Zabezpieczony: Noc z 3 na 4 listopada…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Przygód część druga…

Jest dość zimno, powoli zaczynają kapać z nieba krople wiosennego deszczu. Z ładunkami i dużymi skrzynkami wracamy z Panem ze skrzydłami z komunii u jego siostry, zabierając do samochodu sąsiadkę, babcię i siostrę Pana ze skrzydłami. Obcierają mnie buty, gdyż na nogach mam rany, bo uprzednio byliśmy na dość romantycznym spacerze, na którym… obtarły mnie do krwi. Jedziemy…podjechaliśmy pod dom sąsiadki, Pan ze skrzydłami oczywiście wysiadł, musiał zanieść jej jeszcze podarunki z komunii, zaczęliśmy jechać w stronę domu. Przez całą drogę babcia powtarzała w kółko tylko słowa

-Oblec że się Agatka boś zgrzana i się zaziębisz, bo zimno jest na dworze.

A Agatka, jak to dziecko niesprawne, gdzieś miała  to,  czy jest zimno czy nie. Aby więc uspokoić starszą panią złapałam co było pod ręką (polar mojego faceta) i ją okryłam. W tym samym czasie Pan ze skrzydłami tłumaczył babci, aby przestała bo nie jest strasznie zimno i nic małej nie będzie…

W końcu dojechaliśmy do domu. Na podwórku biegały psy- ukochany jamniczek Pana ze skrzydłami oraz większy, pies jego siostry, czarny labrador imieniem Sara. Podczas gdy wjeżdżaliśmy na posesję, przypałentał się jeszcze jeden z kotów, za którym to w pościgu (dokoła samochodu) rzucił się jamniczek. Jamniczek bowiem jest ważną postacią. Jest to ukochany, bardzo mądry pies pana ze skrzydłami, jego największy przyjaciel i choć jest niewiele większy od mojego kota, to zaciekle będzie bronił domu. Jamniczki o czystej krwi, dobrego pochodzenia, jako psy myśliwskie, potrafią gonić, przeganiać i być bardzo odważne. I choć zwierz ten nikogo obcego za bardzo nie toleruje, to mnie jakoś polubił od razu.) Zaparkowaliśmy pod domem. No więc jamniczek biega za kotem dookoła samochodu i szczeka, a w tym samym czasie urwała się dźwignia skrzyni biegów. Nie wiem, jakim cudem, ale przy zmianie biegów główka od skrzyni została w ręce Pana ze skrzydłami, wyrywając się do góry razem z kablami… Pierwszy raz takie coś  widziałam, z przodu samochodu rozległo się tylko głośne

-Kurwaaa mać! Już mam dosyć tego dnia… – I szczerze mówiąc wcale się nie dziwiłam… bo natłok obowiązków jaki musiał wykonać Pan ze skrzydłami był bardzo duży.

-Uwaga, teraz może szarpnąć, bo nie mam biegów (bowiem jeszcze nie wycofał na wyznaczone do dłuższego postoju miejsce pod oknami)- dobiegło jeszcze z przodu, ale chyba nikt już tego nie słyszał. Babcia zaczęła wychodzić z samochodu to, a z uwagi na to, że nie miała lasek, które znajdowały się w bagażniku, mogła się bardzo łatwo przewrócić. bowiem babcia ledwo już chodzi o laskach. Siostra pana ze skrzydłami chciała się w tym samym czasie wydostać z samochodu, a, że nie mogła otworzyć drzwi, wiązało się to z szarpaniną z klamką od drzwi i ciągłym marudzeniem. W tym samym czasie pan ze skrzydłami mocował się z naprawieniem skrzyni biegów, tak, aby autko było sprawne, bo przecież musiał mnie następnego dnia odwieźć do domu… Przyznam, że też się wystraszyłam nieco, no bo jak miałby mnie zawieść skoro samochód byłby uszkodzony.

Babcia otworzyła drzwi, wystawia już nogi z auta, Agatce jakoś udało się otworzyć drzwi, więc się wyrywa, a trzeba ją pilnować, bo potrafi uciec i biegać po wsi… W końcu z tych „szklamżących” odgłosów dobiegł mnie głos

-Siedź babcia, gdzie idziesz, lasek nie masz! – Na co babcia się trochę uspokoiła, a mnie udało się  wygramolić z samochodu z aparatem, prezentami i małą, trzymaną za rękę… ale.. wtedy dopiero się zaczęło. Labrador zaczął po mnie skakać, domagając się pogłaskania i oczywiście brudząc przy tym moją sukienkę. Przy podskokach również podrapał auto panu ze skrzydłami…

Agatka zaczęła się drzeć, babcia ledwo siedzi, deszcz na nas kapie, jest mi zimno, trzymam ją za rękę, coby nie uciekła, pies po mnie skacze… chronię jakoś prezenty aby ich nie zniszczył, pan ze skrzydłami zrobił się najpierw zielony a potem czerwony na myśl o tym, happy puppy playing on the grass happy puppy playing on the grassże suka podrapała mu nowego mercedesa… W końcu naprawił skrzynię biegów, wysiadł, zabrał ode mnie skaczącego psa, babci dał laski, więc mogła już iść do domu, razem z mała, a pies… psu się oberwało najbardziej i został natychmiast zagoniony do kojca i zamknięty.  Kolejną rzeczą jaką musieliśmy zrobić było rozładowanie samochodu, więc małą chcieliśmy zostawić z babcią, dopóki rodzice nie wrócą, ale oczywiście ona nie chce, bo chce bajkę. Wbiegliśmy do domu, rzuciliśmy swoje rzeczy do pokoju pana ze skrzydłami, on poszedł jej włączyć bajkę, potem dać odpowiednie leki babci no i… ruszyliśmy do rozładowywania skrzynek, które miały zostać złożone w piwnicy, okazało się, że piwnica jest zamknięta a klucz nie wiadomo gdzie…

Nie, to już było ponad nasze siły, od rana ten dzień wyglądał tak jak fragment opisany powyżej i stwierdziliśmy, że mamy to gdzieś, poskładaliśmy skrzynki  na wejściu do piwnicy, choć deszcz lał już mocno a buty powodowały, że lała mi się krew powyżej pięt… Poskładaliśmy skrzynki, potem ja się poszłam rozebrać z sukienki i umyć, a Pan ze skrzydłami poszedł wykąpać małą i włączyć jej kolejne bajki no i umyć się sam… Później mieliśmy czekać na rodziców, więc porozkładaliśmy po półkach to, co zostało z komunii, uprzątnęliśmy kuchnię, wzięliśmy sobie po knopersie i  usiedliśmy na kanapie, a właściwie to półleżąc już czekaliśmy na 23.00 kiedy to mieli wrócić rodzice, aby przejąć pilnowanie siostry pana ze skrzydłami. Później Pan ze skrzydłami położył ją spać i zmęczeni czekaliśmy dalej, jednak kiedy przyszli rodzice okazało się, że jeszcze trzeba coś tam zrobić… no więc pan ze skrzydłami poszedł jeszcze im pomóc, a ja poszłam się rozmalować i się czegoś napić…

Noce pełne wrażeń i przygód… nie takich, jak się spodziewałam, ale jednak…

Wieczór… taki spokojny. Przyznaję, że dziś miałam dość ciężki dzień. Jakoś tak dużo wspomnień wróciło, dodatkowo przez przypadek otworzyłam jedno zdjęcie, którego nie powinnam była otworzyć. Potem rozbolała mnie głowa… Przeszło dopiero na jeździe, która przebiegła lepiej niż chciałam. Ostatnio załapałam świetny kontakt z koniem i tworzymy zgrany duet 😉 Pogalopowaliśmy sobie dziś ładnie 🙂 Teraz siedzę 20160825_121701 (2)sobie w moim małym, przytulnym pokoiku, umyłam włosy, opiłowałam i pomalowałam pazurki, jakoś tak mam ochotę się uspokoić. Więc pomyślałam sobie, że zajrzę na blog, popiszę sobie o pierdołach i pierdółkach 🙂 I przypomniało mi się podczas mycia włosów, że nic Wam nie pisałam o Małej, a o niej równie można napisać coś ciekawego i śmiesznego, choć lekko smutnego zarazem…

Przybywając na miejsce, podczas wyjazdu, kobietki miały pięcioosobowy pokój, bowiem każda płeć była w osobnym pokoju, bo, jak to stwierdzili, mnie z M. trzeba rozdzielić… Co dla mnie było śmieszne, ale pomimo protestów i śmiechu z mojej strony, postanowili. Później się nawet cieszyłam, że miałam osobny pokój. Było więc kilka łóżek, trzy pojedyncze i jedna wersalka, wąska co prawda. Pomyślałam więc, że wąską wersalkę zajmę ja, wraz z Małą. Małą lepiej mi przesunąć, gdyby w nocy się wierciła, czy odsunąć na bok, a z obcą całkiem osobą nic nie zrobię… Pierwszej nocy w ogóle nie mogłam zasnąć, bo targały mną różne myśli i zastanawiałam się, jak i czy w ogóle podjąć rozmowę z M. , który sam z siebie takiej chęci nie wyraża. Mała wierciła się, kręciła, spała bardzo niespokojnie, coś mruczała, ale wciąż spała bardzo twardym snem. Kiedy już zasnęłam snem płytkim, prawie czuwając, a zostało 3 godziny do pobudki, bo rano miałam umówioną jazdę w teren, nagle wybudziło mnie coś bardzo dziwnego. Leżałam plecami do Małej, twarzą do ściany, tak, żeby nikt nie widział smutku. Nagle usłyszałam głośne „Kici, kici!” Po czym nie zdążyłam się odwrócić, kiedy Mała z całej siły przyłożyła mi dłonią w policzek! Zupełnie nieświadomie. Zabolało. Odwróciłam się, przełożyłam jej rękę. Śpi nadal. Dziewczyny się pobudziły po tekście „Kici, kici! na cały głos, ale każda udaje, że śpią dalej… Po jakichś paru sekundach Mała siada na łóżku i zaczyna szukać picia. Odwracam się więc, żeby zapytać, czego szuka i co jest, łapie ją delikatnie za rękę, a ona w tym momencie się budzi! I zaczyna się niesamowicie szarpać i krzyczeć! Na prawdę dobrze, b3a8327f001ce50e4e5647deze na co dzień pracuję z końmi i nie panikuję w takich przypadkach. Bo w końcu ile razy koń, którego prowadziłam dostał paniki strachu i się szarpał? 😉 Trzymam ją dalej za rękę mocno, mówię, żeby się uspokoiła, że nic się złego nie dzieje… W końcu nie spadła z łóżka i przestała krzyczeć… Napiła się i poszła spać. Leżę dalej, spać mi się już chce, za chwilę trzeba będzie wstać. Dziewczyny nadal udają, że śpią… Ja też już przysypiam, po raz drugi tej nocy i nagle, niespodziewanie, Mała na spaniu wyciąga ręce, maca mnie po twarzy i słyszę „To ty, to ty?”. Zaraz przestaje. Odwracam się znowu, patrzę co się dzieje… Mała śpi w najlepsze. Za chwilę przytula mnie mocno ręką, kładzie nogę na moje udo i znów śpi… Przesuwam ją, ale za minutę jest to samo… Po którymś razie daję spokój. Przytula mnie, jak misia i śpi. Moje ciało drętwieje, przy którymś razie czuję, że zaczynam zjeżdżać z łóżka w szparę pomiędzy łóżkiem i ścianą…

W drugą noc dostałam kolanem w żebra, w trzecią musiałam ją całą przekładać, bo przyszłam dosyć późno, około drugiej w nocy, a Mała już spała, oczywiście na całej wersalce, więc nie miałam gdzie spać. W kolejną noc nie miałam gdzie dać nóg, a innym razem włożyła mi swoją nogę między uda, więc musiałam wyjąć swoją nogę i znów ją przesuwać… Raz by była spadła z łóżka.

Tak właśnie spędziłam piękne noce wyjazdu, kiedy w dzień zasuwałam po osiem razy tam i z powrotem… od domu do atrakcji…. Mała ma jakieś lęki, myślę, że nerwicę też, najprawdopodobniej przez to, co się w działo w rodzinie… Przez co mówi przez sen, wstaje, robi coś, a potem w ogóle nie pamięta tego. Kiedy jej rano opowiadałam, patrzyła na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem.

A miałam tak się wyspać na tej podwójnej wersalce…

Mój Sen o Victorii…

Żyję! Wróciłam do żywych! Wróciłam ze szpitala, a z racji tego, iż prawie na własne żądanie, jestem jeszcze bardzo słaba. Nie mogę dużo pisać, bo bolą mnie ręce, a dokładnie żyły… ( no tak, ja, skazana na bluesa, to jakby inaczej:P)  w związku z czym, opisanie tego wszystkiego, co działo się w ubiegłe dni zostawię sobie na później, kiedy już poczuję się lepiej. A działo się dużo… Nie tylko w sensie zdrowotnym, bo były momenty, kiedy myślałam, że za parę chwil będę już po tamtej stronie i tak też się czułam, ale w sensie psychicznym też.  Ten pobyt w szpitalu był dla mnie kompletnym oderwaniem się od rzeczywistości, życia, wszystko było dziwne, nie do końca zrozumiałe… ale o tym w swoim czasie. Przeżyłam coś dziwnego , a więc napiszę. Mam postanowienie, że zaczynam pisać wiersze częściej niż robiłam to do tej pory. Na razie jednak zapraszam do przeczytania wpisu, który pisałam dawnej, a sądzę, że jest istotny.

Jakież to cudowne uczucie przeleżeć dzień cały w łóżku z zapaleniem wirusowym, nie mogąc nawet podnieść głowy. Jednak oprócz choroby fizycznej coś jeszcze nie daje mi spokoju. Mianowicie sytuacja, która miała miejsce w poniedziałek, i która sprawiła, że w mojej głowie pojawiło się dręczące pytanie „czy ja jestem dobrym człowiekiem”? Oczywiście zależy jakie postawy rozumiemy przez określenie „dobry człowiek”, jednak ja, zakładając, że wierzę w Boga, dobro postrzegam jako nie krzywdzenie innych… Tylko, czy ja tak teraz potrafię? I co tak naprawdę jest skrzywdzeniem drugiej osoby, a co nie?

Zmieniam się, a właściwie to już się zmieniłam. Wpływ na to miało dużo czynników, a w szczególności sytuacja, w jakiej przyszło mi żyć. Tylko, czy można za swoje postępowanie obwiniać sytuację panującą dookoła? Zapewne ma ona jakiś wpływ na postrzeganie świata… Ale zacznę może od początku. W dzieciństwie byłam dobrym, grzecznym dzieckiem. Wychowano mnie w przekonaniach, że człowiek powinien być życzliwy, dobry, pomagać innym i nie żywić urazy, a przebaczać. Piękne, ale czy do spełnienia w dzisiejszym dziewczyna-na-lace,-zolta-laka,-wysoka-trawa-204975świecie? Ze swojego doświadczenia chyba muszę stwierdzić, iż niestety nie, o czym przekonać się musiałam bardzo boleśnie  w prawie dorosłym życiu. Myślę, że jako dziecko i nastolatka byłam dobrym człowiekiem. Nie robiłam nikomu krzywdy, ludzie uważali mnie za osobę dojrzałą jak na swój wiek i odpowiedzialną. Starałam się pomagać innym. Nie chcę tu się absolutnie chwalić, ale udało mi się pomóc paru ludziom, którzy byli w skrajnej sytuacji, łącznie z zagrożeniem życia…( próby samobójcze). Choć może te relacje bywały dla mnie obciążające, czułam się dobrze w tamtych latach mojego życia. Kolokwialnie mówiąc czułam się „czysta” przed sobą, innymi i Bogiem, gdyż nie ukrywam, że gdzieś tam w środku jestem człowiekiem religijnym, choć tak naprawdę nie chodzę do Kościoła co niedzielę i nie modlę się ciągle… I to również jest dziwne, bo moja wiara jakby na nią nie patrzeć chyba jest gdzieś głębiej we mnie, a nie na zewnątrz, tylko czy sama wiara głębsza wystarczy, kiedy „zawala” się  prawie wszystko to, co powinno być na zewnątrz? Temat rzeka, myślę, że rozwinę go w jakiejś innej notce.

Tak więc, jako młoda osoba żyłam sobie pod tym względem błogo, wypełniałam swe chrześcijańskie obowiązki, troszczyłam się o innych, pomagałam… Nie miałam związanych z tym dylematów moralnych, gdyż żyłam w przekonaniu , że postępuje dobrze, jestem dobra i tak, też postrzegali mnie inni ludzie. Schody zaczęły się, gdy ludzie wokoło zaczęli ranić. I to ranić tak bardzo jak tylko można sobie to wyobrazić… W sumie, kiedy teraz podsumowuję to wszystko, to zaczynam dostrzegać, że ludzie ranili mnie przez całe życie, od początku. Najgorsze jest też to, że w tym  najbliżsi, których kochałam i kocham. Tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego w pewnym okresie życia nie wytrzymałam, skoro ranili mnie od samego początku? To było mniej więcej tak, że byłam raniona, ale jako dziecko wytrzymywałam, nie buntowałam się, nie traciłam wiary w to, że ludzie są w głębi dobrzy, pomagałam im nadal, trwałam przy najbliższych, kochając ich, choć nie dostawałam tego samego w zamian, a bynajmniej tego nie czułam. Co więc stało się ze mną teraz? Dlaczego już tak nie potrafię? Myślę, że te wszystkie zranienia i ciosy, które bolały „w sercu”, odcisnęły się gdzieś na mojej psychice przez te wszystkie lata, kiedy zaniedbywałam siebie, swoje potrzeby, skupiając się tylko na innych i ich dobru, a dostając za to w zamian ból i rozgoryczenie zachowaniem czy sytuacjami. Do tego doszło zdarzenie losowe, w którym mimo wszystkich szczerych chęci „straciłam” swojego przyjaciela. Punktem kulminacyjnym natomiast była toksyczna relacja, w której byłam o wszystko winiona, kiedy tak na prawdę nie było ani krzty mojej winy. Bo jaka może być wina w tym, że starałam się zawsze wysłuchać, pomóc, porozmawiać, pocieszyć, wytłumaczyć? Wiele razy cierpiałam, ale o dziwo, za każdym razem kiedy usłyszałam gorzkie słowa, przyjmowałam choćby część ich do siebie, rujnując w ten sposób swoje poczucie wartości. Teraz, kiedy to piszę, sama z siebie się śmieję… Jak mogłam dać sobie tak wpoić, że jestem winna, skoro niczego złego nie zrobiłam? Sądzę, że ta osoba chciała wyrobić we mnie syndrom ofiary za swoje własne błędy, które popełnia… A ja sama ciągle zastanawiałam się, czy ja jestem fair?
Mój punkt patrzenia diametralnie zmienił się, kiedy poznałam M. Dla niego nie byłam winna, mogłam popełniać błędy, nie musiałam udawać, mogłam być po prostu znowu sobą, a on mnie akceptował taką, jaka jestem. I to wydało mi się takie piękne i normalne. Pamiętam, że w tamtym okresie życia tęskniłam za normalnością i właśnie za taką akceptacją mojego życia, moich pasji ( bo w tamtej poprzedniej relacji moje pasje też były głupie, niepotrzebne i złe)  oraz mojej osoby. Mój syndrom ofiary zaczął gdzieś znikać, poczułam się pewna siebie i zdecydowałam się zakończyć tę poprzednią znajomość. Można by powiedzieć, że odcięłam się, bo było mi źle ale również ze względu na M. czułam się wtedy trochę tak, jakbym rezygnowała z tego dla siebie no i dla niego, choć tak naprawdę go jeszcze nie znałam! Nie wiedziałam, czy robię dobrze, zostawiając jakiś czas mojego życia dla osoby, której nie znam dobrze. Jednak jego słowa mnie przekonały, odzyskałam swą wartość  w oczach samej siebie i zaczęłam się bronić, a wiadomo, że jeśli człowiek zaczyna się bronić, to w takich relacjach najczęściej nawiązuje się kłótnia, bo oprawca nie przewiduje, że ofiara zacznie się bronić i chce ją znów sobie podporządkować, świadomie czy też mniej świadomie… Powiedziałam mu więc parę ostrych zdań, oczywiście w sposób kulturalny. I poczułam, że z tym momentem przestaję być dobrym człowiekiem… Skrzywdziłam go w pewien sposób, ale w swojej obronie. Nie wiem, jak wtedy się poczuła ta osoba, bo od tego zdarzenia się odcięłam, nie mogę więc powiedzieć, że to zabolało, bo równie dobrze mogło „spłynąć jak po kaczce”. Podejrzewam, że mogło zaboleć… Nie wiem tylko, czy własna obrona może łagodzić skrzywdzenie kogoś? Prawnie tak, a moralnie…? Jeszcze przed wyjazdem M. powiedziałam mu o tym. Pamiętam, że miałam wyrzuty sumienia, bo zostawiałam człowieka chorego. (Do jakiego stopnia musiała mi ta osoba „wyprać mózg”, skoro czułam się winna, kiedy potrzebna byłam tylko do winienia mnie za wszystko.) A M. po prostu mnie wysłuchał i powiedział tylko jedno zdanie, które obecnie ratuje mnie, kiedy znów dopada mnie poczucie winy. Zrozumiałam przez to, że mam prawo do bycia nieidealną… Bo własnej obrony, bo nie da się być zawsze dobrym człowiekiem, gdyż świat nie jest idealny.

Od tamtych chwil mięło stosunkowo niewiele czasu. Czuję, że jeszcze nie do końca pozbierałam się psychicznie po tym, co mnie spotkało, gdyż nie dopuszczam do siebie nikogo innego płci przeciwnej niż tylko M. Przestałam ufać ludziom, choć relacja z moim nowym członkiem rodziny (bo tak to niestety nazwać muszę ) przywróciła mi  trochę wiary w ludzi, wtedy, kiedy najbardziej ją straciłam. Stałam się jednak nieufna i postanowiłam już nigdy nie dać się skrzywdzić. Dlatego teraz reaguję bardzo impulsywnie, kiedy ktoś wysuwa w moją stronę jakieś bezpodstawne zarzuty, próbuje mnie oceniać czy obrazić (czego też doświadczyłam od tamtej osoby). I wydaje mi się, że takim zachowaniem ranię innych ludzi… Bronię się, często sarkastycznie. I znów wracam do pytania z początku wpisu. Czy sarkazm postawiony w obronie własnej może być usprawiedliwiany? Czy mogę siebie usprawiedliwiać,  jeśli  absolutnie nie chcę krzywdzić innych ale moja psychika jest w tej kwestii na skraju wyczerpania i odruchowo zaczynam bronić mnie, mojej wartości i prawa do własnego zdania? Myślę, że mam prawo się bronić, muszę chyba jednak popracować nad tym, aby uderzać w opinię tej osoby na mój temat czy jej zachowanie, argumenty a nie w nią samą… Choć chyba jeszcze bezpośrednio w nikogo poza człowiekiem, który niszczył mi psychikę nie uderzyłam słownie. Nigdy nie miałam takie zamysłu. A przecież ja też mam prawo dochodzić do siebie pewien czas i wcale nie muszę być idealną. Muszę sobie jednak poradzić z poczuciem winy, które u mnie jest chyba trochę bezpodstawne,bo ja przecież się bronię i to tylko w uzasadnionych sytuacjach. Sama nigdy nikogo z własnej woli nie obraziłam. Na pierwszy rzut oka nie można mi niczego zarzucić. Osoby z mojego otoczenia,( które mnie już długo znają), które zapytałam, co o mnie sądzą nie powiedziały na mój temat ani jednej złej cechy. Wręcz odwrotnie, usłyszałam, że rozsiewam dobro…i jakoś lepiej mi po napisaniu tego, jakże długiego wpisu i przeanalizowaniu wszystkich aspektów tej sytuacji. Wiem jednak, że po tym, czego doświadczyłam zachowuje się różnie, a chciałabym być po prostu dobrym człowiekiem…

A odnośnie brania opinii innych, nieznajomych, czy źle życzących ludzi, znalazłam świetny artykuł na pewnym blogu, do którego zamieszczam link :http://emocjamipisane.blog.pl/2014/06/30/nie-mowmy-o-sobie-zle-inni-chetnie-zrobia-to-za-nas/

-Wiesz Indianer, coś jest nie tak.
-Co jest nie tak?
-Przestałem marzyć, jak człowiek nie marzy- umiera.
-Rysiek, ty żyjesz.
-Nie wiem czego chcę, krzywdzę ludzi…
-Ludzie cie kochają.
-Ludzie się zmieniają.
-My się nie zmieniamy, jesteśmy jak bracia…
( Znów przed oczami mam mojego przyjaciela. Mojego Indianera. Śnił mi się dzisiaj. Przyszedł i wziął mnie za rękę… było mi lepiej.)
https://www.youtube.com/watch?v=qYcYjQ-bHR8

Agat, Daniel i Sara- początki mojego zamiłowania…

A dzisiaj wieczorkiem będzie o moim zwierzaku!  🙂 Wiem, że może to infantylne i bardzo dziecinne, pisać w tym wieku o swoim pierwszym zwierzaku, ale wypisałam się już przynajmniej częściowo na temat swoich smutków i nie chcę tutaj pogłębiać dalej problemu, bo i komu chciało by się czytać kolejny raz, że ktoś na swój sposób cierpi… Takich tekstów powstaje niezliczona ilość na różnego typu blogach, forach, zdjęciach… Po za tym muszę w końcu zacząć myśleć o czymś innym, o czymś co jest teraz, w mojej rzeczywistości dzisiaj, o tym, co mnie otacza. Co prawda, czuję się fatalnie, psychicznie i fizycznie też, mam gorączkę z nie wiadomo jakiego powodu i wszystko mnie boli… co najmniej raz na dzień przeżywam załamanie, czuję, że nie mam siły dalej iść, że życie mnie przygniotło, ale to mija po jakiś  15-30 minutach i zaczynam zbierać siły, dlatego też dziś będzie o moim zwierzaku! ( Kurcze… ile ja już rodzajów załamań miałam… i najlepsze z tego wszystkiego to, że każde wygląda inaczej! 🙂 Może to i banalny temat, ale zapewne ten wpis pozostanie fajnym wspomnieniem i przypomni mi czasy dzieciństwa, a właściwie początku mojego życia…

Otóż, pierwszym zwierzakiem z jakim miałam kontakt w życiu był duży, czarny pies o imieniu Agat. Był to pies moich dziadków, u których się wychowywałam. Historia tego psa była smutna. Ktoś chciał go utopić, kiedy miał trzy lata. Wrzucił go do rzeki z kamieniem uwiązanym do szyi. Na szczęście pies był na tyle duży i silny, że nie poszedł od razu na dno. Za jakąś chwilę wyciągnęli go chłopcy, którzy akurat musieli być w pobliżu i zauważyć psa z Agatkamieniem u szyi… Zaprowadzili go więc do schroniska. Pamiętam, jak dziadkowie mi opowiadali, że kiedy pojechali oglądać psy, bo potrzebowali psa do budy, aby pilnował domu i ogrodu, ten właśnie podszedł do babci, położył łeb na kolana i się w nim „zakochała”… I tak trafił Agat do naszej rodziny. Na jej i nasze nieszczęście pies nie okazał się aż tak miły jak podczas pierwszego spotkania. Potrafił uciec i nie wracać przez kilka dni. Pamiętam, że jako dziecko bałam się o niego, gdy uciekał, a było to z dobrych pięć- siedem razy, nie cierpiał kotów i oczywiście bał się wody jak ognia. Nie można go było spokojnie wykąpać. Po za tym był to kochany pies, oddany, przyjacielski, posłuszny. Ot, typowy pies do budy, ale bardzo go lubiłam. Spędził z nami całe swe dalsze psie życie, kiedy miał 17 lat zachorował, podobnież ze starości. Weterynarz powiedział, że najlepiej będzie go uśpić, bo po podaniu witamin wzmocni się tylko na krótki czas… Tak więc uśpiliśmy go, z łzami w oczach. Wszystkie trzy wtedy płakałyśmy, ja, mama i babcia. Pamiętam jak tata z dziadkiem kopali dół, żeby go tam zakopać. Zakopali zaraz przy miejscu, gdzie teraz są padoki. Po psie Agacie miałam zadrapanie pod okiem, bo wskoczył na mnie z radości na mój widok, gdy byłam małym dzieckiem, jego dawną smycz, na której później chodziła moja… koza. Tak, koza… 🙂 i wspomnienie, kiedy przez przypadek wypuściłam go z ogrodu… wtedy znów przyszedł dopiero po kilku dniach… Przed Agatem był jeszcze Borys i Chaber, ale nie mogę ich pamiętać, gdyż wtedy moja mama miała kilka, może kilkanaście lat.  Do towarzystwa zaliczał się jeszcze duży kot, Daniel, którego pamiętam jak przez mgłę, ale wiem jak wyglądał…Nie mam z nim za dużo wspomnień, bo nie był to zwierzak towarzyski. Chodził swoimi drogami i nie trzymał się z rodziną.  Podobnież, że był życiowo nieporadny, któregoś dnia wyszedł z domu i już nie wrócił, więc chyba musiało mu się coś stał 😦

Trzecim, już moim zwierzakiem był kot, a właściwie kotka, która była kotem… Było to moje własne, pierwsze wymarzone zwierzątko! Miałam może pięć lat no i wymarzyło mi się zwierzątko… więc na dzień dziecka postanowili mi sprawić kota. pamiętam, jak ją taka pani o blond włosach przyniosła, taka mała kulka z niej była (z kotki, nie z pani ;-).od razu się schowała za lodówkę i nie chciała wyjść. Tata musiał ją wyciągać  zza tej lodówki 🙂 I wszystko było fajnie, kot był, dostał imię Sambor. I dalej byłoby fajnie, gdyby Sambor nie Digital Cameraokazał się być Sarką… To znaczy kotką, która po jakimś czasie bycia Samborem urodziła śliczne, małe kocięta. Pamiętam, że z pierwszego miotu mieliśmy Rzepka, kocurka ze śliniaczkiem. Niestety, Rzepkowi się coś stało bodajże jak miał rok, zginął, nawet nie wiem gdzie i kiedy. Miałam wtedy może z 7 lat… Drugim kotkiem był Groszek, był śliczny! Cały czarny i miał zielone oczy, które świeciły w ciemności. Niestety, zatruł się czymś, cierpiał kilka dni i kiedy pewnego dnia przyszłam ze szkoły, już był zakopany… 😦 Zdecydowaliśmy się wysterylizować naszą Sarkę, żeby już więcej ani ona nie cierpiała ani my, a w szczególności ja, bo zżywałam się z tymi małymi kociętami, bo to ja się nimi cały czas zajmowałam… Nawet jak teraz o tym myślę, to kurcze… jakie małe kotki są fajne!! Ach.. Nie do opisania 🙂 Z Sarką mam mnóstwo wspomnień, np. to jak „czekałyśmy” na przyjazd mojego największego jak dotąd zwierzaka, Jackiego i zamianę Nelsona… ale o tym chciałabym napisać w osobnej notce. Sarka wciąż żyję, ma się w miarę dobrze mimo kilku drobnych zachorowań jakie miała w swoim życiu. Ten kotek jest bardzo ze mną zżyty. Kiedy mnie nie ma w domu przez dwa dni potrafi wariować. Wskakuje na meble, miauczy, biega po całym domu. Taki, bardzo rodzinny i towarzyski kotek, z szalonymi pomysłami i werwą do zabawy, pomimo swego, podeszłego już wieku. Spędziłam z tym zwierzakiem całe swe dzieciństwo praktycznie i zapewne kiedyś będzie mi jej bardzo brakować… bo Sarka zawsze była, zawsze w moim domu. Zawsze przychodzi się przywitać, siedzi rano ze mną przy śniadaniu na ławie przy stole, włazi na kolana, śpi w nogach na mojej kołderce… Nawet był kiedyś taki czas, że przychodziła i patrzyła jak odrabiałam lekcje… Przywiązałam się do tego kotka…

Eh… to były czasy… 🙂

O reszcie zwierzaków napiszę niebawem… c d n.