Jest stabilnie!

Minęło parę dni, odkąd pisałam o moim słabym samopoczuciu, dziś pragnę Wam napisać, że jest stabilnie. Nie mam już takich dołów jak wcześniej. Co prawda od dwóch dni znowu mam natrętne myśli i nie potrafię zrealizować swojego celu, które sobie na te dni zaplanowałam, ale trudno. Może kiedyś uda mi sie ten cel zrealizować. Chyba nie pisałam tu o tym, że jakiś czas temu zaczęłam pisać. Zaczęłam przyglądać się swoim słowom i może coś z tego powstanie. Z chłopakiem o którym pisałam w poprzedniej notce, mam kontakt, powrócił, zaczęlismy rozmawiać, choć nie wiem czemu. Jest mi nadal przyko, że tak się zachował. Jakbym nic nie znaczyła. Mam żal do niego chyba, o to, że kiedy ja byłam z nim przez ten cay czas to on tego nie dostrzegał i z dnia na dzień poszedł sobie do osoby, której nawet nie znał. Poznałam też kogoś nowego, na razie piszemy sobie, nie patrze na niego jako na potencjalnego partnera, po prostu, kolega do pogadania, popisania, tyle. Za bardzo się różnimy pod pewymi względami. Przyglądam mu się, fajnie, że jest i już. Realizuję też praktyki w wojsku. Nie wiem, czemu tam poszłam. W sumie, chyba przez niego, ciągnęło mnie do wojska… No i mam. Pierwsze dni na jednostce były cieżkie, gdyż przypominała mi sie cała przeszłość, calusieńka, te mundury, ci żołnierze…wszystko wróciło, wszytściuteńko, jego słowa, gesty, czyny, spojrzenie w oczy… Na dodatek jeszcze zostałam sama. Było cieżko, ale nie poddałam się, nie załamałam jak poprzednio, nie wiem czemu w głowie kołatały mi takie myśli, że może tak musi być? Moze muszę zostać sama? Było cieżko, ale znośnie, martwło mnie tylko to, czy jeśli tak będzie dalej, to czy dam radę wytrzymać w tej jednostce.

Jednak z czasem wszystko się uspokoiło. Teraz jest już lepiej, o dziwo, namawiają mnie tam, abym szła na oficera!?? Co? ja w wojsku? Ja oficerem?? Przecież to on miał zostać oficerem, nie ja… ale… może to szansa? Powoli odczarowuję to wszystko, co tak pokochałam w tym środowisku. Zobaczyłam, że nie jest to już takie nie wiadomo co, że to zwykłe środowisko pracy. Z drugiej strony, gdyby mi się udało rzeczywiście dostać na tego oficera i zdać egzaminy, to byłaby droga do zapewnienia sobie przyszłości… bo nie mogę liczyć na nikogo prócz dwóch osób, przynajmniej narazie…

Top Gun nie odezwał się do mnie, nawet podczas zajęć na uczelni, nie napisał. Czekałam, czy to zrobi, bo mnie na tych zajęciach nie było, ale nie zrobił. Poczułam ulgę, poczułam, że się od niego uwolniłam, że już mi nie zagraża.

Wczoraj wypadek w Kuźni, zginęli żołnierze z jego jednostki… smutne to, ale mam różne myśli co do tego wypadku apropos niego. Nie wiem, może nie jestem dobrym człowikeim, ale jakby trochę pocierpiał to może by coś sie w nim zmieniło. Nie byłby już takim skurwysynem. Choć pewnie nic by to nie dało… Po prostu żal mi tego cierpienia, które ja przeszłam…

Zobaczymy jak to wszystko się pukłada, z tyłu głowu coś mi świta cały czas o wojsku, że może to własnie tak miało być, że to może i szansa dla mnie…. na razie, jest stabilnie.

Przefarbowałam włosy na czarno, pierwszy raz w życiu i dobrze mi z tym! 🙂

girls-555657_960_720

 

Nie potrafię w sobie wzbudzić uczuć…

Osatnim wieczorem naszła mnie refleksja nad tym, co jest we mnie… Co się ze mną dzieje… Doszłam do jednego, smutnego wniosku… Czuję się jakby pusta w środku. Zatanawiam się, czy to aby po lekach czy aby to przez to, że odebrano mi to wszystko, w co wierzyłam, co sobie zakładałam… Straciłam wszystko, straciłam szansę na lepsze życie przy boku meżczyzny, na którym mi naprawdę zależało, tak bardzo, chyba pierwszy raz w życiu. To paradoksalne, ale teraz zaczynam go rozumieć, zaczynam rozumieć jego słowa, które do mnie skierował:

„moja emocjonalność jest bardzo rozchwiana i nie wiem, czy kiedykolwiek z niej coś będzie. Nie potrafię teraz w sobie wzbudzić uczuć wyższych.”

Czuję się dokłądnie tak samo. Jakby ktoś odebrał mi emocjonalną mnie, jakbym nie była sobą. Żyje z dnia na dzień, nie martwię się już o samotność, nie martwię się już co przyniesie życie, czuje się jakoś inaczej. Nawet nie myślę o relacja z F. Nie obmyślam żadnego planu, nie myślę o tym, co bedzie, co może mnie spotkać, nie dążę usilnie do bycia z kimś… Jest tak, jakby inaczej… Nie potrafię w sobie wzbudzić miłości do drugiego człowieka, takiej prawdziwej, oddanej, jestem jakby odcięta od uczuć… żyję z dnia na dzień… Podążam w realizację siebie i chcę do tego zmierzać. Może to akceptacja całkowitego braku nadzieii? Nie wiem, co się ze mną stało… Nie czuję się sobą…

woman-3083390_960_720

 

Tańczące z wilkami: „Znowu w życiu mi nie wyszło…”

Wessało mnie na jakieś dwa miesiące… życie? Może i „życie”, jeśli pod tym słowem rozumieć emocje, słowa i patrzenie na swoją egzystancje, jak przez sen. Wsiąkłam na jakiś czas, na dobre. Nie było mnie tu. Byłam gdzie indziej, co nie oznacza, że mnie nie było. Chciałam poukładać parę spraw lecz, chyba ich układanie skończyło się nie tak, jak miało się skończyć. Cóż, idę dalej… mam nowe postanowienia i nowe zamysły. Na publikowanie tu – również. I choć ostatnio mam ochotę znowu wsiąknać, gdzieś się zaszyć i nie wychodzić do nikogo, to postanowiłam, że będę pisać. Chyba tego mi potrzeba, a jeśli pisać, to publikować tu również. Od jakiegoś czasu nie miałąm pomysłu na ten blog, teraz wszystko się rozjaśniło. Lubię tu wracać, mam tu już cząstkę swojego życia, choć w samym zamiarze ten blog wydawał się dużo „mniejszy”, niż wyszedł. Kiedy tu jestem, mogę doświadczyć rzeczywistych wspomnień, które we mnie wciaz gdzieś tam są. Ale po kolei…

„Znowu w życiu mi nie wyszło…                                                                                                          Uciec pragnę w wielki sen. (..)”

Te słowa przewinęły się ostatnio w rozmowie z Chomiczkową, kiedy widziałam ją po raz ostatni… jakieś dwa tygodnie temu. Potem znów znikła. Tak samo ją wessało, tyle, że ją na rok. Dlaczego? Może pewnego dnia się dowiecie. Od tej rozmowy te słowa kołaczą się mi po głowie, powodując rozmyślanie o minionym czasie.

Dziś… jest ten pierwszy dzień, gdy zdecydowałam się wstawić tu zapiski z jednego z najciemniejszych, a zarazem najpiękniejszych(?) czasów mojego życia. Kiedy wszystko wydawało się zarówno tak przerażające, jak i piękne, rak drastyczne, jak i cudowne i miałyśmy obydwie świadomość, że właśnie ważą się losy naszej przyszłości. A może nam już na tym nie zależało? Mnie tak, ale przyznać muszę, że nie miałam wtedy na tyle sił, by o to walczyć. Czasem próbowałam, choć było cieżko. Wydarzenia te rozgrywały się bezpośrdnio przed i w trakcie mojego początkowego pisania bloga, później zdarzały się jeszcze, lecz przybrały już inny obrót. Czasami tęsknię za tym czasem, to wszystko jest równie piękne, co bolesne. I równie zakorzenione co odpychane. Cóż, zaczynam pisac serię moich „opowiadań”, a może bardziej „opowieści” sprzed paru lat. Doszłam do wniosku, że może przyszedł czas na spisanie tego wszystkiego. Czy stałam się wtedy kimś innym? Nie… ale coś się we mnie bezpowrotnie zmieniło… Być może stałam się kobietą…

„Ławka”

Szkoła, miejsce znienawidzone przez tylu młodych. W środku wieczna tułaczka i walka o przetrwanie w gronie swoich i „nieswoich”. Na zewnątrz gównarzenia, tandeta i szara masa. Plująca, zaśmiecająca chodniki petami, rzucająca niewybredne przekleństwa, chcąca się wreszcie dobrze zabawić… Tak, miałam tam iść. Wejść, po raz kolejny, zobaczyć ich twarze i miny, zobaczyć to, jak bardzo są sfrustrowani, z jakim utęsknieniem czekają na piątkową imprezę. Miałam…

Siedziałam na ławce, może przez jakieś 15 minut. Ławka była mokra i zimna. Pod moimi nogami gromadziło się stado gołębi, na które patrzyłam, aby zająć sobie czas.
Ludzie mijali mnie, patrzyli, odchodzili, to znów ich wzrok przebiegał po mojej kurtce. Było wtedy zimno. Przymrozek ściskał ciało, ręce drętwiały. Czekałam… Po jakiś 10 minutach stwierdziłam, że to bez sensu, ale coś jednak kazało mi nadal tam tkwić.
Podjechał biały samochód. Wysiadła. Widziałam jak ciało przemyka przez ulice… już była po mojej stronie, z tuszem na rzęsach i powiekach. Szła dość energicznie. Widziałam, że na mój widok nie może powstrzymać łez, które same polały się po policzkach, zabierając tusz…
Usiadła. Płakała, a w zasadzie zanosiła się łzami. Ja nie mówiłam nic. Przytuliłam ją tylko do siebie. Pamiętam, kiedy trzymała głowę na moim ramieniu, pamiętam jej łzy.
– Na razie musisz się uspokoić.- Pamiętam jak mówiłam te słowa, jednak chyba mało z tego, co do niej docierało.
Płakała jeszcze przez chwilę, nie mogąc powstrzymać łez. Człowiek jest taki piękny, kiedy jest szczery.
– Co się stało?
– Ty… ty uważasz, że jestem bezwartościowa?
Zacisnęłam usta.
-Kto tak twierdzi?
– Przyjechał do mnie wczoraj, późno już było. Przepłakałam całą noc…
Emocje nie wytrzymują, zanosi się znów płaczem.
-Kto?
-Mój były.
-Jesteś w takim stanie od wczoraj?- pytam.
-Tak… -szlocha.- Przyszedł, wszedł do domu. Powiedział, że… mam oddać nerkę jego dziewczynie, bo jest chora. Ja i tak jestem bezwartościowa, więc moje życie jest bez wartości i mogę umrzeć.
Zapada cisza. Wiatr targa nam włosy, gołębie chodzą koło naszych nóg, jak chodziły wcześniej koło moich. Jakaś babka przechodzi z psem.
-To on tak uważa, Ty nie musisz…- rozlega się po chwili.- Każdy po coś żyje, a w życiu nie przyszłoby mi do głowy coś takiego na Twój temat. Niech da swoją nerkę, w końcu to jego dziewczyna. Jest mody i zdrowy… On nie wie, co on Ci robi?
Potem pada jeszcze kilka tego typu zdań, których już nie pamiętam. Kończę chyba stwierdzeniem, że jej były to chuj.
Szukam w torbie jakiś leków na uspokojenie, ale nie znajduję.
– Chodź, pójdziemy teraz do apteki, kupię ci coś na uspokojenie- mówię.
Powolnym krokiem wchodzimy do sklepu, w którym znajduje się apteka, kupuję nervosan. Łyka. O szkole nie ma już mowy.
– Przecież gdyby mnie zobaczyli w takim stanie to pierwsze co posłaliby mnie do pedagog. -Pada gdzieś po drodze, gdy wychodzimy z supermarketu, gdzie jest apteka. A ja mimo wszystko zupełnie się z tym zgadzam. Po nervosanie zaczyna jeść, łapczywie. Stoimy teraz między jakimś tłumem ludzi.
Lądujemy więc gdzieś w centrum handlowym, oczywiście w „maku”, żeby kupić sobie colę, kawę i po kanapce. Koleś przyjmujący zamówienia nie rozumie, zamiast dwóch coli daje nam jedną, ale trudno. Nie mamy sił już tego prostować. Spędzamy tam około dwóch godzin. Na rozmowie, na przeanalizowaniu całej sytuacji. Przychodzi sms od jej chłopaka. „Zawsze ci mówiłem, że ona to najlepsza przyjaciółka.”
Moja przyjaciółka…?- myślę. W sumie, najpierw koleżanka, potem ktoś z przymusu, a na końcu dziewczyna, z którą wiele przeżyłam. I choć wiedziałam, że nie będzie to przyjaźń na wieki, a każda pójdzie w swoją stronę, jakoś żal mi było tego wszystkiego zostawić. Dziwna przyjaźń…
Po dwóch godzinach idziemy gdzieś do sklepu. Wiem, że dla niej świat w tym momencie wydaje się być wrogi. I choć nie wiem, jak to uczucie złagodzić, bo sama w nim poniekąd często pozostaję z trudną drogą wyjścia, przychodzi mi do głowy pomysł kupienia pierdoły.
Kupujemy więc dwa pierścionki, takie same, bo jest taki trend, że przyjaciółki mają. Dla zabawy.
Mam gdzieś jeszcze ten pierścionek…
Na koniec wysiadamy z busa. Wracamy na tę samą ławeczkę, od której zaczęłyśmy nasze rozmowy. I jeżeli ławka przy chodniku może stać się symbolem, to ona właśnie się nim stała. Usiadłyśmy na niej tak, bez celu.
– Co będziesz robić po południu? -pytam.
– Położę się spać.-odpowiada.
– Zadzwoń wieczorem.
– Dobrze.
Pojawia się myśl, że i tak zapomni.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy, czekam, aż wsiądzie w autobus.
A wieczorem, rzeczywiście zadzwoniła.

Tego dnia zawiodłam. Oczekiwania innych ludzi…

( listopad, 2016 rok)

 

„Późno, późno, późno… późno jest.                                                                                                     Sam wiem, że zbyt późno jest, by zaczynać wszystko znów…”

 

 

Święta- problem…religijności i wyznania!

Temat na napisanie tego wpisu wpadł mi do głowy wczoraj, zupełnie spontanicznie. Nie ukrywam, te Święta będą dla mnie… trudne. Ale ne z powodu odejścia kogoś bliskiego, a właściwie to zupełnie na odwrót, z powodu jego przyjścia.

Większosć ludzi cieszy się na święta, stroi choinki, pakuje prezenty. Ostatnio byli u nas sąsiedzi, którzy odwiedzają nasz dom co roku, przynosząc własnoręcznie robione pierniczki i jakieś wino, wraz z życzeniami. To są zawsze miłe wizyty, więc je lubię, czuję wtedy atmosferę zbliżajacych się świąt i tę wzajemną życzliwość, którą ludzie obdarowywują sie na wzajem. Kiedy tak ostatnio na nich patrzyłam, poczułam, że zazdroszczę im takiej rodziny i zgodności. Ci  ludzie po prostu potrafią się dogadac i robą to już od lat. Dobrze im ze sobą… ich dzieci rosną w spokoju i zainteresowaniu oraz zdroworozsądkowym podejsciu. Zastanawiałam się wtedy dlaczego ja musiałam się znaleźć w tak dziwnej rodzinie, dlaczego matka nie chciała się mną zajmować? Niby mi to kiedyś wyjaśniano, ale jak dla mnie te wyjaśnienia są niepełne i niezrozumiałe. Nie rozumiem intencji, dla której opuszcza się własne dziecko… może to wina mojego ograniczonego myślenia, ale nie potrafię!

Kiedy patrzę na uśmiechniętych ludzi, rodziny cieszące się swoją obecnością na święta, czuję się… rozdarta. Rozdarta pomiędzy tym, co czuję, a tym co „powinnam”, czego się wymaga ode mnie u mnie w domu. Moi dziadkowie są starsi, pewnych rzeczy zrozumieć już nie potrafią i nie chcą. Mojego własnego podejścia do religii też nie…

Raligia… to temat bardzo trudny i rozległy, wszak wiele ludzi pokończyło profesury pisząc parcę na ów temat i działajac w tym kierunku, a w koło możemy czytać o religie668trwajacych w ostatnich laatch zamachach i zbrodniach popełnianych poniekąd w imię religii i Boga, którego tak naprawdę nie znamy. Ja jednak chciałabym się skupić na tym kawałeczku tematu, który dla mnie jest bardzo bliski w tym momencie. Mianowicie, nie wiem, czy wcześniej pisałąm już o tym, ale mój ojczym okazał się (po latach swoją drogą, powrócił do praktyk) być Świadkiem Jehowy. Z tego też względu, czasami czytam o tym wyznaniu, by móc go zrozumieć. Wcześniej nie wiedzieliśmy, czemu cytuje z pamięci strony i cytaty z Biblii. Bowiem członkowie tej religii opierają się jedynie na tym, co zostało napisane w piśmie i interpretują je na spotkaniach w Sali Królestwa. Dla mojego ojczyma reigia ta okazała się być zbawcza w kontekście tego, ze pozwoliło mu to, jako młodemu chłopakowi, który nie miał rodziców- „wyjsć na ludzi”. Poznać podstawowe zasady moralne, społeczne, skategoryzowac oraz ubrać w słowa najważniejsze życiowe cele. Pokazała wartosć rodziny i drugiego człowieka. I choć, wielu uznaje tę wiarę za swoistą sektę, ja myślę, że w jego przypadku, przynależnosć do wspólnoty Świadków pozwoliła otworzyć mu oczy na dobro i podstawowe prawa etyczne, a także pomaga w nałogu, bo zakazuje jakichkolwiek używek. Niestety,  moje prababcia gdy się dowiedziała o wyznaniu ojczyna, nie mogła tego zrozumieć, i pogodzić się z faktem, iż „mamy w rodzinie innowiercę”. Prababcia jest bowiem osobą bardzo wierzącą, choć nie w znaczeniu kościelnej dewotki. Dużo się modli, wiara też dała jej siłę przezwycieżyć życiowe zakręty, liczne żałoby w których musiała być, nawet po śmierci swojego własnego dziecka. Pamiętam, że kiedyś taka nie była. Kiedyś tolerowała wszystkich i lubiła, cóż, demencja daje się we znaki.

Pan ze skrzydłami, mój ukochany natomiast jest zdeklarowanym ateistą, twierdzącym, że Boga nie ma, jest tylko nauka, która potrafi wszystko wyjaśnić w sposób logiczny i za pomocą praw fizycznych i matematycznych możemy opisać cały wszechświat. Więc to jest jedyne i słuszne wyjaśnienie naszego istnienia i istnienia wszystkiego tego, co nas otacza. Ideologia Kościoła zaś jest nielogiczna, krzywdząca dla człowieka i zmuszająca do wierzena w coś, co nieistnieje, pod batem „pójścia do pekła”. Cóż, na temat Kościoła i tego, co głosi, możnaby napisać dużo, ale, żeby móc cokolwiek napisać, trzeba by najpierw dokładnie zapoznać się z wszelkimi źródłami, księgami i zapiskami, a do tych akurat zwykły człowiek ne ma dostępu… Cóż, fakt, twierdzenia głoszone przez Kościół nijak często mają się do rzeczywistości ludzi żyjących w czsach obecnych, a Biblia mówi do nas obrazami. Dodatkowo, powstała w czasach gdy na świecie nie było praktycznie żadnej naukowości, a ludzie, by tłumaczyć sobie świat i zjawiska na nim zachodzące sięgali po mity, baśnie czy inne opowieści. Zatem wiele zjawisk, które my dziś dobrze znamy i umiemy opisać, mogło być dla nich cudem, o którym opowiadali i zapisywali jako wcześniej niemożliwe, gdyż nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Co więcej, tekst został spisany pięćdziesiąt lat po śmierci Chrystusa, więc autentycznosć tamtych wydarzeń rzeczywiście tak, jak one przebiegały, jest bardzo niewielka i przepuszczona przez system poznania świata i jego odbioru ludzi, którzy pismo spisywali. Pan ze skrzydłami mówi, że musieli nieźle ćpać, aby takie coś wymyślić. Jednakże faktem jest, że Jezus Chrystus żył naprawdę i jest to też postać historyczna. Tak jak z resztą Mahomet i inni, których dana religia w danym obszarze uznaje za proroków.

Moja rodzina, poza moja mamą, której życie akrat potoczyło się w trochę bardziej skomplikowany sposób, jest wierząca. Jako wychowujaca się w rodzinie chrześcijańskiej, kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do Kościoła, uczyłam się modlitw i robiłam te wszystkie praktyki, jakie robi dziecko, a później nastolatka. Tak naprawdę kryzys zaczął się w drugiej klasie gimazjum? Jakoś tak… może w trzeciej, nie pamiętam dokładnie. Jakoś przestałam zwracać uwagę na „działanie Boga w moim życiu”, wcześniej jakoś potrafiłam to powiązać. Nie dziwię się, choć dopiero od jakiegoś roku zaczęłam to rozumieć w pełni. Babcia wiele rzeczy potrafi i chce wyjaśniać snami itp. zjawiskami, które w ogóle nie mają wpływu na większosć naszego życia, a przynajmniej nie na nasz los. Co prawda, ja też doświadczyłam różnych dziwnych „zbiegów okoliczności” i nad tym też czasem się zastanawiam… Intuicja? Przeczycie? czy w ogóle istnieje coś takiego? Podświadomość, podprogowość? Ale co to ma wspólnego do snu, dzięki którwmu poznałam co wydarzy się za 2 dni?Mój własny scenariusz? Pamiętam, że wtedy go nie miałam.

Dziś czuję się po prostu rozbita… ten cały natłok informacji, przeróżnych informacji, napływających do mnie przez ostatni rok, apropo wiary, religii i samych poglądów mnie Boze-Narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-zakochanych.-8-powodow-dla-ktorych-warto-byc-singlem-podczas-swiat_articleprzygniata… Czuję sie rozdarta. Całe życie wmawiano mi istotę Istnienia Boga, z drugiej na studiach pokazują nam potęgę nauki, która rzeczywiscie, jawi mi się o wiele potężniejsza i logiczna, niż tezy głoszone przez Kościół. I nie wątpię, że tak jest, że wszelkie wyliczenia matematyczne czy fizyczne znajdują potwierdzenie w otaczającym nas świecie. Jednak wydaje mi się, że nawet, jeśli wszechświat powstał przez przypadek, jak zakłądają naukowe teorie to przecież „Coś, Ktoś” ten przypadek musiał/o spowodować. Może ja zbyt mocno chcę wierzyć w swego rodzaju „humanistyczność” tego śwata, ale to istoty żywe w jedyny sposób udowodniły, że sa tak poteżne, by dominować nad przyrodą nieożywioną tego świata… Być może takie rozumowanie jest słabe, ale jest.  Nauka i jej potęga ukazuje potęgę tej Istoty Wyższej, jakkolwiek rozumianej? Dla mnie coś w tym jest…

Dochodzę do ładu? Sama nie wiem już w co ja wierzę… Pan ze skrzydłami mówi, że każdy kryzys jest wartościowy, bo pozwala dojsć do wniosków i odrzucenia Boga albo silniejszej wiary. Ale ja ani jednego ani drugiego tak na prawdę nie chcę… Jestem zawieszona? Tak przynajmniej się czuję, jakbym lewitowała między ziemią, a niebem i nie mogła wyjść z tego stanu… babcia mówi mi, że u Pana ze skrzydłami to przejściowe, bo przecież komunijny, bierzmowany… nie chce przyjać jego ateizmu do wiadomości. Ja wiem, że duży wkład w jego takowym podejściu jego ojciec, który wymuszał na nim wiarę, bez tłumaczenia jej. A przecież każdy człowiek potrzebuje racjonalnego, bądź też mniej wytłumaczenia. Moja dalsza część rodziny jeszcze nie wie, wiem, że kiedyś będę się musiała zmierzyć z powiedzeniem im o tym, nie wiem, jak dziadkowie na to zareagują. Nie chcę sprawiać im przykrości, ale z drugiej strony nie będę rezygnowała z kogoś, kogo kocham, na rzecz zadowolenia mojej rodziny. Nie chcę, aby poglądowo ten człowiek był taki jak ja, chcę aby mnie kochał i akceptował, a ja jego też będę… Inaczej nie „zrozumiemy” się, choć w pewnych aspektach to chyba niemożliwe… Po prostu, bądźmy wyrozumiali.

W co ja wierzę? W zasady etyczne, z których większość z nich nie kłóci się na dobrą sprawę z religią. Przecież przykazania są dobrymi zasadami moralnymi, a dla niektórych z nich można znaleźć odniesienie nawet w teoriach naukowych. Przecież żadne zwierzę nie zabija innego osobnika tego samego gatunku… w normalnych warunkach, ale my dodatkwo jesteśmy ludźmi, mamy wykształconą i rozbudowaną psychikę, której nie mają zwierzęta. (Żyjąc w cywilizacji, możemy posiadać pewien kręgosłup morlany, posiadamy zdolność do oczuwania emocji złożonych… Choć ciekawi mnie egzystencja dzikich plemion, zamieszkałych wyspy… Też na pewno mają zdolność do odczuwania złożonych emocji, tylko sytuacja być może rzadko ich do tego zmusza. Przychodzi mi tutaj do głowy nazwa najbardziej odizolowanego, dzikiego i niebezpiecznego plemienia zamieszkujacego wypę Sentinel. Podobno zabijając oni każdego kto próbuje nawiązać z nimi kontakt.) Wierzę w to, że to, co mogę zrobić, jest lepsze od tego, co mogę powiedzieć, a jeśli swoim życiem moge pokazać, że jestem po prostu dobrym człowiekiem, że chcę nim być, bo nie zawsze przecież się da, to to czynię. Nie sądzę by Bóg, o ile istnieje, karał ludzi, za to, że w niego nie wierzyli, czy też że wierzyli w dobro nauki, które nam dał. Nie wiem tego, być może moje pojęcie Boga jest dziwne i nieakceptowane przez Kościół, ale moje doświadczenia i emocje, które musiałam przeżyć mnie zmieniły. A wolę patrzeć na ludzi horyzontalnie, niż wyznaczać granicę wiary czy religii. Jak obecnie widzimy, prowadzi to do otwartej wojny, w imię czegoś, co być może… nigdy się nie spełni. (Wierzenia Islamistów o dobrobycie w niebie, w zamian za śmierć niewiernego).

Zorganizowanie tych Świąt było dla mnie trudne, tak, by wszyscy mogliby być razem. Każdy wierzy w coś innego. I ma inne pojęcie wiary. Zaprosiłam Pana ze skrzydłami, choć jest niewierzący, przyjedzie… zrobił mi nawet stroik- choinkę z szyszek na święta. Ojczym nie będze na Wigilii, bo religia mu zakazuje i źle się z tym czuje. Dziwi mnie to, ale szanuje jego wybór. Za cel zaś objęłam sobie wytłumaczenie komu mogę, że to przecież tylko święta i kto ma chęć, niech wierzy w ich wzniosłośc i przeżycie duchowe-przecież to też piękne, jak człowiek potrafi coś przeżywać, a dla innych niech będzie to po prostu zwyka, lepsza kolacja. Przecież w Święta nie chodzi o to, aby zmagać się z problemem kto jakiego jest wyznania i wykłócać kto ma rację… ale to czas, by pobyć ze sobą, wspólnie, nacieszyć się sobą, pomimo wyznań, religii i wierzeń. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi… a święta to akurat taki czas, kiedy w większosci w naszym kraju ludzie mają wolne od pracy czy innych obowiązków, więc można spędzić go razem, w miły spoób. Święta to dla mnie czas na to, aby… zauważyć drugiego człowieka, pobyć z nim, porozmawiać, nacieszyć się nim, spojrzeć łagodniej, a nie ciągle się tylko modlić i spędzić całe święta albo w Kościele, albo zamknąć się od ludzi twierdząc, że są innego wyznania.

Pamiętam, kiedyś byłam na spotkaniu u Żydów, w trakcie ich Szabatu. Obchodzili oni swoje święto wraz z charakterystycznymi potrawami, też je zjadłam, a powiem nawet, że tak bardzo mi zasmakowały, że teraz czasem jem te przyprawy i dania w niedzielę, jak jest lepszy obiad. Być może jestem dziwna, ale nie rozumiem podejścia restrykcyjnego, tak jakby zjedzenie posiłku z osobami innego wyznania było złe, niegodne, czyniło zło? Jest to dla mnie dziwne… Sama chętnie poszłabym do wyznawców innych religii by spędzić z nimi trochę czasu, poznać ich tradycje, to jest przecież bardzo ciekawe. No, może do tych, których pewnie teraz macie na myśli nie koniecznie chciałabym isć, bo mogła by to być moja ostatnia już podróż… choć jak dla mnie, to jedna z najciekawszych religii świata.

Być może jestem idealistką… ale wolę patrzeć na człowieka całościowo, bo przecież ważne jest jakimi jesteśmy ludźmi. Dlatego z jednej strony nie potrafię zrozumieć takiego podejścia, z drugiej wierzę w to, że osoba wyznająca swoje zasady może się źle czuć i odczuwać dyskomfort, że robi coś wbrew temu, co wyznaje. Z trzeciej zaś strony… zaczynam rozumieć pobudki tego, co dzieje się na świecie… i czemu Islamiści chcą nas wytłuc.

Cóż, mnie też bliski jest ateista i nic na to nie poradzę. Nie będę go zmuszać ani przekonywać, bo rozumiem jego wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy. Pismo mówi „Idźcie i głoście…”. Być może to niezgodne z pismem, ale byłabym nie fair w stosunku do niego… i mogłoby to pogorszyć tylko nasze relacje. Być może jestem za bardzo szczegółowa… ale nie chce go stracić tylko dlatego, że ktoś wierzy w coś zupełnie innego. Te święta, ogólnie czas świąt w Kościele katolickim dlatego jest dla mnie trudny. Moja rodzina nie wyobraża soie tego, że mogę mieć takie poglądy, też o nich głośno nie mówię. Smutne jest tylko to, że nie chcą postarać się zrozumieć, jako dziecko miałam ich za bardziej wyrozumiałych i otwartych ldzi, a jako starsi robią się zamknięci na inność drugiego człowieka i na zmianę poglądów. Babcia stara sie jescze zachować zdrowy rozsądek, ale widzę, że też potrzebuje już zwrócić sie do Boga… taki wiek. Może za dużo od nich wymagam?

Pan ze skrzydłami dał się przekonać, że przecież to tylko święta i nie musimy ich huczniez21163086Q,Zwierzeta---swieta---swietna-zabawa- obchodzić w Kościele, w futerku i garniaku, o jedenastej na Mszy. Tylko żeby do mnie przyjechał, więc przyjedzie. Gorzej, że w dzień po świętach mamy kolędę i będzie jeszcze mój chłopak… akurat przychodzi proboszcz, który jest doktorem… No to sobie…porozmawiają…

Coś czuję, że te święta to będzie istny kogel-mogel…