Kowbojskiej przygody ciąg dalszy -opowieść prawdziwa!

…Bo kowbojskie życie nie zawsze jest przepełnione słońcem…

Ostatnimi czasy moja nadzieja jakby była położona na wadze… To jej przybywało, to zaś ubywało. Zwątpienie jest jak tygrys, który tylko czeka aby rozszarpać tę piękną damę w słonecznym kapeluszu, zwaną nadzieją… Bo w sumie, kogo z zewnątrz obchodzi, czy dziewczyna ze słonecznego rancha wstała pewnego dnia zadowolona? Kogo interesuje czy się uśmiechnęła? Czy jest szczęśliwa? Słoneczne rancho jest samowystarczalne… Tak zawsze mi mówiono…
Jakiś czas temu obejrzałam pewien film o którym wspominałam. Tytuł tego filmu brzmiał „Człowiek w ogniu”, opowiadał o losach małej Pity, dziewczynki z zamożnej rodziny i jej ochroniarza. Dwójka ta zaprzyjaźniła się, a kiedy dziewczynka została porwana, jej obrońca zaczyna zdawać sobie sprawę, iż to właśnie ta mała istota odmieniła całkowicie jego życie na lepsze. Postanawia więc zabić wszystkich, którzy stoją za porwaniem. Jak to określa w filmie jego przyjaciel „W życiu trzeba mieć do czegoś talent. On ma talent do śmierci…”
Cały film trzymał mnie może przez dzień, ale… zobaczyłam w nim też coś bardzo ważnego. Do jakich granic potrafi posunąć się człowiek , by ocalić kogoś, kogo zna tak na prawdę przez chwilę, a zmienia on jego życie. I przypomniała mi się jedna osoba, która na chwilę obecną pokazała mi, że życie może być przyjazne… I nie do końca rozumiejąc czemu, poczułam, że chciałabym mu podziękować. Nie wiedziałam jak, gdzie go szukać, nie wiedziałam o tym człowieku nic, poza tym, że był przebrany za kowboja…Przecież ludzie się widzą, potem rozjeżdżają, zapominają, każdy ma swoje życie, tak już jest. Nie wiem dlaczego, ale tym razem znowu moje „ideały” wyciągane z filmów wzięły górę nad wydawałoby się zdroworozsądkowym działaniem….

I zaczęła się droga po omacku, droga, która nie wiedziałam, gdzie prowadzi… Oczywiście niektóre osoby powtarzały mi, żeby dać sobie spokój i zostawić sprawę, bo tylko wyjdę na idiotkę lub ulicznicę… Ale ponieważ już jakiś czas temu stwierdziłam, że każdy ma prawo do swojego zdania, oszczędnie dzieląc się informacjami na ten temat, postanowiłam… że mu podziękuję. Miałam cel, nie wiedziałam jednak, co z planem.

Znalazłam jednak kontakt do jednego z kowbojów, nie wiedziałam, czy jest aktualny, czy w ogóle tacy ludzi będą chcieli ze mną rozmawiać. Jednak spróbowałam. Okazało się, że wszystko działa, byli zadowoleni, że komuś podoba się to, co w życiu robią. Potem poprosiłam ich o jakąś wiadomość co z kowbojem, z którym nawiązałam najlepszy kontakt. Odparli jednak, iż nie pomogą w odnalezieniu kontaktu do niego, bo widzieli go dopiero drugi raz na oczy… I tutaj zadziało się coś zdumiewającego. Nie wiem, czy za sprawą mojego daru, czy też umiejętności podejścia ich, zgodzili się, nawet z chęcią, sami z siebie, aby „załatwić” numer do tego pana, o który nie prosiłam ich wyraźnie, ani nawet nie błagałam jako fanka. Miał być numer… Przy okazji było jeszcze sporo śmiechu, bo biedacy myśleli, że po prostu, jakaś dziewczyna szuka kolesia po połowie miesiąca od imprezy… Więc otwarcie przyznali, że nie chcą obwieszczać jego nieoczekiwanego ojcostwa 🙂 Lepiej dadzą numer… Pamiętam, że pół nocy się wtedy śmiałam, w sumie to nie wierząc chyba, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle było we mnie emocji, różnych, ale przeważnie dobrych i pozytywnych. Życie nabrało jakiegoś smaku… Ludzie zaczęli być życzliwi, mili, żartobliwi, a we mnie rosła nadzieja na to, że może uda mi się jeszcze skontaktować z kowbojem. Gdzie, ja i taka akcja?? Wiem, że od młodości miałam łeb do różnych takich spraw, ale… to są jednak ludzie, którzy grają w filmach, w zachodnich produkcjach, ja nie byłam z tego środowiska. A może jednak, byłam…?

Potem jednak mijały dni, w tym czasie wyjechałam w góry, odpoczęłam, brałam życie z dystansem, na luzie, wszystko było jakieś inne, lepsze, milsze. Kiedy bierze się życie z dystansem do siebie i otoczenia wydaje się ono być łatwiejszym, na prawdę. Wiec takie też było. Jednak wiadomość z numerem nie przychodziła. Zaczęły się jakieś dziwne teksty w moją stronę, że mam to zostawić, że to nierealne, że być może nie udało im się zdobyć tego numeru. Jejku, kiedy teraz to sobie przypominam… to była świetna akcja…
Zostawiając to wszystko, co słyszałam bezustannie dookoła, napisałam raz jeszcze do jednego z najlepszych kaskaderów konnych w Polsce, z pytaniem czy udało się coś namierzyć. Boże… Facet z tytułami mistrza szukał dla mnie jakiegoś kolesia. Czułam się wtedy tak bardzo inaczej. Poczułam jakiś nagły przypływ siły i energii, że mogę dokonać czegoś dużego, że stać mnie na to. Pierwszy raz też od sytuacji z M. zaczęłam się otwierać, do zupełnie obcych mi ludzi, ale oni rozumieli… Na prawdę, doceniam taką życzliwość. Pomijając fakt, że około trzynastej napisałam z gratulacjami, a o 21 już całkowicie byli ulegli na moją prośbę… Pożartowaliśmy.

kowbojka nnu

Kto powiedział, że dziewczyna nie może?

Po moim pytaniu okazało się jednak, iż niczego nie udało im się jeszcze namierzyć. Nadzieja opadła, no cóż, tak bywa. Pomyślałam wtedy, iż będę musiała czekać rok, na kolejną taką imprezę plenerową. Ten najlepszy jednak szybko stwierdził, że napisze do szefa młodego kowboja z zapytaniem. SZEFA!- A to oznacza najlepszego, bardzo znanego na całą Europę, słynnego i rozsławionego człowieka w branży jeździeckiej. Człowiek, który robi filmy w całej Europie i jest natychmiast rozpoznawalny przez każdego, kto choć z pokazami konnymi miał styczność… Po prostu, bos jeździecki, taki jakby przywódca całej grupy, jeśli porównać do… mafii. Przepraszam za porównanie, ale chyba to najtrafniejsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. To na prawdę, bardzo wpływowy człowiek w tym środowisku.
Zamarłam… Okey, jeden z najlepszych kaskaderów w Polsce, który tez ma swoją firmę ma pisać w mojej sprawie do Bosa? I co on mu powie? „Bo jakaś dziewczyna szuka kaskadera z Twojej grupy, bo się widzieli na imprezie?” Yyyy… Nie wiedziałam w ogóle, jak ten człowiek zareaguje, jak się zachowa, czy jest sens. Nie chciałam, żeby to odbiło się aż o pracę i szefostwo… A tu sprawa miała się potoczyć przez jakiś czas między dwoma większymi ludźmi z branży. Niekiedy miałam nawet taki pomysł, żeby sama napisać do bosa o ten numer, ale z drugiej jednak strony wiedziałam, że mogę mieć niewielkie szanse na to, iż w ogóle kontakt dostanę… Ten drugi był bliżej tego środowiska, a i może znali się na tyle aby móc sobie porozmawiać. Tylko bałam się, jak B. mu to wszystko przedstawi, bo jak wiedziałam, w żartach nie przebierał, a i jego żarty były trochę z pogranicza… Ale cóż, trudno, stwierdziłam, że zaryzykuję i poprosiłam, żeby jeśli może, ściągnął ten numer od szefa…

Nazajutrz numer był! Miałam numer do ulubionego kowboja! Boże, ile emocji we mnie było, ile wiary, ile nadziei w to, że życie nie musi być szare i ponure, no i zadowolenia.
Wreszcie czułam, że żyję! Wiedziałam kim jestem, wiedziałam czego chcę… Czułam spokój i tylko spokój. Przestałam wreszcie skupiać się na własnych problemach, zaczęłam zauważać świat dookoła, który wydał się… o dziwo pozytywny. Trochę pechowo, dziadkowie robili akurat remont drzwi i malowanie pokoju, stąd też atmosfera w domu była… lekko mówiąc okropna, krzyki, wrzaski i nerwy. I choć już potrafię się do tego zdystansować, to jednak trudno było mi obmyślać plan kolejnej fazy podziękowania.
Pamiętam, że na początku nie wierzyłam, że udało mi się znaleźć ten kontakt. Zwykle moje starania w życiu kończyły się fiaskiem, dlatego też moja radość była wielka. Nie tylko z samego kontaktu, ale też dlatego, iż poznałam życzliwych ludzi, którym się chcę… A przynajmniej chciało zadziałać. Pamiętam też, że mnóstwo było we mnie obaw, czy w ogóle mam się do niego odezwać i jak. Mogę wyjść na zeschizowaną fankę. Nie wiedziałam o czym w ogóle chciałabym z nim porozmawiać, nie miałam tematu. Chyba robiłam to wszystko tylko, żeby podziękować. Co prawda kowboj nie wiedział za co, bo myślę, że nie podejrzewał nawet i do tej pory nie podejrzewa, co zrobił, co mi pokazał i jaką dał nadzieję na to, że życie może być miłe i przyjazne.

Zdecydowałam jednak, że jeśli już powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B. W końcu najlepszy kaskader nie po to ganiał za bosem jeździeckim, żebym teraz zrezygnowała. Napisałam… o tym, że mu dziękuję za możliwość przejażdżki na koniu, za fantastyczną zabawę i, że serdecznie pozdrawiam jego i jego konia. Potem nastał czas wyczekiwania na odpowiedź… Godziny się dłużyły, a nadzieja raz przychodziła, raz mnie opuszczała. W końcu byłam wyczerpana, czekaniem, remontem, zaczęła mnie boleć głowa i chciało mi się spać… czułam się bardzo zmęczona.

I nagle, spoglądając na telefon, zobaczyłam, że odpisał… Opanowała mnie radość. Ucieszyłam się, że chciało mu się odpowiedzieć. Pamiętał mnie dobrze. Napisaliśmy kilka smsów, potem już odpowiadał bardziej lakonicznie, może przez to, że był po trzech występach? Ja też już byłam bardzo zmęczona w tym dniu, nie miałam pomysłu o co mogłabym zapytać. Nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Zapytałam więc o pokazy. W ostatniej wiadomości odpowiedział, że kiedyś zobaczę. Nie wiedziałam, czy odpowiada tak lakonicznie bo jest już zmęczony, czy też może trochę wystraszony moimi wesołymi chyba wiadomościami i otwartością. Napisałam, że nie będę mu przeszkadzać, bo jutro pokazy i, że udanych im życzę. Nie odpowiedział już nic, ale wciąż byłam spokojna i zadowolona. Nazajutrz jednak przemyślałam sprawę… coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Po dość długim namyśle wysłałam mu jeszcze wiadomość, w której
napisałam, że dziękuję za to, że mogłam zobaczyć, jak można żyć po swojemu i, że coś dzięki temu zrozumiałam. Nie odpowiedział nic. Zapewne po prostu nie wie o co chodzi. Dodatkowo wracał z Rzeszowa. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może trochę wyskoczyłam, ale z drugiej strony właśnie to chciałam mu napisać… Zebrało się we mnie jakieś napięcie. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, czy nie… Wreszcie poczułam to wstrętne uczucie opuszczenia. Totalnego odrzucenia, którego przecież nie było, bo akurat kowboj jest bardzo przyjazną osobą, tylko, że… nieśmiałą… Może to wyglądać tak, że zlekceważył jakąś tam fankę… Tylko, że w tym całym „zabawnym gronie” był jeszcze jeden aspekt, dlaczego się czuł taki skrępowany? Do tego ten nie do końca posłuszny koń… Nie podejrzewam, że ten człowiek mógłby z perfidią kogoś tak po prostu „olać”. Może się wystraszył mojej otwartości… Bo akurat humor wtedy miałam bardzo dobry, a wtedy nie czuję żadnych blokad i jestem w stanie dużo powiedzieć. Może nie czegoś niesmacznego, ale żartobliwego na pewno, a on taki skryty… Chciałam się tylko zaprzyjaźnić i tak też tę rozmowę potraktowałam. Może zbyt otwarcie…

Nazajutrz poczułam, że coś mnie opuściło. Cała ta energia i pasja. Zaczęły mnie dręczyć jakieś dziwne myśli, co sobie pomyślał. Pojawiło się poczucie winy, które jeszcze do tej pory w sobie mam. Może coś zrobiłam nie tak? Ze zmęczenia człowiek robi też różne rzeczy, a byłam wyczerpana wtedy… Poczułam się jak jakaś… dziwnie się poczułam. Potem było poczucie wszechogarniającej ciszy i pustki. Jakbym coś straciła, grupę? Ludzi? Chyba tak… Życie stało się bardziej szare. Zaczęło mi brakować pewności siebie, a mój świat wydał mi się jakiś bardziej osamotniony. Znowu odezwał się mechanizm odrzuceniowy, który ciężko zniosłam. A nie sądzę, żeby on chciał mi dokuczyć. Może się bał, może nie wiedział co i jak… Chyba też ma problemy z otwarciem się na innych… A ja sama czułam, że zawaliłam. Może trzeba było podejść do tego inaczej, tylko skąd mogłam wiedzieć jak, kiedy przecież nawet go nie znam. Opowiedział mi parę rzeczy o swojej pasji, chwile się powygłupialiśmy, pouśmiechaliśmy na występie, tyle.
Po tygodniu walki ze sobą i z moimi myślami, które w efekcie sama sobie wytworzyłam czuję, że sprawa się przedawniła. I to jakoś jest dla mnie pocieszeniem. Może już zapomniał… Nie chciałabym, żeby pomyślał sobie o mnie coś przykrego. Miałam dobre intencje. Jednak rozmowa się urwała, coś zostało zawieszone w próżni. Sama nie wiem, co dalej. Niby wszystko skończone, podziękowałam… ale… takie niedokończenia nie dają mi spokoju. Zawsze chciałam wszystko kończyć, nie lubię takich rozmów, relacji, sytuacji… Wiem, że i tak najważniejsze co z tym zrobię w mojej głowie, ale dręczą mnie takie niedopowiedzenia. O jego życiu prywatnym nic nie wiem, nie chcę mu przeszkadzać w życiu, po prostu, nie lubię niedomkniętych drzwi, bo nie wiem, jak jest i potem zaczynam pisać scenariusze. To ciężkie chwile, kiedy pojawia się brak pewności, kiedy nie wie się, w co można wierzyć… Często byłam odrzucana, wiec z automatu takie myśli. A może to nie prawda?

I tu pojawił się w mojej głowie kolejny, na prawdę szalony pomysł… Ale… oni też tacy szaleńcy… 

                      Rodzina mówi mi, żebym zaczęła pracować w biurze detektywistycznym. Przyznam, że by mi się chyba podobało 😉 

Uf, napisałam… zbierałam się do tego wpisu od tygodnia… Troszkę mi lepiej. 

Cowboy, oh, cowboy…

O TYM, „JAK ZŁAMAĆ” KOWBOJA, CZYLI WPIS SPECJALNIE DLA LENKI! 🙂

Kowboj jak wiadomo z różnych źródeł, najczęściej pracuje na ranchu, zaganiając bydło, pracuje też z końmi, często dzikimi ogierami, „łamiąc” je różnymi sposobami, czyli najprościej mówiąc, zmuszając do tego, aby były spokojne, pozwoliły się osiodłać i zajeździć człowiekowi, służąc mu potem przez wiele lat przy zaganianiu bydła. Kowboj też bierze udział w różnych pojedynkach, najczęściej rewolwerowców lub też, będąc kowbojskim bandytą przemierza puste prerie szukając okazji do zgrabienia jakiegoś banku czy czegoś w tym rodzaju. * Wszystkie te wymienione czynności wskazują na to, iż kowboj sam z siebie musi wykazywać się niecodzienną odwagą, siłą fizyczną, zwinnością, konkretyzmem, sprytem, a nawet być surowy, ostry, silny, nieustraszony w walce, niezłomny i niezawodny. Takiego trudno zaskoczyć, trudno zdominować. A problem z tym mają nawet najwięksi przeciwnicy Dzikiego Zachodu. Bowiem jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest koń i rewolwer, który stale nosi przy sobie i wyciąga przy każdej możliwej okazji, aby popisać się swymi umiejętnościami posługiwania się nim.

Otóż, w tym roku, tak, jak Wam wspominałam wcześniej, miałam przyjemność, a może i tę ODWAGĘ, aby poznać takiego kowboja! Nieustraszony, nieugięty, (oczywiście, jego przyjacielem był koń i rewolwer, nie licząc przyjaciół z grupy kowbojskiej, bo wiadomo, jak to na Dzikim Zachodzie bywa…) a do tego tak miły i życzliwy, że aż nie sposób tego opisać. Kowboj, a do tego gwiazda polskiego jeździectwa.

Zapoznałam się z nim właściwie przez przypadek. Zawsze, gdy widziałam jakiś interesujących ludzi, ciągnęło mnie do nich. Aby się z nimi zapoznać, aby porozmawiać na interesujący mnie temat, na temat zainteresowań, które właśnie prezentowali. Tak, jak na wieczorkach poetyckich zawsze trafiałam na rozmowy z tymi poetami, których to był wieczorek, tak, jak na koncertach zawsze trafiałam prywatnie na głównych wokalistów, do których inni ludzie krzyczeli spod sceny, w tym Maćka Balcara, tak wtedy również trafiłam do rozmowy z gwiazdami Dzikiego Zachodu. I właściwie przez przypadek trafiłam na… niego. Kowboja… Właściwie kaskaderka konnego, który w sumie woli jeździć, jako Kozak, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo ma być zabawnie i przyjemnie 🙂 Porozmawialiśmy chwilę na łączce, na której pasł konia. Ja w ogóle dumna, zadowolona i przeszczęśliwa, że gwiazda ze mną w ogóle rozmawiać chce! O koniach, o pokazach, o diecie dla koni, o cenach takich rumaków, o tym, jak przygotowuje konia do pokazu, skąd u niego taka pasja, jak zaczynał, o tym, że ja mam swojego konia. Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo już musiał iść do swojej drużyny, kąpać konie po pokazach. Wróciłam do domu późno, siedzę w swoim pokoju z Małą. I się ciesze i mówię, jak bardzo podobały mi się pokazy i, że rozmawiałam z gwiazdą jeździectwa (Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie następnego dnia.. 🙂 . I w pewnym momencie myślę sobie, kurcze, fajny chłopak! Rozgarnięty, bardzo miły, inteligentny, grzeczny, uprzejmy, a przecież nie stary jeszcze, może coś koło dwudziestu kilku lat, tylko wygląda poważniej, bo wiadomo, jak to przy koniach, po za tym w stroju kowboja. Kurde, człowiek to jednak od radości zgłupieje! Nie widzi najlepszych rzeczy… Nic o nim nie wiedziałam, ale bardzo spodobało mi się jego zachowanie i postawa względem innych ludzi i pasji do koni. Na prawdę, świetny kowboj i mądry 🙂 Nie chciałam „startować”, jako do faceta, wydał mi się po prostu bardzo wartościowy, jako człowiek. Pomyślałam, że miło by było poznać go jako znajomego, czy kolegę 🙂 Tylko trochę niezręcznie się czułam… ja i rozmowa z gwiazdą kaskaderki konnej? Z człowiekiem, który być może gra w zachodnich produkcjach? Jednak ponieważ nigdy nie miałam większych problemów przy pierwszym kontakcie z ludźmi, postanowiłam, że gdy jutro nadarzy się okazja, spróbuję o czymś jeszcze porozmawiać 🙂 Dodatkowo moim marzeniem było wsiąść na takiego konia kaskaderskiego, ale gdzie tam mnie wsadzą na konia za 30 tysięcy… Mogę pomarzyć.

Nazajutrz rano wstałam, idę na spacer, zajrzeć do kowboi. Mieli dać pokaz, ale ponieważ program imprezy się nieco sypał, to szykowali się dopiero. Patrzę, a kowboje z fajkami w ustach, wywijają w najlepsze do pieśni indiańskich 🙂 Jednak wśród nich nie było tego jednego kowboja. Pouśmiechałam się do nich, powiedziałam, że tańce idą im całkiem nieźle 🙂 Pośmialiśmy się chwilkę i poszliśmy na pokaz. Oni prezentowali baty, a ja ich nagrywałam. Po tym pokazie miała być parada wszystkich przebierańców. Podczas tego pokazu młody kowboj przyjechał na koniu wraz ze starszym i czekali, aby jechać, jako delegacja kowboi na paradzie. Odeszłam wiec od miejsca pokazu i poszłam zrobić im zdjęcie. Ustawiam się, aby dobrze skadrować, a kowboj się cieszy do mnie, a cieszy… Uśmiech jak nie wiem… 🙂 Zrobiłam zdjęcie, wróciłam na pokaz, ale ten zaraz się skończył, wiec znowu idę do „moich kowboi”, którzy czekają na paradę. Program się sypie, parada się przeciąga, a ten, jak mnie widzi, to się do mnie śmieje, no więc podchodzę do niego i pytam się, czy nie można by było na takim koniku do zdjęcia, tak proooszę… I robię takie oczy, jak kot ze Shreka. Jeszcze dobrze nie skończyłam słowa proszę, a kowboj był już na ziemi… Wsiadłam więc na jego konia, oczywiście ojczym z mamą szaleją, robią zdjęcia, filmiki, z każdej strony, jak się tylko da. Kowboj się na mnie patrzy… Ale ponieważ tłum ludzi, więc trzeba tego konia różnie ustawiać, zaczęłam go więc przestawiać… Potem ojczym chciał, żebym się przejechała kawałek. Kowboj nic nie mówi, wiec ruszyłam, jadę, jadę… A właściciel się zajął rozmową z kumplami, którzy właśnie przyszli z pokazu batów i w ogóle się nie czepia. Więc sobie jeżdżę 🙂 Potem widzę, jak młody kowboj tańczy, tzn. trudno nazwać to tańcem. Trzyma się za pasek i wywija rękami w górze, jakby lassem, to tego przeskakując z nogi na nogę tak w rozkroku. Fajnie to wyglądało 🙂 Zaczęłam się śmiać… Potem podjechał do mnie drugi kowboj, jego kolega, przytulił mnie, siedząc na drugim koniu, dał swojego kolta do zdjęcia 🙂 Rodzinka robi 333 ujęcia, ja się z koltem wygłupiam na koniu, a młody kowboj się cieszy i patrzy co jak robię 🙂 Potem znowu sobie ruszam, jadę, już w inną stronę i nagle słyszę takie głośne „prrr”! Pierwsza moja myśl- „Kurde, co jest, coś nie tak z tym koniem zrobiłam?” Odwracam głowę, a tam kowboj wariacik się trzyma za ogon mojego konia i jedzie za nim na butach… Jak ja się zaczęłam śmiać!!! 🙂 Potem się już towarzystwo uspokoiło, podjechałam do niego, siedzę wciąż na koniu, zaczęliśmy rozmawiać. Najdziwniejsze było to, że podczas całej mojej przejażdżki na koniu, ten młody kowboj niesamowicie się kręcił. To znaczy, przestępował z nogi na nogę, ciągle się rozglądał, nie, żeby spojrzeć na mnie i swojego konia tylko gdzieś w bok, albo patrzył w ziemię… Kiedy podjechałam do niego bliżej, to już w ogóle… Kręcenia się nie było końca. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, o koniach, no bo o tym jakby najłatwiej zacząć, widziałam takiego „luzaka”, wczoraj taki nie był. Gadamy, gadamy, myślę sobie-„za bardzo się wstydzi, trzeba coś wymyślić”,  w końcu schyliłam się, żeby pogłaskać konia po szyi i mówię, „a jest jakiś kontakt do Was?” i odruchowo się na niego spojrzałam, tak, powiedzmy dość z bliska, w oczy, bo jego twarz była trochę wyżej niż głowa konia i akurat w tym samym czasie on się tez spojrzał… Zapadła cisza, wzrok jego wbity całkowicie w ziemię… Nagle, może po dwóch sekundach podnosi głowę i wraz z zebraniem całej kowbojskiej odwagi, trochę dosadniej : „A co byś chciała?” I w tym momencie widzę, że widzi, że  go nazwijmy to „zaczepiam” 🙂 -” No, pogadać… o koniach, zapytać się o jakieś wskazówki, bo chciałabym się nauczyć jakiś elementów westernu, a też ze swoim koniem to tak ciężko, jak nie ma kto pokazać”-odpowiadam. -To do B.-odpowiada starszy kowboj, bo  młody jeszcze ciągle jest chyba w jakimś amoku i starszy widząc to , ratuje mu skórę. -Tak, tak, to do B.- przytakuje młodszy zdaje by się odruchowo, bo sam nie wie, co ma zrobić. B. to ich kumpel, inny kowboj. Myślę sobie, „Eh…. Nie mogłeś trochę opanować strachu?”

I w taki to sposób filigramowa kobietka „złamała” kowboja i wschodzącą gwiazdę polskiego jeździectwa…

Ale też trochę dziwnie się poczułam, bo na pytanie o kontakt tak dość impulsywnie zareagował… Może coś nie tak jednak, myślę sobie. Oczywiście nie wiem, w jakich jest układach, ale przecież pogadać zawsze można, a jest to osoba na prawdę, tak otwarta do innych, że aż się zdziwiłam. Potem nagle przychodzi ojczym, trzeba iść, bo obiad jest już zamówiony. Podziękowałam mu serdecznie za konia i przejażdżkę, choć lekko zdziwiło mnie jego zachowanie, ale myślę sobie, trudno, obrazi się to się obrazi. Myślałam, że zostanę na tej paradzie… No ale cóż. Poszłam na obiad i musiałam oglądać, jak M. złamał parasol… Dziwna historia.

Do kowboi wróciłam dopiero na ostatni ich występ kaskaderski. Podchodzę do maneżu na którym były pokazy. Wjeżdżają, żeby rozgrzać konie. Pierwsze okrążenie jadą powoli. Ojczym krzyczy „brawo!!!”  Młody kowboj jedzie jako ostatni, tłum ludzi, a ja nagrywam wszystko na filmiku, a ten dostrzega mnie w tym tłumie, przejeżdża koło mnie i zaczyna się do mnie uśmiechać i cieszyć 🙂 Ja się zaczęłam do niego też śmiać, oczywiście nie nagrałam tego, bo ręce dałam na dół i sprzęt zarejestrował w tym momencie piasek… Na innych filmikach kręconych przez innych ludzi też tego nie widać. Na prawdę, widziałam, że się po prostu cieszył, jak mnie zobaczył.

Wyobraźcie sobie, że podczas drugiego występu tak się biedaczek chyba zestresował, że koń nie chciał mu galopować. Konie bowiem bardzo ST_HL_2004_379dobrze wyczuwają napięcie jeźdźca i jeżeli jeździec jest cały spięty, to konie potrafią robić różne rzeczy. Akurat wtedy nie chciał się słuchać. Potem się śmialiśmy z mamą i ojczymem, że rzuciłam urok na jego konia 🙂 Po ostatnim pokazie chciałam jeszcze do nich podejść, pogratulowałam im, ale nie udało się już pogadać, bo kumple dokoptowali mu jakąś dziewczynę, która nie umiała jeździć, a chciała się powozić, więc cały mokry i zmęczony wsadził ją na konia i prowadzał. Na prawdę był zmęczony… Z resztą, jak ktoś nie próbował, nie wie, ile wysiłku wymaga sama jazda, a co dopiero kaskaderka konna. Ale wtedy podeszła do niego koleżanka mojego ojczyma, która też ze swoim partnerem i z nami tam była na wakacjach no i chciała zdjęcie. A kowboj serio padnięty, idzie ze spuszczoną głową, nawet do tej dziewczyny mu się nie chce gadać, a ona coś tam nawija cały czas… Ale, jak zobaczył mojego ojczyma, no to błysk w oczach, postawa, uśmiech, do zdjęcia się trzeba uśmiechnąć. A potem znowu poszedł taki zmęczony, prowadząc konia i tą dziewczynę na nim…

Jego koń zapewne nie był zadowolony. Mając takiego kowboja za pana, który już z sam z siebie jest ciasteczkiem, musi jeździć za trzech… bo każda dziewczyna chce akurat na tym koniu się przejechać. Co prawda- ja nie mówiłam, że akurat na tym, sam mi zeskoczył hihi.  🙂 I takim to właśnie sposobem pokonałam kowboja z rewolwerem 🙂 Czasami to tak sobie myśle, jakby wyglądało życie u boku taiego dzielnego kowboja, na rancho… ze stadkiem koni i prerią…. Eh, pomarzyć można hihihi 🙂

*-Opisany przeze mnie typ kowboja nie do końca zgadza się z rzeczywistym, w rzeczywistości kowboje na terenach Zachodniej Ameryki zajmowali się wypasaniem bydła.

P.S. Wpis jest lekko ironiczny i pisany „z przymrużeniem oka”, co do zawodu pasterza bydła, bo kowboje w rzeczywistości byli pasterzami bydła. Jednak dziękuję temu chłopakowi bardzo, za to, że dał mi wiarę prawdziwą w ludzi i siłę, aby się nie poddać i iść dalej, walcząc o siebie, mimo, że wokół zawaliło się prawie wszystko w czym pokładałam nadzieję i nie miałam już w co wierzyć…