Dzień zaczął się ciemnością

Za oknem pada deszcz, już od dobrego tygodnia. Słyszę jak krople uderzają o dach. Dziś dzień zaczął mi się ciemnością, którą zobaczyłam w moim pokoju po przebudzeniu się. Pogoda jest paskudna, ciemna i mokra, wilgotna… Smutek we mnie nadal trwa, napisałam do matki, zapytała co tam, odpisałam, nie mam siły już niczego ukrywać i dusić w sobie, choć… nie wiem czemu, przecież jej nie ufam, a jednak.

Nie mam na nic siły, a, że parę dni wcześniej zapisałam się na kurs internetowy, przyznam, że trochę mnie to przeraża. A może dobrze, przyda mi się zajęcie… Wczoraj pan ze skrzydłami starał się mnie uspokoić, ale udało mu się to tylko w części.  Dziś jakby zamarzam,  nawet nie wiem, co tutaj napisać, chciałabym przenieść się w inny świat.  Chciałabym, żeby ten świat był kolorowy… Chciałabym wziąć udział w jakimś konkursie poetyckim, zastanawiałam się nawet czy nie wprowadzić tutaj jakiegoś kącika literackiego, na tym blogu. jak na razie nie mam na to siły ani zamysłu, więc wybaczcie, ale tak się nie stanie.

Przemyślałam sprawę, z jednej strony bardzo się cieszę, że go mam, a z drugiej to nie wiem, czemu nie umie się czasem cieszyć z mojej radości, takiej po prostu, niepretensjonalnej… A przecież gdy się kogoś kocha to chce się nim cieszyć, nawet, gdy ma się odmienne zdanie, ale chce się cieszyć jego radością…

Cóż jeszcze pisać, jest mi zimno i źle…  W głowie mam tylko tę piosenkę…

Myśli przy szklance herbaty układane…

Znowu siadam by napisać parę słów w tym miejscu. Zastanawiałam się kiedyś nad tym, czy nie dać któregoś ze swoich tekstów do oceny przez innych, na jakiś portal literacki… Dochodzę jednak do wniosku, że chyba nie mam siły na to, aby być oceniana i krytykowana. Nie chcę w tym momencie mojego życia. Dzisiaj znowu kiepski dzień. Źle się czuję… jakoś lepiej mi z myślą, że teraz przynajmniej to rozumieją. Ona to rozumie. Matka. A przynajmniej próbuje. Czy mój świat to ona? Chyba nie do końca… Chcę pobyć sama ze sobą, chyba tylko to się liczy dzisiaj. Nietoperz nie odpisuję, ale przestałam się nad tym zastanawiać, pewnie napisze kiedyś… może… Wysłał piosenkę, która mnie rozwaliła. czasem mam wrażenie, że jest bardzo podobny… Dziś chcę mieć blog, szklankę dobrej herbaty i swoje myśli. Taki zamiar. Nie mogę znaleźć miejsca dzisiaj, nawet w słowach…Spacer, moje wieści. Jest tyle rzeczy nienapisanych… które gdzieś chciałabym zawrzeć, emocje… Może to już czas na porządniejszy wpis, w końcu nic teraz nie będzie mnie ograniczać!

Riders on the storm, czyli „Jim Morrison widział we śnie indiańskie konie…”

Życie bywa bardzo dziwaczne. Nie przypuszczałabym, że na całkowicie przypadkowo założonym blogu, który powstał tylko i wyłącznie z nagłej potrzeby zapisania swoich paru refleksji na temat życia i mojej osoby wywrze się taka wartościowa dyskusja, a blog odliczy ponad sto odsłon w dwa dni, biorąc pod uwagę to, iż mamy okres przygotowań przedświątecznych i większość z nas zajmuje się sprzątaniem czy gotowaniem…Wow! Cieszę się niezmiernie i dziękuję za tak miłe powitanie Bluesowej!

A przechodząc już do właściwego tematu to od rana obija mi się po głowie „Riders on the storm”, jakże wszystkim znanego The Doors i Jim’iego. Piękna muzyka, choć od dawna nie słuchałam The Doors. „Riders on the storm” wydał mi się smutnym kawałkiem,  a na melancholijną muzykę poza Dżemem muszę mieć nastrój. I nastrój nadszedł jakieś dwa deszczwieczory temu, kiedy po upieczeniu świątecznych, kruchych ciasteczek ( jest to jedyna potrawa, jaką zrobić w kuchni umiem prócz kawy, herbaty itd.- dlatego bloga kulinarnego to ja nie założę, gdyż nie cierpię gotować) chciałam sobie odpocząć przy blasku lampek z małej choinki, przytarganej wcześniej do mojego pokoju, w którym zmieści się dosłownie wszystko, choć miejsca nie ma za wiele. Począwszy od gitary i trzech dużych szafek, po akwarium, które niestety pękło i choinkę. Takim relaksacyjnym akcentem zaczęłam wsłuchiwać się w kolejne słowa znanej piosenki, jej melancholijny, a zarazem magiczny nastrój, bo utwór ten ma coś z magii w sobie. Zaczęły przypominać mi się chwile spędzone na dworze, w deszczu, latem, moje rozmyślania i chmury, choć ciężkie i szare, to jednak z gracją przemykające mi nad głową, które lubię obserwować. Poczułam wtedy, że kocham te chwile, gdy wszyscy chowają się w domach i zostaję sama, stojąc w padającym deszczu, czując jak krople spadają na ubranie, twarz, ręce… Świat nie jest wówczas piękny, ale wydaje się być mroczny i tajemniczy. Mogę wtedy się zamyślić i poczuć, że jestem częścią tego świata. Z racji tego, że wychowałam się na małym „ranchu”, jeżeli można to miejsce w ogóle tak nazwać, potrzebuję kontaktu z przyrodą i naturą. Co prawda nie ma tu pola, gospodarki, zwierząt hodowlanych lub szklarni, ale miejsce to ma duszę. Jest las i pola, które od zawsze dawały mi namiastkę amerykańskich stepów i wolności. Piękne miejsce…a ja kocham je, nawet, gdy staje się mroczne w obliczu potężnego deszczu. Szkoda jednak, że tylko ja dostrzegam piękno i magię tego miejsca z wszystkich, żyjących tu ludzi, a piosenka „Riders on the storm” przypomniała mi chwile, kiedy mogłam doświadczyć wolności i zagłębić się w swoich myślach.

The Doors poznałam  w tym samym czasie co pierwsze utwory Dżemu- „Naiwne pytania” i „List do M”. Była to płyta przytargana jeszcze przez Tatę, jakaś składanka RMF-ki, lata 80. Byłam wtedy dzieckiem, miałam jakieś jedenaście lat. To właśnie dzięki Tacie poznałam pierwsze utwory Ryśka, choć na dobrą sprawę nie wiedziałam o czym ten facet śpiewa. Naiwne pytanie jeszcze mi się podobały, ale za cholerę nie mogłam zrozumieć dlaczego ten facet śpiewa, że nie ma Boga… Dla mnie jeszcze wtedy był, istniał  i był to dobry Bóg, jako, iż jestem wychowana w wierze katolickiej a i samą mnie religia ciekawi. Nie mogłam pojąć jak tak można. Kiedy Tata pozwolił mi się zetknąć z tymi piosenkami byłam jeszcze dzieckiem i choć zawsze odznaczałam się rozumnością, to jednak utwory Riedla raczej nie były pisane z myślą o tym, iż będą słuchać ich dzieci, to też nie rozumiałam. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Taty za rok już nie będzie, a ja tak bardzo zachłysnę się tą muzyką… Nigdy bym nie przypuszczała w tamtym czasie, że parę lat później będę stała pod sceną, ze łzami w oczach, słuchając coveru jednej z piosenek Dżemu… Tak właśnie zaczęła się moja „przygoda” i spotkanie z wykonawcami takimi jak Dżem, The Doors, Queen, który z resztą był ulubionym zespołem mojego Taty. Od pary płyt przyniesionych ot tak, do posłuchania. Co prawda płyt już nie mam, zgubiły się gdzieś, czy zepsuły, pozostając u mojej mamy. Mam za to utwory takie jak „Whiskey” czy „List do M” oraz „Riders on the storm” w wersji z tamtych płyt. Jestem wdzięczna mojemu Tacie, iż zdążył mi pokazać pewną ścieżkę, choć nikt nie przypuszczałby, że mój Tata słucha takich utworów. Jako facet przystojny, zawsze wyszykowany, w garniturze i z teczką w ręku oraz ciemnymi okularami… Sama pewnie trafiłabym na te piosenki wcześniej czy później, bo krążą one po dziś dzień, jednak lepiej mi jakoś z myślą, że „dostałam je” właśnie od Taty.

Nie tylko jednak z tego powodu wróciłam do „Riders on the storm”. Po tym, co spotkałam na swej drodze, ile emocji było we mnie, ile dylematów, ile łez przepłynęło ścieżką moich policzków… Na tej trudnej drodze sama poczułam się jak jeździec pośród burzy. I właśnieriders_on_the_storm_by_sttep (2) minionego wieczoru, kiedy chciałam po prostu zwyczajnie odpocząć zrozumiałam, jak bardzo pasuje do mnie określenie rider on the storm. Tak, jestem jeźdźcem pośród burzy. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż posiadam swojego konia i jeżdżę, nierzadko w stylu western.( Takim, jaki  możecie zobaczyć na starych, dobrych westernach), a i w burzy zdarzało mi się jeździć… Metaforycznie zaś, gdyż obecnie czuję się jak samotny jeździec, posiadający tylko swojego konia, który jest dla niego jednocześnie środkiem transportu i przyjacielem, w wielkiej burzy. Burzy emocji, zmagań, wyborów, sytuacji, cierpienia i poszukiwania siebie.  Stąd właśnie „Riders on the storm” wywołuje u mnie tyle wspomnień i wydaje się bliska sercu. Smuci mnie natomiast fakt, iż szukając informacji o samym Jimie Morrisonie, który wydaje mi się, iż był poniekąd mentorem Ryśka Riedla w poszukiwaniu siebie, dotarłam do zdjęcia, na którym widnieje grób Jim’iego. Nie ma tam żadnych kwiatów, nie pali się żaden znicz… Wydaje się, iż ludzie zapomnieli o „jeźdźcu z burzy”, którym był sam Morrison. Z resztą wszyscy Ci, których pochłonęła muzyka i cierpienie byli w jakiś sposób inni… Nawet ciężko określić w jaki…