyreżyserowany przez Jamesa Camerona, twórcę tak często pojawiającego się na ekranach hitowego melodramatu jakim jest „Titanic”… Powstał w dwutysięcznym dziewiątym, a z jego obejrzeniem zwlekałam bardzo długo. Dopiero pod wpływem pewnego teledysku zrealizowanego do piosenki Nightwish pt. „Ever dream” , kiedy to zobaczyłam malownicze widoki krainy, w której zamieszkiwał lud Na’vi, zdecydowałam się obejrzeć cały film, by móc zrozumieć teledysk. Obejrzałam więc cały, prawie trzygodzinny film, by móc inaczej spojrzeć na trzyminutowy teledysk, cóż… po prostu ja.

Jake jest weteranem, sparaliżowanym od pasa w dół, jeżdżącym an wózku. Kiedy był zdrowy, był „zwykłym żołnierzykiem”, jak często o sobie mawia. Przez przypadek, jego brat, będący naukowcem badającym planetę zwaną Pandorą, zostaje zadźgany nożem na ulicy, a Jake, posiadający takie samo DNA leci na Pandorę, w zastępstwie za brata. Na stacji badawczej znajdującej się na Pandorze, poznaje dwa obozy. Pierwszy, któremu przewodniczy dr Grace- badaczka, która napisała książkę o ludzie tubylczym, żyjącym na planecie- Na’vi, chcąca poznać zwyczaje tego ludu i badać go oraz pułkownika, który chce przesiedlić plemię by zdobyć cenny materiał , w postaci tworzywa zwanego unabtainium  znajdujący się  na planecie. Na stacji tworzone są tzw. avatary, wyglądem przypominające do złudzenia ciała tubylców, hodowane z DNA człowieka i tubylca, którymi steruje się znajdując się w specjalnie przygotowanej do tego kopule, łącząc się z avatarem za pomocą neuronalną. Kiedy Jake budzi się w postaci avataru, odkrywa, iż może chodzić, a nawet biegać, co jest dla niego ogromną radością. Jake, Grace i jeszcze jeden mężczyzna schodzą w postaci avatarów na Pandorę, by pobrać próbki, jednak podczas tej wizyty Jake odłącza się od pozostałych, będąc goniony przez drapieżnika zamieszkującego Pandorę. Nastaje noc i badacze muszą wracać do stacji, czynią to więc nie znajdując Jake’a. Ten natomiast przemierza samotnie  bujny las Pandory, jednak zostaje zaatakowany przez tamtejsze , drapieżne zwierzęta. Z pomocą jednak nadchodzi mu przedstawicielka plemienia Na’vi, córka ich wodza. Kiedy jednak chce gdzieś go zaprowadzić, Jake spada z drzewa i znajduje się pośród ludu Na’vi, który nie jest do niego przyjaźnie nastawiony. W dalszej części filmu dowiadujemy się bowiem, iż Na’vi wiedzieli o operacjach przeprowadzanych na ich planecie i nie byli z tego faktu zadowoleni,nazywając atakujących ich ludzi „ludźmi z nieba” ,choć chętnie uczęszczali do szkoły, która utworzyła na Pandorze Grace , by uczyć ich angielskiego. Na’vi zabierają Jake’a do swego plemienia  i dają się mu przekonać, iż jest niegroźny a przybył na Pandorę w celu uczenia się ich życia i patrzenia na świat. Pozwalają avatar-sequels-delayedmu więc zostać, a szamanka plemienia nakazuje by Neytiri, córka wodza, która uprzednio uratowała mu życie, uczyła go ich życia. Tak też się dzieje. Jake poznaje coraz to nowsze zachowania i zjawiska będące świętością dla plemienia Na’vi. Uczy się jeździć na dziwacznych koniach jakie posiadają Na’vi, a także latać powietrznymi stworzeniami. Poznaje także ich język oraz wierzenia… Dowiaduje się o świętym  dla Na’vi Drzewie Dusz oraz o Eywie- bogini Na’vi. Budząc się i zasypiając w kapsule, żyjąc jako avatar Na’vi oraz jako Jake, jeżdżący na wózku, były żołnierz, znajdujący się na stacji Pandory, powoli zaczyna zatracać się w świecie Na’vi. Staje się pełnoprawnym członkiem plemienia, a także zakochuje w Neytirii, tóra odwzajemnia jego miłość. Zostają więc parą. W tym samym czasie, upływają trzy wyznaczone miesiące, które pułkownik wyznaczył Jake’owi do namowy Na’vi na przesiedlenie się. Gdyż cenny materiał, jakiego poszukuje grupa znajduje sie właśnie pod Domowym drzewem Na’vi. Pułkownik wysyła więc roboty i bultożery, mające zniszczyć drzewa i spowodować, że Na’vi opuszczą to miejsce. Na stacji badawczej dochodzi do rozłamu, gdyż Grace nie chce dopuścić, by machiny pułkownika zniszczyły dom Na’vi i najcenniejsze dla nich skarby ukryte w lesie. Twierdzi, iż istnieje sieć pomiędzy korzeniami drzew, a Na’vi, z którego plemię korzysta. Pułkownik jednak nie godzi się z tym i chce siłą odebrać Na’vi cenny materiał, w postaci zburzenia ich domu, oraz tego co posiadają, a potem zabicia plemiania. Jake chce ostrzec plemie, jednak zostaje odłączony i wraca do swego prawdziwego ciała. Prosi jednak pułkownika, iż przekona Na’vi do puszczenia Domowego Drzewa, które ma zostać znisczone. Ci jednak biorą go za zdrajcę i nie słuchają. W tym samym czasie Domowe Drzewo Na’vi zostaje ostrzelane, a przerażeni Na’vi muszą uciekać. W pożarze ginie ojciec Naitiri, która nie chce kontaktować się z Jake’em. Uciekający lud Na’vi kierują się w stronę Drzewa Dusz, ich świętego miejsca. Tymczaem avatar Jake’a pada na ziemię, a cały badawczy zespół jest schwytany i uwięziony przez pułkownika. Z pomocą jednak przychodzi jedna z dziewczyn będacych w oddziale pułkownika, która nie chce już zabijać Na’vi i niszczyć ich domu. Uwalnia ona zespół Grace, w którym znajduje się Jake, jednak sama Grace zostaje ranna przy akcji ucieczki uwięzionych. Jake szybko znów staje się avatarem i pragnie udowodnić plemieniu, iż jest po ich stronie. Udaje mu się okiełznać stwora fruwającego w przestworzach, o którym opowiadała mu Neytiri, iż jest to niebezpieczny i potężny stwór, a okiełznać udało się go tylko pięć razy w ciągu trwania plemienia Na’vi. Ostatnim, ktoremu się to udało był dziadek jej dziadka. Jake przybywa do ludu Na’vi na czerwonym Toruku. Tak zostaje Toruk Makto- osobą ujeżdzającą Toruka. Przygotowuje też plemię Na’vi do walki z oddziałami pułkownika. Raniona Grace umiera, mimo tego, iż Jake zanosi ją do Eywii. Bogini Na’vi nie ratuje badaczki, a Jake poleca na’vi zebrać inne klany, by stanąć do walki z bultożerami i maszynami pułkownika. Rozpętuje się wojna i mimo wielkich strat, Na’vi, z pomocą dzikich zwierząt, których wolę poniekąd nagle zsyła im Eywia, za wcześniejszą prośbą Jake’a i Na’vi wygrywają wojnę. Niestety wielu z nich ginie, w tym nowy następca wodza- Tsu They. Ginie także avatar z drużyny Jake’a. Podczas ostatniej bitwy, jaka rozgrywa się pomiędzy Jake’em a samym pułkownikiem, kiedy robot pułkownika ma zabić Jake’a, Neytiri uwalnia strzałę, która zabija pułkownika. Niestety, Jake budzi się i dusi, gdyż jego mały barak badawczy do którego został przeniesiony uległ zniszczeniu, a do środka dostaje się mieszanka gazów, w której ludzie nie potrafią funkcjonować. Znajduje go jednak Naitiri i podaje mu maskę. Potem Jake zostaje wybrany przez umierającego Tsy They na nowego przywódcę plemienia. Jake zostaje w plemieniu Na’vi, z Neytiri i innymi, kiedy budzi się przyniesiony pod Drzewo Dusz, za sprawą Eywi tylko już  jako avatar…

„Avatar” jest skonsytuowany jak dobra bajka, opowiadająca o walce dobra ze złem, gdzie na końcu wygrywa dobro. Momentami fabuła filmu bywa bardzo naiwna, a całość przypominała mi historię Pocahontas, tym bardziej, że Na’vi są nawet podobni do Indian w niektórych zachowaniach. Jeżdżą też na koniach, strzelają z łuków…. kochają swoją krainę i chcą bronić jej przed odebraniem przez obcych, którzy weszli na ich teren. Wątek opowiadający o dziwnej, zakazanej miłości „obcego” przybysza Jake’a i córki wodza Naitiri też jest oklepany i pojawiał się już w wielu filamach. I choć wielu widzów może wzruszać, to jednak wydaje się zbyt pospolity i za dobrze znany. Mnie produkcja ta urzekła tylko dwoma rzeczami. Pięknymi, malowniczymi widokami i człowiekiem, który zatracił się w świecie „obcych” by zaznać szczęścia, którego nie miał na ziemi, wśród swoich. Kiedy Grace zapytała się, dlaczego przyleciał najedną z najniebezpiejszych planet i chce wziąć udział w niebezpiecznej misji odpowiedział, iż miał dośc tego, że nic nie może. Pragnienie wolności od kalectwa, a także poznanie uczuć, których wcześniej mu brakowało, przeniosły tego człowieka w inny świat, w inny wymiar. Jak sam stwierdził, wszystko się odwróciło, zdaję  się, że to jest tylko sen, a tamto to prawdziwe życie.

„Awatar” to jak dla mnie opowieść o poszukiwaniu szczęścia w w kontekście naukowych badań i tego wszystkiego, co daje ludziom inny świat, odkrycia i nowości. Jake choć był tylko narzdziem w rękach wielkich naukowców i odkryć badawczych, znalazł to, czego brakowało mu by być szczęśliwym, wolnośc, miłość i akceptację. Ta choć banalna historia prostego żołnierza jakim był Jake, pokazuje świat pragnień zwykłego człowieka, których w tym kontekście nauka zdaje się nie widzieć? Stwierdzono, iż niektórzy widzowie popadli w depresję po obejrzeniu tego filmu, z powodu braku możliwości życia na pandorze. Film bardzo dobrze obrazuje zadawane sobie od XIX wieku pytanie… wciąż to samo… serce, czy rozum?  O niemożności pogodzenia tych dwóch kwestii na planecie zwanej Pandorą, w zamyśle Jamesa Camerona już wiemy, a jak się to ma w kontekście naszego, ziemskiego życia…?

„Niewierna”

Ona, szczęśliwa żona i dobra matka, on- młody, zdawałoby się głodny przygód, a może zamknięty w swoim świecie, jakim jest zasłane książkami mieszkanie na ostatnim piętrze pewnej dzielnicy? I jeszcze ktoś…

Ostatnimi dniami czegoś poszukiwałam, jakiegoś bodźca, który by wzbudził tę iskrę natchnienia, mocy, czegokolwiek, bym mogła odnaleźć sens w dniu dzisiejszym. Leniwie więc przeglądałam, co mogłabym obejrzeć środowym popołudniem. Tak, przypadkiem, natchnęłam się na zwiastun jednego ze starych, w tych latach już filmów „Niewiernej” w reżyserii Adriana Lyne. Obejrzałam… niby dramat, niby erotyk, w sumie erotyki było tam niewiele lecz film zaciekawiał zupełnie czymś innym. Ciemne klatki, ponure ujęcia, zbliżenia… Całą przestrzeń wydała mi się tak dobrze skądś znana. Ponure uliczki jednej z amerykańskich dzielnic, domek na  przedmieściach równie w amerykańskim stylu, zakurzone mieszkanie. To wszystko wzbudziło moje zainteresowanie fabułą i choć mogła by się wydawać zgoła banalna, to jest w tym filmie coś, co na mnie osobiście działa jak magnes, jeśli chodzi o kino- zdawało by się autentyczność ról. Nie bez powodu, Diane Lane została mianowana do Oscara za odtwórczynię głównej roli. Klimat tego filmu, jego „ponurość” i zdawałoby się małostkowość oraz bohaterowie przepełnieni przeróżnymi emocjami zdawali się zachęcać na tyle, aby zobaczyć cały film…

Jest poranek, główna bohaterka, Connie, wyprawia synka do szkoły, a męża do pracy, co prawda tego ranka na zewnątrz okropnie wieje, ale mimo to, kobieta decyduje się pojechać po rzeczy na jedną ze swoich aukcji charytatywnych. Kiedy wraca z rzeczami upada i rani się w kolano, jednak wstaje i chwile potem, gdy chce złapać taksówkę, wpada na pewnego mężczyznę. Jest nim Paul Martel, tutejszy akwizytor książek. Ponieważ wichura nie daje za wygraną, żadna taksówka się nie zatrzymuje, a Connie ma obdarte kolano, nowy znajomy zaprasza ją do swego mieszkania, by przemyła ranę. Kobieta ma obawy, jednak po chwili godzi się i idzie do mieszkania akwizytora. Mieszkanie jest nieco inne, niż mogłaby sobie je wyobrażać. W centralnej jego części stoją półki, a na nich stosy książek, jest też parę dużych figur, worek treningowy, parę otwartych, ułożonych na stole książek… W zasadzie mieszkanie należy do jednego z francuskich rzeźbiarzy, a jego lokator twierdzi, że cieszy się, iż ma gdzie podziać się z książkami. Connie udaje się do łazienki i przemywa ranę, potem dzwoni do domu domu i oznajmia, że spóźniła się na pociąg. W tym momencie mężczyzna obserwuje ją uważnie. Podczas tego spotkania Connie dostaje od mężczyzny jedną z książek. Główna bohaterka nie chce jednak zabawiać długo i wychodzi by zdążyć na pociąg. W domu opowiada mężowi  o całym zajściu, jak upadła i, że pomógł jej jakiś miły mężczyzna. Początkwo bohaterka nie przywiązuje to tego zdarzenia wagi i zdaje się żyć tak, jak przed nim, choć chce podziękować swojemu wybawcy i za namową męża, wysłać mu butelkę wina.  Któregoś dnia, znajduje w ofiarowanej przez niego książce numer telefonu. Myśli więc, że to dobra okazja, by zadzwonić i podziękować. Dzwoni więc z… telefonu znajdującego się na dworcu kolejowym. Początkowo mężczyzna nie odbiera, potem jednak zaprasza ją do siebie na kawę… Cały czas zachowując się tak, jakby potrafił przewidzieć to, że zadzwoni…

Chwilę rozmawiają, Paul pokazuje kobiecie książkę napisaną alfabetem Braila, lecz mówi, że powinniśmy inaczej wymawiać jego imię. Connie nie wypija kawy przygotowanej dla niej wcześniej, wychodzi czym prędzej z mieszkania. Wahania narastają, kobieta nie wie, po co tam poszła i dlaczego coś ciągnie ją do tamtego mieszkania… Kolejna wizyta Connie u Paula, zdarza się niby przypadkiem, przynosi mu ciastka i w zasadzie chyba sama zdaje się nie wiedzieć, po co przyszła, twierdzi, że była w okolicy i… pomyślała, że zajrzy. Między Paulem a Connie nawiązuje się coraz to bliższa relacja pożądania i namiętności i choć kobieta wyraźnie tego nie chce, po raz pierwszy zdradza wtedy męża, idąc z młodszym akwizytorem do łóżka.

Choć mężatka ma ogromne wyrzuty sumienia, co z resztą ukazuje postać Connie, targana jak wiatr emocjami, które w niej są, pomiędzy nią a Paulem nawiązuje się specyficzny r-0,500-n-865226gVdcrodzaj relacji, przepełniony namiętnością, ale i… obsesją. Zdawało by się, iż Connie nie ma wyraźnych powodów by zdradzać męża. Jest on kierownikiem firmy, dobrze zarabia, dba o nią i o ich synka, który kończy właśnie dziewięć lat. Jednak kobieta pragnie czegoś jeszcze niż stabilne życie u boku statecznego mężczyzny. Być może młodszy, zagubiony, artystyczny „rozbitek” daje jej to, czego nie dostawała przez lata od męża, ryzyko, dobrą zabawę i dziką namiętność. I choć Connie uważa to za szaleństwo, brnie w ten romans dalej i dalej… pozwalając by młody mężczyzna stał się jej obsesją. Ich spotkania pełne są podniecanie i namiętności, choć tak naprawdę, Connie niewiele wie o młodym akwizytorze książek.

Mąż Connie, Edward podejrzewa, że coś się dzieje z jego żoną, gdyż zaczęła bardziej dbale dobierać ubrania i kłamać. Prosi więc o pomoc zaufanego znajomego, by ten, śledził jego żonę. Gdy do rąk Edwarda trafiają zdjęcia Connie i Paula, wraz z adresem jego mieszkania, gdzie spotykają się potajemnie w dnie, gdy Edward wychodzi do pracy, wie już, że się nie mylił. Postanawia pójść do kochanka żony, sam chyba nie wie w jakim celu. Kiedy stoi na ulicy, patrząc w okna mieszkania, nie ma odwagi, właściwie nie wie, po co tu przyszedł. Gdy odwraca się, Connie wybiega w pośpiechu z klatki po kolejnym zbliżeniu z kochankiem. Przez drzwi w kamienicy wychodzi jednak staruszek, wpuszczając Edwarda do środka. Ten idzie pod drzwi mieszkania Paula, kiedy zostaje przez niego wpuszczony, choć z dużym zdziwieniem i podejrzeniami, chwilę rozmawiają,a Mąż kobiety dziwi się, że rozmawiali o nim. Jednak gdy Edward zauważa w sypialni jeszcze nie pościelone łóżko, gdzie jego żona i Paul się kochali, zaczyna czuć się fatalnie… Emocje zaczynają przybierać na sile. Kiedy jednak widzi ozdóbkę  szklaną, którą podarował żonie w mieszkaniu Paula, a ten oznajmia mu, iż dostał ją od Connie, w mężczyźnie coś pęka. Jest mu niedobrze, ma zawroty głowy, duszności. W przypływie złości, rozbija szklaną ozdóbkę na głowie Paula, tak nieszczęśliwie, iż ten zaczyna krwawić i pada martwy na ziemię…

Edward jest spanikowany, nie wie co ma robić, w przypływie zdrowego rozsądku jednak szybko zaciera ślady, w tym samym czasie wysłuchując nagrania od Connie, która dzwoni na telefon Paula, mówiąc, że muszą skończyć z tym romansem, gdyż nie potrafi dłużej tak żyć, oszukując wszystkich i krzywdząc rodzinę. Mężczyzna na drugi dzień w nocy, wywozi ciało kochanka, zawinięte w dywan na śmietnisko…

Kiedy ciało zostaje przypadkowo odnalezione, a Connie dowiaduje się o tym, iż Paul Martel nie żyje, choć początkowo, przy mężu nie daje po sobie poznać emocji, później Edward zauważa jak szlocha…. Czy daje to odczuć widzowi, iż poza namiętnością jaka łączyła tych dwojga było coś jeszcze? Gdy Connie zauważa ozdóbkę z powrotem we własnym domu, tę, którą przecież podarowała kochankowi, zaczyna podejrzewać swojego męża. W trakcie kłótni z nią, Edward przyznaje się , iż zabił Paula. Małżeństwo stara się jednak normalnie żyć, tak by ich synek niczego nie podejrzewał. Connie pali zdjęcia zrobione jej i Paula przez śledzącego ją mężczyznę, które znajduje w kurtce męża… Myśląc o tym, iż lepiej byłoby gdyby nigdy nie weszła do mieszkania akwizytora. Connie chce wyjechać, zmienić nazwisko, zacząć wszystko od nowa, małżeństwo postanawia spróbować jeszcze raz. I choć, sądzę, że niektórzy oglądając tę część filmu, odczuliby niesmak, iż Edward zdecydował się pozostać z żoną po zdradzie, spekuluję, iż nagranie jakie usłyszał będąc w mieszkaniu kochanka, go przekonało. Oglądając kolejne sceny relacji pomiędzy małżeństwem, coraz bardziej utwierdzałam się we wniosku, iż sytuacja ta pomogła na nowo odkryć kobiecie miłość męża i znaczenie rodziny, kiedy patrzyła na męża pomagającemu grać na pianinie synkowi i czytała odnalezioną kartkę z napisem „mojej żonie, najpiękniejszej ozdobie każdego dnia”. 

Czy byłoby lepiej? Czy mogło nie dojść do tragedii? Kiedy po całym już filmie i rozwoju wydarzeń, ukazuje się scena z kobietą, która szlochając, wkłada podpalone zdjęcia do kominka, zastanawiam się, czy rzeczywiście, jej relacja z Paulem była tylko przelotnym romansem, naznaczonym namiętnością. A może było w niej coś głębszego, czego kobieta nie chce pokazać przed mężem, by go już nie ranić? Autor nie wyjaśnia tej kwestii. Pomiędzy romansem pełnym pożądania pozostają przecież sceny opieki nad synkiem i zaangażowania w życie rodzinne, ciągle niezmiennego. Film pozostawia wiele pytań, bez odpowiedzi, wiele emocji, bez wyjaśniania ich powstania i jest dla mnie jakby filmem bez zakończenia… Choć prozaiczny widz, zobaczy w nim historię małżeństwa, gdzie żona pozostając niewierną mężowi, zdradza go z przypadkowo poznanym mężczyzną, można w nim doszukać się czegoś jeszcze… Ta małostkowość, rola drobiazgów w tym filmie, sposób rozmów bohaterów oraz liczne dźwięki muzyczne tworzące swoisty nastrój oraz oddające zarazem sam dramatyzm i charakter filmu zbierają się na pewną otoczkę fabuły, która to otoczka wskazuje właśnie na pewien drugi wymiar i inne znaczenie przedstawianych wydarzeń. Silne emocje odgrywane przez aktorów również podkreślają charakter fabuły i wnikliwość filmu. Tak na prawdę, mnie żal było Paula Martela i tego, że jedna głównych postaci odchodzi. Choć można odebrać go w tym filmie jako niewyżytego, chcącego zaspokoić swoje potrzeby erotyczne, faceta, zdradzającego jak się później okazuje żonę, z którą był w separacji, to jednak ekscentryczność jaką posiadał z równie dużą wrażliwością na sztukę, czyni z niego postać ciekawą i niejednoznaczną.

Film wzbudził we mnie emocje, a mało jest stosunkowo takich filmów, które je we mnie wzbudzają, być może dlatego, że jego fabuła wiąże się z jakąś stratą. A dodatkowo nastrój jaki w nim panuje, charakterystyczny dla pewnego rodzaju kina, bardziej chyba starszego niż nowszego, bardzo do mnie przemawia. Nie wiem, dlaczego polubiłam takie „ciemne” i wydawało by się utrzymane w ciągłym nastroju smutku filmy, ale takie własnie, potrafią we mnie wzbudzić emocje. A to, iż nie wszystkie zdawało by się „wątki emocjonalne” zostały rozwiane i dostatecznie, jak dla mnie, wytłumaczone, czyni ten film ciekawszym ale i bardziej tajemniczym zarazem. Po obejrzeniu ostatniej sceny poczułam jakiś niedosyt, tak, jakby ktoś urwał film w połowie jego historii… Ale czy ta historia mogła mieć inne zakończenie?

Skazana na bluesa…

O tych trzech słowach napisano trzydzieści tysięcy słów. Zarówno utwór jak i film wyreżyserowany przez Jana Kidawę- Błońskiego są obrazem życia i twórczości śląskiej ikony muzyki bluesowo-rockowej, Ryszarda Riedla, ale co właściwie z tym wszystkim wspólnego mam ja? Normalna z pozoru dziewczyna. A no właśnie, że mam, choć nie wiem dlaczego. Może kiedyś w życiu się tego dowiem…

Wychowuję się w małym miasteczku na Śląsku, a do Chorzowa, skąd pochodził Rysiek mam rzut beretem. Wypadałoby więc pamiętać o artyście, który chodził po tej naszej ziemi, ale nie tylko to jest powodem  mojego zainteresowania postacią Ryszarda Riedla. Z muzyką Dżemu i twórczością Ryśka spotkałam się dopiero w czasach gimnazjum. Wcześniej słuchało się jakiś pojedynczych piosenek, ale one były trochę takie „wyrwane z kontekstu”. Jego piosenek bowiem trzeba przesłuchać kilka, a najlepiej wszystkie, wtedy 20_sP_bigwie się, o co chodzi. Można by powiedzieć, że dopiero wtedy tworzą taką jednolitą całość, nakreślając jednocześnie tego człowieka. Wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu w szkole. Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po ten film. Pewnie gdzieś w migawce, na reklamach znalazłabym go, bo puszczają co jakiś czas w TV, ale tak sama z siebie? Po obejrzeniu byłam trochę zdruzgotana, przeżywałam bowiem już wcześniej nałóg w mojej rodzinie, więc wszystko, co znalazło się w tym filmie kojarzyło mi się ze złem i cierpieniem. Ale stopniowo, i nie od razu, a po jakimś czasie, zaczęłam dostrzegać wyraźne analogie pomiędzy moim życiem, a tym właśnie filmem. I choć wiem, że to tylko luźna interpretacja życia idola ówczesnego pokolenia i pokoleń późniejszych poniekąd też, to jednak jakieś wątki biograficzne tam się znajdują, a choćby na przykład to, że był zafascynowany kulturą Indian czy Dzikiego Zachodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, historia lubi zataczać koła. I choć nie porównuję się absolutnie do Riedla, jego talentu wokalnego czy posiadania zespołu to jednak wychowuje się przecież praktycznie na tej samej ziemi, próbuję pisać swoje teksty, wiersze, które także najczęściej zahaczają o ból, cierpienie, nałóg, samotność oraz, co było w tamtym okresie mojego życia najlepsze, miałam przyjaciela, też długowłosego i wyglądającego teraz właściwie jak typowy hipis, a moje życie, w sumie przez niego kręciło się koło jego zespołu… Po rozpatrzeniu tych wszystkich aspektów przebiegła przez moją głowę myśl, „Kurde, to jest dziwne!” No i tutaj właśnie zaczęło się poszukiwanie. Poszukiwanie utworów, wsłuchiwanie się w teksty piosenek Ryśka. Szukanie elementów z jego biografii i ludzi z jego otoczenia. Nie wiem skąd dokładnie we mnie zrodziło się tak duże zainteresowanie tamtymi czasami, tym klimatem i życiem estradowym, a także prywatnym Dżemu i tym wszystkim co z nimi związane. Okazało się, że nie tylko podobają mi się teksty tych piosenek… Tak samo jak ja Riedel kochał prerię i to wszystko, co ją otaczało i z takim samym zapałem pragnął poczuć się wolnym.

Moje zamiłowanie do koni i Dzikiego Zachodu trwało już od najmłodszych lat. Iw trakcie mojego jakże krótkiego jeszcze życia udało mi się zrealizować marzenie o własnym koniu, choć także było ono okupione dużym wysiłkiem, trudnymi emocjami, stresem, ale udało się! Zupełnie nie potrafię wyjaśnić skąd we mnie te same fascynacje, to samo poczucie wolności, ten ukochany kontakt z przyrodą, a co za tym idzie wolnością. A piosenki Ryśka pomagały w najtrudniejszych chwilach, wtedy, kiedy zostawałam ze wszystkim sama, w ogromnej przepaści, a w głowie szumiało tysiące niepoukładanych myśli. Choć może to zabrzmi kolokwialnie, bo jestem wciąż młodą osobą, ale to była muzyka mojej młodości. To na niej budowałam swój światopogląd, dostrzegałam swoją wrażliwość i chyba wciąż buduję własne ja. W tym klimacie czuje się bardzo dobrze. W jego tekstach widzę moje wewnętrzne rozterki, problemy, sposób patrzenia na świat, pragnienia, ale także to samo wyobcowanie i autsajdera. Sama nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem człowiekiem dość wrażliwym i emocjonalnym, może dlatego dostrzegam podobne problemy wśród ludzi, a także w swoim własnym wnętrzu. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że większość artystów było, jest i będzie autsajderami. Ciężko się z tym nie zgodzić, są to ludzie wrażliwsi. I chociaż ja się za jakąkolwiek artystkę nie uważam, jednak jakieś próbki literackie powstają, a to z kolei świadczy, że wrażliwość noszę w sobie codziennie. Być może z tego właśnie wynika moja odmienność. Mam nadzieję, że taka prawda o mnie Was nie odstraszy, moi drodzy, że będziecie czasem tu wpadać, za to nie przejmujcie się, gdy mnie nie będzie, po prostu czasem jestem skazaną na bluesa, znikam na dłużej, ale potem zazwyczaj wracam.

Zabezpieczony: „Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj, nie…”- wewnętrzne demony i coś na wieczność…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: