Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Reklamy

Dziwny czas…

Poczułam się dzisiaj cholernie dziwnie. Właściwie to cały czas się czuję. Nie poszłam na cmentarz, jak wszyscy, pójdę jutro. Ta cała mieszanina smutku, rozmyślań i pochylenia się mBnktkpTURBXy84OWY3OTFmNDY5YTU1YWIyODYxNWE1ZTdkMmZiMTJmNS5qcGeSlQMAFM0D6M0CMpMFzQMgzQHCnad życiem i śmiercią mnie jakoś wykańcza, dołuje. Mam wrażenie, że za dużo było tej mieszaniny w moim życiu. Dziś dzień zadumy, ciszy i rozmyślań, zatrzymania się. Jednak za każdym razem, kiedy się zatrzymuję, czuję tylko jedno- że chcę odejść i już się nie zatrzymywać. Być może jestem dziwna, bo nie potrafię, nie chcę. Pan ze skrzydłami stwierdził wczoraj, że mój dom był przesiąknięty śmiercią, nadal jest… Za dużo się tutaj chodzi, mówi, za dużo tego czuję na sobie. Chcę żyć, nie śmiercią, a dniem dzisiejszym, tym, co dzieje się wokół. Wiem to, a jednak jakoś smutno mi, że nie jestem tam, z częścią mojej rodziny. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, nie wiem, czego mi się chcę. Nie mogę się na nic zdecydować, jakoś mnie zarazem roznosi, a za razem coś powstrzymuje. To uczucie, którego nie trawię. Spojrzałam dziś przez okno, widziałam kuzynkę, z którą się wychowałam. Ludzie się dziś spieszą, ciągle gdzieś pędzą, a ja jakby trwam w miejscu. Próbuje znaleźć swoje, jakieś zajęcie, jakieś urozmaicenie dla myśli. Próbowałam czytać, ale książka też jakoś mi nie wchodziła. Czuję napięcie w całym ciele i jakby rzeczywistość się zatrzymuje. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „co ja tu robię?”, „czego chcę?” i „dokąd zmierzam?” Wszystko jest tak bardzo jednostajnie czarnobiałe, tak jednolicie szare… Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję. Nie  mam planu, nie przewiduję, chce przetrwać ten dzień, jutro czeka mnie dużo pracy. Pamiętam 1 listopada rok temu, to było po pierwszej naszej rozmowie na uczelni, przepisałam cały późny wieczór z Panem ze skrzydłami…….