Moje życie w jakimś stopniu się skończyło razem z nim… Wszystko legło w gruzach…

Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, co mam czuć. Czy ta historia powinna się skończyć już? Pewnie tak, nie wiem czy będę potrafiła… Przyjechał do mnie we wtorek, 30.04. Poszliśmy na spacer do lasu, tam zaczął mnie miziać, dobierać się do mnie, powiedział, że chciałby się ze mną kochać. Złożył mi pocałunek na ustach, tak słodkiego pocałunku jeszcze nigdy w życiu nie dostałam… Potem ja go pocałowałam. Żałuję, ale nie wiedziałam, że to wszystko jest tak pokićkane. Było mi miło z nim, choć do niczego konkretnrgo nie doszło, w sumie to o  mały włos… A potem, potem kiedy poszliśmy do parku zaczął opowiadać. O swojej utrzymance, z która mieszka 5 lat, o swojej kochance, którą bardzo kocha, z którą planował przyszłość. Dał mi przeczytać swoje wuznania do niej, swoje wiadomości, to było upokarzające. Dostałam cios. Opowiadał o tym, jak się kochali. Kolejny cios. Pogadaliśmy chwilę w aucie, o tym, że gdyby nie ona, to myśli, że jakoś byśmy się dogadali… Ja powiedziałam mu, ze nie wiem już kim dla niego jestem. W końcu zaczeło mnie trząść i zwymiotowałam przy jego samochodzie z tego stresu. A potem, kiedy pojechaliśmy do restauracji dalej mnie tulił i trzymał za rękę. Na koniec spacer, w tym samym miejscu, co ostatnio też za rękę. Na koniec rozmowa, gdzie postanowilismy, że zostaniemy przyjaciółmi, bo chciałam, by choć między nami była jasność. Ale teraz ja już nie wiem, czy tego chcę… Mam totalny mętlik w głowie.Powiedział, ze potrzebuje czasu, ja chyba też.

Są chwile, kiedy nie chciałam pozwolić mu odejść, ale kiedy napisałam mu w kolejnym dniu prawdę, o ty, że był dla mnie kims wiecej niz tylko kolegą, napisał, ze nie zauważał dygnałów, albo takich nie dawałam. Gdyby tak było, , to czułby się zobowiązany opowiedzieć mi o swoim życiu, a dopóki myślał, że jesteśmy tylko kolegami to nie chciał mnie w to wplątywać. Myślał, że jest tylko kolegą. To wszystko przekreśla, bo wychodzi na to, że on mnie nie kochał, nigdy… Coś tam pisał, że w grudniu pomyślał, że może to czego chce jest blisko, ale potem spotkał się z kochanką i wszystko w nim odżyło. Teraz podobno, kiedy zaczął się do mnie miziać, w lesie to ta myśl zaczęła kiełkować jak przebiśnieg przez zgliszcza na wiosnę… ale na drugi dzień napisał o tych sygnałach, co wszystko przekreśliło… bo ja się na prawdę otworzyłam i napisałam o tym, że chciałam, może nie otwarcie, i nie, że się w nim zakochałam, ale napisałam, ze miałam wtedy taką małą myśl jak on, a resztę zostawiłam czasowi… ale teraz to już nie ważne.

Wiem, że muszę pozwolić mu odejść, ale nie potrafię chyba, nie teraz… Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, przeciez on mnie nie kocha i nie kochał. Jak napisał, jego serce było gdzieś indziej. A czemu mnie dotykał, miział, głaskał, odwoził, pisał całe dnie? Chyba nie znajdę na to pyranie dobrej odpowiedzi…Napisałm, ze mimo wszystko dobrze było zrobić mi miło, ale ja wiem, że na tym niczego sie nie zbduje. On chciał som i rodzinę tylko z tamtą, swoją kochanką. On ją kocha i nie zmienię tego… Nawet nie wiem, czy chcę to zmieniać. Tylko dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedział, na początku relacji? Najlepszym chyba jest się wycofać, tylko czuję się jak nikt, jakbym nie miała kompletnie dokąd pójść. Przeraża mnie rozstanie z nim definityne, przeraża mnie samotnosć, to, ze znowu jestem w punkcie wyjścia… mimo, że uwierzyłam, że marzenia o rodzinie mogą się spełnić. Powiedział, ze gdyy nie kochanka to pewnie teraz mówiłby tak o mnie, ze mógłby mi to wszystko dać, że życie jest popieprzone, że gdyby nie ona nigdy nie poznałby mnie, bo to ona go wysłała na studia… że mógłby mi dać rodzinę, dzieci, że myśli, że byśmy się dogadali, gdyby nie ona…

Wiem, że nie mam czego w nim szukać, wszystko upadło. Dziś mma dzień żalu, chyba do Boga, że to wszystko nie potoczyło się inaczej, że nie mógł być wolny, że nie możemy razem być. Tak, przyznaję, zakochałam się w nim, a on chyba nigdy mnie na prawdę nie kochał. To smutne, czuję zalegający smutek.

Od wczoraj jestem na lekach, zaczynam brać przeciwdepresyjne. Przede mną 3 egzaminy cieżkie, nie wiem jak dam radę, jak sobie poradzę. Boje się, boję się samotności.Nie wiem, czy mam do niego pisać, czy nie… Wczoraj nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, ze muszę zająć się sobą, ale ale czy potrafię o tym wszystkim i o nim nie myśleć? Po pół roku myślenia? A on codziennie myślał o kochance… to też mi pokazał w wiadomości…To smutne, czuje się oszukana.

Jutro mam sie z nim widzieć, nie wiem co mam robić, ja się zachowywać.Powiedział mi jeszcze, że mogę zawsze na niego liczyć, że jestem fantastyczną osobą. Mówienie komplementów przeplata sie z odrzuceniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć. A może jutro po prostu dokończyć mówić mu prawdę? I dlatego nie możemy się już kontaktować. Jutro się okaże, czy w ogóle przyjdzie do mnie. Czuje się taka samotna… Moze gdzies tam w świecie czeka na mnie mężczyzna, który będzie w stanie mnie kochać i czuć to tylko do mnie? Tak, zębym poczuła smak prawdziwej miłości? Tak, zęby wszystkie marzenia się ziściły, ale wiem, że ciężko takiego znaleźć, wejsć w taką relację, choć moze z Top Gunem było tylko tak ciężko. Mozę są osoby, które inaczej rozmawiają, inaczej załaywiają sprawy, bardziej otwarcie?

Cały czas mam w głowie to, co o niej mówił, w jakich superlatywach, o wyglądzie, że wyglądają praktycznie  tak samo… To boli, tak bardzo boli. Ja się emocjonalnie zangażowłam, a on? Chyba nie. Dlatego to nie ma przyszłości. Choć moze za chwilę zmieni zdanie, jest chwiejny. Boli mnie to wszystko, smuci i przeraża. Przykro mi, bo władowałam w to całe swoje emocje, całe zaangażowanie, myśli…

Byłam u swojego dawnego terapeuty, tam też mi powiedzieli, żey to zostawić. Mam coraz większy mętlik w głowie. Nie wiem, jak się jutro zachować. Czy mam w ogóle odpusywać, jak będzie pisał, czy nie? Jak się przy nim zachować?

Gdy ja podejmuję decyzję o zerwaniu to jakoś mi łatwiej, przemyśle to i jest dobrze, a;e gdy ktoś mnie odtrąca to nie radzę sobie… ze stratą, nie radzę. Choć i tak mi lżej,, gdy powiedział, żę nie zauważał sygnałów, bo zdaje sobie sprawę, że nie mogę liczyć na nic, chyba. To smutne, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Wiem, ze z drugiej strony moim marzeniem jest, by wrócił. ale muszę się od tego odciąć, tak po prostu. Chyba tak będzie lepiej. W emocjach mam co innego niż w racjonalnym myśleniu. Mam siebie za to nie winić, jak powiedział mi terapeuta. Tylko nie wiem, czym się kierować. Dzięki tej relacji już wiem przynajmniej, ze chcę i potrzebuję opiekuńczego faceta…

To, że będę się teraz denerwować  i tak niczego nie zmieni. Gdybym nie wiem ile razy wymiotowała i się trzęsła, a mam tak co rano… Nie wiem, jak mam dalej żyć…

 

 

Reklamy

Powiez facetowi o…- ucieknie… albo…

Wróciłam do domu, trochę zmęczona, trochę niedospana, jak to po takim czasie bywa, ale zadowolona. W szpitalu widziałam pewnego chłopaka… az żal serce ściskał, cały sparaliżowany, porozumiewał się tylko gałkami ocznymi… nie mówił, nie rusza się wcale, musi być przekładany… został „tylko” pobuty i uderzony w głowę…

Tymczasem Top Gun cały czas próbował jakoś się do mnie odezwać, pomimo tego, że nie odpowiadałm mu często, bo byłam zajęta, a to napisał, a to zadzwonił, żeby zapytać jak tam, czy dzień mam ciężki, czy się dobrze czuję i jakoś tak, od słowa do słowa weszliśmy na temat dzieci, jak wiadomo drażliwy to temat, szczególnie dla facetów, więc wolałam nic nie mówić, nie pytać i nie uzyskiwać szybkiej odpowiedzi w tym temacie. Bo w sumie, zacznij z facetem rozmowę o dzieciach, a zabierze nogi za pas i ucieknie….

Ja sama jeszcze nie wiem do końca, czego bym pragnęła w tym temacie, ale gdybym miała jakąś stabilną sytuację życiową i bytowa, to może chciałabym mieć kiedyś dziecko… Choć na razie tego nie planuję, bo sytuacji takowej nie ma, więc i nie ma też czego planować… No i tak, choć nie chciałam o tym wspominać tak bezpośrednio, bo w sumie to moje plany i co jemu do tego, tak jakoś od słowa do słowa, napisałam mu to, no bo gdy zaczął mi tak pisać, że przecież rodzicielstwo to takie cudne przeżycie i fajna sprawa i przygoda no to wyraziłam swoje zdanie na ten temat… yhym, nie wiem, czy wyszło źle, czy dobrze, ale coś czuję, że się od niego nie odegnam przez jakiś czas… po tych słowach jakby zamiast uciekać, coś czuję, że zainteresowanie wzrosło…

 

Przygód część druga…

Jest dość zimno, powoli zaczynają kapać z nieba krople wiosennego deszczu. Z ładunkami i dużymi skrzynkami wracamy z Panem ze skrzydłami z komunii u jego siostry, zabierając do samochodu sąsiadkę, babcię i siostrę Pana ze skrzydłami. Obcierają mnie buty, gdyż na nogach mam rany, bo uprzednio byliśmy na dość romantycznym spacerze, na którym… obtarły mnie do krwi. Jedziemy…podjechaliśmy pod dom sąsiadki, Pan ze skrzydłami oczywiście wysiadł, musiał zanieść jej jeszcze podarunki z komunii, zaczęliśmy jechać w stronę domu. Przez całą drogę babcia powtarzała w kółko tylko słowa

-Oblec że się Agatka boś zgrzana i się zaziębisz, bo zimno jest na dworze.

A Agatka, jak to dziecko niesprawne, gdzieś miała  to,  czy jest zimno czy nie. Aby więc uspokoić starszą panią złapałam co było pod ręką (polar mojego faceta) i ją okryłam. W tym samym czasie Pan ze skrzydłami tłumaczył babci, aby przestała bo nie jest strasznie zimno i nic małej nie będzie…

W końcu dojechaliśmy do domu. Na podwórku biegały psy- ukochany jamniczek Pana ze skrzydłami oraz większy, pies jego siostry, czarny labrador imieniem Sara. Podczas gdy wjeżdżaliśmy na posesję, przypałentał się jeszcze jeden z kotów, za którym to w pościgu (dokoła samochodu) rzucił się jamniczek. Jamniczek bowiem jest ważną postacią. Jest to ukochany, bardzo mądry pies pana ze skrzydłami, jego największy przyjaciel i choć jest niewiele większy od mojego kota, to zaciekle będzie bronił domu. Jamniczki o czystej krwi, dobrego pochodzenia, jako psy myśliwskie, potrafią gonić, przeganiać i być bardzo odważne. I choć zwierz ten nikogo obcego za bardzo nie toleruje, to mnie jakoś polubił od razu.) Zaparkowaliśmy pod domem. No więc jamniczek biega za kotem dookoła samochodu i szczeka, a w tym samym czasie urwała się dźwignia skrzyni biegów. Nie wiem, jakim cudem, ale przy zmianie biegów główka od skrzyni została w ręce Pana ze skrzydłami, wyrywając się do góry razem z kablami… Pierwszy raz takie coś  widziałam, z przodu samochodu rozległo się tylko głośne

-Kurwaaa mać! Już mam dosyć tego dnia… – I szczerze mówiąc wcale się nie dziwiłam… bo natłok obowiązków jaki musiał wykonać Pan ze skrzydłami był bardzo duży.

-Uwaga, teraz może szarpnąć, bo nie mam biegów (bowiem jeszcze nie wycofał na wyznaczone do dłuższego postoju miejsce pod oknami)- dobiegło jeszcze z przodu, ale chyba nikt już tego nie słyszał. Babcia zaczęła wychodzić z samochodu to, a z uwagi na to, że nie miała lasek, które znajdowały się w bagażniku, mogła się bardzo łatwo przewrócić. bowiem babcia ledwo już chodzi o laskach. Siostra pana ze skrzydłami chciała się w tym samym czasie wydostać z samochodu, a, że nie mogła otworzyć drzwi, wiązało się to z szarpaniną z klamką od drzwi i ciągłym marudzeniem. W tym samym czasie pan ze skrzydłami mocował się z naprawieniem skrzyni biegów, tak, aby autko było sprawne, bo przecież musiał mnie następnego dnia odwieźć do domu… Przyznam, że też się wystraszyłam nieco, no bo jak miałby mnie zawieść skoro samochód byłby uszkodzony.

Babcia otworzyła drzwi, wystawia już nogi z auta, Agatce jakoś udało się otworzyć drzwi, więc się wyrywa, a trzeba ją pilnować, bo potrafi uciec i biegać po wsi… W końcu z tych „szklamżących” odgłosów dobiegł mnie głos

-Siedź babcia, gdzie idziesz, lasek nie masz! – Na co babcia się trochę uspokoiła, a mnie udało się  wygramolić z samochodu z aparatem, prezentami i małą, trzymaną za rękę… ale.. wtedy dopiero się zaczęło. Labrador zaczął po mnie skakać, domagając się pogłaskania i oczywiście brudząc przy tym moją sukienkę. Przy podskokach również podrapał auto panu ze skrzydłami…

Agatka zaczęła się drzeć, babcia ledwo siedzi, deszcz na nas kapie, jest mi zimno, trzymam ją za rękę, coby nie uciekła, pies po mnie skacze… chronię jakoś prezenty aby ich nie zniszczył, pan ze skrzydłami zrobił się najpierw zielony a potem czerwony na myśl o tym, happy puppy playing on the grass happy puppy playing on the grassże suka podrapała mu nowego mercedesa… W końcu naprawił skrzynię biegów, wysiadł, zabrał ode mnie skaczącego psa, babci dał laski, więc mogła już iść do domu, razem z mała, a pies… psu się oberwało najbardziej i został natychmiast zagoniony do kojca i zamknięty.  Kolejną rzeczą jaką musieliśmy zrobić było rozładowanie samochodu, więc małą chcieliśmy zostawić z babcią, dopóki rodzice nie wrócą, ale oczywiście ona nie chce, bo chce bajkę. Wbiegliśmy do domu, rzuciliśmy swoje rzeczy do pokoju pana ze skrzydłami, on poszedł jej włączyć bajkę, potem dać odpowiednie leki babci no i… ruszyliśmy do rozładowywania skrzynek, które miały zostać złożone w piwnicy, okazało się, że piwnica jest zamknięta a klucz nie wiadomo gdzie…

Nie, to już było ponad nasze siły, od rana ten dzień wyglądał tak jak fragment opisany powyżej i stwierdziliśmy, że mamy to gdzieś, poskładaliśmy skrzynki  na wejściu do piwnicy, choć deszcz lał już mocno a buty powodowały, że lała mi się krew powyżej pięt… Poskładaliśmy skrzynki, potem ja się poszłam rozebrać z sukienki i umyć, a Pan ze skrzydłami poszedł wykąpać małą i włączyć jej kolejne bajki no i umyć się sam… Później mieliśmy czekać na rodziców, więc porozkładaliśmy po półkach to, co zostało z komunii, uprzątnęliśmy kuchnię, wzięliśmy sobie po knopersie i  usiedliśmy na kanapie, a właściwie to półleżąc już czekaliśmy na 23.00 kiedy to mieli wrócić rodzice, aby przejąć pilnowanie siostry pana ze skrzydłami. Później Pan ze skrzydłami położył ją spać i zmęczeni czekaliśmy dalej, jednak kiedy przyszli rodzice okazało się, że jeszcze trzeba coś tam zrobić… no więc pan ze skrzydłami poszedł jeszcze im pomóc, a ja poszłam się rozmalować i się czegoś napić…

Lew, Czarownica, Stara szafa i kawałek Dzikiego Zachodu

Dni mijają wolno i leniwie. Właściwie nic ciekawego się nie dzieje. M. wyjechał… ma jeszcze wrócić. Nie mam z nim kontaktu, ale myślę, że nie o kontakt tu chodzi, tylko o szczerą rozmowę… Nic nie jest w stanie jej zastąpić, żadne telefoniczne rozmowy czy teksty pisane. To zupełnie inny kontakt… Podobnież do Małej też się nie odzywa. Swoją matkę również traktuje z dużym dystansem. Z tych strzępków informacji, które do mnie docierają wychodzi na to, że jest smutniejszy niż rok temu, bardziej zdystansowany do rodziny i obojętny na wszystko… U matki nocować nie chce, kiedy teraz mógłby, bo nie mieszka tam już jej partner. Szczerze mówiąc nie dziwie się mu. Też nie chciałabym mieszkać u kogoś, kto za dziecka mnie wyganiał z domu, podczas nietrzeźwych akcji. Podejrzewam, że bicie też było… Mała tylko raz mi opowiadała, jak M. ją zabrał i uciekali z domu, w deszczu. Reszty nie pamięta, bo była małym dzieckiem… opowiedziała mi też, jak M. trafił do ojca. Podobno nowy partner jego matki powiedział, że zrobi mu krzywdę nożem… Matka z Małą uciekły do innego pokoju, potem twierdziły, że nie było świadków… Eh… też pewnie nie chciałabym wrócić do takiego mieszkania, nawet po latach.  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matka M. teoretycznie jest moją przybraną „siostrą” i rodzinka oczekuje ode mnie, że będę się z nią przyjaźnić… Tak to odbieram, z kobietą pod 40, która wyrządzała krzywdy swojemu dziecku, z resztą podobne jak moja Matka, w pewnym okresie mojego życia… Może dlatego potrafimy o tym pogadać z M.? Są bowiem sytuacje, które trzeba przeżyć, żeby zrozumieć ilość emocji, jakie się w nich odczuwa… Kiedy pojechali na wakacje, odesłała M. do domu, podczas, gdy sama z Małą i partnerem została na kolejny tydzień, a tłumaczyła to brakiem gotówki… W tym roku robi to samo. My wracamy, a ona zostaje z Małą na dłużej. M. pewnie będzie przykro… Chyba, że się już otrząsnął i przestał zabiegać. On cały czas jest odtrącany… Matka tylko udaje, że jej zależy, ojciec każe pracować na siebie, bo jak nie wykona określonych zadań, to nie będzie żadnego kieszonkowego, a i potrzepać potrafi… Dziadek się bawi w najlepsze z moją mamą…  Trochę mi go żal z tego powodu. Nie dziwi mnie fakt, że chłopak ma obtłuczoną psychikę…

Wczoraj oglądałam sobie  ekranizację „Opowieści z Narnii- Lew, Czarownica i Stara szafa.” Wszyscy chyba znają tę powieść. Stara, ale obejrzałam ją dopiero drugi raz. Książka, którą pamiętam z mojego dzieciństwa…Muszę przyznać, że jako dziecko miałam dość bujną wyobraźnię. Może nie tworzyłam niewidzialnych przyjaciół, ale tworzyłam sobie w głowie   równoległe krainy, utkane z marzeń. To chyba w nie uciekałam, gdy w rzeczywistości aż kłębiło się od problemów. Teraz inaczej patrzę na tego typu powieści. Dla mnie 1969_4osobiście zarówno książka, jak i ekranizacja powieści są genialne! Nie dlatego, że występują w nich dziwaczne stwory, a całość zatapia się w irracjonalnym świecie Narnii, ale dlatego, że to historia oparta na ideałach, wierze, determinacji, ludzkiej życzliwości, przyjaźni i miłości… Podczas oglądania tego przypomniały mi się ideały z dawnych lat, w które wierzyłam, jako dziecko, a które po części zostały zdeformowane przez kolej losu… Te prawdziwe… Zawsze była we mnie jakieś ideały większe niż „tu i teraz”, ” dzisiejsza codzienność” i „byle jakoś fajnie spędzić parę kolejnych dni.” Chyba mało kto przypuszczałby, że marzenia o wolności, poświęcenie, walkę za przyjaciół można wykształcić sobie na przykładzie baśni, czy powieści fantasy… Ale coś w tym chyba jest.  Ktoś kiedyś oglądał Mustanga z Dzikiej Doliny? Ja oglądałam go na okrągło, kiedy byłam dzieckiem i bez wątpienia powiem, że jest to jedna z najlepszych bajek, do tego rysowana na papierze, więc ukłony należą się twórcą. Nikt już chyba nie wierzy w dzisiejszym świecie w magiczne krainy… Oprócz mnie! Tak, z pełną odpowiedzialnością pisze, że myślę, iż takie krainy mogą istnieć, jeśli sami tego chcemy, jeśli potrafimy zobaczyć piękno otaczającego świata, jeśli potrafimy zmusić naszą wyobraźnię do wysiłku, do zanurzenia się w marzeniach…  Ideały i wartości chyba właśnie też tak się we mnie kształtowały, poprzez różne historie, które miałam okazję oglądać. Naszła mnie więc taka refleksja dotycząca dzisiejszych dzieci… Czy istnieją dzisiaj opowieści, z których mogłyby również czerpać? Na których mogłyby się kształtować? Zapytane jaką książkę ostatnio przeczytały, zapewne odpowiedzą, że facebooka. Nie twierdzę, ze technologia jest zła. Jest dużym ułatwieniem życia, ale zabiera dorobek setek lat… Tak niewiele dzieci dziś czyta książki… Potem w smsach nie wiedzą, gdzie nawet postawić przecinek. (Przykład Małej) Albo czy w ogóle zdanie zakończyć kropką czy nie. Z drugiej strony, czy dziś znajdziemy bajkę lub opowieść godną pokazania najmłodszym? Kiedyś były Opowieści z Narnii, Tarzan, 101 Dalmatyńczyków, Mustang z Dzikiej Doliny, cf8843950010702a4fd010d4Steward Malutki, Barbie, Shrek, Bracia Grimm i całe mnóstwo innych, które się oglądało i które czegoś uczyły, na coś zwracały uwagę… Dziś? Jedyną miłą bajką, którą kojarzę jest Kraina Lodu… Dzieci wychowuje się na CS-ach, grach, strzelankach, a jeśli już powstanie jakaś historia, jest to opowieść o robotach, albo jakiś potworach zatopionych w technologii. Oprócz tego mamy jeszcze do wyboru Pingwiny z Madagaskaru, w którym to dzieciom pokazuje się np. imprezy na przykładzie zwierząt, które w ogóle nie wyglądają jak zwierzęta. To przykre. Trzeba będzie zachować stare bajki, baśnie, czy opowieści… aby ktoś jeszcze mógł z nich coś wynieść i przełożyć to na ten nasz, tak bardzo już technologiczny świat…

Poniżej kilka moich ulubionych fragmentów ze wspomnień dzieciństwa… Pokazana w bajce Kraina dzikiego Zachodu istnieje naprawdę, mam kontakt z człowiekiem, który tam żyje… Może keidyś spałni się moje marzenie, żeby tam pojechać i pogalopować po tych stepach… 🙂

To były czasy…

Zabezpieczony: Może nie powinnam się łudzić…-Odchodząc przytul mnie raz jeszcze…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Z wizytą na Nikiszowcu…

Jakiś czas temu wybrałam się z ojczymem i Małą  na wycieczkę do Nikiszowca. Dzielnica składająca się z typowych śląskich familoków przywołała we mnie wspomnienia o Skazanym na bluesa. Ale nie tylko o nim. Wróciły też moje wspomnienia, jednak muszę przyznać, że dobrze mi z tym było. Klimat tych ciasnych uliczek, placów zabaw, na których bawią się dzieci…. Mali chłopcy, biegający samopas, z jedną, dziurawa piłką… Niepowtarzalny klimat, wspomnienia. To piękne, że w niektórych zakątkach polski ludzie jeszcze tak żyją…  Ci chłopcy to symbol dzieciństwa dzieci z tych rodzin… To symbol tego miejsca. Takiego biednego, małego, dziecięcego życia wśród bloków, wśród kamienic. Jakoś fascynuje mnie ten świat. Świat biedy, kiedyś alkoholu, prostoty i… kopalni… Tam wszystko kręci się wokół kopalni i pracy na niej…

Poniżej kilka moich zdjęć z tego świata…

20160630_163106

20160630_163529

cropped-20160630_164047.jpg

20160630_163926

20160630_164639

20160630_164604

20160630_164818

20160630_164405

Dziwne teorie, Instagram i niecodzienna propozycja

Wstałam. Muszę przyznać, że spokojniejsza. Wczorajszy wpis na blogu pomógł coś poukładać, zadziwiające, ale prawdziwe. Dziś spałam do dziewiątej. Dziwi mnie to, bo zazwyczaj już o siódmej coś mnie budzi, coś wewnątrz mnie, co nakazuje poderwać się z łóżka. Przecież nie mogę przegapić kolejnego dnia. Kolejnego dnia smutku i gnębiących myśli? Dzisiaj jednak jest inaczej… Nie denerwuje mnie nawet hałas domowników, ich głośne rozmowy, czasami popierane absurdalnymi argumentami, których to argumentów nie trawię. Może to stan chwilowy, nie mniej jednak cieszę się nim.

Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli nie pozbieram się sama, chyba nikt nie będzie w stanie mi pomóc. Chodzenie na terapię też już powoli wydaje mi się być absurdalne. Słyszę tam teorię zupełne niezgodne z moimi odczuciami, a przecież do własnych odczuć mam pełne prawo, nawet, jeśli są one irracjonalne. Kiedyś podczas naszej korespondencji z Nietoperzem przeczytałam bardzo mądre zdanie, a mianowicie „Nie bój się tego, co czujesz.” I pomyśleć, że powiedział mi to z pozoru dość prosty chłopak…Z pozoru, bo myślę, że wewnątrz też jest nieźle emocjonalnie „pozytywnie pokręcony”. A zdanie to stało się moim takim małym mottem do przeżywania i odczuwania oraz sposobu zrozumienia tego, co czuję. Wracając do terapii, słucham tam o korzyściach ze zrobienia herbaty i tego, że ktoś może spokojnie poleżeć. No i powiedzieli mi, że mam w sobie depresyjność. Ależ tu na prawdę nie chodzi o herbatę!! To, że nie dostrzegam pewnych pozytywnych skutków w codzienności jest raczej związane z tym, co się działo we mnie i dzieje nadal i myślę, że trzeba by najpierw to uporządkować, a potem dopiero skupić się na tym, czy naturalna radość sama wróci, czy też nie i trzeba będzie poszukać innego rozwiązania. Czuję, że terapeuta mnie jednak nie rozumie i mogę sobie opowiadać, analizować…

Mała założyła Instagrama. Serwis jak serwis, tyle, że wypisuje tam z koleżankami różne rzeczy, w tym wulgarne. Chce abym sobie też założyła, a ja nawet nie wiem, co miałabym tumblr_o28s6lK4bj1r1thfzo1_1280tam dodawać i jak to działa. Wiem tyle, że to taka strona ze zdjęciami robionymi przez telefon, „z ręki”. A ja takich zdjęć raczej nie posiadam, owszem, mam chyba z milion zdjęć, ale bardziej profesjonalnych, nie robię selfii, zdjęć jedzenia czy innych takich. Nie wiem, czy takie lepsze zdjęcia też tam dodawać można i jaki to miałoby mieć odzew, skoro nie mam tam żadnych znajomych. Dodatkowo jest jeszcze jedna sprawa, która mnie paraliżuje… Insta ma Indianer! A ja nie chciałabym tego widzieć, oglądać… Odizolowałam się od tego, tak jest lepiej… Nie będę się rozwalać! Z drugiej jednak strony, przecież nie mogę pozwolić, żeby zniszczył mnie. Nie mogę się bać… Ma ktoś z Was może? Jeśli tak proszę o poradę. Pomyślałam sobie, że można by tam dodawać swoje złote myśli pod zdjęciami, jakieś społeczne obserwacje…Jest sens? . Bo w sumie gdybym to miała mogłabym widzieć co ona tam pisze, ewentualnie trochę ją hamować… Gdyż to dziecko praktycznie wychowuje się samo i choć nie moja w tym rola, żeby jej tłumaczyć, to może lepiej byłoby mi się z nią porozumieć w późniejszym czasie, gdyby przynajmniej podstawowe granice rozróżniała, a i tak koło mnie będzie całe życie gdzieś tam w przestrzeni.

Na razie zostałam sama, Nietoperz gdzieś wyjechał, na imprezy do kumpla. Pewnie znowu będą pić, może 10 butelek, może więcej… Zastanawia mnie czasami ile ci ludzie potrafią w siebie wlać? I dlaczego? Dlaczego rozumie on wszystko dookoła, ma swoje spojrzenie, a tego zrozumieć nie potrafi? To gówno. Wszystko jest przecież dla ludzi, ale nie w takich ilościach, tak myślę… Jednak i tak czuję, że jestem wobec tego bezsilna i nawet nie mam zamiaru znowu tłumaczyć, prosić… Przecież to jego życie, jego wybory, jego zdrowie… Tylko to dla mnie zadziwiające, że tego jednego „zła” nie potrafi zrozumieć… No cóż, całego świata nie uratuję.

Rano dziadek zaskoczył mnie swoją propozycją. Mianowicie chciał mnie zapoznać, z jakimś synem od faceta, który przywozi węgiel. Super! Lepszej propozycji dawno nie słyszałam! Na prawdę! Jeszcze tego mi potrzeba! Jak to stwierdził, to raczej rodzice zapoznają, więc jak jest okazja to czemu nie… Sama nie wiedziałam, jak mam mu to wytłumaczyć. Powiedziałam więc, że „oferta” mnie nie interesuje, bo to dawniej tak było, że rodzice zapoznawali, a ja muszę poznać, jakim ktoś jest człowiekiem, a nie dowiedzieć się tego, czy rąbie drzewo, czy nie… Właściwie, to przyznam, że propozycja by mnie nawet interesowała, w końcu dość mam już tej samotni bez ludzi z zewnątrz, ale nie w taki sposób…. Na pewno nie w taki…