Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Reklamy

Refleksje i…. galerianki…

Jakoś zatęskniłam dziś za moim blogiem, Bluesowe Opowieści. Co dziwne, bo pisałam na nim po raz ostatni wczoraj. Czasem myślę, że stworzyłam fajne miejsce, do którego może i wielu by zaglądnęło, a musiałam je zahasłować i ukryć przed światem. Hm… może jeszcze kiedyś uda mi się przywrócić dawną świetność tego blogu, o ile tak w  ogóle można powiedzieć. Nie był i nie jest on popularny, ale te kilka czytelników mi wystarcza, jak na razie. I tak wylewam tu tylko swoje żale i smutki oraz małe i większe radości, tak postanowiłam. Może od czasu do czasu wplotę tu coś innego, życiowego, obiektywnego…

Czasem myślę, że ten blog jest zlepkiem niepotrzebnych słów, bez większej wartości i przeznaczenia, przecież w tym czasie mogłabym pisać literacko… taki mam zamiar, ale jak na razie idzie mi średnio z realizacją tego planu. zawsze znajdzie się jakieś inne zajęcie. Ostatnio dusił się mój koń, więc trzeba było go ratować, a laptop ( w tym samym dniu) odmówił posłuszeństwa i padła mu całkowicie bateria, dziś przyszła nowa, tylko trzeba zamontować.

Dziś ogarnął mnie znów smutek, przez pewną sytuację. Rano, przy śniadaniu, chciałam porozmawiać z dziadkami, o takich tam… pierdółkach. O swoim życiu mało już im mówię, jedynie babci, jest jeszcze w miarę ogarniająca procesami myślowymi rzeczywistość, choć też już dziwnie zaczyna interpretować świat. Powiedziałam, że podobnież mają zlegalizować marihuanę tą leczniczą, na potrzeby medycyny, na co dziadek…

-Co? Pan ze skrzydłami pali marihuanę? Ale jak to?

Opadły mnie siły… a kiedy prababcia wyszła na dwór i mówiła, że kiedy z drzewa lecą soki( żywica), to ono płacze, poczułam się jakbym na chwile przeniosła się do Matrixa. Nie mam już sił, cokolwiek nie powiem, zostanie przekręcone lub zinterpretowane inaczej. Nie wiem już jak z nimi rozmawiać i o czym… nie mam  w zanadrzu takich tematów. Mam się cieszyć, ze słoneczko świeci czy ptaszki śpiewają? Jak do 5-latków? eh… zrobiło mi się przykro i smutno. Czasem człowiek potrzebuje normalnej rozmowy, takiej gdzie komunikat zostanie zrozumiany, przetworzony i zostanie wytworzona jakaś reakcja (najlepiej właściwa) czyli odpowiedź. Przez jakiś czas było mi smutno. Poczułam, ze zostaje sama na tym świecie, mentalnie… Mam tylko pana ze skrzydłami. Chomiczkowa się odwróciła, stała się tajemnicza i niedostępna, chyba nie chce przyjąć już żadnej próby pomocy sobie, nic więc nie mogę zrobić.  To w sumie też smutne.

Widziałam, iż na blogu Anonimowego pojawiło się pożegnanie, wraz ze zniknięciem wszystkich wpisów. Zdziwiło mnie to, ale może musi zacząć wszystko od nowa? rzeczywiście ruszyć naprzód. Kilka blogów nam zniknęło z horyzontu, najpierw Mara, teraz Anonimowy, eh… żadnych pocieszających informacji. A to przecież ja pozostawiałam kiedyś swoje blogi bez dłuższego odzewu.

Wczoraj obejrzałam dwa filmy, lecz skupię się tylko na jednym- mianowicie Galerianki, produkcji pełnometrażowej z 2009 r., niegdyś hit. Opowieść o w sumie chyba dzieciakach z podwórka, szukajacych spełnienia marzeń, tylko każde na swój sposób. Fabułą opiera się na tym, iż trzy dziewczyny będące już „w branży” robią z czwartej, początkowo grzecznej i poukładanej, galeriankę…niestety zepsuli zakończenie filmu, jak dla mnie, dziewczyna stoi i patrzy w lustro, potem zaczyna z siebie zmywać wyzywający dość makijaż, choć… w sumie to ładnie jej w nim było, gdyby nie służył do przyciągania klientów. Historie tych dziewczyn tak bardzo przypomniały mi czas spędzony z Chomiczkową. Eh, to włóczenie się po miastach. ( O tym jeszcze nigdy na blogu nie pisałam) Przyznać muszę, że film ten gdzieś się tam osadził w mojej głowie, nie ze względu na jego świetne zrealizowanie, a dlatego, iż te środowiska zawsze fascynowały mnie pod względem badawczym. Może kiedyś mi się uda zrealizować takie badania. Na razie czeka mnie skończenie szkoły, za 4 lata… 7 lipca ostatnie egzaminy i…. wolność! Sesja zaliczona pięknie! 🙂 Taką mam nadzieję, ze cała, bo jeszcze 2 egzaminy zostały… ale w miarę łatwe. Myślę jednak, ze ciężko może być wytrzymać te 4 lata w domu… Jakiś czas temu stwierdziłam, że poszukam sobie jakiegoś stażu na wakacje, przy chorych dzieciach czy jakichś zwierzętach, coś co wchodziłoby w zakres studiów a dawało mi troszkę odprężenia i zajęcie, które będę lubiła.

A tu takie filmiki…  jakby ktoś chciał zobaczyć rozterki naszego pokolenia… bo to akurat prawda… z tym tekstem O.S.T.R.

Czuję się jakoś dziwnie ogólnie… te spojrzenia mojej rodziny kiedy wyjdę z domu na dwór są jakieś dziwne, jakbym robiła coś złego…

 

 

Kowbojskiej przygody ciąg dalszy -opowieść prawdziwa!

…Bo kowbojskie życie nie zawsze jest przepełnione słońcem…

Ostatnimi czasy moja nadzieja jakby była położona na wadze… To jej przybywało, to zaś ubywało. Zwątpienie jest jak tygrys, który tylko czeka aby rozszarpać tę piękną damę w słonecznym kapeluszu, zwaną nadzieją… Bo w sumie, kogo z zewnątrz obchodzi, czy dziewczyna ze słonecznego rancha wstała pewnego dnia zadowolona? Kogo interesuje czy się uśmiechnęła? Czy jest szczęśliwa? Słoneczne rancho jest samowystarczalne… Tak zawsze mi mówiono…
Jakiś czas temu obejrzałam pewien film o którym wspominałam. Tytuł tego filmu brzmiał „Człowiek w ogniu”, opowiadał o losach małej Pity, dziewczynki z zamożnej rodziny i jej ochroniarza. Dwójka ta zaprzyjaźniła się, a kiedy dziewczynka została porwana, jej obrońca zaczyna zdawać sobie sprawę, iż to właśnie ta mała istota odmieniła całkowicie jego życie na lepsze. Postanawia więc zabić wszystkich, którzy stoją za porwaniem. Jak to określa w filmie jego przyjaciel „W życiu trzeba mieć do czegoś talent. On ma talent do śmierci…”
Cały film trzymał mnie może przez dzień, ale… zobaczyłam w nim też coś bardzo ważnego. Do jakich granic potrafi posunąć się człowiek , by ocalić kogoś, kogo zna tak na prawdę przez chwilę, a zmienia on jego życie. I przypomniała mi się jedna osoba, która na chwilę obecną pokazała mi, że życie może być przyjazne… I nie do końca rozumiejąc czemu, poczułam, że chciałabym mu podziękować. Nie wiedziałam jak, gdzie go szukać, nie wiedziałam o tym człowieku nic, poza tym, że był przebrany za kowboja…Przecież ludzie się widzą, potem rozjeżdżają, zapominają, każdy ma swoje życie, tak już jest. Nie wiem dlaczego, ale tym razem znowu moje „ideały” wyciągane z filmów wzięły górę nad wydawałoby się zdroworozsądkowym działaniem….

I zaczęła się droga po omacku, droga, która nie wiedziałam, gdzie prowadzi… Oczywiście niektóre osoby powtarzały mi, żeby dać sobie spokój i zostawić sprawę, bo tylko wyjdę na idiotkę lub ulicznicę… Ale ponieważ już jakiś czas temu stwierdziłam, że każdy ma prawo do swojego zdania, oszczędnie dzieląc się informacjami na ten temat, postanowiłam… że mu podziękuję. Miałam cel, nie wiedziałam jednak, co z planem.

Znalazłam jednak kontakt do jednego z kowbojów, nie wiedziałam, czy jest aktualny, czy w ogóle tacy ludzi będą chcieli ze mną rozmawiać. Jednak spróbowałam. Okazało się, że wszystko działa, byli zadowoleni, że komuś podoba się to, co w życiu robią. Potem poprosiłam ich o jakąś wiadomość co z kowbojem, z którym nawiązałam najlepszy kontakt. Odparli jednak, iż nie pomogą w odnalezieniu kontaktu do niego, bo widzieli go dopiero drugi raz na oczy… I tutaj zadziało się coś zdumiewającego. Nie wiem, czy za sprawą mojego daru, czy też umiejętności podejścia ich, zgodzili się, nawet z chęcią, sami z siebie, aby „załatwić” numer do tego pana, o który nie prosiłam ich wyraźnie, ani nawet nie błagałam jako fanka. Miał być numer… Przy okazji było jeszcze sporo śmiechu, bo biedacy myśleli, że po prostu, jakaś dziewczyna szuka kolesia po połowie miesiąca od imprezy… Więc otwarcie przyznali, że nie chcą obwieszczać jego nieoczekiwanego ojcostwa 🙂 Lepiej dadzą numer… Pamiętam, że pół nocy się wtedy śmiałam, w sumie to nie wierząc chyba, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle było we mnie emocji, różnych, ale przeważnie dobrych i pozytywnych. Życie nabrało jakiegoś smaku… Ludzie zaczęli być życzliwi, mili, żartobliwi, a we mnie rosła nadzieja na to, że może uda mi się jeszcze skontaktować z kowbojem. Gdzie, ja i taka akcja?? Wiem, że od młodości miałam łeb do różnych takich spraw, ale… to są jednak ludzie, którzy grają w filmach, w zachodnich produkcjach, ja nie byłam z tego środowiska. A może jednak, byłam…?

Potem jednak mijały dni, w tym czasie wyjechałam w góry, odpoczęłam, brałam życie z dystansem, na luzie, wszystko było jakieś inne, lepsze, milsze. Kiedy bierze się życie z dystansem do siebie i otoczenia wydaje się ono być łatwiejszym, na prawdę. Wiec takie też było. Jednak wiadomość z numerem nie przychodziła. Zaczęły się jakieś dziwne teksty w moją stronę, że mam to zostawić, że to nierealne, że być może nie udało im się zdobyć tego numeru. Jejku, kiedy teraz to sobie przypominam… to była świetna akcja…
Zostawiając to wszystko, co słyszałam bezustannie dookoła, napisałam raz jeszcze do jednego z najlepszych kaskaderów konnych w Polsce, z pytaniem czy udało się coś namierzyć. Boże… Facet z tytułami mistrza szukał dla mnie jakiegoś kolesia. Czułam się wtedy tak bardzo inaczej. Poczułam jakiś nagły przypływ siły i energii, że mogę dokonać czegoś dużego, że stać mnie na to. Pierwszy raz też od sytuacji z M. zaczęłam się otwierać, do zupełnie obcych mi ludzi, ale oni rozumieli… Na prawdę, doceniam taką życzliwość. Pomijając fakt, że około trzynastej napisałam z gratulacjami, a o 21 już całkowicie byli ulegli na moją prośbę… Pożartowaliśmy.

kowbojka nnu

Kto powiedział, że dziewczyna nie może?

Po moim pytaniu okazało się jednak, iż niczego nie udało im się jeszcze namierzyć. Nadzieja opadła, no cóż, tak bywa. Pomyślałam wtedy, iż będę musiała czekać rok, na kolejną taką imprezę plenerową. Ten najlepszy jednak szybko stwierdził, że napisze do szefa młodego kowboja z zapytaniem. SZEFA!- A to oznacza najlepszego, bardzo znanego na całą Europę, słynnego i rozsławionego człowieka w branży jeździeckiej. Człowiek, który robi filmy w całej Europie i jest natychmiast rozpoznawalny przez każdego, kto choć z pokazami konnymi miał styczność… Po prostu, bos jeździecki, taki jakby przywódca całej grupy, jeśli porównać do… mafii. Przepraszam za porównanie, ale chyba to najtrafniejsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. To na prawdę, bardzo wpływowy człowiek w tym środowisku.
Zamarłam… Okey, jeden z najlepszych kaskaderów w Polsce, który tez ma swoją firmę ma pisać w mojej sprawie do Bosa? I co on mu powie? „Bo jakaś dziewczyna szuka kaskadera z Twojej grupy, bo się widzieli na imprezie?” Yyyy… Nie wiedziałam w ogóle, jak ten człowiek zareaguje, jak się zachowa, czy jest sens. Nie chciałam, żeby to odbiło się aż o pracę i szefostwo… A tu sprawa miała się potoczyć przez jakiś czas między dwoma większymi ludźmi z branży. Niekiedy miałam nawet taki pomysł, żeby sama napisać do bosa o ten numer, ale z drugiej jednak strony wiedziałam, że mogę mieć niewielkie szanse na to, iż w ogóle kontakt dostanę… Ten drugi był bliżej tego środowiska, a i może znali się na tyle aby móc sobie porozmawiać. Tylko bałam się, jak B. mu to wszystko przedstawi, bo jak wiedziałam, w żartach nie przebierał, a i jego żarty były trochę z pogranicza… Ale cóż, trudno, stwierdziłam, że zaryzykuję i poprosiłam, żeby jeśli może, ściągnął ten numer od szefa…

Nazajutrz numer był! Miałam numer do ulubionego kowboja! Boże, ile emocji we mnie było, ile wiary, ile nadziei w to, że życie nie musi być szare i ponure, no i zadowolenia.
Wreszcie czułam, że żyję! Wiedziałam kim jestem, wiedziałam czego chcę… Czułam spokój i tylko spokój. Przestałam wreszcie skupiać się na własnych problemach, zaczęłam zauważać świat dookoła, który wydał się… o dziwo pozytywny. Trochę pechowo, dziadkowie robili akurat remont drzwi i malowanie pokoju, stąd też atmosfera w domu była… lekko mówiąc okropna, krzyki, wrzaski i nerwy. I choć już potrafię się do tego zdystansować, to jednak trudno było mi obmyślać plan kolejnej fazy podziękowania.
Pamiętam, że na początku nie wierzyłam, że udało mi się znaleźć ten kontakt. Zwykle moje starania w życiu kończyły się fiaskiem, dlatego też moja radość była wielka. Nie tylko z samego kontaktu, ale też dlatego, iż poznałam życzliwych ludzi, którym się chcę… A przynajmniej chciało zadziałać. Pamiętam też, że mnóstwo było we mnie obaw, czy w ogóle mam się do niego odezwać i jak. Mogę wyjść na zeschizowaną fankę. Nie wiedziałam o czym w ogóle chciałabym z nim porozmawiać, nie miałam tematu. Chyba robiłam to wszystko tylko, żeby podziękować. Co prawda kowboj nie wiedział za co, bo myślę, że nie podejrzewał nawet i do tej pory nie podejrzewa, co zrobił, co mi pokazał i jaką dał nadzieję na to, że życie może być miłe i przyjazne.

Zdecydowałam jednak, że jeśli już powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B. W końcu najlepszy kaskader nie po to ganiał za bosem jeździeckim, żebym teraz zrezygnowała. Napisałam… o tym, że mu dziękuję za możliwość przejażdżki na koniu, za fantastyczną zabawę i, że serdecznie pozdrawiam jego i jego konia. Potem nastał czas wyczekiwania na odpowiedź… Godziny się dłużyły, a nadzieja raz przychodziła, raz mnie opuszczała. W końcu byłam wyczerpana, czekaniem, remontem, zaczęła mnie boleć głowa i chciało mi się spać… czułam się bardzo zmęczona.

I nagle, spoglądając na telefon, zobaczyłam, że odpisał… Opanowała mnie radość. Ucieszyłam się, że chciało mu się odpowiedzieć. Pamiętał mnie dobrze. Napisaliśmy kilka smsów, potem już odpowiadał bardziej lakonicznie, może przez to, że był po trzech występach? Ja też już byłam bardzo zmęczona w tym dniu, nie miałam pomysłu o co mogłabym zapytać. Nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Zapytałam więc o pokazy. W ostatniej wiadomości odpowiedział, że kiedyś zobaczę. Nie wiedziałam, czy odpowiada tak lakonicznie bo jest już zmęczony, czy też może trochę wystraszony moimi wesołymi chyba wiadomościami i otwartością. Napisałam, że nie będę mu przeszkadzać, bo jutro pokazy i, że udanych im życzę. Nie odpowiedział już nic, ale wciąż byłam spokojna i zadowolona. Nazajutrz jednak przemyślałam sprawę… coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Po dość długim namyśle wysłałam mu jeszcze wiadomość, w której
napisałam, że dziękuję za to, że mogłam zobaczyć, jak można żyć po swojemu i, że coś dzięki temu zrozumiałam. Nie odpowiedział nic. Zapewne po prostu nie wie o co chodzi. Dodatkowo wracał z Rzeszowa. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może trochę wyskoczyłam, ale z drugiej strony właśnie to chciałam mu napisać… Zebrało się we mnie jakieś napięcie. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, czy nie… Wreszcie poczułam to wstrętne uczucie opuszczenia. Totalnego odrzucenia, którego przecież nie było, bo akurat kowboj jest bardzo przyjazną osobą, tylko, że… nieśmiałą… Może to wyglądać tak, że zlekceważył jakąś tam fankę… Tylko, że w tym całym „zabawnym gronie” był jeszcze jeden aspekt, dlaczego się czuł taki skrępowany? Do tego ten nie do końca posłuszny koń… Nie podejrzewam, że ten człowiek mógłby z perfidią kogoś tak po prostu „olać”. Może się wystraszył mojej otwartości… Bo akurat humor wtedy miałam bardzo dobry, a wtedy nie czuję żadnych blokad i jestem w stanie dużo powiedzieć. Może nie czegoś niesmacznego, ale żartobliwego na pewno, a on taki skryty… Chciałam się tylko zaprzyjaźnić i tak też tę rozmowę potraktowałam. Może zbyt otwarcie…

Nazajutrz poczułam, że coś mnie opuściło. Cała ta energia i pasja. Zaczęły mnie dręczyć jakieś dziwne myśli, co sobie pomyślał. Pojawiło się poczucie winy, które jeszcze do tej pory w sobie mam. Może coś zrobiłam nie tak? Ze zmęczenia człowiek robi też różne rzeczy, a byłam wyczerpana wtedy… Poczułam się jak jakaś… dziwnie się poczułam. Potem było poczucie wszechogarniającej ciszy i pustki. Jakbym coś straciła, grupę? Ludzi? Chyba tak… Życie stało się bardziej szare. Zaczęło mi brakować pewności siebie, a mój świat wydał mi się jakiś bardziej osamotniony. Znowu odezwał się mechanizm odrzuceniowy, który ciężko zniosłam. A nie sądzę, żeby on chciał mi dokuczyć. Może się bał, może nie wiedział co i jak… Chyba też ma problemy z otwarciem się na innych… A ja sama czułam, że zawaliłam. Może trzeba było podejść do tego inaczej, tylko skąd mogłam wiedzieć jak, kiedy przecież nawet go nie znam. Opowiedział mi parę rzeczy o swojej pasji, chwile się powygłupialiśmy, pouśmiechaliśmy na występie, tyle.
Po tygodniu walki ze sobą i z moimi myślami, które w efekcie sama sobie wytworzyłam czuję, że sprawa się przedawniła. I to jakoś jest dla mnie pocieszeniem. Może już zapomniał… Nie chciałabym, żeby pomyślał sobie o mnie coś przykrego. Miałam dobre intencje. Jednak rozmowa się urwała, coś zostało zawieszone w próżni. Sama nie wiem, co dalej. Niby wszystko skończone, podziękowałam… ale… takie niedokończenia nie dają mi spokoju. Zawsze chciałam wszystko kończyć, nie lubię takich rozmów, relacji, sytuacji… Wiem, że i tak najważniejsze co z tym zrobię w mojej głowie, ale dręczą mnie takie niedopowiedzenia. O jego życiu prywatnym nic nie wiem, nie chcę mu przeszkadzać w życiu, po prostu, nie lubię niedomkniętych drzwi, bo nie wiem, jak jest i potem zaczynam pisać scenariusze. To ciężkie chwile, kiedy pojawia się brak pewności, kiedy nie wie się, w co można wierzyć… Często byłam odrzucana, wiec z automatu takie myśli. A może to nie prawda?

I tu pojawił się w mojej głowie kolejny, na prawdę szalony pomysł… Ale… oni też tacy szaleńcy… 

                      Rodzina mówi mi, żebym zaczęła pracować w biurze detektywistycznym. Przyznam, że by mi się chyba podobało 😉 

Uf, napisałam… zbierałam się do tego wpisu od tygodnia… Troszkę mi lepiej. 

Dobro powinno być określone.

Pisze wiersze… tak, siedzę i piszę. Muszę się wypisać, a, że sprawia mi to nie lada frajdę, to też piszę… Słabe, mocne, mroczne, wydumane, po prostu, przelewam cząstkę mnie na papier. Kupiłam sobie notatnik-pamiętnik… Dziś jest ostatni dzień laby, od jutra harówka, nadrabianie zaległości w różnych aspektach życia. Nie mam na to siły, a jednak będę musiała.

Myślę o tym, że dobro powinno być jakoś określone. Znowu zadaje sobie pytanie, czy jestem dobrym człowiekiem? Od czasu jak w pewnej instytucji potraktowano mnie jak… mam różne odczucia względem siebie samej. Kiedy byłam młodsza, czułam się lepiej pod względem moralnym. Życie było prostsze. Teraz, kiedy zaczynam żyć swoim życiem i piekc582o-i-niebo2podejmować własne decyzje wszystko zaczyna się psuć. Nie wiem już, czy postępuje dobrze, czy źle… To chyba normalne przy wkraczaniu w swoje własne życie, dorosłe… W końcu, człowiek musi nauczyć się na własnych błędach. Jednak może to rzutować na swoją własną samoocenę… Nie wiem, czy nadal jestem dobrą osobą? Chyba nie ma na tym świecie całkiem dobrych ludzi. W każdym z nas jest trochę dobra i trochę zła, a reszta to niewiedza. Walka z samym sobą i z własnym „złem” jest bardzo trudna, kiedy choć chcę się być dobrym człowiekiem.  Na temat etyki zostało spisanych tyle ksiąg, tyle tekstów, tyle wyznaczników… Aż śmiesznym wydaje się stwierdzenie, że dobra tak naprawdę nikt nie określił. Takie właśnie mam dziś poczucie. Bo co znaczy być dobrym? Dla każdego coś innego. Żyjemy w płynnej materii. „Panta Rhei” jest tu chyba najlepszym określeniem, gdyby przyłożyć prawa egzystencjalne do skłonności ludzkiej zmienności psychiki i poglądów…

Nawet, jeśli czynimy dobro, albo przynajmniej się nam tak wydaje, nie mamy na czym się oprzeć. Jest dekalog, są inne normy etyczne czy moralne, nawet nieomawiane głośno, bo to po prostu się wie. Jednak chodzi mi o sytuacje, do których nie mamy żadnego odniesienia…

Jestem chrześcijanką i staram się przestrzegać dialogu, gdyż uznaję, że jest to zbiór zasad i wartości świetny i religijnie, ale i etycznie. Jednak dekalog jest świetną podstawą, na wszystkie sytuacje w dzisiejszym świecie nie ma „dobrych rozwiązań”. A czasami chciałabym, żeby były… Myślę jednak, że Bóg wiedział, że tak się stanie. Nie udzielił jednak odpowiedzi na wszystkie pytania. Udzielił tylko dziesięć odpowiedzi…

Czy zatem szukać odpowiedzi w świecie? W sobie samym? Myślę, że ważna jest akceptacja takiego stanu rzeczy, że nie zawsze okażemy się dobrymi ludźmi przed sobą samym.

I jak tu być dobrym?

Pisał człowiek nieidealny…

 

Nie ma dwóch takich samych zachodów słońca… tęsknię za wolnością.

Kończy się nam powoli czas świątecznych światełek, choinek, migających ozdób, które tak bardzo lubię. Dziś wracam myślami do przeszłości. Przypominają mi się różne obrazy, wspomnienia, dni, miesiące, wreszcie lata… Tak bardzo tęsknię dziś do wędrującego po błękicie nieba słońca. Tego letniego słońca. Kiedy świeci słońce świat wydaje się bardziej 20150929_174801radosny. Mimo wszystko. Potrafiłam być smutna, mimo tego, że świeciło słońce tak jasne, że oślepiało wszystkich wokół. Dziś jednak tęsknię do tamtych chwil. Czasu spędzonego na moim małym ranchu, oderwanym trochę od codziennej rzeczywistości miast, aglomeracji, tłumu. Brakuje mi tego codziennego pogrążania się w myślach przy wpatrywaniu się w kolejny, cudowny, magiczny zachód słońca nad moją krainą… Tak, jest w tym jakaś nieopisana magia. Kiedyś będę musiała to jeszcze raz tutaj opisać, tylko dokładnie. W mojej krainie nie ma dwóch takich samych zachodów słońca. Chyba nigdzie na świecie nie ma dwóch takich samych…

Pamiętam, że zawsze to zachodzące słońce budziło we mnie masę rozterek, masę pytań, masę myśli… o sens i cel istnienia. Myślę, że u każdego z nas z wiekiem to się zmienia. Mamy przecież różne motywacje, różne aspekty życiowe i różnorakie podejście do życia. Jeżeli kiedyś obserwowaliście słońce, które co dzień wstaje i zachodzi czy nie przyszło Wam do głowy pytanie dlaczego? Mnie przyszło, choć czasami myślę, że to zbyt wielkie pytanie jak na moje rozmyślania. Świat jest przecież ciągłą tajemnicą… Dlaczego coś przemija, nieustannie? Wszystko gdzieś dąży, do czegoś zmierza. Ale do czego…? Te pytania stawiali sobie już w starożytności i co śmieszne nadal nie otrzymaliśmy jednoznacznej odpowiedzi. Można by rzec vanitas vanitatum et omnia vanitas. W kontekście jakże znanego,ludzkiego przemijania słowa te powinny nas pogrążyć. Jeżeli wszystko jest marnością, a życie człowieka może zgasnąć w każdej chwili? Myślę, że człowiek kiedyś, bardzo dawno temu zdał sobie sprawę ze swojej kruchości wobec świata, przemijania i wszystkiego co wokół. Wobec zachodzącego słońca też. A jednak je nadal podziwiam…

I kiedy tak zachwycam się blaskiem, czerwonej kuli, która ma za chwil kilka schować się bezpowrotnie, tajk,, jak jeszcze nigdy tego nie robiła i robić nie będzie, pojawiają się pytania „po co ja tu jestem?”, „po co żyje?”  a wreszcie „po co ja rano w ogóle wstałam z łóżka? ” Po to, żeby słuchać mądrzejszych od siebie co dzień? Na pewno. Ale po co jeszcze? Co jest celem mojej egzystencji? Śmierć? To i tak się stanie, nie mam na to wpływu. Jest to jedyna rzecz, której możemy być w życiu pewni. Zapewne zastanawialiście się nad tym nie raz. Na czym tak naprawdę polega życie? Czym jest…?

Określenie celu swojego bytowania jest dość ważnym procesem dokonującym  się w każdym z nas niejednokrotnie. Pytanie „po co żyję?” jest fundamentalnym pytaniem, tak naprawdę retorycznym, bo nikt nigdy jeszcze nie postawił na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jest to pytanie bardzo subiektywne, które każdy z nas powinien skierować do siebie samego a dokładniej do swego wnętrza. I równie subiektywnie sobie na nie odpowiedzieć, gdyż odpowiedź ta z pewnością będzie uzależniona od jego myśli, postrzegania samego siebie czy sytuacji…

Wiele razy widzę, jak ludzie wobec tego, co spotyka ich na drodze mówią „a no cóż, przecież trzeba jakoś żyć.” Tylko co to zdanie ma oznaczać? Co to znaczy „jakoś żyć”? Czyli wstać rano, iść do łazienki, potem zrobić śniadanie, do szkoły/pracy, wieczorem do domu, kolacja, no może trochę z rodziną, bo by wypadało, albo i nie… i spać? I rano znowu to samo? Życie często zamyka się tylko do funkcjonowania, nie zastanawiamy się tak naprawdę „Po co”? Gonimy za pieniędzmi, godnym życiem, po to, aby utrzymać rodzinę, zapłacić rachunki, pomalować pokój. To takie banalne, ale prawdziwe. Brak nam często jakiejkolwiek refleksji nad bytem naszym i innej materii. Kiedy patrzę na moich bliskich czasem mam wrażenie, że dali się wciągnąć tej machinie. To smutne. Ja nie potrafię tak żyć, nie potrafiłabym nie myśleć, nie zastanawiać się…  Te poszczególne czynności, które zawsze wykonujemy, owszem, składają się w jakąś całość, ale to jest całość, którą tworzymy my. Nasze działania. Nasze życie. A życie według mnie to nie tylko spanie czy jedzenie i wypełnianie obowiązków. To coś więcej… Przynajmniej dla mnie, osoby, która czuje, że żyje, kiedy patrzy na zachód słońca, bo wtedy, przez tę nieograniczoną przestrzeń i myśli w mojej głowie czuje się choć trochę wolną…

I dziś tak bardzo tęsknię do tej wolności…