Sam sobie zabiera szczęście i szansę na lepsze życie…

Obudziłam się jakaś spokojniejsza. Myśl o tym, że on mnie nie kochał jakoś mnie uspokaja. Może nawet nie ma do czego wracać, skoro to nie była miłość? Przeżyłam kilka fajnych chwil, tego nikt mi nie odbierze. Dziś natomiast zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, popatrzyłam w tym wszystkim również na niego. Do tej pory wydawało mi się, że tylko ja jestem tu poszkodowana. Ale patrząc na niego wiem dziś jedną orawdę i chce mi się z niej śmiać. Nie, nie odczuwam już litości patrząc na niego. Zdałam sobie właśnie sprawę z tego, że on mógłby mieć wszystko to, czego tak bardzo pragnie. W końcu tyle razy, mówił mi o tym, że pragnie rodziny, dzieci, ciepła, bliskości, miłości… I mógłbg to wszystko mieć. Mógłby to dostać ode mnie. Ale on wolał tę osobę, którą spotkał i, która byłaby mu w stanie to wszystko dać, olać i zignorować. Odbierając sobie samemu szansę na szczęście i spełnienie marzeń, na osobę, która naprawdę by go kochała i przy nim była w dobrych i złych chwilach. On sam tego nie widzi, że spotkał kogoś, kto mogłby mu wiele dać, pomimo tego, że bardzo go zranił i zachowywał się nadal nie fair. Bo ciągle przy nim byłam, mimo, że wszystko się zawaliło. Ale zawaliło się nie tylki dla mnie… Dopiero teraz to widzę. Wcześniej patrzyłam na to tak, jakby moja miłość nie miała żadnej wartości. Teraz widzę, że ma. Ale on sam sobie to wszystko odebrał. Ja wiem, że można pwiedzieć, że mnie nie kochała więc i szczęścia by w tym nie widział, ale z tego co mówił, co dla niego znaczy szczęście, mogłby to wszysto ode mnie dostać. Ale on mnie odepchnął. I tego nie widzi, że spotkał osobę, która na prawdę byłaby w stanie tak dużo poświęcić. Gdzie mogłby mieć jakieś plany, marzenia, które można by było zrealizować bo oboje pragniemy tego samego od życia. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że sam odbiera sobie to co najcenniejsze, szczęście… Dlatego śmiać mi się chce z tego wszystkiego, z jego głupoty. On tego nie rozumie, więc jak już pisałam, trzeba to zostawić, a kochanie go, to robienie sobie przeze mnie samej jawnej krzywdy. Bo mogę się ciągle szarpać, zabiegać, prosić, być przy nim, tylko co z tego, gdy on tego nie widzi, gdy odpycha od siebie osobę, która mogłaby mu tyle dobrego dać… Gdy tego nie chce. Mogę z nim prozmawiać, jak z kolegą, mogę popisać, ale nie będę go ani kochać ani zabiegać… Nie będę już siebie ranić tym, że on po pierwsze nie rozumie, co mi zrobił, jak bardzo mnie to bolało, a po drugie, że nie rozumie, że sam sobie odbiera możliwość dostania tak wielu rzeczy ode mnie… W końcu to, co chciałam mu dać też nie jest bez wartości, tylko jest cenne i wartościowe…

W związku z tym wszystkim poczułam się jakaś spokojniejsza i zajęłam swoimi sprawami… Jeszcze parę dni temu bałam się wiadomości od niego, wyczekiwałam ich, ale równocześnie pod tym była jakaś obawa. Pytanie, o to jak się zachować i co odpowiedzieć. Dziś jestem jakby spokojniejsza. Oczywiście napisał do mnie z rana, jak codziennie. Ale nie mam jakoś wielkiej ochoty na pisanie z nim. Dopuszczam do siebie myśl, że mogę z nim nie pisać, nie żyć jego problememi i nie rozmyślać całymi dniami co ma w głowie…

beach-1836377_960_720

Top Gun właśnie przed chwilką odleciał do Słowenii, nie zdążyłam się z nim nawet dobrze i należycie pożegnać, ale jakoś mnie to nie boli… Oczywiście na pożegnanie wysłał mi całuski… Teraz nie będziemy mieli kontaktu, podejrzewam, że odezwie się raz, może dwa stamtąd przez sms. Resztę dowiem się po powrocie. Może to dobry czas, żeby trochę odpocząć od tego wszystkiego?

Jak ja dobrze znam ten stan :

Asertywność popłaca!

Pamiętacie, jak nas uczyli w szkołach, że trzeba być asertywnym? Trzeba też potrafić mówić „nie”, w słusznej dla siebie sprawie. I wszystko to jest prawdą, jak i zarówno ściśle wiąże się z dbaniem o swoje dobro, komfort fizyczny i psychiczny, jednak ostatni czas mojego życia pokazał mi, iż asertywność to nie tylko słowo, z zakresu tych,  których słyszeć nie lubimy. (Kto bowiem uwielbia sprzeciw? 😉

I znowu wrócić muszę do chyba już słynnego wpisu o obojętności, o którym tak często wspominałam w poprzednich notkach. Bowiem w tym wpisie nastąpiło coś, co poniekąd pozwoliło mi wyrwać się ze starych schematów działania. Zawsze kiedy dział się koło mnie konflikt, w który byłam bezpośrednio lub też pośrednio zamieszana, starałam się wyjaśniać, tłumaczyć, chciałam, aby osoba, która też bierze w tym udział Viele verschiedene Hände halten eine leere schwarze Tafelzrozumiała moje intencje, sposób myślenia, działania. Swego czasu bardzo mocno mi na tym zależało, więc wkładałam w to cały swój wysiłek i energię. Było we mnie też wewnętrzne przekonanie, że jeśli nie zostanę zrozumiana coś się zepsuje, coś utracę lub też coś się zakończy. Więc żyłam tak przez lata, w wewnętrznym przekonaniu, że muszę i chcę wyjaśniać coś ciągle ludziom dookoła mnie. W większości jednak uczynić się tego nie dało… Więc moje próby, starania i słowa spotykały się z murem.( Moja najbliższa rodzina ostatnio fixuje… No cóż, może to też wiek. Nie mam im tego za złe. ) Kiedy więc działania takie nie przynosiły rezultatu, czułam się niezrozumiana, samotna, opuszczona, czułam ewidentnie, że mam swój świat, który nie będzie zrozumiany i w pełni zaakceptowany…

Jednak, po kolejnej wymianie zdań z Mamą zrozumiałam, że zrozumiana nie będę i pojawiła się we mnie tak duża obojętność na to, jak zachowują się inni, że było to dla mnie doświadczeniem całkiem nowym, ale i bardziej przyjemnym niż obarczającym. O dziwo- nie czułam się winna, że to czuję. Jakkolwiek absurdalnie to nie zabrzmi. W zasadzie nie ma przecież emocji, które powinniśmy czuć, przez które powinniśmy się czuć winnymi… ale czasami takie poczucie winy towarzyszy niektórym emocjom. Nastała wtedy taka obojętność, iż nie miałam siły ani nie widziałam sensu tłumaczenia, wyjaśniania po raz kolejny, że widzę całą sprawę inaczej. Doszłam do wniosku, że każdy ma prawo do swojego zdania i niech tak zostanie.  Przestałam tłumaczyć, zabiegać o to, żeby mną a Mamą było dobrze. Zawsze to ja za wszystko przepraszałam, brałam podświadomie winę na siebie, żeby Mama nie czuła się źle. A tym razem po prostu tego w stosunku do niej nie zrobiłam. Nie zachowałam się jak dziecko, które było na tyle posłuszne, aby brać na siebie nie swoje winy i obciążenia. Po prostu… zamilkłam, myśląc sobie „Nie da się wytłumaczyć, nie będę tłumaczyć, bo to bez sensu.” O dziwo Mama sama, po raz pierwszy w życiu wyciągnęła pierwsza rękę do „zgody”, co było dla mnie całkiem nowym doświadczeniem.  Oczywiście, pogodzić się z nią pogodzę, w końcu to moja Mama, a i tak małe spięcia na przeciw tego, co jej wybaczyłam są niczym… ale chodzi mi tu o fakt samego zachowania.

Terapeuta był ze mnie dumny, w zasadzie wszyscy byli, a ja zobaczyłam, że nie muszę ciągle wszystkiego rozwiązywać, zabiegać, tłumaczyć… Jeśli się z tego zrezygnuje, życie na prawdę wyda się łatwiejsze, bo spada balast odpowiedzialności za myślenie wszystkich wokół.

Asertywność więc to nie tylko mówienie słowa „Nie” jasno i wyraźnie innym. To też powiedzenie słowa „nie” sobie, zrezygnowania z czegoś, ale w dobrym dla siebie interesie…

Poniżej wklejam pięć praw asertywności z forum.gazeta.pl, mogą się okazać przydatne 🙂

Pięć praw Fensterheima:

1. Masz prawo do robienia tego, co chcesz – dopóty, dopóki nie rani to kogoś innego.

2. Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie – nawet jeśli rani to kogoś innego – dopóty, dopóki Twoje intencje nie są agresywne, lecz asertywne.

3. masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb – dopóty, dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić.

4. Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sprawy z drugą osobą i wyjaśnienia jej.

5. Masz prawo do korzystania ze swoich praw.

P.S. Do czwartego dodałabym jeszcze („Jeśli się da wyjaśnić, bo przedyskutować, a wyjaśnić, to dwa różne znaczenia”)

Zabezpieczony: Może nie powinnam się łudzić…-Odchodząc przytul mnie raz jeszcze…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Jak zdefiniować relacje i o progu odczuwania emocjonalnego…

Znów tkwię dziś w środku nie do końca poukładanych myśli, emocji i odczuć. Przepraszam, że tak tylko o sobie… Dobrze, że wiem już co i jak z tym, że w kółko o sobie. Niestety, w moim życiu znowu trwa wieczór, w którym  czuję, że muszę się gdzieś uzewnętrznić, bo wybuchnę! Teraz, zaraz, natychmiast…

Czasami ja po prostu nie wiem dokładnie co czuję.  Za dużo tego, za dużo myśli, stanów emocji. Kolejny trudny czas. Powtarzam sobie, że jutro będzie lepiej, ale i tak wiem, że nie będzie… I na tym właśnie polega moje „zakotwiczenie”, na każdą negatywną myśl mam racjonalny argument. Takie widzę fakty, rzeczywistość. To smutne, jakby patrzeć z boku, przerażające, jeśli się jest mną w takim stanie…

Chciałabym się jakoś uspokoić, poczuć lepiej, może docenić, samą siebie, bo wokoło pustka. Powiedzieć sobie, że jestem fajna, a to co robię jest dla mnie. To takie normalne, prawda? Dlaczego tego nie potrafię? Dlaczego innym przychodzi to tak łatwo? Czy to ma związek z przeszłością? Chciałabym wstać rano wiedząc, że mam cel, chciałabym jakoś zagospodarować swój dzień, czuć się samej sobie przydatna… Jak na razie niby odpoczywam. Snuję się z kąta w kąt, próbując zebrać myśli, próbując zacząć cokolwiek robić. Jednak czasami czuję, że jeśli nie poukładam czegoś w swojej głowie równo, jak na sklepowych półkach, coś złego się stanie… To chore! Muszę się nauczyć wreszcie odpuszczać, inaczej zwariuję…

Przez ten cały czas moje myśli wirują wokół mojego życia i… chłopaków. Nie, nie w sposób naturalny, jako zauroczenia. Próbuję jakoś poukładać w swoich myślach moje relacje, te dalsze, bliższe i inne… Chyba kiedyś napiszę o tym książkę. Od czasu niedawnej wizyty u M. stałam się jakoś niespokojna. Wróciło to wszystko co czułam, gdy wyjeżdżał, znowu czuję, że go tracę, a tak bardzo nie chcę. Próbuję jakoś zdefiniować naszą relację… nie potrafię! Nie wiem już na czym polega ta nasza, jakby nie było dziwna znajomość. Może nie chcę wiedzieć. Wiem tylko, że cholernie za nim tęsknię i mi go brakuje! Nie wiem, co będzie dalej z „nami”, boję się tego, że znowu go stracę. Za dużo już straciłam, za dużo… Ale, może postaram się nie panikować na zapas.

Po ostatnich rozmyślaniach, w tym także o M. i jego życiu, sytuacji i wiadomościach, jakie mu wysłałam stwierdziłam, że nie poukładam tego świata, relacji, ludzi według moich zasad, planów, chęci i światopoglądu. Nie da się tego zrobić. Niektóre rzeczy trzeba odpuścić, inaczej będę odczuwała frustrację. Nie chcę dać podporządkować swojego życia, ale ja zawsze inaczej wyobrażałam sobie relacje między ludźmi. Jednak widzę, że nie da się tak, jak miałam to w głowie poukładane i tak, jakbym chciała, a więc odpuszczam i po cichu godzę się na to, co niekiedy przynosi mi świat. Dlatego nie chcę na siłę definiować swojej relacji z M. czy innymi, po prostu, są jakie są i nie będę ludzi zmieniać na siłę, wymagać od nich, żeby chcieli tego, czy tamtego, zachowywali się „po mojemu”, bo i tak tego nie zrobią. Świat się zmienił, ludzie się zmienili, perspektywa świata również, odbiór… Świat XXI wieku to jednorazówka. Dlatego stwierdziłam, że nie będę dążyć na siłę do krystalizowania relacji, rozmów, podejścia…

A ja sama czuję się inna, odmienna od tego świata i tak bardzo często zastanawiam się dlaczego tak jest. Co prawda na spotkaniach z terapii mówią, że każdy jest inny i wyjątkowy. Zgodzę się z tym, że każdy ma inny zespół cech, kanwę osobowości, natomiast nie mogę zgodzić się z podejściem, że każdy jest wyjątkowy w wymiarze odczuwania. Jest pewien prób odczuwania emocjonalnego, którego pewne osoby nigdy nie miały i mieć nie będą… Taka smutna prawda. I chyba tylko dlatego czuję się inna. Ot, mam właśnie ten próg odczuwania emocjonalnego przekroczony, inny odbiór świata. Dla jednych zwykłe podanie ręki będzie tylko pożegnaniem, dla innych, w tym mnie symbolem relacji z daną osobą, ujęciem więzi łączącą te dwie jednostki. Co dziwne wydało się mnie na terapii, jako jednak „pacjentowi” wmawianie, że to, w co wierzę, co o sobie wiem jest złe… rozumiem, jest sposób „leczenia”, żeby zanegować wszystko, wyczyścić dysk i układać na nowo, wprowadzać i segregować jeszcze raz, ale wydaje mi się, że nie dla mnie to. Czy to, że czuję się inna, bo więcej czuję i inaczej odbieram to złe? Chyba raczej nie, a dodatkowo wiem, dlaczego tak się dzieje. A usłyszałam, że złe… Dopuszczam do siebie inne teorie, tylko, że wydają mi się one dziwne i nie mają dla mnie pokrycia…

Wiem, że nie wtłoczą mnie do machiny „wszystkich” dlatego ten rodzaj terapii chyba nie dla mnie… Ale o moim spojrzeniu na cały ten cykl innym razem, na razie się się uspokoić, bo się lekko poirytowałam.  Dobrej nocy wszystkim czytającym!

Dobro powinno być określone.

Pisze wiersze… tak, siedzę i piszę. Muszę się wypisać, a, że sprawia mi to nie lada frajdę, to też piszę… Słabe, mocne, mroczne, wydumane, po prostu, przelewam cząstkę mnie na papier. Kupiłam sobie notatnik-pamiętnik… Dziś jest ostatni dzień laby, od jutra harówka, nadrabianie zaległości w różnych aspektach życia. Nie mam na to siły, a jednak będę musiała.

Myślę o tym, że dobro powinno być jakoś określone. Znowu zadaje sobie pytanie, czy jestem dobrym człowiekiem? Od czasu jak w pewnej instytucji potraktowano mnie jak… mam różne odczucia względem siebie samej. Kiedy byłam młodsza, czułam się lepiej pod względem moralnym. Życie było prostsze. Teraz, kiedy zaczynam żyć swoim życiem i piekc582o-i-niebo2podejmować własne decyzje wszystko zaczyna się psuć. Nie wiem już, czy postępuje dobrze, czy źle… To chyba normalne przy wkraczaniu w swoje własne życie, dorosłe… W końcu, człowiek musi nauczyć się na własnych błędach. Jednak może to rzutować na swoją własną samoocenę… Nie wiem, czy nadal jestem dobrą osobą? Chyba nie ma na tym świecie całkiem dobrych ludzi. W każdym z nas jest trochę dobra i trochę zła, a reszta to niewiedza. Walka z samym sobą i z własnym „złem” jest bardzo trudna, kiedy choć chcę się być dobrym człowiekiem.  Na temat etyki zostało spisanych tyle ksiąg, tyle tekstów, tyle wyznaczników… Aż śmiesznym wydaje się stwierdzenie, że dobra tak naprawdę nikt nie określił. Takie właśnie mam dziś poczucie. Bo co znaczy być dobrym? Dla każdego coś innego. Żyjemy w płynnej materii. „Panta Rhei” jest tu chyba najlepszym określeniem, gdyby przyłożyć prawa egzystencjalne do skłonności ludzkiej zmienności psychiki i poglądów…

Nawet, jeśli czynimy dobro, albo przynajmniej się nam tak wydaje, nie mamy na czym się oprzeć. Jest dekalog, są inne normy etyczne czy moralne, nawet nieomawiane głośno, bo to po prostu się wie. Jednak chodzi mi o sytuacje, do których nie mamy żadnego odniesienia…

Jestem chrześcijanką i staram się przestrzegać dialogu, gdyż uznaję, że jest to zbiór zasad i wartości świetny i religijnie, ale i etycznie. Jednak dekalog jest świetną podstawą, na wszystkie sytuacje w dzisiejszym świecie nie ma „dobrych rozwiązań”. A czasami chciałabym, żeby były… Myślę jednak, że Bóg wiedział, że tak się stanie. Nie udzielił jednak odpowiedzi na wszystkie pytania. Udzielił tylko dziesięć odpowiedzi…

Czy zatem szukać odpowiedzi w świecie? W sobie samym? Myślę, że ważna jest akceptacja takiego stanu rzeczy, że nie zawsze okażemy się dobrymi ludźmi przed sobą samym.

I jak tu być dobrym?

Pisał człowiek nieidealny…

 

Mój Sen o Victorii…

Żyję! Wróciłam do żywych! Wróciłam ze szpitala, a z racji tego, iż prawie na własne żądanie, jestem jeszcze bardzo słaba. Nie mogę dużo pisać, bo bolą mnie ręce, a dokładnie żyły… ( no tak, ja, skazana na bluesa, to jakby inaczej:P)  w związku z czym, opisanie tego wszystkiego, co działo się w ubiegłe dni zostawię sobie na później, kiedy już poczuję się lepiej. A działo się dużo… Nie tylko w sensie zdrowotnym, bo były momenty, kiedy myślałam, że za parę chwil będę już po tamtej stronie i tak też się czułam, ale w sensie psychicznym też.  Ten pobyt w szpitalu był dla mnie kompletnym oderwaniem się od rzeczywistości, życia, wszystko było dziwne, nie do końca zrozumiałe… ale o tym w swoim czasie. Przeżyłam coś dziwnego , a więc napiszę. Mam postanowienie, że zaczynam pisać wiersze częściej niż robiłam to do tej pory. Na razie jednak zapraszam do przeczytania wpisu, który pisałam dawnej, a sądzę, że jest istotny.

Jakież to cudowne uczucie przeleżeć dzień cały w łóżku z zapaleniem wirusowym, nie mogąc nawet podnieść głowy. Jednak oprócz choroby fizycznej coś jeszcze nie daje mi spokoju. Mianowicie sytuacja, która miała miejsce w poniedziałek, i która sprawiła, że w mojej głowie pojawiło się dręczące pytanie „czy ja jestem dobrym człowiekiem”? Oczywiście zależy jakie postawy rozumiemy przez określenie „dobry człowiek”, jednak ja, zakładając, że wierzę w Boga, dobro postrzegam jako nie krzywdzenie innych… Tylko, czy ja tak teraz potrafię? I co tak naprawdę jest skrzywdzeniem drugiej osoby, a co nie?

Zmieniam się, a właściwie to już się zmieniłam. Wpływ na to miało dużo czynników, a w szczególności sytuacja, w jakiej przyszło mi żyć. Tylko, czy można za swoje postępowanie obwiniać sytuację panującą dookoła? Zapewne ma ona jakiś wpływ na postrzeganie świata… Ale zacznę może od początku. W dzieciństwie byłam dobrym, grzecznym dzieckiem. Wychowano mnie w przekonaniach, że człowiek powinien być życzliwy, dobry, pomagać innym i nie żywić urazy, a przebaczać. Piękne, ale czy do spełnienia w dzisiejszym dziewczyna-na-lace,-zolta-laka,-wysoka-trawa-204975świecie? Ze swojego doświadczenia chyba muszę stwierdzić, iż niestety nie, o czym przekonać się musiałam bardzo boleśnie  w prawie dorosłym życiu. Myślę, że jako dziecko i nastolatka byłam dobrym człowiekiem. Nie robiłam nikomu krzywdy, ludzie uważali mnie za osobę dojrzałą jak na swój wiek i odpowiedzialną. Starałam się pomagać innym. Nie chcę tu się absolutnie chwalić, ale udało mi się pomóc paru ludziom, którzy byli w skrajnej sytuacji, łącznie z zagrożeniem życia…( próby samobójcze). Choć może te relacje bywały dla mnie obciążające, czułam się dobrze w tamtych latach mojego życia. Kolokwialnie mówiąc czułam się „czysta” przed sobą, innymi i Bogiem, gdyż nie ukrywam, że gdzieś tam w środku jestem człowiekiem religijnym, choć tak naprawdę nie chodzę do Kościoła co niedzielę i nie modlę się ciągle… I to również jest dziwne, bo moja wiara jakby na nią nie patrzeć chyba jest gdzieś głębiej we mnie, a nie na zewnątrz, tylko czy sama wiara głębsza wystarczy, kiedy „zawala” się  prawie wszystko to, co powinno być na zewnątrz? Temat rzeka, myślę, że rozwinę go w jakiejś innej notce.

Tak więc, jako młoda osoba żyłam sobie pod tym względem błogo, wypełniałam swe chrześcijańskie obowiązki, troszczyłam się o innych, pomagałam… Nie miałam związanych z tym dylematów moralnych, gdyż żyłam w przekonaniu , że postępuje dobrze, jestem dobra i tak, też postrzegali mnie inni ludzie. Schody zaczęły się, gdy ludzie wokoło zaczęli ranić. I to ranić tak bardzo jak tylko można sobie to wyobrazić… W sumie, kiedy teraz podsumowuję to wszystko, to zaczynam dostrzegać, że ludzie ranili mnie przez całe życie, od początku. Najgorsze jest też to, że w tym  najbliżsi, których kochałam i kocham. Tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego w pewnym okresie życia nie wytrzymałam, skoro ranili mnie od samego początku? To było mniej więcej tak, że byłam raniona, ale jako dziecko wytrzymywałam, nie buntowałam się, nie traciłam wiary w to, że ludzie są w głębi dobrzy, pomagałam im nadal, trwałam przy najbliższych, kochając ich, choć nie dostawałam tego samego w zamian, a bynajmniej tego nie czułam. Co więc stało się ze mną teraz? Dlaczego już tak nie potrafię? Myślę, że te wszystkie zranienia i ciosy, które bolały „w sercu”, odcisnęły się gdzieś na mojej psychice przez te wszystkie lata, kiedy zaniedbywałam siebie, swoje potrzeby, skupiając się tylko na innych i ich dobru, a dostając za to w zamian ból i rozgoryczenie zachowaniem czy sytuacjami. Do tego doszło zdarzenie losowe, w którym mimo wszystkich szczerych chęci „straciłam” swojego przyjaciela. Punktem kulminacyjnym natomiast była toksyczna relacja, w której byłam o wszystko winiona, kiedy tak na prawdę nie było ani krzty mojej winy. Bo jaka może być wina w tym, że starałam się zawsze wysłuchać, pomóc, porozmawiać, pocieszyć, wytłumaczyć? Wiele razy cierpiałam, ale o dziwo, za każdym razem kiedy usłyszałam gorzkie słowa, przyjmowałam choćby część ich do siebie, rujnując w ten sposób swoje poczucie wartości. Teraz, kiedy to piszę, sama z siebie się śmieję… Jak mogłam dać sobie tak wpoić, że jestem winna, skoro niczego złego nie zrobiłam? Sądzę, że ta osoba chciała wyrobić we mnie syndrom ofiary za swoje własne błędy, które popełnia… A ja sama ciągle zastanawiałam się, czy ja jestem fair?
Mój punkt patrzenia diametralnie zmienił się, kiedy poznałam M. Dla niego nie byłam winna, mogłam popełniać błędy, nie musiałam udawać, mogłam być po prostu znowu sobą, a on mnie akceptował taką, jaka jestem. I to wydało mi się takie piękne i normalne. Pamiętam, że w tamtym okresie życia tęskniłam za normalnością i właśnie za taką akceptacją mojego życia, moich pasji ( bo w tamtej poprzedniej relacji moje pasje też były głupie, niepotrzebne i złe)  oraz mojej osoby. Mój syndrom ofiary zaczął gdzieś znikać, poczułam się pewna siebie i zdecydowałam się zakończyć tę poprzednią znajomość. Można by powiedzieć, że odcięłam się, bo było mi źle ale również ze względu na M. czułam się wtedy trochę tak, jakbym rezygnowała z tego dla siebie no i dla niego, choć tak naprawdę go jeszcze nie znałam! Nie wiedziałam, czy robię dobrze, zostawiając jakiś czas mojego życia dla osoby, której nie znam dobrze. Jednak jego słowa mnie przekonały, odzyskałam swą wartość  w oczach samej siebie i zaczęłam się bronić, a wiadomo, że jeśli człowiek zaczyna się bronić, to w takich relacjach najczęściej nawiązuje się kłótnia, bo oprawca nie przewiduje, że ofiara zacznie się bronić i chce ją znów sobie podporządkować, świadomie czy też mniej świadomie… Powiedziałam mu więc parę ostrych zdań, oczywiście w sposób kulturalny. I poczułam, że z tym momentem przestaję być dobrym człowiekiem… Skrzywdziłam go w pewien sposób, ale w swojej obronie. Nie wiem, jak wtedy się poczuła ta osoba, bo od tego zdarzenia się odcięłam, nie mogę więc powiedzieć, że to zabolało, bo równie dobrze mogło „spłynąć jak po kaczce”. Podejrzewam, że mogło zaboleć… Nie wiem tylko, czy własna obrona może łagodzić skrzywdzenie kogoś? Prawnie tak, a moralnie…? Jeszcze przed wyjazdem M. powiedziałam mu o tym. Pamiętam, że miałam wyrzuty sumienia, bo zostawiałam człowieka chorego. (Do jakiego stopnia musiała mi ta osoba „wyprać mózg”, skoro czułam się winna, kiedy potrzebna byłam tylko do winienia mnie za wszystko.) A M. po prostu mnie wysłuchał i powiedział tylko jedno zdanie, które obecnie ratuje mnie, kiedy znów dopada mnie poczucie winy. Zrozumiałam przez to, że mam prawo do bycia nieidealną… Bo własnej obrony, bo nie da się być zawsze dobrym człowiekiem, gdyż świat nie jest idealny.

Od tamtych chwil mięło stosunkowo niewiele czasu. Czuję, że jeszcze nie do końca pozbierałam się psychicznie po tym, co mnie spotkało, gdyż nie dopuszczam do siebie nikogo innego płci przeciwnej niż tylko M. Przestałam ufać ludziom, choć relacja z moim nowym członkiem rodziny (bo tak to niestety nazwać muszę ) przywróciła mi  trochę wiary w ludzi, wtedy, kiedy najbardziej ją straciłam. Stałam się jednak nieufna i postanowiłam już nigdy nie dać się skrzywdzić. Dlatego teraz reaguję bardzo impulsywnie, kiedy ktoś wysuwa w moją stronę jakieś bezpodstawne zarzuty, próbuje mnie oceniać czy obrazić (czego też doświadczyłam od tamtej osoby). I wydaje mi się, że takim zachowaniem ranię innych ludzi… Bronię się, często sarkastycznie. I znów wracam do pytania z początku wpisu. Czy sarkazm postawiony w obronie własnej może być usprawiedliwiany? Czy mogę siebie usprawiedliwiać,  jeśli  absolutnie nie chcę krzywdzić innych ale moja psychika jest w tej kwestii na skraju wyczerpania i odruchowo zaczynam bronić mnie, mojej wartości i prawa do własnego zdania? Myślę, że mam prawo się bronić, muszę chyba jednak popracować nad tym, aby uderzać w opinię tej osoby na mój temat czy jej zachowanie, argumenty a nie w nią samą… Choć chyba jeszcze bezpośrednio w nikogo poza człowiekiem, który niszczył mi psychikę nie uderzyłam słownie. Nigdy nie miałam takie zamysłu. A przecież ja też mam prawo dochodzić do siebie pewien czas i wcale nie muszę być idealną. Muszę sobie jednak poradzić z poczuciem winy, które u mnie jest chyba trochę bezpodstawne,bo ja przecież się bronię i to tylko w uzasadnionych sytuacjach. Sama nigdy nikogo z własnej woli nie obraziłam. Na pierwszy rzut oka nie można mi niczego zarzucić. Osoby z mojego otoczenia,( które mnie już długo znają), które zapytałam, co o mnie sądzą nie powiedziały na mój temat ani jednej złej cechy. Wręcz odwrotnie, usłyszałam, że rozsiewam dobro…i jakoś lepiej mi po napisaniu tego, jakże długiego wpisu i przeanalizowaniu wszystkich aspektów tej sytuacji. Wiem jednak, że po tym, czego doświadczyłam zachowuje się różnie, a chciałabym być po prostu dobrym człowiekiem…

A odnośnie brania opinii innych, nieznajomych, czy źle życzących ludzi, znalazłam świetny artykuł na pewnym blogu, do którego zamieszczam link :http://emocjamipisane.blog.pl/2014/06/30/nie-mowmy-o-sobie-zle-inni-chetnie-zrobia-to-za-nas/

-Wiesz Indianer, coś jest nie tak.
-Co jest nie tak?
-Przestałem marzyć, jak człowiek nie marzy- umiera.
-Rysiek, ty żyjesz.
-Nie wiem czego chcę, krzywdzę ludzi…
-Ludzie cie kochają.
-Ludzie się zmieniają.
-My się nie zmieniamy, jesteśmy jak bracia…
( Znów przed oczami mam mojego przyjaciela. Mojego Indianera. Śnił mi się dzisiaj. Przyszedł i wziął mnie za rękę… było mi lepiej.)
https://www.youtube.com/watch?v=qYcYjQ-bHR8