„Samotność, to taka straszna trwoga… Ogarnia mnie, przenika mnie…”

Długo tu nie pisałam. Co się działo? Było dobrze! Co z moimi emocjami? Niestety, prawda jest taka, że nie czuję nic, jestem jakby wyzuta z uczuć, nie umiem kochać, nie umiem ufać. Dziś znowu zadziało się coś bardzo dziwnego i złego w sumie, ale w moim życiu to standard. Otóż, jakiś czas temu poznałam pewnego chłopaka na portalu o depresji, kiedy wychodziłam z dołka po Top Gunie, on mówił mi, że chce być tylko ze mną, ale nigdy się nie spotkaliśmy, rozmawialiśmy tylko przez internet. Z początku nie wydawał mi się dobrym materialem na partnera, sam miał bardzo poważne problemy bo się ciął, a ja mam dość swoich problemów, czyichś już nie zniosłabym, tak mi się wydawało. Ale stopniowo się do niego zaczęłam przekonywać, był dla mnie miły i pomagał mi, dziś chciałam mu powiedzieć, że moze byśmy się spotkali, poznali, czy w ogóle do siebie pasujemy, gdyż spotkaliśmy się oboje w niełatwym momencie życia. Bowiem jego dziewczyna zrobiła mu dokładnie to samo co mnie Top Gun, więc mieliśmy o czym pisać… Kiedy on dziś rano napisał mi, że poznał kogoś wczoraj i jest już szczęśliwy. Zajął się na gwałt szukaniem dziewczyny? Po co mówił mi, że mogę być dla niego lekarstwem na wszystko? Wysyłał mi gify o przytulaniu… Słowa dla ludzi teraz nic nie znaczą… gesty też nie? Przykro mi się zrobiło. Znowu zostałam tą gorszą? Terapeuta na pewien czas, jak jest źle, a jak jest dobrze, to przysłowiowego kopa w dupę i dowiedzenia? Po co to wszystko..? Może nie powinnam tego pisac, sęk w tym, ze już nie mam nawet do kogo się odezwać…

Z F. też już rezygnuję, on z kolei może by i się tak nie zachował, bo nie ma z kim, ale nie jest ogarnięty życiowo. Mia do mnie przyjechać tydzień temu, zapraszałam go, ale nie przyjechał. W ogóle nigdy nie wyszedł z inicjatywą, aby się spotkać. Zawsze to ma być moja inicjatywa? Nie chce ani isć na studia, ani się usamodzielnić, ani zmienić pracy na lepszą, niczego nie chce…  Dlaczego spotykam takich ludzi? Ile jeszcze tego? Ile takiego traktowania zniosę? Nie mam już sił… Czuję, że lece znów w dół, a już było dobrze.

„Samotność, to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie…(…)”

Kochany Riedel, zawsze mi pomagają jego słowa w takich chwilach, choć nie czuję się taka samotna w emocjach, ktoś miał podobnie…

Stare rockowo-bluesowe opowieści…

Wszysttko się pozmieniało, wartości, ulice… Pamiętam, ze kiedy miałam 17 lat płyty i utwory takich zespołów jak OZ, Dżem czy Azyl P. mogły się tylko modlić o szczęśliwe zakończenie kolejnego dnia, tak były wyeksploatowane. I nie… o dziwo nie jestem dzieckiem lat 70 ani 80, dopiero końcówki tych kolejnych…kiedy to już zespoły te umierały albo śmiercią naturalną albo nienaturalną, tak, czy inaczej… umierały. Okre tamtej muzyki minął bezpowrotnie. Widzę to teraz, jakoś kiedy miałam te naście lat, a zaczęło się od słuchania Dżemu, tego nie widziałam, nie wiem, dlaczego, to był mój świat, po prostu tak bardzo mój, to co leciało w radio yło jeszcze podobne, stopniowo zaczęło być inne… aż do teraz, kiedy już kompletnie nie znam piosenek z radio, to jest zupełnie obcy świat, inna galaktyka można by powiedzieć. Czy się zatrzymałam? Tak, chyba tak, ale widzę to teraz, wtedy, kiedy odktywałam te kolejne piosenki, były one dla mnie niemal tak świeże jak poranne bułki.

Ostatnimi latami jakoś zaczęłam zauważać, ze przecież tamte czasy minęły a to, co jest teraz to trochę jak zgnilizna… niekiedy jeszcze można odkryć te dobre, stare wartości, wartości ewoluują, zmieniają się, stare zanikają, nowe jeszcze się nie wytworzyły… co jest więc dzisiaj wartością? Czasem pytam się siebie, czy żyłam w iluzji? Iluzji śwata, który nie istniał? I na tą myśl jakoś przykro mi się robi, gdy spojrzę na „moje” ulubione utwory… Jakoś tak nie mogłam ich nawet słuchać z tego powodu, ale dziś. Dzis po raz pierwszy pomyślałam soebie, ze nawet jeśli, to była iluzja, to warto było nią żyć, bo przynajmniej dopatrzyć sie mogłam prawdziwych wartości, przyjaźni, wspólnego tworzenia przez tych ludzi wielkich dzieł, które coś nisły, dziś muzyka nie nieie żadnego większego przekazu, żadnych wartosci, reflekcji, spojrzenia na świat…zastanowienia…

I bez względu na to, czy to dziś prawda, czy też nie, we mnie wciąż żyją rockowo-bluesowowe opowieści…

 

 

I wiele innych…

Dżem- „kiedyś i teraz” w moim odczuciu…

– Co na śniadanie? -Dżem!
– Co na obiad? -Dżem!
– Co na kolację?-Dżem!

Wczorajszy koncert rozpoczął się serią pytań… A potem stałam z Maćkiem i patrzyłam na występy innych… Miło było postać przy prawdziwym Indianerze ze Skazanego, choć nie jestem jego wielką fanką ani zwolenniczką. Tak, wczoraj grał Dżem! I może wstyd się przyznać, ale poszłam na ich koncert po raz pierwszy dopiero teraz. Wcześniej nie miałam po prostu kasy, a i to, że słucham takiej muzyki było moją tajemnicą, którą ukrywałam przed najbliższymi. No i nie grali blisko… Ale może nawet to i lepiej, bo przynajmniej teraz, emocje, które ta historia we mnie wywołuje są świadome, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Nie jestem jednak przekonana, czy w tym miejscu mogę stawiać jakąś jednolitą ocenę czy krytykę, z resztą Dżem jest zespołem, którego nie da się jednolicie sklasyfikować mówiąc „genialnie, czy też „fatalnie”, ten zespół ma wiele barw, przynajmniej w moim odczuciu. Nad jego oceną pracowali już niejedni krytycy muzyczni, dlatego ja z tego miejsca, siedząc w moim ciepłym domku nie chciałabym oceniać, bo jak wiadomo każdy jest zdolny do własnych poglądów. Chciałabym natomiast napisać o własnych odczuciach dotyczących tego zespołu, muzyki, postaci… i całej historii, jaką stworzyli, bo nie da się mówić o Dżemie pomijając życie tych ludzi i to wszystko, co złożyło się na  naszą wczesną fascynację „filozofią” bluesa i takowego stylu życia.

Pierwszym, co wyraźnie rzuciło mi się w oczy, kiedy szłam w stronę sceny, była młodzież. Bardzo dużo młodych ludzi, co na pierwszy rzut oka mogło dziwić, bo przecież członkowie zespołu nie pierwszej już młodości. Otóż, myślę, że to zjawisko ma podłoże w fenomenie 13postaci samego Ryśka. Kiedyś, czytając pewien artykuł o całej tej historii, natknęłam się na słowa: „Na jego koncerty, przychodziło dużo młodych ludzi”. Z jednej strony młodzi, których widzę, są często krnąbrni, choć nie chcę tu użyć zbyt mocnego słowa. Obecnie zanika skrupulatna emocjonalność, czułość i te wszystkie wartości i odczucia, o których pisał w swoich tekstach Ryszard Riedel. A jednak ciągle przychodzą? Dlaczego? Bo to młodzi, zbuntowani ludzie, którzy nie żyją poprawnie, często mając swój własny, bardzo pogmatwany świat, świat, w którym wierzą w przyjaźń taką, jakiej mógł doświadczyć Riedel wraz ze Skibińskim, być może nie widzą do końca, że ludzi nieco się zmienili, z drugiej strony myślę sobie, że dobrze, iż chcą przeżyć coś takiego, nawet, jeśli się to nie uda, tak jak w moim przypadku, będą mieć cenne wspomnienia i trochę cierpienia w sercu, a to ubogaca…  Idą, bo kiedyś wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto był taki sami, jak oni, nie przerabiany, nie podrabiany. Może mocno to zabrzmi, ale Rysiek był czysty!! Był narkomanem, ale był czysty w swej autentyczności! Wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto nie bał się mówić o problemach, obnażyć swoje słabości, śpiewać o tym. Jak cholerną musiał mieć odwagę… Bo zaśpiewać, czy napisać o najgorszych stanach, o ćpaniu, o tym, jak leży się we własnych wymiocinach, nie jest łatwo, mówić o tym publicznie… Ilu tych młodych po przyjściu do domu w piątkowy wieczór sięgnie po piwo?  Może po dragi? I wtedy, czując, że są słabi, nie będą czuli się samotni, gorsi i potępieni.  Bo ktoś przeżywał to samo…

Stałam tam, patrząc na ludzi, choć już tylko niektórych, z którymi on grał, śpiewał, z którymi spotykał się jako siedemnastoletni chłopak w jakimś domu kultury, w bunkrach… I w głębi duszy cieszyłam się, że mogę być z tymi ludźmi, patrzeć jak grają, choć dziś to grupa starszych, siwych panów… To oni w końcu patrzyli na osobę, której teksty dawały mi namiastkę tego, że moje odczucia nie są tak bardzo samotne, wtedy, kiedy umierał mi Ojciec, kiedy Mama piła, kiedy siedziałam wsłuchiwałam się w brzmienia gitary mojego przyjaciela, kiedy wreszcie mnie opuszczał… Najlepsze było to, że stojąc tam wiedziałam, że zaliczam się do jednej masy stojących przy barierce dziewczyn i chłopaków, nikt z zebranych nie zna mojej historii, nikt nie wie, że to, o czym śpiewał Balcar odbiło się na moim życiu dość doszczętnie, choć oczywiście w innych okolicznościach. Nie chcę tu uważać się za lepszą, czy wyżej postawioną, ale pytałam się w duchu „Czy jeszcze ktoś przeżył coś tak podobnego…?” Pamiętam, jak płakaliśmy na filmie, jak chodziliśmy, śpiewając „Czerwony jak cegła”, jak graliśmy covery Dżemu i pamiętam nawet te długie włosy z przepaską… Nikt o tym nie wiedział…

Co do samych muzyków, to po cichu myślę, że powinni zmienić nazwę… Nie dlatego, że „Dżem” mi się nie podoba, ale dlatego, że to nie jest już ten sam zespół. Muzycznie są bardzo dobrzy i to chyba tylko zostało im po tylu latach, tworzenie dobrych, płynnychDzem-obrazek_sredni_4014008 melodii i siwe włosy oraz brody… Reszta niestety pochodzi już z „nowego” Dżemu, który w niczym nie przypomina kawałków granych w Spodku w 1992 roku, czy tych z klubu Słońce w Poznaniu. Maciej Balcar sili się jak może, żeby zastąpić Ryśka, ale muszę stwierdzić z przykrością, że mu to nie wychodzi… Nie to wykonanie, nie tworzy on tego nastroju koncertu, nie te ruchy na scenie, no i przeróbki piosenek… Nikt tak już nie zaśpiewa. Tak myślę, że Balcar, chyba musiałby zacząć ćpać, wtedy może by mu się udało choć w połowie… Dlatego myślę, że powinni zmienić nazwę i nie silić się na udawanie czegoś, czego już nie będzie, a zrobić coś swojego, całkiem innego i może też fajnego, czym przyciągnęliby ludzi. A może nie chcą, bo z takiego „ciągnięcia tej historii” mają szmal? Ludzie wciąż przychodzą, w nadziei, że usłyszą to, co dawniej, to jak efekt pierwszego razu przy braniu narkotyków… W sumie to już są starsi ludzie, którzy swoje, to, co dobre, w życiu zrobili i grają teraz, bo chcą mieć po prostu kasę, a nie wybijać się od nowa, ulepszać muzykę, są przecież na górze i o to chodzi. Teraz zgarniają forsę… Pomijam już fakt, że sam wokalista nie ma zielonego pojęcia o czym śpiewa, bo nigdy tego nie przeżył. do jakiegoś momentu można się wczuć, ale wydaje mi się, że historia życia Riedla jest inna i unikatowa i jakby ciężko ją poczuć nie będąc w tym środowisku, nie żyjąc z tymi ludźmi, nie posiadając podobnego odczuwania… no i nie ćpając. Nie da się potrafić poczuć jak to jest, gdy za chwilę masz umrzeć, gdy wiesz, że ciąży nad tobą wyrok, który dokona się z biegiem czasu…

Jak patrzyłam na Balcara to utwierdzałam się tylko w przekonaniu, ze teraz zrobili z Dżemu zwyczajne show, na które wciąż przybywają tłumy. Jedni, żeby się bawić jak na d5754bce65ee6bb5f13b1466aae7b6d9koncercie metalowym, inni, w nadziei, że usłyszą to, co kiedyś… Nie ma już w tej muzyce melancholijności typowej dla tego zespołu, nie ma uspokojenia, nie słychać nawet smutku! Tego prawdziwego smutku, który krążył po ich koncertach od zawsze… Rysiek był inny… taki spokojny i choć czasami tańczył na scenie to widać w nim było typowego hipisa-luzaka, w jednej podartej koszuli, w starych spodniach i z śpiewem od serca, takim nastrojowym, smutnym, wzruszającym i przenikającym aż do bólu. On wiedział o czym śpiewał. On łączył się z tamtymi przeżywanymi emocjami podczas każdego utworu, co można było wychwycić i usłyszeć… Maciek Balcar robi show, perkusja tnie jak najęta, gitary trzymają fason nadal, klawisze też. Ale chyba nie wrócą już te koncerty, na których ludzie się bujali, robili fale, śpiewali razem, siedzieli, bawili się… Ten klimat starego Dżemu chyba bezpowrotnie minął…

Samego Ryśka nie oceniam, każdy na co do jego postaci zapewne własne odczucia i nie będę przekonywać, nakłaniać, czy odradzać…

Szkoda tylko, że nie zabrałam sobie swojego kowbojskiego kapelusza…

 

Za dużo słów, za mało czasu… Jeden zwykły dzień!

Na jakiś czas zniknęłam… i znów pojawiam się w eterze. Dużo się wydarzyło, może za dużo… Jutro przyjeżdża M. Muszę zawrzeć pół roku emocji w kilku godzinach. To niewykonalne. Potem jedzie. Jestem na niego trochę zła, pojawia się i znów znika… Ale wiem, że to nie jego wina. Mam w sobie tyle emocji. Zamiast się cieszyć jest mi coraz bardziej smutno… wyjedzie, znowu wyjedzie. A myślałam, że to będzie miły weekend, rozmowa…

Patrząc na to wszystko, co dzieje się wokół mnie wiem, że nie rozumiem tego świata, a on nie rozumie kompletnie mnie. Ten wycinek mojego, małego świata… Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są z innej planety, nadają na zupełnie innych falach. Atmosfera jest ostatnio bardzo napięta i wroga. Nie potrafię w takowej funkcjonować, choć bywało tak przez całe moje życie co jakiś czas. Coraz częściej myślę, że nie wiem, czym jest normalność… Chyba nie wiem… To smutne! Świat, który mnie otacza nie pasuje do moich wartości, wyznawanych zasad. I nigdy chyba nie będzie moim światem, takim, jakbym chciała, do póki go sama sobie nie stworze, a szanse są nikłe… nikt nie traktuje mnie poważnie… to przykre.

Piosenka, ta piosenka, która towarzyszyła mi ponad pół roku. Od czasu, kiedy wróciłam od M. Piosenka o tęsknocie i cierpieniu… Chyba już zawsze będzie mi się kojarzyła z tą wyprawą i z M.. Tak aktualna dzisiejszego wieczoru… jutro ma przyjść ten dzień, a ja nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Może po prostu zwyczajnie nie wierze, że to możliwe, że przyjeżdża? W końcu tyle czasu go nie było… Nie wiem jeszcze, co mu powiem, za dużo słów, za mało czasu. A może po prostu zwyczajnie z nim pomilczę…?

Widziałam pewną relację z koncertu i…

Widziałam krótki urywek relacji z koncertu Dżemu. W telewizji, gadali coś o „Czerwony jak cegła” jacyś krytycy, paru ludzi, niby sławnych, niby nikomu nieznanych, sam Balcar coś k,MzU3NjMxMTMsNDYxMzEwODM=,f,72ab5b19cddodał, że to niby piosenka wszechczasów. A to nie wiadomo? Przecież tłumy śpiewały kiedyś na koncertach od pierwszej sylaby aż do ostatniej. Kurde, muszę zacząć pisać o „moim Dżemie”, czyli zespół moimi oczami… a z resztą, trochę inaczej po prostu mi się to widzi, to napiszę. Pamiętam jak raz jeden jechałam pół województwa, żeby zobaczyć występ zespołu… w telewizji. I co? I zobaczyłam, Balcara, który śpiewa, że w życiu piękne są tylko chwile, tak, jakby w ogóle nie były one piękne. Poprzerabiali te piosenki… Eh… napiszę, wkrótce. Ale nie o tym chciałam, a o tym, że dziś zobaczyłam fragment relacji z koncertu za czasów Ryśka. Muszę przyznać, że leżąc w łóżku jakoś odeszłam od świata bluesa, Ryśka, Dżemu, słuchałam muzyki ale innej… A dziś to wróciło. Tysiące wspomnień, marzeń, obrazów przed oczami… I teraz sama już nie wiem… Pamiętam koncerty. Pamiętam jak M. tego słuchał, śmiesznie było… Ha ha, wspomnienia z  pierwszych udanych „waków” bezcenne!

Skazana na bluesa…

O tych trzech słowach napisano trzydzieści tysięcy słów. Zarówno utwór jak i film wyreżyserowany przez Jana Kidawę- Błońskiego są obrazem życia i twórczości śląskiej ikony muzyki bluesowo-rockowej, Ryszarda Riedla, ale co właściwie z tym wszystkim wspólnego mam ja? Normalna z pozoru dziewczyna. A no właśnie, że mam, choć nie wiem dlaczego. Może kiedyś w życiu się tego dowiem…

Wychowuję się w małym miasteczku na Śląsku, a do Chorzowa, skąd pochodził Rysiek mam rzut beretem. Wypadałoby więc pamiętać o artyście, który chodził po tej naszej ziemi, ale nie tylko to jest powodem  mojego zainteresowania postacią Ryszarda Riedla. Z muzyką Dżemu i twórczością Ryśka spotkałam się dopiero w czasach gimnazjum. Wcześniej słuchało się jakiś pojedynczych piosenek, ale one były trochę takie „wyrwane z kontekstu”. Jego piosenek bowiem trzeba przesłuchać kilka, a najlepiej wszystkie, wtedy 20_sP_bigwie się, o co chodzi. Można by powiedzieć, że dopiero wtedy tworzą taką jednolitą całość, nakreślając jednocześnie tego człowieka. Wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu w szkole. Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po ten film. Pewnie gdzieś w migawce, na reklamach znalazłabym go, bo puszczają co jakiś czas w TV, ale tak sama z siebie? Po obejrzeniu byłam trochę zdruzgotana, przeżywałam bowiem już wcześniej nałóg w mojej rodzinie, więc wszystko, co znalazło się w tym filmie kojarzyło mi się ze złem i cierpieniem. Ale stopniowo, i nie od razu, a po jakimś czasie, zaczęłam dostrzegać wyraźne analogie pomiędzy moim życiem, a tym właśnie filmem. I choć wiem, że to tylko luźna interpretacja życia idola ówczesnego pokolenia i pokoleń późniejszych poniekąd też, to jednak jakieś wątki biograficzne tam się znajdują, a choćby na przykład to, że był zafascynowany kulturą Indian czy Dzikiego Zachodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, historia lubi zataczać koła. I choć nie porównuję się absolutnie do Riedla, jego talentu wokalnego czy posiadania zespołu to jednak wychowuje się przecież praktycznie na tej samej ziemi, próbuję pisać swoje teksty, wiersze, które także najczęściej zahaczają o ból, cierpienie, nałóg, samotność oraz, co było w tamtym okresie mojego życia najlepsze, miałam przyjaciela, też długowłosego i wyglądającego teraz właściwie jak typowy hipis, a moje życie, w sumie przez niego kręciło się koło jego zespołu… Po rozpatrzeniu tych wszystkich aspektów przebiegła przez moją głowę myśl, „Kurde, to jest dziwne!” No i tutaj właśnie zaczęło się poszukiwanie. Poszukiwanie utworów, wsłuchiwanie się w teksty piosenek Ryśka. Szukanie elementów z jego biografii i ludzi z jego otoczenia. Nie wiem skąd dokładnie we mnie zrodziło się tak duże zainteresowanie tamtymi czasami, tym klimatem i życiem estradowym, a także prywatnym Dżemu i tym wszystkim co z nimi związane. Okazało się, że nie tylko podobają mi się teksty tych piosenek… Tak samo jak ja Riedel kochał prerię i to wszystko, co ją otaczało i z takim samym zapałem pragnął poczuć się wolnym.

Moje zamiłowanie do koni i Dzikiego Zachodu trwało już od najmłodszych lat. Iw trakcie mojego jakże krótkiego jeszcze życia udało mi się zrealizować marzenie o własnym koniu, choć także było ono okupione dużym wysiłkiem, trudnymi emocjami, stresem, ale udało się! Zupełnie nie potrafię wyjaśnić skąd we mnie te same fascynacje, to samo poczucie wolności, ten ukochany kontakt z przyrodą, a co za tym idzie wolnością. A piosenki Ryśka pomagały w najtrudniejszych chwilach, wtedy, kiedy zostawałam ze wszystkim sama, w ogromnej przepaści, a w głowie szumiało tysiące niepoukładanych myśli. Choć może to zabrzmi kolokwialnie, bo jestem wciąż młodą osobą, ale to była muzyka mojej młodości. To na niej budowałam swój światopogląd, dostrzegałam swoją wrażliwość i chyba wciąż buduję własne ja. W tym klimacie czuje się bardzo dobrze. W jego tekstach widzę moje wewnętrzne rozterki, problemy, sposób patrzenia na świat, pragnienia, ale także to samo wyobcowanie i autsajdera. Sama nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem człowiekiem dość wrażliwym i emocjonalnym, może dlatego dostrzegam podobne problemy wśród ludzi, a także w swoim własnym wnętrzu. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że większość artystów było, jest i będzie autsajderami. Ciężko się z tym nie zgodzić, są to ludzie wrażliwsi. I chociaż ja się za jakąkolwiek artystkę nie uważam, jednak jakieś próbki literackie powstają, a to z kolei świadczy, że wrażliwość noszę w sobie codziennie. Być może z tego właśnie wynika moja odmienność. Mam nadzieję, że taka prawda o mnie Was nie odstraszy, moi drodzy, że będziecie czasem tu wpadać, za to nie przejmujcie się, gdy mnie nie będzie, po prostu czasem jestem skazaną na bluesa, znikam na dłużej, ale potem zazwyczaj wracam.