Jesienny spacer i wzruszenie

Przed chwileczką wróciłam ze spaceru, byłam na spacerze z Panem ze skrzydłami, w jego stronach. Widziałam tez konia biegającego po lace, tak czystej, zielonej łące nad którą roztaczało się błękitne niebo, było niebieskie, bardzo niebieskie….

Przypomniały mi się dawne lata, lata dzieciństwa, błogości, kiedy świat miał inny wymiar, wydawał się piękniejszy. Przypomniało mi to chyba słonce. Kat padania słońca się zmienia… Zaczyna się powolna jesień. Z jednej strony kocham ten czas, z drugiej jest mi smutno, że lato już odchodzi w zapomnienie…

Tak, to słońce tak specyficzne przypomniało mi czas dzieciństwa, najbardziej je pamiętam… Prawie jesienne, piękne słonce które…. Się kończy… Tak bardzo wtedy chciałam je przy sobie zatrzymać, tak bardzo chciałabym m moc zatrzymać je teraz…

plakaty-pozne-lato-zachod-slonca-jesien-w-parku

Lew, Czarownica, Stara szafa i kawałek Dzikiego Zachodu

Dni mijają wolno i leniwie. Właściwie nic ciekawego się nie dzieje. M. wyjechał… ma jeszcze wrócić. Nie mam z nim kontaktu, ale myślę, że nie o kontakt tu chodzi, tylko o szczerą rozmowę… Nic nie jest w stanie jej zastąpić, żadne telefoniczne rozmowy czy teksty pisane. To zupełnie inny kontakt… Podobnież do Małej też się nie odzywa. Swoją matkę również traktuje z dużym dystansem. Z tych strzępków informacji, które do mnie docierają wychodzi na to, że jest smutniejszy niż rok temu, bardziej zdystansowany do rodziny i obojętny na wszystko… U matki nocować nie chce, kiedy teraz mógłby, bo nie mieszka tam już jej partner. Szczerze mówiąc nie dziwie się mu. Też nie chciałabym mieszkać u kogoś, kto za dziecka mnie wyganiał z domu, podczas nietrzeźwych akcji. Podejrzewam, że bicie też było… Mała tylko raz mi opowiadała, jak M. ją zabrał i uciekali z domu, w deszczu. Reszty nie pamięta, bo była małym dzieckiem… opowiedziała mi też, jak M. trafił do ojca. Podobno nowy partner jego matki powiedział, że zrobi mu krzywdę nożem… Matka z Małą uciekły do innego pokoju, potem twierdziły, że nie było świadków… Eh… też pewnie nie chciałabym wrócić do takiego mieszkania, nawet po latach.  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matka M. teoretycznie jest moją przybraną „siostrą” i rodzinka oczekuje ode mnie, że będę się z nią przyjaźnić… Tak to odbieram, z kobietą pod 40, która wyrządzała krzywdy swojemu dziecku, z resztą podobne jak moja Matka, w pewnym okresie mojego życia… Może dlatego potrafimy o tym pogadać z M.? Są bowiem sytuacje, które trzeba przeżyć, żeby zrozumieć ilość emocji, jakie się w nich odczuwa… Kiedy pojechali na wakacje, odesłała M. do domu, podczas, gdy sama z Małą i partnerem została na kolejny tydzień, a tłumaczyła to brakiem gotówki… W tym roku robi to samo. My wracamy, a ona zostaje z Małą na dłużej. M. pewnie będzie przykro… Chyba, że się już otrząsnął i przestał zabiegać. On cały czas jest odtrącany… Matka tylko udaje, że jej zależy, ojciec każe pracować na siebie, bo jak nie wykona określonych zadań, to nie będzie żadnego kieszonkowego, a i potrzepać potrafi… Dziadek się bawi w najlepsze z moją mamą…  Trochę mi go żal z tego powodu. Nie dziwi mnie fakt, że chłopak ma obtłuczoną psychikę…

Wczoraj oglądałam sobie  ekranizację „Opowieści z Narnii- Lew, Czarownica i Stara szafa.” Wszyscy chyba znają tę powieść. Stara, ale obejrzałam ją dopiero drugi raz. Książka, którą pamiętam z mojego dzieciństwa…Muszę przyznać, że jako dziecko miałam dość bujną wyobraźnię. Może nie tworzyłam niewidzialnych przyjaciół, ale tworzyłam sobie w głowie   równoległe krainy, utkane z marzeń. To chyba w nie uciekałam, gdy w rzeczywistości aż kłębiło się od problemów. Teraz inaczej patrzę na tego typu powieści. Dla mnie 1969_4osobiście zarówno książka, jak i ekranizacja powieści są genialne! Nie dlatego, że występują w nich dziwaczne stwory, a całość zatapia się w irracjonalnym świecie Narnii, ale dlatego, że to historia oparta na ideałach, wierze, determinacji, ludzkiej życzliwości, przyjaźni i miłości… Podczas oglądania tego przypomniały mi się ideały z dawnych lat, w które wierzyłam, jako dziecko, a które po części zostały zdeformowane przez kolej losu… Te prawdziwe… Zawsze była we mnie jakieś ideały większe niż „tu i teraz”, ” dzisiejsza codzienność” i „byle jakoś fajnie spędzić parę kolejnych dni.” Chyba mało kto przypuszczałby, że marzenia o wolności, poświęcenie, walkę za przyjaciół można wykształcić sobie na przykładzie baśni, czy powieści fantasy… Ale coś w tym chyba jest.  Ktoś kiedyś oglądał Mustanga z Dzikiej Doliny? Ja oglądałam go na okrągło, kiedy byłam dzieckiem i bez wątpienia powiem, że jest to jedna z najlepszych bajek, do tego rysowana na papierze, więc ukłony należą się twórcą. Nikt już chyba nie wierzy w dzisiejszym świecie w magiczne krainy… Oprócz mnie! Tak, z pełną odpowiedzialnością pisze, że myślę, iż takie krainy mogą istnieć, jeśli sami tego chcemy, jeśli potrafimy zobaczyć piękno otaczającego świata, jeśli potrafimy zmusić naszą wyobraźnię do wysiłku, do zanurzenia się w marzeniach…  Ideały i wartości chyba właśnie też tak się we mnie kształtowały, poprzez różne historie, które miałam okazję oglądać. Naszła mnie więc taka refleksja dotycząca dzisiejszych dzieci… Czy istnieją dzisiaj opowieści, z których mogłyby również czerpać? Na których mogłyby się kształtować? Zapytane jaką książkę ostatnio przeczytały, zapewne odpowiedzą, że facebooka. Nie twierdzę, ze technologia jest zła. Jest dużym ułatwieniem życia, ale zabiera dorobek setek lat… Tak niewiele dzieci dziś czyta książki… Potem w smsach nie wiedzą, gdzie nawet postawić przecinek. (Przykład Małej) Albo czy w ogóle zdanie zakończyć kropką czy nie. Z drugiej strony, czy dziś znajdziemy bajkę lub opowieść godną pokazania najmłodszym? Kiedyś były Opowieści z Narnii, Tarzan, 101 Dalmatyńczyków, Mustang z Dzikiej Doliny, cf8843950010702a4fd010d4Steward Malutki, Barbie, Shrek, Bracia Grimm i całe mnóstwo innych, które się oglądało i które czegoś uczyły, na coś zwracały uwagę… Dziś? Jedyną miłą bajką, którą kojarzę jest Kraina Lodu… Dzieci wychowuje się na CS-ach, grach, strzelankach, a jeśli już powstanie jakaś historia, jest to opowieść o robotach, albo jakiś potworach zatopionych w technologii. Oprócz tego mamy jeszcze do wyboru Pingwiny z Madagaskaru, w którym to dzieciom pokazuje się np. imprezy na przykładzie zwierząt, które w ogóle nie wyglądają jak zwierzęta. To przykre. Trzeba będzie zachować stare bajki, baśnie, czy opowieści… aby ktoś jeszcze mógł z nich coś wynieść i przełożyć to na ten nasz, tak bardzo już technologiczny świat…

Poniżej kilka moich ulubionych fragmentów ze wspomnień dzieciństwa… Pokazana w bajce Kraina dzikiego Zachodu istnieje naprawdę, mam kontakt z człowiekiem, który tam żyje… Może keidyś spałni się moje marzenie, żeby tam pojechać i pogalopować po tych stepach… 🙂

To były czasy…

Z wizytą na Nikiszowcu…

Jakiś czas temu wybrałam się z ojczymem i Małą  na wycieczkę do Nikiszowca. Dzielnica składająca się z typowych śląskich familoków przywołała we mnie wspomnienia o Skazanym na bluesa. Ale nie tylko o nim. Wróciły też moje wspomnienia, jednak muszę przyznać, że dobrze mi z tym było. Klimat tych ciasnych uliczek, placów zabaw, na których bawią się dzieci…. Mali chłopcy, biegający samopas, z jedną, dziurawa piłką… Niepowtarzalny klimat, wspomnienia. To piękne, że w niektórych zakątkach polski ludzie jeszcze tak żyją…  Ci chłopcy to symbol dzieciństwa dzieci z tych rodzin… To symbol tego miejsca. Takiego biednego, małego, dziecięcego życia wśród bloków, wśród kamienic. Jakoś fascynuje mnie ten świat. Świat biedy, kiedyś alkoholu, prostoty i… kopalni… Tam wszystko kręci się wokół kopalni i pracy na niej…

Poniżej kilka moich zdjęć z tego świata…

20160630_163106

20160630_163529

cropped-20160630_164047.jpg

20160630_163926

20160630_164639

20160630_164604

20160630_164818

20160630_164405

Mój Sen o Victorii…

Żyję! Wróciłam do żywych! Wróciłam ze szpitala, a z racji tego, iż prawie na własne żądanie, jestem jeszcze bardzo słaba. Nie mogę dużo pisać, bo bolą mnie ręce, a dokładnie żyły… ( no tak, ja, skazana na bluesa, to jakby inaczej:P)  w związku z czym, opisanie tego wszystkiego, co działo się w ubiegłe dni zostawię sobie na później, kiedy już poczuję się lepiej. A działo się dużo… Nie tylko w sensie zdrowotnym, bo były momenty, kiedy myślałam, że za parę chwil będę już po tamtej stronie i tak też się czułam, ale w sensie psychicznym też.  Ten pobyt w szpitalu był dla mnie kompletnym oderwaniem się od rzeczywistości, życia, wszystko było dziwne, nie do końca zrozumiałe… ale o tym w swoim czasie. Przeżyłam coś dziwnego , a więc napiszę. Mam postanowienie, że zaczynam pisać wiersze częściej niż robiłam to do tej pory. Na razie jednak zapraszam do przeczytania wpisu, który pisałam dawnej, a sądzę, że jest istotny.

Jakież to cudowne uczucie przeleżeć dzień cały w łóżku z zapaleniem wirusowym, nie mogąc nawet podnieść głowy. Jednak oprócz choroby fizycznej coś jeszcze nie daje mi spokoju. Mianowicie sytuacja, która miała miejsce w poniedziałek, i która sprawiła, że w mojej głowie pojawiło się dręczące pytanie „czy ja jestem dobrym człowiekiem”? Oczywiście zależy jakie postawy rozumiemy przez określenie „dobry człowiek”, jednak ja, zakładając, że wierzę w Boga, dobro postrzegam jako nie krzywdzenie innych… Tylko, czy ja tak teraz potrafię? I co tak naprawdę jest skrzywdzeniem drugiej osoby, a co nie?

Zmieniam się, a właściwie to już się zmieniłam. Wpływ na to miało dużo czynników, a w szczególności sytuacja, w jakiej przyszło mi żyć. Tylko, czy można za swoje postępowanie obwiniać sytuację panującą dookoła? Zapewne ma ona jakiś wpływ na postrzeganie świata… Ale zacznę może od początku. W dzieciństwie byłam dobrym, grzecznym dzieckiem. Wychowano mnie w przekonaniach, że człowiek powinien być życzliwy, dobry, pomagać innym i nie żywić urazy, a przebaczać. Piękne, ale czy do spełnienia w dzisiejszym dziewczyna-na-lace,-zolta-laka,-wysoka-trawa-204975świecie? Ze swojego doświadczenia chyba muszę stwierdzić, iż niestety nie, o czym przekonać się musiałam bardzo boleśnie  w prawie dorosłym życiu. Myślę, że jako dziecko i nastolatka byłam dobrym człowiekiem. Nie robiłam nikomu krzywdy, ludzie uważali mnie za osobę dojrzałą jak na swój wiek i odpowiedzialną. Starałam się pomagać innym. Nie chcę tu się absolutnie chwalić, ale udało mi się pomóc paru ludziom, którzy byli w skrajnej sytuacji, łącznie z zagrożeniem życia…( próby samobójcze). Choć może te relacje bywały dla mnie obciążające, czułam się dobrze w tamtych latach mojego życia. Kolokwialnie mówiąc czułam się „czysta” przed sobą, innymi i Bogiem, gdyż nie ukrywam, że gdzieś tam w środku jestem człowiekiem religijnym, choć tak naprawdę nie chodzę do Kościoła co niedzielę i nie modlę się ciągle… I to również jest dziwne, bo moja wiara jakby na nią nie patrzeć chyba jest gdzieś głębiej we mnie, a nie na zewnątrz, tylko czy sama wiara głębsza wystarczy, kiedy „zawala” się  prawie wszystko to, co powinno być na zewnątrz? Temat rzeka, myślę, że rozwinę go w jakiejś innej notce.

Tak więc, jako młoda osoba żyłam sobie pod tym względem błogo, wypełniałam swe chrześcijańskie obowiązki, troszczyłam się o innych, pomagałam… Nie miałam związanych z tym dylematów moralnych, gdyż żyłam w przekonaniu , że postępuje dobrze, jestem dobra i tak, też postrzegali mnie inni ludzie. Schody zaczęły się, gdy ludzie wokoło zaczęli ranić. I to ranić tak bardzo jak tylko można sobie to wyobrazić… W sumie, kiedy teraz podsumowuję to wszystko, to zaczynam dostrzegać, że ludzie ranili mnie przez całe życie, od początku. Najgorsze jest też to, że w tym  najbliżsi, których kochałam i kocham. Tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego w pewnym okresie życia nie wytrzymałam, skoro ranili mnie od samego początku? To było mniej więcej tak, że byłam raniona, ale jako dziecko wytrzymywałam, nie buntowałam się, nie traciłam wiary w to, że ludzie są w głębi dobrzy, pomagałam im nadal, trwałam przy najbliższych, kochając ich, choć nie dostawałam tego samego w zamian, a bynajmniej tego nie czułam. Co więc stało się ze mną teraz? Dlaczego już tak nie potrafię? Myślę, że te wszystkie zranienia i ciosy, które bolały „w sercu”, odcisnęły się gdzieś na mojej psychice przez te wszystkie lata, kiedy zaniedbywałam siebie, swoje potrzeby, skupiając się tylko na innych i ich dobru, a dostając za to w zamian ból i rozgoryczenie zachowaniem czy sytuacjami. Do tego doszło zdarzenie losowe, w którym mimo wszystkich szczerych chęci „straciłam” swojego przyjaciela. Punktem kulminacyjnym natomiast była toksyczna relacja, w której byłam o wszystko winiona, kiedy tak na prawdę nie było ani krzty mojej winy. Bo jaka może być wina w tym, że starałam się zawsze wysłuchać, pomóc, porozmawiać, pocieszyć, wytłumaczyć? Wiele razy cierpiałam, ale o dziwo, za każdym razem kiedy usłyszałam gorzkie słowa, przyjmowałam choćby część ich do siebie, rujnując w ten sposób swoje poczucie wartości. Teraz, kiedy to piszę, sama z siebie się śmieję… Jak mogłam dać sobie tak wpoić, że jestem winna, skoro niczego złego nie zrobiłam? Sądzę, że ta osoba chciała wyrobić we mnie syndrom ofiary za swoje własne błędy, które popełnia… A ja sama ciągle zastanawiałam się, czy ja jestem fair?
Mój punkt patrzenia diametralnie zmienił się, kiedy poznałam M. Dla niego nie byłam winna, mogłam popełniać błędy, nie musiałam udawać, mogłam być po prostu znowu sobą, a on mnie akceptował taką, jaka jestem. I to wydało mi się takie piękne i normalne. Pamiętam, że w tamtym okresie życia tęskniłam za normalnością i właśnie za taką akceptacją mojego życia, moich pasji ( bo w tamtej poprzedniej relacji moje pasje też były głupie, niepotrzebne i złe)  oraz mojej osoby. Mój syndrom ofiary zaczął gdzieś znikać, poczułam się pewna siebie i zdecydowałam się zakończyć tę poprzednią znajomość. Można by powiedzieć, że odcięłam się, bo było mi źle ale również ze względu na M. czułam się wtedy trochę tak, jakbym rezygnowała z tego dla siebie no i dla niego, choć tak naprawdę go jeszcze nie znałam! Nie wiedziałam, czy robię dobrze, zostawiając jakiś czas mojego życia dla osoby, której nie znam dobrze. Jednak jego słowa mnie przekonały, odzyskałam swą wartość  w oczach samej siebie i zaczęłam się bronić, a wiadomo, że jeśli człowiek zaczyna się bronić, to w takich relacjach najczęściej nawiązuje się kłótnia, bo oprawca nie przewiduje, że ofiara zacznie się bronić i chce ją znów sobie podporządkować, świadomie czy też mniej świadomie… Powiedziałam mu więc parę ostrych zdań, oczywiście w sposób kulturalny. I poczułam, że z tym momentem przestaję być dobrym człowiekiem… Skrzywdziłam go w pewien sposób, ale w swojej obronie. Nie wiem, jak wtedy się poczuła ta osoba, bo od tego zdarzenia się odcięłam, nie mogę więc powiedzieć, że to zabolało, bo równie dobrze mogło „spłynąć jak po kaczce”. Podejrzewam, że mogło zaboleć… Nie wiem tylko, czy własna obrona może łagodzić skrzywdzenie kogoś? Prawnie tak, a moralnie…? Jeszcze przed wyjazdem M. powiedziałam mu o tym. Pamiętam, że miałam wyrzuty sumienia, bo zostawiałam człowieka chorego. (Do jakiego stopnia musiała mi ta osoba „wyprać mózg”, skoro czułam się winna, kiedy potrzebna byłam tylko do winienia mnie za wszystko.) A M. po prostu mnie wysłuchał i powiedział tylko jedno zdanie, które obecnie ratuje mnie, kiedy znów dopada mnie poczucie winy. Zrozumiałam przez to, że mam prawo do bycia nieidealną… Bo własnej obrony, bo nie da się być zawsze dobrym człowiekiem, gdyż świat nie jest idealny.

Od tamtych chwil mięło stosunkowo niewiele czasu. Czuję, że jeszcze nie do końca pozbierałam się psychicznie po tym, co mnie spotkało, gdyż nie dopuszczam do siebie nikogo innego płci przeciwnej niż tylko M. Przestałam ufać ludziom, choć relacja z moim nowym członkiem rodziny (bo tak to niestety nazwać muszę ) przywróciła mi  trochę wiary w ludzi, wtedy, kiedy najbardziej ją straciłam. Stałam się jednak nieufna i postanowiłam już nigdy nie dać się skrzywdzić. Dlatego teraz reaguję bardzo impulsywnie, kiedy ktoś wysuwa w moją stronę jakieś bezpodstawne zarzuty, próbuje mnie oceniać czy obrazić (czego też doświadczyłam od tamtej osoby). I wydaje mi się, że takim zachowaniem ranię innych ludzi… Bronię się, często sarkastycznie. I znów wracam do pytania z początku wpisu. Czy sarkazm postawiony w obronie własnej może być usprawiedliwiany? Czy mogę siebie usprawiedliwiać,  jeśli  absolutnie nie chcę krzywdzić innych ale moja psychika jest w tej kwestii na skraju wyczerpania i odruchowo zaczynam bronić mnie, mojej wartości i prawa do własnego zdania? Myślę, że mam prawo się bronić, muszę chyba jednak popracować nad tym, aby uderzać w opinię tej osoby na mój temat czy jej zachowanie, argumenty a nie w nią samą… Choć chyba jeszcze bezpośrednio w nikogo poza człowiekiem, który niszczył mi psychikę nie uderzyłam słownie. Nigdy nie miałam takie zamysłu. A przecież ja też mam prawo dochodzić do siebie pewien czas i wcale nie muszę być idealną. Muszę sobie jednak poradzić z poczuciem winy, które u mnie jest chyba trochę bezpodstawne,bo ja przecież się bronię i to tylko w uzasadnionych sytuacjach. Sama nigdy nikogo z własnej woli nie obraziłam. Na pierwszy rzut oka nie można mi niczego zarzucić. Osoby z mojego otoczenia,( które mnie już długo znają), które zapytałam, co o mnie sądzą nie powiedziały na mój temat ani jednej złej cechy. Wręcz odwrotnie, usłyszałam, że rozsiewam dobro…i jakoś lepiej mi po napisaniu tego, jakże długiego wpisu i przeanalizowaniu wszystkich aspektów tej sytuacji. Wiem jednak, że po tym, czego doświadczyłam zachowuje się różnie, a chciałabym być po prostu dobrym człowiekiem…

A odnośnie brania opinii innych, nieznajomych, czy źle życzących ludzi, znalazłam świetny artykuł na pewnym blogu, do którego zamieszczam link :http://emocjamipisane.blog.pl/2014/06/30/nie-mowmy-o-sobie-zle-inni-chetnie-zrobia-to-za-nas/

-Wiesz Indianer, coś jest nie tak.
-Co jest nie tak?
-Przestałem marzyć, jak człowiek nie marzy- umiera.
-Rysiek, ty żyjesz.
-Nie wiem czego chcę, krzywdzę ludzi…
-Ludzie cie kochają.
-Ludzie się zmieniają.
-My się nie zmieniamy, jesteśmy jak bracia…
( Znów przed oczami mam mojego przyjaciela. Mojego Indianera. Śnił mi się dzisiaj. Przyszedł i wziął mnie za rękę… było mi lepiej.)
https://www.youtube.com/watch?v=qYcYjQ-bHR8

Agat, Daniel i Sara- początki mojego zamiłowania…

A dzisiaj wieczorkiem będzie o moim zwierzaku!  🙂 Wiem, że może to infantylne i bardzo dziecinne, pisać w tym wieku o swoim pierwszym zwierzaku, ale wypisałam się już przynajmniej częściowo na temat swoich smutków i nie chcę tutaj pogłębiać dalej problemu, bo i komu chciało by się czytać kolejny raz, że ktoś na swój sposób cierpi… Takich tekstów powstaje niezliczona ilość na różnego typu blogach, forach, zdjęciach… Po za tym muszę w końcu zacząć myśleć o czymś innym, o czymś co jest teraz, w mojej rzeczywistości dzisiaj, o tym, co mnie otacza. Co prawda, czuję się fatalnie, psychicznie i fizycznie też, mam gorączkę z nie wiadomo jakiego powodu i wszystko mnie boli… co najmniej raz na dzień przeżywam załamanie, czuję, że nie mam siły dalej iść, że życie mnie przygniotło, ale to mija po jakiś  15-30 minutach i zaczynam zbierać siły, dlatego też dziś będzie o moim zwierzaku! ( Kurcze… ile ja już rodzajów załamań miałam… i najlepsze z tego wszystkiego to, że każde wygląda inaczej! 🙂 Może to i banalny temat, ale zapewne ten wpis pozostanie fajnym wspomnieniem i przypomni mi czasy dzieciństwa, a właściwie początku mojego życia…

Otóż, pierwszym zwierzakiem z jakim miałam kontakt w życiu był duży, czarny pies o imieniu Agat. Był to pies moich dziadków, u których się wychowywałam. Historia tego psa była smutna. Ktoś chciał go utopić, kiedy miał trzy lata. Wrzucił go do rzeki z kamieniem uwiązanym do szyi. Na szczęście pies był na tyle duży i silny, że nie poszedł od razu na dno. Za jakąś chwilę wyciągnęli go chłopcy, którzy akurat musieli być w pobliżu i zauważyć psa z Agatkamieniem u szyi… Zaprowadzili go więc do schroniska. Pamiętam, jak dziadkowie mi opowiadali, że kiedy pojechali oglądać psy, bo potrzebowali psa do budy, aby pilnował domu i ogrodu, ten właśnie podszedł do babci, położył łeb na kolana i się w nim „zakochała”… I tak trafił Agat do naszej rodziny. Na jej i nasze nieszczęście pies nie okazał się aż tak miły jak podczas pierwszego spotkania. Potrafił uciec i nie wracać przez kilka dni. Pamiętam, że jako dziecko bałam się o niego, gdy uciekał, a było to z dobrych pięć- siedem razy, nie cierpiał kotów i oczywiście bał się wody jak ognia. Nie można go było spokojnie wykąpać. Po za tym był to kochany pies, oddany, przyjacielski, posłuszny. Ot, typowy pies do budy, ale bardzo go lubiłam. Spędził z nami całe swe dalsze psie życie, kiedy miał 17 lat zachorował, podobnież ze starości. Weterynarz powiedział, że najlepiej będzie go uśpić, bo po podaniu witamin wzmocni się tylko na krótki czas… Tak więc uśpiliśmy go, z łzami w oczach. Wszystkie trzy wtedy płakałyśmy, ja, mama i babcia. Pamiętam jak tata z dziadkiem kopali dół, żeby go tam zakopać. Zakopali zaraz przy miejscu, gdzie teraz są padoki. Po psie Agacie miałam zadrapanie pod okiem, bo wskoczył na mnie z radości na mój widok, gdy byłam małym dzieckiem, jego dawną smycz, na której później chodziła moja… koza. Tak, koza… 🙂 i wspomnienie, kiedy przez przypadek wypuściłam go z ogrodu… wtedy znów przyszedł dopiero po kilku dniach… Przed Agatem był jeszcze Borys i Chaber, ale nie mogę ich pamiętać, gdyż wtedy moja mama miała kilka, może kilkanaście lat.  Do towarzystwa zaliczał się jeszcze duży kot, Daniel, którego pamiętam jak przez mgłę, ale wiem jak wyglądał…Nie mam z nim za dużo wspomnień, bo nie był to zwierzak towarzyski. Chodził swoimi drogami i nie trzymał się z rodziną.  Podobnież, że był życiowo nieporadny, któregoś dnia wyszedł z domu i już nie wrócił, więc chyba musiało mu się coś stał 😦

Trzecim, już moim zwierzakiem był kot, a właściwie kotka, która była kotem… Było to moje własne, pierwsze wymarzone zwierzątko! Miałam może pięć lat no i wymarzyło mi się zwierzątko… więc na dzień dziecka postanowili mi sprawić kota. pamiętam, jak ją taka pani o blond włosach przyniosła, taka mała kulka z niej była (z kotki, nie z pani ;-).od razu się schowała za lodówkę i nie chciała wyjść. Tata musiał ją wyciągać  zza tej lodówki 🙂 I wszystko było fajnie, kot był, dostał imię Sambor. I dalej byłoby fajnie, gdyby Sambor nie Digital Cameraokazał się być Sarką… To znaczy kotką, która po jakimś czasie bycia Samborem urodziła śliczne, małe kocięta. Pamiętam, że z pierwszego miotu mieliśmy Rzepka, kocurka ze śliniaczkiem. Niestety, Rzepkowi się coś stało bodajże jak miał rok, zginął, nawet nie wiem gdzie i kiedy. Miałam wtedy może z 7 lat… Drugim kotkiem był Groszek, był śliczny! Cały czarny i miał zielone oczy, które świeciły w ciemności. Niestety, zatruł się czymś, cierpiał kilka dni i kiedy pewnego dnia przyszłam ze szkoły, już był zakopany… 😦 Zdecydowaliśmy się wysterylizować naszą Sarkę, żeby już więcej ani ona nie cierpiała ani my, a w szczególności ja, bo zżywałam się z tymi małymi kociętami, bo to ja się nimi cały czas zajmowałam… Nawet jak teraz o tym myślę, to kurcze… jakie małe kotki są fajne!! Ach.. Nie do opisania 🙂 Z Sarką mam mnóstwo wspomnień, np. to jak „czekałyśmy” na przyjazd mojego największego jak dotąd zwierzaka, Jackiego i zamianę Nelsona… ale o tym chciałabym napisać w osobnej notce. Sarka wciąż żyję, ma się w miarę dobrze mimo kilku drobnych zachorowań jakie miała w swoim życiu. Ten kotek jest bardzo ze mną zżyty. Kiedy mnie nie ma w domu przez dwa dni potrafi wariować. Wskakuje na meble, miauczy, biega po całym domu. Taki, bardzo rodzinny i towarzyski kotek, z szalonymi pomysłami i werwą do zabawy, pomimo swego, podeszłego już wieku. Spędziłam z tym zwierzakiem całe swe dzieciństwo praktycznie i zapewne kiedyś będzie mi jej bardzo brakować… bo Sarka zawsze była, zawsze w moim domu. Zawsze przychodzi się przywitać, siedzi rano ze mną przy śniadaniu na ławie przy stole, włazi na kolana, śpi w nogach na mojej kołderce… Nawet był kiedyś taki czas, że przychodziła i patrzyła jak odrabiałam lekcje… Przywiązałam się do tego kotka…

Eh… to były czasy… 🙂

O reszcie zwierzaków napiszę niebawem… c d n.