Stare rockowo-bluesowe opowieści…

Wszysttko się pozmieniało, wartości, ulice… Pamiętam, ze kiedy miałam 17 lat płyty i utwory takich zespołów jak OZ, Dżem czy Azyl P. mogły się tylko modlić o szczęśliwe zakończenie kolejnego dnia, tak były wyeksploatowane. I nie… o dziwo nie jestem dzieckiem lat 70 ani 80, dopiero końcówki tych kolejnych…kiedy to już zespoły te umierały albo śmiercią naturalną albo nienaturalną, tak, czy inaczej… umierały. Okre tamtej muzyki minął bezpowrotnie. Widzę to teraz, jakoś kiedy miałam te naście lat, a zaczęło się od słuchania Dżemu, tego nie widziałam, nie wiem, dlaczego, to był mój świat, po prostu tak bardzo mój, to co leciało w radio yło jeszcze podobne, stopniowo zaczęło być inne… aż do teraz, kiedy już kompletnie nie znam piosenek z radio, to jest zupełnie obcy świat, inna galaktyka można by powiedzieć. Czy się zatrzymałam? Tak, chyba tak, ale widzę to teraz, wtedy, kiedy odktywałam te kolejne piosenki, były one dla mnie niemal tak świeże jak poranne bułki.

Ostatnimi latami jakoś zaczęłam zauważać, ze przecież tamte czasy minęły a to, co jest teraz to trochę jak zgnilizna… niekiedy jeszcze można odkryć te dobre, stare wartości, wartości ewoluują, zmieniają się, stare zanikają, nowe jeszcze się nie wytworzyły… co jest więc dzisiaj wartością? Czasem pytam się siebie, czy żyłam w iluzji? Iluzji śwata, który nie istniał? I na tą myśl jakoś przykro mi się robi, gdy spojrzę na „moje” ulubione utwory… Jakoś tak nie mogłam ich nawet słuchać z tego powodu, ale dziś. Dzis po raz pierwszy pomyślałam soebie, ze nawet jeśli, to była iluzja, to warto było nią żyć, bo przynajmniej dopatrzyć sie mogłam prawdziwych wartości, przyjaźni, wspólnego tworzenia przez tych ludzi wielkich dzieł, które coś nisły, dziś muzyka nie nieie żadnego większego przekazu, żadnych wartosci, reflekcji, spojrzenia na świat…zastanowienia…

I bez względu na to, czy to dziś prawda, czy też nie, we mnie wciąż żyją rockowo-bluesowowe opowieści…

 

 

I wiele innych…

Reklamy

Dżem- „kiedyś i teraz” w moim odczuciu…

– Co na śniadanie? -Dżem!
– Co na obiad? -Dżem!
– Co na kolację?-Dżem!

Wczorajszy koncert rozpoczął się serią pytań… A potem stałam z Maćkiem i patrzyłam na występy innych… Miło było postać przy prawdziwym Indianerze ze Skazanego, choć nie jestem jego wielką fanką ani zwolenniczką. Tak, wczoraj grał Dżem! I może wstyd się przyznać, ale poszłam na ich koncert po raz pierwszy dopiero teraz. Wcześniej nie miałam po prostu kasy, a i to, że słucham takiej muzyki było moją tajemnicą, którą ukrywałam przed najbliższymi. No i nie grali blisko… Ale może nawet to i lepiej, bo przynajmniej teraz, emocje, które ta historia we mnie wywołuje są świadome, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Nie jestem jednak przekonana, czy w tym miejscu mogę stawiać jakąś jednolitą ocenę czy krytykę, z resztą Dżem jest zespołem, którego nie da się jednolicie sklasyfikować mówiąc „genialnie, czy też „fatalnie”, ten zespół ma wiele barw, przynajmniej w moim odczuciu. Nad jego oceną pracowali już niejedni krytycy muzyczni, dlatego ja z tego miejsca, siedząc w moim ciepłym domku nie chciałabym oceniać, bo jak wiadomo każdy jest zdolny do własnych poglądów. Chciałabym natomiast napisać o własnych odczuciach dotyczących tego zespołu, muzyki, postaci… i całej historii, jaką stworzyli, bo nie da się mówić o Dżemie pomijając życie tych ludzi i to wszystko, co złożyło się na  naszą wczesną fascynację „filozofią” bluesa i takowego stylu życia.

Pierwszym, co wyraźnie rzuciło mi się w oczy, kiedy szłam w stronę sceny, była młodzież. Bardzo dużo młodych ludzi, co na pierwszy rzut oka mogło dziwić, bo przecież członkowie zespołu nie pierwszej już młodości. Otóż, myślę, że to zjawisko ma podłoże w fenomenie 13postaci samego Ryśka. Kiedyś, czytając pewien artykuł o całej tej historii, natknęłam się na słowa: „Na jego koncerty, przychodziło dużo młodych ludzi”. Z jednej strony młodzi, których widzę, są często krnąbrni, choć nie chcę tu użyć zbyt mocnego słowa. Obecnie zanika skrupulatna emocjonalność, czułość i te wszystkie wartości i odczucia, o których pisał w swoich tekstach Ryszard Riedel. A jednak ciągle przychodzą? Dlaczego? Bo to młodzi, zbuntowani ludzie, którzy nie żyją poprawnie, często mając swój własny, bardzo pogmatwany świat, świat, w którym wierzą w przyjaźń taką, jakiej mógł doświadczyć Riedel wraz ze Skibińskim, być może nie widzą do końca, że ludzi nieco się zmienili, z drugiej strony myślę sobie, że dobrze, iż chcą przeżyć coś takiego, nawet, jeśli się to nie uda, tak jak w moim przypadku, będą mieć cenne wspomnienia i trochę cierpienia w sercu, a to ubogaca…  Idą, bo kiedyś wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto był taki sami, jak oni, nie przerabiany, nie podrabiany. Może mocno to zabrzmi, ale Rysiek był czysty!! Był narkomanem, ale był czysty w swej autentyczności! Wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto nie bał się mówić o problemach, obnażyć swoje słabości, śpiewać o tym. Jak cholerną musiał mieć odwagę… Bo zaśpiewać, czy napisać o najgorszych stanach, o ćpaniu, o tym, jak leży się we własnych wymiocinach, nie jest łatwo, mówić o tym publicznie… Ilu tych młodych po przyjściu do domu w piątkowy wieczór sięgnie po piwo?  Może po dragi? I wtedy, czując, że są słabi, nie będą czuli się samotni, gorsi i potępieni.  Bo ktoś przeżywał to samo…

Stałam tam, patrząc na ludzi, choć już tylko niektórych, z którymi on grał, śpiewał, z którymi spotykał się jako siedemnastoletni chłopak w jakimś domu kultury, w bunkrach… I w głębi duszy cieszyłam się, że mogę być z tymi ludźmi, patrzeć jak grają, choć dziś to grupa starszych, siwych panów… To oni w końcu patrzyli na osobę, której teksty dawały mi namiastkę tego, że moje odczucia nie są tak bardzo samotne, wtedy, kiedy umierał mi Ojciec, kiedy Mama piła, kiedy siedziałam wsłuchiwałam się w brzmienia gitary mojego przyjaciela, kiedy wreszcie mnie opuszczał… Najlepsze było to, że stojąc tam wiedziałam, że zaliczam się do jednej masy stojących przy barierce dziewczyn i chłopaków, nikt z zebranych nie zna mojej historii, nikt nie wie, że to, o czym śpiewał Balcar odbiło się na moim życiu dość doszczętnie, choć oczywiście w innych okolicznościach. Nie chcę tu uważać się za lepszą, czy wyżej postawioną, ale pytałam się w duchu „Czy jeszcze ktoś przeżył coś tak podobnego…?” Pamiętam, jak płakaliśmy na filmie, jak chodziliśmy, śpiewając „Czerwony jak cegła”, jak graliśmy covery Dżemu i pamiętam nawet te długie włosy z przepaską… Nikt o tym nie wiedział…

Co do samych muzyków, to po cichu myślę, że powinni zmienić nazwę… Nie dlatego, że „Dżem” mi się nie podoba, ale dlatego, że to nie jest już ten sam zespół. Muzycznie są bardzo dobrzy i to chyba tylko zostało im po tylu latach, tworzenie dobrych, płynnychDzem-obrazek_sredni_4014008 melodii i siwe włosy oraz brody… Reszta niestety pochodzi już z „nowego” Dżemu, który w niczym nie przypomina kawałków granych w Spodku w 1992 roku, czy tych z klubu Słońce w Poznaniu. Maciej Balcar sili się jak może, żeby zastąpić Ryśka, ale muszę stwierdzić z przykrością, że mu to nie wychodzi… Nie to wykonanie, nie tworzy on tego nastroju koncertu, nie te ruchy na scenie, no i przeróbki piosenek… Nikt tak już nie zaśpiewa. Tak myślę, że Balcar, chyba musiałby zacząć ćpać, wtedy może by mu się udało choć w połowie… Dlatego myślę, że powinni zmienić nazwę i nie silić się na udawanie czegoś, czego już nie będzie, a zrobić coś swojego, całkiem innego i może też fajnego, czym przyciągnęliby ludzi. A może nie chcą, bo z takiego „ciągnięcia tej historii” mają szmal? Ludzie wciąż przychodzą, w nadziei, że usłyszą to, co dawniej, to jak efekt pierwszego razu przy braniu narkotyków… W sumie to już są starsi ludzie, którzy swoje, to, co dobre, w życiu zrobili i grają teraz, bo chcą mieć po prostu kasę, a nie wybijać się od nowa, ulepszać muzykę, są przecież na górze i o to chodzi. Teraz zgarniają forsę… Pomijam już fakt, że sam wokalista nie ma zielonego pojęcia o czym śpiewa, bo nigdy tego nie przeżył. do jakiegoś momentu można się wczuć, ale wydaje mi się, że historia życia Riedla jest inna i unikatowa i jakby ciężko ją poczuć nie będąc w tym środowisku, nie żyjąc z tymi ludźmi, nie posiadając podobnego odczuwania… no i nie ćpając. Nie da się potrafić poczuć jak to jest, gdy za chwilę masz umrzeć, gdy wiesz, że ciąży nad tobą wyrok, który dokona się z biegiem czasu…

Jak patrzyłam na Balcara to utwierdzałam się tylko w przekonaniu, ze teraz zrobili z Dżemu zwyczajne show, na które wciąż przybywają tłumy. Jedni, żeby się bawić jak na d5754bce65ee6bb5f13b1466aae7b6d9koncercie metalowym, inni, w nadziei, że usłyszą to, co kiedyś… Nie ma już w tej muzyce melancholijności typowej dla tego zespołu, nie ma uspokojenia, nie słychać nawet smutku! Tego prawdziwego smutku, który krążył po ich koncertach od zawsze… Rysiek był inny… taki spokojny i choć czasami tańczył na scenie to widać w nim było typowego hipisa-luzaka, w jednej podartej koszuli, w starych spodniach i z śpiewem od serca, takim nastrojowym, smutnym, wzruszającym i przenikającym aż do bólu. On wiedział o czym śpiewał. On łączył się z tamtymi przeżywanymi emocjami podczas każdego utworu, co można było wychwycić i usłyszeć… Maciek Balcar robi show, perkusja tnie jak najęta, gitary trzymają fason nadal, klawisze też. Ale chyba nie wrócą już te koncerty, na których ludzie się bujali, robili fale, śpiewali razem, siedzieli, bawili się… Ten klimat starego Dżemu chyba bezpowrotnie minął…

Samego Ryśka nie oceniam, każdy na co do jego postaci zapewne własne odczucia i nie będę przekonywać, nakłaniać, czy odradzać…

Szkoda tylko, że nie zabrałam sobie swojego kowbojskiego kapelusza…

 

Za dużo słów, za mało czasu… Jeden zwykły dzień!

Na jakiś czas zniknęłam… i znów pojawiam się w eterze. Dużo się wydarzyło, może za dużo… Jutro przyjeżdża M. Muszę zawrzeć pół roku emocji w kilku godzinach. To niewykonalne. Potem jedzie. Jestem na niego trochę zła, pojawia się i znów znika… Ale wiem, że to nie jego wina. Mam w sobie tyle emocji. Zamiast się cieszyć jest mi coraz bardziej smutno… wyjedzie, znowu wyjedzie. A myślałam, że to będzie miły weekend, rozmowa…

Patrząc na to wszystko, co dzieje się wokół mnie wiem, że nie rozumiem tego świata, a on nie rozumie kompletnie mnie. Ten wycinek mojego, małego świata… Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są z innej planety, nadają na zupełnie innych falach. Atmosfera jest ostatnio bardzo napięta i wroga. Nie potrafię w takowej funkcjonować, choć bywało tak przez całe moje życie co jakiś czas. Coraz częściej myślę, że nie wiem, czym jest normalność… Chyba nie wiem… To smutne! Świat, który mnie otacza nie pasuje do moich wartości, wyznawanych zasad. I nigdy chyba nie będzie moim światem, takim, jakbym chciała, do póki go sama sobie nie stworze, a szanse są nikłe… nikt nie traktuje mnie poważnie… to przykre.

Piosenka, ta piosenka, która towarzyszyła mi ponad pół roku. Od czasu, kiedy wróciłam od M. Piosenka o tęsknocie i cierpieniu… Chyba już zawsze będzie mi się kojarzyła z tą wyprawą i z M.. Tak aktualna dzisiejszego wieczoru… jutro ma przyjść ten dzień, a ja nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Może po prostu zwyczajnie nie wierze, że to możliwe, że przyjeżdża? W końcu tyle czasu go nie było… Nie wiem jeszcze, co mu powiem, za dużo słów, za mało czasu. A może po prostu zwyczajnie z nim pomilczę…?

Widziałam pewną relację z koncertu i…

Widziałam krótki urywek relacji z koncertu Dżemu. W telewizji, gadali coś o „Czerwony jak cegła” jacyś krytycy, paru ludzi, niby sławnych, niby nikomu nieznanych, sam Balcar coś k,MzU3NjMxMTMsNDYxMzEwODM=,f,72ab5b19cddodał, że to niby piosenka wszechczasów. A to nie wiadomo? Przecież tłumy śpiewały kiedyś na koncertach od pierwszej sylaby aż do ostatniej. Kurde, muszę zacząć pisać o „moim Dżemie”, czyli zespół moimi oczami… a z resztą, trochę inaczej po prostu mi się to widzi, to napiszę. Pamiętam jak raz jeden jechałam pół województwa, żeby zobaczyć występ zespołu… w telewizji. I co? I zobaczyłam, Balcara, który śpiewa, że w życiu piękne są tylko chwile, tak, jakby w ogóle nie były one piękne. Poprzerabiali te piosenki… Eh… napiszę, wkrótce. Ale nie o tym chciałam, a o tym, że dziś zobaczyłam fragment relacji z koncertu za czasów Ryśka. Muszę przyznać, że leżąc w łóżku jakoś odeszłam od świata bluesa, Ryśka, Dżemu, słuchałam muzyki ale innej… A dziś to wróciło. Tysiące wspomnień, marzeń, obrazów przed oczami… I teraz sama już nie wiem… Pamiętam koncerty. Pamiętam jak M. tego słuchał, śmiesznie było… Ha ha, wspomnienia z  pierwszych udanych „waków” bezcenne!

Skazana na bluesa…

O tych trzech słowach napisano trzydzieści tysięcy słów. Zarówno utwór jak i film wyreżyserowany przez Jana Kidawę- Błońskiego są obrazem życia i twórczości śląskiej ikony muzyki bluesowo-rockowej, Ryszarda Riedla, ale co właściwie z tym wszystkim wspólnego mam ja? Normalna z pozoru dziewczyna. A no właśnie, że mam, choć nie wiem dlaczego. Może kiedyś w życiu się tego dowiem…

Wychowuję się w małym miasteczku na Śląsku, a do Chorzowa, skąd pochodził Rysiek mam rzut beretem. Wypadałoby więc pamiętać o artyście, który chodził po tej naszej ziemi, ale nie tylko to jest powodem  mojego zainteresowania postacią Ryszarda Riedla. Z muzyką Dżemu i twórczością Ryśka spotkałam się dopiero w czasach gimnazjum. Wcześniej słuchało się jakiś pojedynczych piosenek, ale one były trochę takie „wyrwane z kontekstu”. Jego piosenek bowiem trzeba przesłuchać kilka, a najlepiej wszystkie, wtedy 20_sP_bigwie się, o co chodzi. Można by powiedzieć, że dopiero wtedy tworzą taką jednolitą całość, nakreślając jednocześnie tego człowieka. Wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu w szkole. Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po ten film. Pewnie gdzieś w migawce, na reklamach znalazłabym go, bo puszczają co jakiś czas w TV, ale tak sama z siebie? Po obejrzeniu byłam trochę zdruzgotana, przeżywałam bowiem już wcześniej nałóg w mojej rodzinie, więc wszystko, co znalazło się w tym filmie kojarzyło mi się ze złem i cierpieniem. Ale stopniowo, i nie od razu, a po jakimś czasie, zaczęłam dostrzegać wyraźne analogie pomiędzy moim życiem, a tym właśnie filmem. I choć wiem, że to tylko luźna interpretacja życia idola ówczesnego pokolenia i pokoleń późniejszych poniekąd też, to jednak jakieś wątki biograficzne tam się znajdują, a choćby na przykład to, że był zafascynowany kulturą Indian czy Dzikiego Zachodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, historia lubi zataczać koła. I choć nie porównuję się absolutnie do Riedla, jego talentu wokalnego czy posiadania zespołu to jednak wychowuje się przecież praktycznie na tej samej ziemi, próbuję pisać swoje teksty, wiersze, które także najczęściej zahaczają o ból, cierpienie, nałóg, samotność oraz, co było w tamtym okresie mojego życia najlepsze, miałam przyjaciela, też długowłosego i wyglądającego teraz właściwie jak typowy hipis, a moje życie, w sumie przez niego kręciło się koło jego zespołu… Po rozpatrzeniu tych wszystkich aspektów przebiegła przez moją głowę myśl, „Kurde, to jest dziwne!” No i tutaj właśnie zaczęło się poszukiwanie. Poszukiwanie utworów, wsłuchiwanie się w teksty piosenek Ryśka. Szukanie elementów z jego biografii i ludzi z jego otoczenia. Nie wiem skąd dokładnie we mnie zrodziło się tak duże zainteresowanie tamtymi czasami, tym klimatem i życiem estradowym, a także prywatnym Dżemu i tym wszystkim co z nimi związane. Okazało się, że nie tylko podobają mi się teksty tych piosenek… Tak samo jak ja Riedel kochał prerię i to wszystko, co ją otaczało i z takim samym zapałem pragnął poczuć się wolnym.

Moje zamiłowanie do koni i Dzikiego Zachodu trwało już od najmłodszych lat. Iw trakcie mojego jakże krótkiego jeszcze życia udało mi się zrealizować marzenie o własnym koniu, choć także było ono okupione dużym wysiłkiem, trudnymi emocjami, stresem, ale udało się! Zupełnie nie potrafię wyjaśnić skąd we mnie te same fascynacje, to samo poczucie wolności, ten ukochany kontakt z przyrodą, a co za tym idzie wolnością. A piosenki Ryśka pomagały w najtrudniejszych chwilach, wtedy, kiedy zostawałam ze wszystkim sama, w ogromnej przepaści, a w głowie szumiało tysiące niepoukładanych myśli. Choć może to zabrzmi kolokwialnie, bo jestem wciąż młodą osobą, ale to była muzyka mojej młodości. To na niej budowałam swój światopogląd, dostrzegałam swoją wrażliwość i chyba wciąż buduję własne ja. W tym klimacie czuje się bardzo dobrze. W jego tekstach widzę moje wewnętrzne rozterki, problemy, sposób patrzenia na świat, pragnienia, ale także to samo wyobcowanie i autsajdera. Sama nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem człowiekiem dość wrażliwym i emocjonalnym, może dlatego dostrzegam podobne problemy wśród ludzi, a także w swoim własnym wnętrzu. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że większość artystów było, jest i będzie autsajderami. Ciężko się z tym nie zgodzić, są to ludzie wrażliwsi. I chociaż ja się za jakąkolwiek artystkę nie uważam, jednak jakieś próbki literackie powstają, a to z kolei świadczy, że wrażliwość noszę w sobie codziennie. Być może z tego właśnie wynika moja odmienność. Mam nadzieję, że taka prawda o mnie Was nie odstraszy, moi drodzy, że będziecie czasem tu wpadać, za to nie przejmujcie się, gdy mnie nie będzie, po prostu czasem jestem skazaną na bluesa, znikam na dłużej, ale potem zazwyczaj wracam.

Riders on the storm, czyli „Jim Morrison widział we śnie indiańskie konie…”

Życie bywa bardzo dziwaczne. Nie przypuszczałabym, że na całkowicie przypadkowo założonym blogu, który powstał tylko i wyłącznie z nagłej potrzeby zapisania swoich paru refleksji na temat życia i mojej osoby wywrze się taka wartościowa dyskusja, a blog odliczy ponad sto odsłon w dwa dni, biorąc pod uwagę to, iż mamy okres przygotowań przedświątecznych i większość z nas zajmuje się sprzątaniem czy gotowaniem…Wow! Cieszę się niezmiernie i dziękuję za tak miłe powitanie Bluesowej!

A przechodząc już do właściwego tematu to od rana obija mi się po głowie „Riders on the storm”, jakże wszystkim znanego The Doors i Jim’iego. Piękna muzyka, choć od dawna nie słuchałam The Doors. „Riders on the storm” wydał mi się smutnym kawałkiem,  a na melancholijną muzykę poza Dżemem muszę mieć nastrój. I nastrój nadszedł jakieś dwa deszczwieczory temu, kiedy po upieczeniu świątecznych, kruchych ciasteczek ( jest to jedyna potrawa, jaką zrobić w kuchni umiem prócz kawy, herbaty itd.- dlatego bloga kulinarnego to ja nie założę, gdyż nie cierpię gotować) chciałam sobie odpocząć przy blasku lampek z małej choinki, przytarganej wcześniej do mojego pokoju, w którym zmieści się dosłownie wszystko, choć miejsca nie ma za wiele. Począwszy od gitary i trzech dużych szafek, po akwarium, które niestety pękło i choinkę. Takim relaksacyjnym akcentem zaczęłam wsłuchiwać się w kolejne słowa znanej piosenki, jej melancholijny, a zarazem magiczny nastrój, bo utwór ten ma coś z magii w sobie. Zaczęły przypominać mi się chwile spędzone na dworze, w deszczu, latem, moje rozmyślania i chmury, choć ciężkie i szare, to jednak z gracją przemykające mi nad głową, które lubię obserwować. Poczułam wtedy, że kocham te chwile, gdy wszyscy chowają się w domach i zostaję sama, stojąc w padającym deszczu, czując jak krople spadają na ubranie, twarz, ręce… Świat nie jest wówczas piękny, ale wydaje się być mroczny i tajemniczy. Mogę wtedy się zamyślić i poczuć, że jestem częścią tego świata. Z racji tego, że wychowałam się na małym „ranchu”, jeżeli można to miejsce w ogóle tak nazwać, potrzebuję kontaktu z przyrodą i naturą. Co prawda nie ma tu pola, gospodarki, zwierząt hodowlanych lub szklarni, ale miejsce to ma duszę. Jest las i pola, które od zawsze dawały mi namiastkę amerykańskich stepów i wolności. Piękne miejsce…a ja kocham je, nawet, gdy staje się mroczne w obliczu potężnego deszczu. Szkoda jednak, że tylko ja dostrzegam piękno i magię tego miejsca z wszystkich, żyjących tu ludzi, a piosenka „Riders on the storm” przypomniała mi chwile, kiedy mogłam doświadczyć wolności i zagłębić się w swoich myślach.

The Doors poznałam  w tym samym czasie co pierwsze utwory Dżemu- „Naiwne pytania” i „List do M”. Była to płyta przytargana jeszcze przez Tatę, jakaś składanka RMF-ki, lata 80. Byłam wtedy dzieckiem, miałam jakieś jedenaście lat. To właśnie dzięki Tacie poznałam pierwsze utwory Ryśka, choć na dobrą sprawę nie wiedziałam o czym ten facet śpiewa. Naiwne pytanie jeszcze mi się podobały, ale za cholerę nie mogłam zrozumieć dlaczego ten facet śpiewa, że nie ma Boga… Dla mnie jeszcze wtedy był, istniał  i był to dobry Bóg, jako, iż jestem wychowana w wierze katolickiej a i samą mnie religia ciekawi. Nie mogłam pojąć jak tak można. Kiedy Tata pozwolił mi się zetknąć z tymi piosenkami byłam jeszcze dzieckiem i choć zawsze odznaczałam się rozumnością, to jednak utwory Riedla raczej nie były pisane z myślą o tym, iż będą słuchać ich dzieci, to też nie rozumiałam. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Taty za rok już nie będzie, a ja tak bardzo zachłysnę się tą muzyką… Nigdy bym nie przypuszczała w tamtym czasie, że parę lat później będę stała pod sceną, ze łzami w oczach, słuchając coveru jednej z piosenek Dżemu… Tak właśnie zaczęła się moja „przygoda” i spotkanie z wykonawcami takimi jak Dżem, The Doors, Queen, który z resztą był ulubionym zespołem mojego Taty. Od pary płyt przyniesionych ot tak, do posłuchania. Co prawda płyt już nie mam, zgubiły się gdzieś, czy zepsuły, pozostając u mojej mamy. Mam za to utwory takie jak „Whiskey” czy „List do M” oraz „Riders on the storm” w wersji z tamtych płyt. Jestem wdzięczna mojemu Tacie, iż zdążył mi pokazać pewną ścieżkę, choć nikt nie przypuszczałby, że mój Tata słucha takich utworów. Jako facet przystojny, zawsze wyszykowany, w garniturze i z teczką w ręku oraz ciemnymi okularami… Sama pewnie trafiłabym na te piosenki wcześniej czy później, bo krążą one po dziś dzień, jednak lepiej mi jakoś z myślą, że „dostałam je” właśnie od Taty.

Nie tylko jednak z tego powodu wróciłam do „Riders on the storm”. Po tym, co spotkałam na swej drodze, ile emocji było we mnie, ile dylematów, ile łez przepłynęło ścieżką moich policzków… Na tej trudnej drodze sama poczułam się jak jeździec pośród burzy. I właśnieriders_on_the_storm_by_sttep (2) minionego wieczoru, kiedy chciałam po prostu zwyczajnie odpocząć zrozumiałam, jak bardzo pasuje do mnie określenie rider on the storm. Tak, jestem jeźdźcem pośród burzy. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż posiadam swojego konia i jeżdżę, nierzadko w stylu western.( Takim, jaki  możecie zobaczyć na starych, dobrych westernach), a i w burzy zdarzało mi się jeździć… Metaforycznie zaś, gdyż obecnie czuję się jak samotny jeździec, posiadający tylko swojego konia, który jest dla niego jednocześnie środkiem transportu i przyjacielem, w wielkiej burzy. Burzy emocji, zmagań, wyborów, sytuacji, cierpienia i poszukiwania siebie.  Stąd właśnie „Riders on the storm” wywołuje u mnie tyle wspomnień i wydaje się bliska sercu. Smuci mnie natomiast fakt, iż szukając informacji o samym Jimie Morrisonie, który wydaje mi się, iż był poniekąd mentorem Ryśka Riedla w poszukiwaniu siebie, dotarłam do zdjęcia, na którym widnieje grób Jim’iego. Nie ma tam żadnych kwiatów, nie pali się żaden znicz… Wydaje się, iż ludzie zapomnieli o „jeźdźcu z burzy”, którym był sam Morrison. Z resztą wszyscy Ci, których pochłonęła muzyka i cierpienie byli w jakiś sposób inni… Nawet ciężko określić w jaki…