Szczęście i beznadzieja we mnie…

 

05.08.2019:

Myśli mi się mieszają. Od czasu kiedy poznałam F. mam niemały mętlik w głowie. Na początku zapaliła mi się czerwona lampka-przecież to jego siostrzeniec, ten kontakt nie może dobrze się skończyć. I chciałam odpuścić, ale mimo wszystko, po stracie Top Guna byłam sama, samotna i lepiej mi było, gdy ktoś się do mnie oddzywał. Tak zaczęliśmy rozmawiać… A on był tak podobny do Top Guna!

Potem wyslalam mu zdjęcia, nie spał calą noc. Top Gun też widzi, że młody się chyba zakochał i pisze mi to. W czwartek lub piątek pierwszy raz poczułam coś takiego, czego nie czułam od bardzo dawna. Spokój, najprawdziwszy spokój. Poczułam, że nie muszę się szarpać, że komuś na mnie zależy… Że nie jestem taka samotna. To było piękne!

Wczoraj rozmawialiśmy o spotkaniu…. Chce się z nim spotkać by go poznać, zobaczyć jaki jest w rzeczywistości, zanim zacznę sobie wyobrażać na jego temat Bóg wie co, a potem się zawieść… Choć chyba już zaczęłam… On też jest takiego zdania, aby się poznać i potem nie rozczarować bo jak się nie pozna człowieka to zaczynamy sobie coś wyobrażać a potem to może okazać się nieprawdą. I jest rozczarowanie. A jeżeli się go pozna, można go tylko zaakceptować bądź nie. Ale doszliśmy do wniosku, że chcemy się poznać.  Mimo całej sprawy z Top Gunem i Top Guna z boku.

Kiedy mu napisałam, żeby do mnie przyjechał, odpisał, że poczuł takie coś jakby uderzenie w ściane, taki ucisk w środku z termy i podekscytowania.. Zapytałam go, co by było, gdybyśmy się sobie spodobali?  Odpowiedział również pytaniem, czy to byłoby źle, gdybyśmy się sobie spodobali? Napisał mi, że jest ciekawy mojego głosu, zachowania. Napisał też, że mu się podobam. Jednak chciałby, żeby ktoś w nim dostrzegł piękno jego wnętrza a nie tylko wyglądu. Zastanawiam się czy mogłabym mu to dać? Chyba tak…

W końcu ma te cechy, które tak bardzo pokochałam w Top Gunie… Tak sobie o tym myślę, że gdybyśmy się sobie naprawdę spodobali to byłabym naprawdę szczęśliwa! Miałabym wreszcie te cechy, które tak pokochałam w Top Gunie, ach! I gdyby to wszystko wyszło, to wreszcie wiedziałabym, że to wszystko co przeszłam z Top Gunem, to całe moje ogromne cierpienie, to, że nie mogłam podnieść się z łożka, miałoby sens. Bo gdybym wtedy się poddała i zerwała kontakt całkiem z Top Gunem nie poznałabym F.

Na razie chcemy sie poznać i zobaczyć czy siebie akceptujemy, czy sie sobie podobamy… Nic na siłę, jeśli nie będzie zakochania z dwóch stron to będzie to kiepskie, dlatego trzeba się przekonać czy coś takiego się wytworzy. Bo to musi być zakochanie a nie relacja „żeby tylko ktoś był”. Tak bym chciała przynajmniej. Do tej pory nikt prawdziwie mnie nie kochał… Zawsze to ja kochałam, starałam się, dlatego teraz bym chciała aby jeżeli juz to aby było to albo z dwóch stron albo wcale. Ale z tego co widzę to jemu też zależy na mnie.

Mam takie momenty, że czuję coś bardzo pozytywnego, jakąś euforię, coś takiego, co rozpiera od środka. A za chwilę wydaje mi się, że to nie ma sensu, to się nie uda… Przychodzi zwątpienie. I tak sobie trwam na tej huśtawce…

08.08.2019:

Wczoraj miałam dzień zwątpienia. Mamy się spotkać w niedzielę. Wydaje mi się, że w niedzielę wszystko się rozpadnie w drobny mak. Dlatego wiem, że muszę się cieszyć chwilą, która trwa obecnie, tym, że mam z nim kontakt, tym, że jemu zależy.

Dowiedziałam się też, że F. Szykuje dla mnie niespodziankę na niedziele. To było takie miłe. Top Gun nigdy nie szykował dla mnie niespodzianki przez ten cały rok znajomości.

Wczoraj też byłam niemiła dla Top Guna. Zapytał się mnie co tam u F. Chcialam mu odpisać, że dobrze i urwać temat, ale napisałam, czy sam mu nie może napisać? Na to Top Gun mi odpisał, że napisał mu, że spotykamy się w niedzielę. Już się dowiedział, eh… Nie chciałam by się dowiedział przed spotkaniem, tylko po, ale w sumie, co to zmienia… Z Top Gunem i tak już skończyłam i muszę to zaakceptować…

Boję się spotkania z F. choć czekam też na niego z jakimś ustęsknieniem. Jest tak podobny do Top Guna, nawet z wyglądu a tęsknię za tym wyglądem, bardzo. Wiem, że Top Guna nie zobaczę wcześniej niż w październiku, z resztą, nie chcę już go widzieć. Wszystko się rozpadło…

I chciałabym mu to zaśpiewać:

„Twój pewny krok, każde spojrzenie
Ukrywa coś, znów gubisz się sam
Zabieram ci ostatnią nadzieję, wiem
Nie powiódł się twój misterny plan
Skąd w tobie ten gniew
Powiedz to
Skąd w tobie ten chłód
Zaskoczę cię, wiem
Mówiąc to, że między nami jest już skończone

I mimo, że masz u stóp cały świat
To wszyscy widzą
Twój każdy dzień wypełnia ból
Nie łatwo jest tak zapomnieć gdy żal
Jeszcze nie minął
Bez cukru życie poznaj znów
Tylko pieprz i sól”.

Praca mnie zabija, zabija całe szczęście jakie w sobie mam, nie ma już tej euforii, ale nadal czuję spokój. Mam na głowie tyle obowiązków, że nie wiem czasem do czego mam ręce włożyć, ale jest dobrze. Czasem zastanawiam się jaką niespodziankę F. dla mnie szykuje. I czasem nie wierzę, że to się dzieje na prawdę… Gdyby to wyszło, miałabym wszystkie te cechy, które tak bardzo pokochałam w Top Gunie. A myślałam, że w życiu jest tylko jeden taki cud, i drugiego takiego nie będzie…

„Horoskopy mówią, że ułoży się, chyba nie mnie.
Mnie chyba nie
W życiu tylko jeden cud
Już nie będzie go
Wargi gryźć do samej krwi
Z bólu w niebo wyć…”

Dla mnie tym cudem był Top Gun. Pokochałam go najprawdziwszą miłością jaką mogłam i nikt po nim tak mi się nie podobał, choć próbowałam sobie znaleźć kogoś zupełnie innego… to nie było to. Po prostu nie, aż nie poznałam F. Wtedy coś drgnęło.

Mam mętlik w głowie… nie wiem, czy mam się cieszyć czy smucić, z jednej strony chciałabym się cieszyć, ale z drugiej nie wiem czy mi wolno, przecież jeszcze nic się nie stało, nie zadziało, po prostu rozmawiamy. Trwam w jakimś dziwnym zawieszeniu… w oczekiwaniu, ale wiem jedno. Jest mi lepiej!

 

Reklamy

Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Miesiąc…

Dziś dokładnie mija miesiąc od tych krytycznych dla mnie wydarzeń, gdy dowiedziałam się prawdy o jego życiu… Muszę przyznać, że czekałam na ten dzień. Czekałam, bo to już jakiś okres czasu. Okres czasu, który można już jakoś określić. Mogę przecież powiedzieć „Minął już miesiąc”. Wiedziałam, że z tą świadomością będzie mi łatwiej żyć, ot tak, po prostu… Że po miesiącu będzie łatwiej, prościej… spokojnej… w końcu upłynęło już trochę czasu… że po miesiącu się zakończy żałoba, strata, ale nie sądziłam, że po tym miesiącu spojrzę na wszystko tak inaczej… że ogarnie mnie taki spokój, mimo tego, czego się dowiedziałam, co wiem.

Top Gun jest, ciężko mi go odseparować, kiedy on sam prosi się o kontakt. Z drugiej strony moja potrzeba bliskości nie daje za wygraną. Nie wiem, jak to zrobić, aby jej nie czuć, aby on nie był mi potrzebny. Tutaj może terapia przyniesie kiedyś jakieś skutki, że będę umiała wytyczyć odpowiednią granicę, taką, by nie dać się ranić. Nie chcę być raniona, nikt nie chce, a jednak lgnę do ludzi, którzy mogą mi to zrobić, mogą mnie zranić, bardzo boleśnie. Tylko, że teraz już jest inaczej, bo liczę się z taką ewentualnością, to inne niż wcześniej uczucie, kiedy nic nie widziałam. Jestem już teraz świadoma ewentualnych konsekwencji.

Dziś dzień mija mi raczej spokojnie, na pisaniu z nim, spacerach i nauce, ale też lubię ten spokój, wolę ten spokój od niezaplanowanych, wstrząsających akcji. Powoli znika mi też czarnowidztwo, przynajmniej na razie i dobrze mi z tym. Wiem, nie chcę żyć iluzją i czasem się na tym łapię, że myślę bardziej pozytywnie niż do tej pory, a to może być zgubne, ale z drugiej strony odczuwam wtedy ulgę. Świat nie jest już tylko czarno biały. Dziś Top Gun zapytał się mnie jak się czuję. Odpowiedziałam, że lepiej.

Może to leki zaczynają działać?

yoga-2176668_960_720

Pie****lnąć tym wszystkim! Szczera rozmowa z terapeutką.

Wpis z 20.05.2019 r.

Dzisiejsza poranna rozmowa z nim spowodowała, że jestem cała roztrzęsiona, a musiałam z nim pogadać, bo załatwia mi praktyki. W sumie, nie wiem nawet dlaczego to robi. Chce mi pomóc?

Znowu jest gorzej. W tygodniu było lepiej, kiedy zajmowałam się swoimi sprawami, w weekend kiedy musiałam tam iść, oglądać tych ludzi, wśród których się poznaliśmy było mi ciężko. Jeszcze te pytania, gdzie on jest? Bo nie przyszedł na zajęcia i musiałam im tłumaczyć, że poleciał na ćwiczenie do Słowenii.

Nasz kontakt jakoś osłabł… dziś z nim rozmawiam, niby o neutralnych sprawach, czuję, że jest rozwalony w środku, smutny, przybity… Powiedziałam mu o tym, że się męczę. Od jakiś kilku dni, z w zasadzie od soboty chyba mam taki zamiar by powiedzieć mu, że mnie skrzywdził i, że przez niego się męczę. Powiedziałam tylko, że się męczę przez niego. Powiedział przepraszam, ale wie, że to nic nie zmieni. On też się męczy, już nie wiem w sumie przez co, chyba przez kochankę i to, że go zostawiła, ale co mnie to obchodzi?

Na początku, kiedy rozmawialiśmy miałam nadzieję na uratowanie tego, choć bolało, bardzo. Potem jakiś smutek, potem wyszłam na prostą, odcięłam, urwałam kontakt i było mi tak dobrze przez dwa dni, dziś znowu wszystko wraca. Dziś mam taką wielką ochotę pierdolnąć tym wszystkim i po prostu o nim zapomnieć. A wiem, że tak się nie da…

Na wieczór znowu on zaczął rozmowę. Chwilę popisaliśmy, było mi już jakoś lepiej, spokojniej. Uczę się nie reagować aż tak intensywnie na niego. Nie wychodzi mi to najlepiej… Ale mogę tak przecież nie reagować…

Znalazłam też jedną piosenkę, którą polubiłam:

Wpis z 21.05.2019r:

Rano pojechałam do terapeutki, nowej, bo u dotychczasowego terapeuty już terapii nie mogę odbywać. Myślałam, że będzie gorzej, ale nawet pozytywnie mnie zaskoczyła. Porozmawiałam z nią szczerze… chyba pierwszy raz wżyciu odbyłam taką szczerą rozmowę o tym, z terapeutką, że czuję się gorsza, że potrzebuję bliskości, że nawet jeśli relacja jest byle jaka to i tak jest we mnie ta potrzeba bliskości, bo lepsze to niż nic, o tym, że nie mogę określać swojej wartości przez bycie z kimś lub nie bycie, a to robię, że poczułam, że coś we mnie jest nie tak, że mam kołowrotek emocjonalny, raz chcę mu pomóc, raz mi go żal, a za chwilę mnie wkurwia i to tak intensywnie…

Nie powiedziała mi „zrób tak, czy tak”. Nie naciskała na urwanie kontaktu z nim na siłę, powiedziała mi o granicach, o zaopiekowaniu się sobą, o tym, że mogę sobie poeksperymentować, co mam z tym wszystkim zrobić, dała mi wolność. Tą wolność, na którą chyba czekałam, której od niej oczekiwałam, ale z drugiej strony zapytała czy ten plan, który ja mam w głowie jest realny? Nie wiem, tego nie wiem…

Dużo też mówiła o złości, że ja chociaż powinnam być wkurzona i w ogóle w pierwszej chwili powiedzieć „odejdź z mojego życia, nie chcę Cię znać”, a ja nie umiem. Mam w sobie tę złość, ale jakąś bierno-agresywną lub skierowaną na siebie. Stąd wymioty i takie złe samopoczucie. Powiedziała też, że może lepiej, że stało się to teraz niż później, bo później byłoby mi jeszcze bardziej żal. I, że nic nie dzieje się przypadkiem, może tak miało być, żebym wreszcie zaopiekowała się sobą, popatrzyła na siebie, żebym była gotowa coś usłyszeć. Bo może wcześniej nie byłam na to gotowa, a teraz, po tych wydarzeniach tak. W każdym bądź razie, przyszłam tam, chciałam porozmawiać, powiedziała, że to znak, że mimo wszystko jakaś część mnie jest dla mnie ważna. Powiedziała, że jest we mnie ta złość, która być powinna tylko muszę sobie dać czas, by ją poprzeżywać. To normalne, że najpierw chciałam to wszystko ratować, potem jakoś się odcięłam, a teraz już sama nie wiem czego chcę. To proces, który się toczy i będę zmienna, ale mam do tego pełne prawo. Poza tym, tyle jest we mnie teraz emocji, smutku, żalu, po stracie, że w tej swojej „żałobie” mogę po prostu raz chcieć kontaktu, choć mi w tym źle, a raz go nie chcieć. Mogę raz odebrać telefon, uznać, że to nie jest dla mnie dobre, a potem jeszcze odebrać 3 razy, aż nie dojrzeję do tego, że to ten moment, by to zakończyć. Powiedziała, że przecież mogę o sobie decydować  tak, jak zechcę, nawet jeśli się trochę jeszcze pobiczuję… aż nie dojrzeję co z tym zrobić, aż nie poczuję, że to jest ten moment. Powiedziałam jej też, że wnerwia mnie już słuchanie jego wywodów na temat tamtych kobiet i nie zamierzam tego robić, owszem, mogę z nim pogadać o neutralnych rzeczach ale nie o nich. To mnie też rani i boli i nie będę sama siebie krzywdzić. Przyznała mi rację, przecież ja też byłam jedną z nich, wybranką (choć ja nie wiem czy tak było) i mam pełne prawo nie mieć ochoty na słuchanie o nich. Mówiła też, że to nie jest normalne, że wymiotuję, kiedy były dzwoni do mnie… Powiedziałam też szczerze, że nie wierzę, że spotka mnie już coś dobrego, że kogoś poznam, że czuję się tak, jakby wszystko się już skończyło… Powiedziała, że popracujemy nad tym moim czarnowidztwem. Ustaliłyśmy też cele na terapię: Zmiana przekonań o sobie, na takie, że jestem ważna i wartościowa nawet jak zostaję sama. Popracowanie nad tym, aby odciąć się od myślenia o jego kobietach, wzbudzenie w sobie trochę złości, popracowanie nad czarnowidztwem. Powiedziała, że to realne cele do terapii, więc mogę dać radę.

Czuję się jakoś lepiej, jestem spokojniejsza. Tak, jakby moje życie zaczynało zależeć ode mnie, a nie od innych osób, ich samopoczucia, decyzji, uwag, przemyśleń itd. Dowiedziałam się też, że są organizowane spotkania dla osób oczekujących na terapię pogłębioną, pierwsze jest 12 czerwca. Może się wybiorę? O dziwo jak kiedyś nie lubiłam tego ośrodka, tak teraz jakoś lepiej mi, gdy tam idę, coś się zmieniło, może przez te wydarzenia? Kiedyś uważałam, że muszę sama sobie dać ze wszystkim radę, że przecież sobie poradzę, że mam jakąś wiedzę i muszę na niej bazować, tylko chyba… zapomniałam o uczuciach, które są i żadna wiedza nie sprawi, że się nagle zmienią. Teraz nie wymagam od siebie nie wiadomo czego. Pierwszy raz w życiu chyba dopuściłam myśl do siebie, że tak, chcę aby ktoś mi pomógł,że nie zawszę muszę być silna i niezależna od pomocy innych, dobrze się czuje na tej terapii. Może to przyniesie jakieś skutki?

Wczoraj miałam taki dzień, że bardzo chciało mi się palić… choć nigdy nie paliłam, to bardzo dziwne uczucie. I tak samo, choć mówiłam sobie, że nigdy w życiu nie będę paliła, jakby mnie ktoś wczoraj poczęstował papierosem, jest szansa, żebym wzięła… Mimo wcześniejszych, bardzo mocnych postanowień. Coś się we mnie zmienia, czasem mam wrażenie, że upadam, ale może nie? Może to zwyczajna droga do dojrzewania do bycia z sobą? Kiedyś miałam w głowie stworzony idealny świat, teraz odkrywam, ze świat nie jest wcale taki idealny, a ten, który ja tworzę też idealny być nie musi…

Zaraz może odpowiem Top Gunowi na jedno pytanie, które wczoraj mi zadał…

Na dodatek, co gorsza, coś mnie pobiera, od dzisiejszego poranka źle się czuję. Mam nadzieję, że mi przejdzie i, że nie rozchoruje się na weekend.

tea-time-3240766_960_720

Dziwię się sobie… Wpis z poziękowaniem dla Mary Kot i Morfeusza!

Dziwię się sobię. Wydawało mi się, że po takim ciosie jaki dostałam będę leżeć i płakać pół roku, a tu, ku mojemu zaskoczeniu jakoś funkcjonuję, może to też za sprawą leków, ale nie jest ze mną najgorzej, tak jak przewidywałam. Umiem zająć się swoimi sprawami, umiem nie myśleć o tym, co było. W sumie, coraz częściej łapię się na tym, że myślę sobie, że nie mam do czego wracać, nie mam czego wspominać, bo to nie była miłość, po co więc do tego wracać? To trochę smutne, po pół roku nie mam do czego wracać, bo wszystkie wspomnienia z nim okazały się być niesłuszne, były po prostu moją pomyłką, ale ta myśl pozwala mi chyba iść przed siebie, nie oglądając się za siebie. Choć co noc mi się śni i wypisuje do mnie stale, nawet z Słowenii, czuje się jakaś spokojniejsza… Odizolowałam się też od tematu związków i miłości, ale to chyba normalne… i dobrze mi tak. Kiedyś myślałam, że jest idealny, teraz widzę, że taki idealny nie jest i to chyba też daje mi wolność…

Dziękuję też Mary Kot za to, że ze mną jest w tych trudnych chwilach i za piosenkę, którą mi wysłałać. Jest wbrew pozorom pozytywna i potrafiła postawić mnie choć trochę na nogi, spojrzeć na to wszystko w innym świetle… Jeśli to czytasz to wiedz, że jestem Ci wdzięczna. 🙂

Dziękuję również Morfeuszowi za owocne rozmowy, za zrozumienie, poświęcony czas, to dla mnie ważne.

Wstępnie dostałam się na praktyki do wydziału kryminalnego. Z jednej strony się ciesze, bo wyjdę do ludzi, będę miałą swoje własne życie i zajęcie, a może kogoś poznam? Z drugiej strony trochę się obawiam, bo choć ma być to praca biurowa, czy podołam zadaniom? A już najgorszej jak znowu ktoś mnie rozwali, a ja będę musiałą tam jechać, dlatego chyba już teraz nie dam sie rozwalać nikomu… nawet jemu i jego dziwacznemu życiu…

A teraz wstawiam piosenkę, którą dostałam właśnie od Mary, a która pomaga mi jakoś się pozbierać co dnia i działać:

 

 

Przestać oczekiwać czegokolwiek… Tak łatwiej.

Cały czas się do mnie dobija…  Nie wiem dlaczego? Znalazł sobie powiernika? Mówi, że jestem dla niego bliską osobą… Wczoraj coś tam popisaliśmy. Przedwczoraj też. Dzisiaj jest cisza, na szczęście, ale pewnie się odezwie za jakiś czas… Facet jest niestabilny, z jenej strony mówi mi, że co by było, gdyby pojawiło się miejsce dla mnie, z drugiej, wczoraj powiedział mi, że myśli o kochance… To niech sobie myśli, w samotności. Nigdy nie wiem, co mu odbije. Czas się już chyba wyrwac z tego wszystkiego. Powoli przestaje myśleć, że jeste fajnym facetem, a zwykłym palantem, który nie wie, czego chce… a najlepiej to by chciał wszystkie mieć. Powiedziałam mu, że ta kochanka też jest nie fair, najprawdopodobniej go wykorzystała i tyle, trzeba to zostawić i iść dalej, a nie rozwalać sobie życie bo ciągle będzie miał takie sytuacje, gdzie będzie cierpiał, a on się jeszcze maże, że to za krótki czas, że ma ranę, która boli… W sumie, trochę to rozumiem, bo po Indianerze też byłam rozbita totalnie (Wpis: „Zdrada boli tak bardzo, ze nie można oddychać.” Sprzed lat.) Ale trzeba się w końcu zebrać i spojrzeć na tę sytuację racjonalnie. Może czas mu pomoże tak na to spojrzeć? Czy on na prawdę nie widzi, tego, co dla niego robie? Że mimo tego wszystkiego, co mi zrobił, zamiast wziać jak prawie każda inna laska, kopnąć kolesia w dupę, tak, żeby leciał daleko jeszcze mu próbuję pomóc w tej całej sytuacji, dlatego, że mi go po prostu żal, bo jest głupi. Daje się jednej wykorzystywać, a drugiej sobą pomiatać… Ale tak, jak pisałam wcześniej, daje temu wszystkiemu czas… tak mi chyba lepiej… a czy będzie tak, czy tak, mam nadzieję, tylko, że przeżyję…

Co do mnie, wczoraj miałam dzień, gdy przestałam czegokolwiek oczekiwać od życia. Od niego też. Ta myśl przyniosła mi spokój. Wiem, może i jest brutalna, ale muszę na razie przynajmniej swoje marzenia schować głęboko do szuflady i rozstać się z nimi, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy się nie zawiodę. Może to zaprzeczanie, może robienie sobie wbrew, ale kiedy mnie tak bardzo rozwalają, to może lepiej ich nie przywoływać? Nie myśleć o tym, że kiedyś chciałam być szczęśliwa. Cóż, wpłw mam tylko na siebie, nie na innych, nie wejdę do ich mózgów… Może nie muszę mieć tego, czego pragnę? Może moje życie musi po prostu wyglądać inaczej? Bez bliskich osób, bez rodziny, z resztą, chyba nie mogło to skończyć się dobrze… niechciana przez matkę, oddana do dziadków, na całkowite odludzie, gdzie przez całe dnie nie da się uświadczyć czasem nawet żywej duszy? To jak miałam kogoś poznać? Może mnie po prostu takie życie jest nie pisane? Chciałam walczyć o swoje marzenia, nie wyszło… Z jednym się totalnie rozmijaliśmy, chcieliśmy zupełnie czegoś innego, a z drugim, kiedy chcemy tego samego to i tak nie może mi tego dać…

Zastanawiam się, czy jeszcze aby kogoś w swoim życiu poznam? Może tak, może nie… Takiego podobnego i chcącego tego samego, co ja. Szczerze, na dzień dzisiejszy wątpię… ludzie dziś nie pragną prawdziwych uczuć, wszystko jest jakieś na szybko i aby tylko było. Ludzie są dziwni… nie rozumiem ich w większości… z resztą, gdzie mam go poznać? Nie ma nawet chyba takiego miejsca… a przynajmniej ja tam nie bywam. Top Gun mi mówi, że ofiarowane dobro powraca, ale ja w to już chyba nie wierzę…

Uczucia mi się mieszają, raz bym chciała, a raz nazywam go zwykłym palantem, bo taka jest prawda… Mam kołowrotek emocjonalny, jak on w stosunku do niej. Jakie to wszystko jest popieprzone. On myśli o niej, czasem o mnie, ja myśle o nim. Chciałabym już nie myśleć, wymixować się z tego raz na zawsze. A najlepsze jest to, że i on i ja sobą nazwajem sobie regulujemy emocje jak nam źle…

A może mnie już tam nie ma? W sumie, jego słowa już na mnie tak nie działają… Trochę jeszcze mam w emocjach smutku, szczególnie jak mówi o niej, ale wiem, że tak, czy inaczej rcjonalnie będę mu musiała pozwolić odejsć i kiedyś się z tego ocknąć, wypisać, raz na zawsze… Przecież nie będę wiecznie jego terapeutą jak mu źle? Już nawet nie wiem, jaka jest relacja między nami, ale nie chcę o tym rozmawiać, nie mam na to siły. Raz mi wysyła całuski, raz rozmawia o niej, potem mnie przeprasza, a potem się śmieje… Tak bardzo chciałabym przestać już o tym myśleć i zacząć iść swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi…

gothic-2777564_960_720

Szczere rozmowy… wariactwa ciąg dalszy… ale czuję się wolna!

Wczoraj miałam paskudny dzień, kolejny z resztą, jakie przeżywam od tygodnia, gdzie myśli kołaczą mi sie po głowie, a rozum nie próbuje ich zabijać. Wyszłam na spacer, gdzie koło 15.00. Top Gun ciągle się do mnie dobija, choć staram się unikać rozmów z nim, albo ignorujac całkowicie albo odpowiadając tylko półsłówkami na jego wiadomosci, tak, jakbym w ogóle nie była zainteresowana. Zapytał jak sie czuję, więc odpowiedziałam, że źle. Na co on powiedział, że też źle się czuje, że jeżeli chce, to zadzwoni, by porozmawiać, może tak będzie nam przynajmniej łatwiej w tym wszystkim… Na początku nie chciałam się zgodzić, ale nalegał, w końcu zgodziłam się na któyką rozmowę wieczorem, ale tylko wtedy kiedy ja będe miała czas. Zadzwonił o 19.00. Najpierw rozmawialiśmy o tej całej sytuacji, o tym, jak się czujemy, że źle, znowu mnie przepraszał… o tym, że rok temu równo poznał osobę, dla której potem zwariował totalnie i sam widzi, że to było głupie. Powiedział, że może byłoby lepiej, gdyby w ogóle jej nie poznał, żałuje tego…  Później o jeszcze innych rzeczach. Łącznie spędziliśmy na telefonie 2 godziny… nawet nie wiem, keidy to zleciało. Następnego dnia miał wyjeżdżać na ćwiczenie do Słowenii, skoki ze spadochronem na pól miesiąca… Brzmiało to wszystko tak, jakby chciał zadzwonić się pożegnać… Powiedziałam, jak bardzo mnie zranił, jak to wygląda z mojej perspektywy, że wciągnął mnie bez mojej zgody w jakiś harmider, z którego nie miałam wyjścia, bo byłam nieświadoma tego wszystiego, nawet nie mogłam zdecydować. Przyznał mi rację. Potem jeszcze chwilę rozmawialiśmy o tej sytuacji z utrzymanką, też mu powiedziałam, że musi się jej pozbyć, bo to normalne nie jest, a to, że on chciałby żyć swoim życiem, to nie jest nic złego. W tej całej opowieści brakowało mi jego i tego, czego on chce. Tak jakby robił z siebie ofiarę przejmując się wszystkimi tylko nie sobą samym. A może rzeczywiście tak jest? Nie wiem, ale musi coś  z tym zrobić… Inaczej nigdy nie zmieni swojego życia. Wiem, ze to już jakby nie moja sprawa, ale tylę moge zrobić, powiedzieć mu zwyczajnie co myślę… Co do sytuacji z kochanką powiedziałam tylko tylę, by to zostawił, bo rozwala go to, a to też nie jest dobre. Z jednej strony rozumiem, że chciałby wiedzieć a czym stoi, z drugiej, nie widzę w tym najmniejszego sensu. Laska zwyczajnie go olewa i powienien sobie dać z nią spokój. On na to, ze widzi, że odwaliło mu w pewnym momencie na jej punkcie i nie chciałby przeżywać chyba tego po raz drugi, boi się tego. Potem gadaliśmy o jakiś mniej ważnych tematach, ale mimo wszystko rozmowa była miła i powiedział, że nie chcę jechać na to ćiwczenie, że ze mną mu dobrze, i nie chciał się rozłączać… bo ta rozmowa dała mu do myślenia, rozjaśniła pewne sprawy. Dziś napisał mi, że rozmowa była bardzo fajna, a ja jestem świetna i, że mamy niektóre podobne cechy charakteru, dlatego tak fajnie się rozmawia. Nie powiem rozmawiało się miło… Cieszę się tylko z jednego, pisząc te słowa czuję, pomimo wszystko, że nadzieje we mnie umarły… i zaczynam się powolutku od tego uwalniać psychicznie, nie wiem co będzie, ale wiem, że chcę być wolna…

Tak, oczywiście zapytał się mnie, co bym powiedziała, gdyby w jego sercu było miejsce na mnie, gdy rozprawi się z tą sytuacją, a właściwie sytuacjami i, że myśli, żebyśmy się dogadali w związku. Usłyszałam też, że teraz to wszystko zaczyna się zmieniać na moją korzysć, do tej pory myślał, że to kochanka jest tą właściwą, ale ona potraktowała go jak śmiecia, a ja przynajminiej potrafię z nim porozmawiać. Na koniec rozmowy dodał, że nikt przed tem nie wniósł w jego życie tyle, co ja i od nikogo tyle nie dostał. Nie wiem, jak to rozumieć… Wiem, tyle, że coś we mnie umarło, uspokoiłam się i nie wumagam ani od siebie ani od niego już niczego. Niech robi, co chce. Teraz to ja stałam się bardziej obojętna i zaczynam się z tym wszystkim godzić, a najbardziej z moja obojętnością wobec tej całej sytuacji. Nie mam gwarancji na to, że znowu mu coś nie odwali na punkcie tej kobiety. Nie mam gwarancji, ze zrobi coś z tą sytuacją, która jest teraz z jego utrzymanką. To on musi zadecydować, ale chyba czegokolwiek nie zrobi… będzie mi to już obojętne. Nie wiem, czy ma na sobie tyle siły, by to pozakańczać. Z resztą, nie ufam mu już, nie wierzę w jego słowa… nie biorę tego pod uwagę. Daje sobie za to czas. I mnie i jemu. Ja muszę skończyć studia, ułożyć sobie jakoś swoją syytuację, sama czy też z kimś, tego nie wiem, a on… choć widzę, że teraz piszę codziennie, chce ze mną mieć mocniejszy kontakt i może zaczyna coś dostrzegać, a przynajmniej to, co strałam mu się przekazać przez te pół roku,nie wiem, co dalej z nim będzie, jeżeli tego nie poukłada, nie będzie w moim życiu dla niego miejsca.

Wrzuciłam na luz i czuję się lepiej. Daje temu wszystkiemu wolno płynąć. Moim proirytetem teraz są studia, a on, ma czas… Niczego nie zakładam, żadnych wizji nie mam, nie mam planów. Jeżeli nie zakończy, albo znów zwatiuje na punkcie kobiety, która go wykorzystała, to jego strata, a jeżeli będzie mu na mnie naprawdę zależeć i zakończy to wszystko, może się dogadmy, kiedyś, jeżeli jeszcze będę chciała, też dobrze. Przecież w życiu trzeba być szczęśliwym prawda? Jakkolwiek się to szczęście rozumie…

Na razie, czuję się bardziej wolna i lepiej mi…

sunset-3832187_960_720