Zaczęłam doceniać małe gesty

Czuję, że coś się we mnie zmienia, że odradzam się na nowo z jakiejś niedobrej sytuacji. Do tej pory myślałam, że tylko jakieś wielkie słowa w relacji są teraz w stanie ruszyć sunset-671409_960_720mnie teraz z obecnego marazmu… a tymczasem jest dokładnie odwrotnie! Zaczynam się cieszyć z małych gestów, drobnych słów i paru radosnych chwil. Potrafię się tym cieszyć i śmiać z tego… z tego, że rzeczywiście możemy sobie zjeść z Top Gunem obiad, że możemy porozmawiać, że tak jak ja lubi naturę, że kupił mi kawę, że wreszcie, kiedy przyszło mu iść do domu, bo z kolegami mieli tylko jeden samochód i nie miałby czym wrócić do domu, to nie wiedział co ma zrobić, miotał się powtarzając „no, ale…”, a gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi się wahać, to z iskrami w oczach, które mają aktorzy przy rozdzierających krew w żyłach scenach, złapał mnie za nadgarstek mocno i patrząc mi prosto w oczy powiedział, „zostałbym z tobą (do końca wykładów), ale zrozum, co mam zrobić…” Ta scena wydała mi się tak autentyczna i zarazem tak śmieszna, że nie mogłam powstrzymać się od smiechu, choć może nie wypadało… Jak najprawdziwsza scena z filmu rozdzierjąca krew w żyłach… Ale cieszę się tym. Tymi spacerami, rozmowami, gestami, chyba na ten moment nie potrzebuje niczego więcej, nie wiedziałabym co mam zrobić, a tak, mogę się cieszyć chwilą. I dochodzę też do wniosku, że najpiękniejsze co można przeżywać dzieje się właśnie teraz, nie kiedy indziej, więc po co ja ciągle czekałam? Po raz pierwszy dzisiaj cieszę się, że jadę na uczelnie… Choć to paradoks, bo miałam już tam swojego chłopaka… Ale dopiero teraz to miejsce kojarzy mi się z czymś miłym… Bo co z tego, że tam był, kiedy w ogóle mnie nie zauważał, kiedy byłam dla niego powietrzem. Nie przychodził do mnie, jakby się  mnie wstydził. Teraz, kiedy o tym myślę, to dziwie się, że pozwoliłam tak się traktować. Ale dziś przynajmniej mogę się cieszyć 😉

 

Reklamy