Miłe słowa.

Minęło już kilka dni odkąd tutaj naskrobałam parę słów i te kilka dni minęło mi w dobrej atmosferze. Muszę też przyznać, że rzeczywiście zaintresowanie Top Guna po naszej ostatniej rozmowie wzrosło i przyczepił się na dobre do mnie, ciągle się pyta, jak tam spędam czas, czy wszystko dobrze, ostatnio nawet wyczułam w nim zazdrość co do tego, że ktoś zaczepia mnie w pracy… Pierwszy raz też od naszego poznania dał mi wyraźnie wczoraj odczuć, że jest zakochany, a właściwie mi to powiedział prawie wprost. Cały czas też pisze mi, jaka to jestem super i tak słodzi mi całymi dniami, aż bym sie mogła rozpłynać w tych komplementach. Ale przyznać muszę, że poczułam się jakaś spokojniejsza. Mam ogrom pracy, sesja, muszę zaliczyć anatomię, nie wiem jak to wyjdzie, wierzę, że dam radę… Mam też kilka innych pomysłów, jednak na razie brak czasu na realizowanie ich, choć powtarzam sobie, że to tylko w mojej głowie… a przezcież nikt mi nie zabroni się realizować kiedy akurat czuję, że to jest dory moment. Zawsze czuję potrzebę samorealizacji wtedy kiedy jest sesja, czy to dziwne?

Dziś odbyłam też rozmowę ze wspomnianym tu kilka wpisów temu młodym narkomanem wydaje się być w porządku jako kolega, choć ma czasem dziwne reakcje. Jak to młody, choć jest w moim wielu, zaczynam sie zastanawiać nad zachowaniem facetów w moim wieku, niektórzy z nich są tacy dziecinni… albo może… faceci w ogóle są dziecinni czasem. Podobno najgorsze jest pierwsze 40 lat dzieciństwa faceta…

Reklamy

Dziś się cieszę, jutro bedę płakać…

Poczułam spokój. Jakoś tak dzisiaj. I choć Muzyk cały czas dopomina się o moje zainteresowanie oraz wyznaje mi swoje uczucia jakoś nie bierze to przewagi nad spokojem, który dziś czuję. W innych warunkach pewnie by mnie stresowało. Wczorajsza rozmowa z Top Gunem jakoś pozwoliła mi spojrzeć na świat łagodniej, przyjaźniej, żeby nie był już tak wrogi. Powiecie, że warunkuje sobie nastrój facetem… ale to , co tutaj opisuję to tylko skrawek mojego teraźniejszego życia, wszystkich relacji i złożonych interakcji na moje postrzeganie. Jednak chyba generalnie tak to jest, że jeśli jesteśmy akceptowani to świat jakoś nabiera kolorów… Dzieci zaniedbane w pewien spsoób w dzieciństwie wiedzą to najlepiej. I czasem naprawdę, nie chciałabym tak funkcjonować, bo wiem, ze nie jest to do końca zdrowe i dobre dla mnie, ale z drugiej strony, daje sobie na to przyzwolenie i przestałam się o to obwiniać… Po prostu, tak mam, w tym całym szaleństwie, znajdą sie też chwile kiedy się cieszę, kiedy mogę poczuć spokój, choć wiem, że te chwile przychodzą i odchodza, jakbym huśtała się na wielkiej huśtawce… w sumie, moje żeycie ma coś z tego, moje stany coś z tego mają. Dziś się cieszę, jutro będę płakać… Top Gun powiedział mi, że on też nie odnajduje się wśród ludzi. Nie wie o czym ma z nimi rozmawiać i jak podtrzymać rozmowę, jeśli jest ona o niczym lub na temat, który go niezbyt interesuje. Ja powiedziałam mu, że mam podobnie, na co on skwitował tylko, że nie ten intelekt i nie te tematy… To w ogóle takie niesamowite, że spotyka się kogoś tak zupełnie innego, z innego „świata”, innych zainteresowań, innego życia inagle okazuje się, że przez cały czas mieliście takie same lub podobne myśli, nawet w takich śmiesznych tematach. On lubi las, choć w nim biega na poligonach i ja lubię las i spacery po nim, ja się całe życie zastanawiałam dlaczego przy badaniu krwi nie można wykorzystać krwi z rany (szkoda mi było po prosu tej krwi ze skaleczenia, a kaleczyłam się kiedyś mocno przebywając całe dnie na dworze) i on tak samo całe życie nad tym myślał, bo też było mu żal tej krwi, że nie zostanie spożytkowana. 😉 I czasem z takich małych niuansów w sumie składają się nawet miłe i długie rozmowy. O poważniejszych rzeczach też rozmawiamy, o życiu, śmierci, przeciwnościach losu… ale na to musi być czas i miejsce, więc wtedy gdy uda się wyskoczyć na jakąś kawę czy jedzenie. Powiedziałam mu o niszczącej relacji z Panem ze skrzydłami, że dużo mnie to kosztowało… i mam wrażenie jakby od tego czasu zaczął jakoś inaczej się zachowywać… jakby czekał na tą opowiedź… „czy kogoś mam?”. W ogóle… dla mnie to dość dziwna relacja… ale i wydawać by się mogło, że ciekawa. W sumie, myślę dziś, że każda relacja jest inna i złożona w inny sposób. Z Muzykiem miałam kontakt cały czas i jakoś do nikąd on nie prowadził. On czasem pisał o czymś zupełnie abstrakcyjnym. A z Top Gunem potrafimy się czasem tydzień nie odzywać, nie pisać, nie rozmawiać,  bo i on jest zajęty i ja… a potem jak się spotkamy to jakby to wszystko toczy się „dalej”, na trochę wyższym poziomie wtajemniczenia… takie mam wrażenie. To nieco dziwne, ale w sumie mnie cieszy. Chce mnie kiedyś zabrać pokazać mi jednostkę i to, jak skaczą na spadochronie, albo na nocowanie w lesie pod gołym niebem 🙂 Taki pozytywny z niego wariat. W sumie, może będę się mogła kiedyś zacząć bawić, tak jak chciałam, ale nie miałam z kim…

Koniec… i z relacji w relację…

Wczoraj stało się coś, na co chyba nie do końca byłam gotowa, mimo wszystko. Zerwałam z Muzykiem, ta relacja nie miała racji bytu, skazywałabym sie tylko na ciągły lęk i cierpirnie. Choć na poczatku było mi przy nim dobrze i miałam nawer jakieś tam ciche marzenia, on nie potrafił ich spełnić, nie mógł dać niczego od siebie… jest chory i sam potrzebuje pomocy, a ja nie mam na to siły. Jednak, jakoś tak… dziwnie mi dziś, przez te ostatnie miesiace, kiedy było mi tak źle… był, traz znowu zostałam całkiem sama. No, czasem myślę, że moze nie do końca, ale jednak…

Nie wytzymał mojego milczenia, stwierdził, że stawiam między nami mur. Może po części to prawda, bo nie chciałam go ranić, dlatego wolałam milczeć. Bałam sie po prostu o jego życie, bo jest zdolny do autoagresji. Za dużo by mnie to kosztowało, za dużo … Ustaliliśmy, że czsem porozmawiamy, ale niczego nie będziemy oczekiwać. Kiedyś, kiedy go poznałam, miałam taką cichą nadzieję, że teraz będę mogła spełnić swoje pragnienia bycia radosną, że będziemy się śmiać, biegać, wygłupiać, wspierać, rozmawiać na poważne tematy, obserwować przyrodę, jednak pomimo i moich, i jego chęci, nic takiego sie nie zadziało, choć mówiłam mu o tym, on nie też. Nie stać go jednak było na przyjechanie do mnie, na spotkanie raz na jakiś czas, a do domu nie mogłam go zaprosić. Nie w tak szybkim czasei po Panu ze skrzydłami. I tak zastanawiam sie, czy to kwestie finansowe ( bo był spłukany jak nikt i teoretycznie ledwo wiążę koniec z końcem, choć może isć do pracy, jakiejkolwiek, to tego nie zrobi), czy też po prostu kewstie emocjonalne, bo nie było go na to stać, nie miał tyle siły, odwagi…  Tak, czy siak, nic z tego sie nie spełniło, nie mogłam siebie realizowac w tej relacji, wiec po co mi dalej ciągnąć, coś, co zalega… Bez szans na miłe chwile, bez perspektyw spędzenia wolnego czasu, poznania się bardziej… Tylko obawy o jego życie, los i zdrowie, albo doły, które były dla mnie wykańczające. NIe chciałam tego robić w taki sposób, przez smsa, nie w tym dniu, chciałam sie jakoś do tego przygotować, ale nie udało się, on pierwszy pociągnął za linkę. NO i cóż, dziś mam jakiś nieswój dzień, ale przejdzie mi, mam nadzieję.

Przeskakując do kolejnego tematu, muszę stwierdzić, że zaczynam sie bać moich mechanizmów. Kolejny już raz wplątuję się z jednej relacji bezpośrednio w drugą… nie wiem, czego ja szukam… miłości, której nigdy nie miałam? Bardzo możliwe, ale teraz to w zasadzie ja sama nie szukałam, bo sam do mnie przyszedł. Relacja z Top Gunem jakoś się powolutku rozwija… dał mi mały prezencik na powitanie na uczelni no i koniec końców, gdy tam już jestem, całe dnie spedzamy razem, bo wariat nie odstępuje mnie ani na krok. Tak więc spędziliśmy cały dzień razem, no i kiedy przyszło jechać do domu, oczywiście nie chciał mnie puścić samej, więc najpierw chciał mnie podrzucić na autobus, ale potem jednak stwierdził, że jeśli jest blisko, to odwiezie mnie do domu… no i głupio mi było odmówić, tak więc Top Gun w pewnym dniu o pewnej godzinie, znalazł się u mnie w domu… domownicy byli trochę zaskoczeni, ale jakoś to przyjęli.

Generalnie to z niego bardzo inteligentny facet, choć mówi, że już nie jest taki młody, ja na wygląd dałabym mu z 20 lat. I mam takie wrażenie, że duzo rozumie, choć zazwyczaj nie rozmawiamy o przykrych sprawach, a śmiejemy się cały czas, zdaje się rozumieć kłopoty i to, ze wyzwalają one siłe walki, no cóż… ciężko jakby tego nie rozumiał, taki ma też zawód. Długo zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o swojej relacji z Panem ze skrzydłami, gdy o to pytał… w końcu przełamałam się i powiedziałam.. nastała cisza, po czym rzekł, że nie będzie wypytywał o szczegóły, że mam się nie martwić. Na razie został mi tylko on. I choć nie wiem, czy w ogóle coś z tego będzie, myślę, że jest wartościowym człowiekiem. Przyznać muszę też, że spotkanie z nim było dla mnie trudne. Znów doświadczyłam syndromu odrzucenia, tak silnego, że się popłakałam… niepotrzebnie chyba. Choć jemu też nie do końca łatwo w relacji ze mną, gdyż uważa mnie za bardzo madrą osobę, a to może blokować. Na razie, cieszę sie, że go poznałam i, że po prostu mogę mieć takiego kolegę, do którego jak coś mówię, to rozumie i mogę na nim polegać, przynajmniej na uczelni, możemy sie pośmiać i porozmawiać na wiele tematów, a co będzie dalej…

secret-3120483_960_720

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak można być takim dupkiem? Nie wiem jak, ale mimo wszystko „dziękuję”…

Chciałam kupić prezent dla prababci. Nic wielkiego, zwykłą torebkę, czy coś w tym stylu. Weszłam więc do małego sklepiku w centrum jakiegoś miasta… Przeszłam między regałami, aż do końca sklepu, gdzie w kącie leżały poukładane… deskorolki. Spojrzałam na nie… Przecież powiedziałam M., że na wakacje kupię mu deskę, bo nie ma, a chciałby. Ale nie tylko z tego powodu mnie one przyciągnęły…

Spojrzałam i poczułam coś strasznego, a zarazem okropnego… Zwykły, czysty żal…

Straszny dlatego, iż nie sądziłam, że po takim czasie mnie ruszy. Okropny dlatego, że nie chciałam się tak czuć… Oszukana.

Żal do Niego… W jednej chwili przypomniały mi się wszystkie listy, które wysyłałam, wszystkie jego wypady z kumplami na jazdy. Tyle tego, co mu wysłałam…

Może niepotrzebne to było, chyba nie…

Jak można być takim dupkiem? Nie chodzi mi już o tę laskę, do której nic nie czuje, a jest z nią tylko dlatego, żeby była… Pozostać niewzruszonym tak długo…? To choćby przez grzeczność…. Byliśmy bardzo, bardzo młodzi, wiem, ale… Tak się nie robi, w moim odczuciu bynajmniej…

I mimo to, że zawsze pozostanie w mojej głowie jakiś sentyment, bo chyba zawsze zostaje… będzie zwykłym tchórzem…

Tak, to była niepowtarzalna osoba, jakiej identycznej już w życiu nie spotkam… Może też przez to, że taka tajemnicza i rozdwojona w sobie? Cóż, nie mogę powiedzieć, że czasem też taka nie bywam… No, w końcu wychowaliśmy się razem? Każda relacja kształtuje człowieka, zmienia go choć trochę, pozwala poznać siebie…

Co On ze mną zrobił…?

Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu myślę, że bardzo mnie zmienił…

Za jedyne, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna i będę to, to, że to była osoba, która dała mi siłę do buntu, walki o samą siebie, ale nie wtedy, kiedy jeszcze był, co właśnie jest najśmieszniejsze przydało mi się to teraz, kiedy wchodzę w dorosłe życie i pozwoli uniknąć paru przykrych sytuacji. To On nauczył mnie buntu, który w efekcie chyba trochę nakierowany został na niego samego, no, ale, to była jego decyzja…

Za to jednak mu dziękuję, bo gdyby w moim życiu nie pojawił się On nie byłabym z pewnością tą dziewczyną, którą jestem teraz.

Nasz rock’n’roll’owy świat…

Życie bywa zabawne i zdumiewające. I choć nie popadam od stanu otępienia do stanu euforii, to jednak pewne czynniki powodują, że coś zaczyna mnie cieszyć. A dokładniej może nie coś, a ktoś. A już zupełnie dokładniej mówiąc sam fakt, iż moje założenia, sposób patrzenia na świat zaczyna mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. I choć przez wielu ludzi uważany za irracjonalny i nieprzystosowany do tego świata sposób odbioru rzeczywistości, to jednak coś się zaczyna sprawdzać…

Owszem, jestem dziwakiem, autsajderką życiową i w sposobie myślenia i w stylu życia. Bo azylbandkto dzisiaj żyje na kształt muzycznych lat 80? Choć w części, żyje ktoś? Może ktoś żyje, ale raczej wszystko i wszyscy poszli do przodu. Dużo się zmieniło, nawet w sposobie życia zbuntowanych jednostek. W tamtych czasach zbuntowane jednostki ćpały, pisały teksty piosenek, chodziły po ulicy w płaszczach, nosiły długie włosy lub irokezy, spotykały się w piwnicach, piły alkohol, gadały o wartościach, o życiu, o tym, że są nieszczęśliwe, że nie czują się akceptowane… Taki oddział Zamknięty, Azyl P. i mnóstwo innych na przykład.

Żyje tak ktoś jeszcze?

A ja właśnie żyję… I choć nie ćpam, jak na chwilę obecną, momentami potrafię być bardzo psychodeliczną osobą, co z resztą powiedziała mi moja przyjaciółka. Hm… Przyjaciółka, z którą nie mam kontaktu od połowy maja. Jakieś sms-y przelotem, tyle. A mimo wszystko wiem, że pozostaje moją przyjaciółką. Nie może być inaczej, po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem. Ona też jest z tych, co tak żyją, więc nasza przyjaźń i relacja również są inne, dziwaczne, niezrozumiane. Potrafimy miesiącami ze sobą nie rozmawiać, a potem nagle spotkać się w małej kawiarni i mówić o wszystkim tym, co nas boli, gnębi i przytłacza… Płakać na małej, miejskiej ławce i godzinami gadać o tym, że chcemy szaleć…   I powiem Wam, dobrze mi z tym! Nie chcę tutaj stwarzać obrazu jakiegoś wielkiego, nieosiągalnego psychodelika, ale tak właśnie trochę jest.  Żyję inaczej niż ludzie w dobie komputerów, telefonów, elektroniki… I choć ludzie mówili mi wiele razy, że to absurd, ja tak nie myślę… Potrafię też być do bólu pragmatyczna, potrafię zaskakiwać, a chcę… być sobą!

Wracając do tego, z czego się cieszę, muszę chyba napisać, że życie jest zabawne i przynosi wiele niespodzianek, gdyż myślałam, że nigdy więcej mnie to nie spotka. Zakładając tego bloga, jeszcze w grudniu czułam cholerną pustkę wewnątrz. Tworząc to miejsce , chciałam w nim zawrzeć wszystko to, co przeżyłam. A dlaczego to miejsce nosi tytuł „Bluesowe Opowieści”? Bo to miała być moja opowieść. Opowieść o dziewczynie rzuconej w rockowy i bluesowy świat. Świat, który straciła. Środowisko, które bezpowrotnie odeszło,…. za którym tęskni. Chciałam Wam to wszystko opowiedzieć, wyrzucić to gdzieś z siebie. Wtedy wiedziałam, że to, co tak naprawdę straciłam, czyli mojego przyjaciela, który miał być na zawsze, a razem z nim muzykę, cały nasz świat, który kochaliśmy oboje, już nie wróci. Wtedy żyłam jak zagubiona jednostka lat 80. Żyłam tą muzyką, tekstami, żyłam wartościami, o których oni  mówili, śpiewali. Ile czasu się spędzało na próbach, jak chłopaki grali, ile koncertów…

Został mi tylko „Wehikuł Czasu” Dżemu…

Po tym wszystkim dalej żyłam w „swoim świecie bluesa” , choć nie raz miałam ochotę stamtąd odejść, zostawić to, iść w inną stronę. Jakoś nie potrafiłam. Tyle, że zostałam sama w tej ideologii, w tej fascynacji takim zbuntowanym, niepoprawnym światem… Zakładając ten blog cały czas myślałam, ze będę tutaj pisać o samotności. Nie tej fizycznej, lecz właśnie tej mentalnej, która mi pozostała. Jednak właśnie, zupełnie niespodziewanie sytuacja się zmieniła i z tego się cieszę. Znalazł się ktoś, kto też tym żyje! Jak się pewnie domyślacie, tak, mam na myśli Nietoperza… I choć znam go dość krótko, to i mentalnie i ideologicznie się rozumiemy. Potrafi wysyłać piosenki, roztrząsać przekazy, próbował kiedyś pisać teksty. Co prawda żyje bardziej ostro niż ja, to jednak zupełnie na kształt takiej samej ideologii zbuntowanej jednostki lat 80. A więc wychodzi na to, że się da i może to nie całkowita bzdura, jak to powiedzieli mi kiedyś inni. Co prawda w jego życiu jest alkohol, o czym piałam już jakiś czas temu i wchodząc w relacje z nim, bałam się, że będzie to trudne dla mnie. Nie wiedziałam, jak mam do tego podejść. Ale teraz czuję, ze nie muszę w ogóle podchodzić, mieć jakiegoś stanowiska, czy tłumaczyć pewnych swoich zachowań względem alkoholu. On sam biedak broni mnie jak może przez złem tego wyboru, bo sam, choć w tym jest, to widzi, że czasami tak być nie powinno.

Nie wiem, może robi to też trochę bardziej ideologicznie? I tutaj trochę go rozumiem, bo w końcu oboje jesteśmy zakręceni w ten świat „innego” życia, muzyką, tekstami piosenek i charakterystycznym stylem życia. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że go poznałam. Nie wnikam w to, nie chcę tego definiować. Nie potrzebuję w nim na razie mieć ani faceta, ani już w tym czasie uznać tego za wielką przyjaźń. Po prostu, dobrze mi, że jest. Tu i teraz i w takim wymiarze, jakim jest i mnie rozumie. Bardzo mi go przypomina. I chyba dlatego też cieszę się, że jest. To takie odczucie, jakby dostać część czegoś, co ktoś kiedyś ci odebrał. Zapełnia się część pustki. Pustki, o której miałam tu pisywać. Jakbym dostała działkę…  Cieszę się, że mogę znowu mieć choć część świata, za którym tęskniłam. Roc’n’roll-owego świata… Nie martwię się, co będzie jutro… Na razie…

 

Wkurzające zjawisko internetowych fanek!

W swoim życiu nie uczestniczyłam w życiu wielu portali społecznościowych, bo nie czułam potrzeby uczestniczenia w machinie „posiadania znajomych i lajkowania wszystkiego”. Szkoda mi było ma to czasu , gdy widziałam, co moi potencjalni „znajomi” tam wstawiają. Na przykład to, ze siedzą na muszli w toalecie czy to, że byli na piątkowej imprezie i mają straszliwego kaca. Zawsze miałam jakoś ciekawsze rzeczy do roboty, choć zapewne i na takich portalach też można wyszukać coś ciekawego, jak w życiu. Niestety, często bywa tak, że to masa wyznacza nowe trendy, a masa jest najczęściej przeciętna…

Właściwie wszystko zaczęło się, gdy zaczęłam korespondować z Nietoperzem. Wiedziałam, że na Facebooku aż roi się od dziewczyn, które pod każdym zdjęciem ich kolegi, czy jakiegoś przypadkowo poznanego, modnie ubierającego się chłopaka, pozostawiają komentarze „Mrrr, kociaczku :******” lub „Seksiaczku mój piękny ;* ;*” itp. Nie sądziłam jednak, że taka „moda”, czy bardziej chęć zwrócenia na siebie uwagi zaistniała też na innych stronach, które w zasadzie służą do zupełnie innych celów niż wstawianie swoich zdjęć i zbieranie takowych komentarzy. Z Nietoperzem przecież zaczęliśmy korespondować na stronie z fotografią, gdzie ludzie pokazują zdjęcia Alp, łąk, czy wieżę Eiffla, street photo fab753af545c9ad8a1889988e916fda0itp. dlatego trochę mnie to zdziwiło, gdy pod jego zdjęciami, na których nie ma jego osoby, a krajobrazy, przyroda itp. Roi się od komentarzy wychwalających wręcz jego osobę…”Pięknie cudny! ” itd. Kiedy wstawił swoje zdjęcie, to już poszło… Jedna nawet napisała „Brałabym Cię ;***” Kiedy napisałam do Nietoperza otwarcie, „zobacz co się dzieje”, bo ja umiem o takich rzeczach wprost napisać, czy porozmawiać, to chyba nie wiedząc co odpisać, odpowiedział, że to wszystko przez pociągi, bo one teraz słynne i to do pociągów tak ciągną te laski… No cóż, zostawiłam temat, ja wiem swoje, on swoje, choć myślę, że doskonale wie, o co mi chodziło, tylko nie umiał na to odpowiedzieć bardziej rozsądnie… Jednak wydaje mi się, że Nietoperz ma raczej poukładane w głowie i te komentarze mu pobłażają i podnoszą własne ego, to podchodzi do tego bardziej jak do zabawy.

Staram się zrozumieć, że to moda, chęć pokazania się, ale myślę, że są jakieś granice szaleństwa, a taką jedną z granic jest szacunek do samego siebie. Zawsze mi się jakoś wydawało, że to chłopak powinien jakoś do dziewczyny „zagadać”, wyrazić chęci nawiązania kontaktu, a jeśli już robi to dziewczyna, co sama też kilka razy robiłam, to w sposób jakiś subtelny, delikatny, przyjazny, a nie nachalny i może trochę krępujący… Niestety, teraz wszystko przeniosło się na płaszczyznę internetu, a tam, wydaje się ludziom, że są anonimowi, wiec piszą co chcą…

Jednak obrót bardzo denerwujący dla mnie przybrało to zjawisko, kiedy M. zmienił sobie zdjęcie na Facebooku. Co prawda ładny z niego chłopak wyrósł, nie powiem, z resztą jak go zobaczyłam po takim czasie to widziałam, że się zmienił, na korzyść. No i stał się bardziej przystojny. No ładny z niego chłopak i tyle, jeden z najprzystojniejszych jakich znałam… Ale wystarczyło jedno zdjęcie, żeby posypały się komentarze „fanek”. Wiem, że najprawdopodobniej to są kumpele z klasy czy  z miasteczka, ale teksty tych komentarzy są rozbrajające: „Seksiaczku”, „Koteczku”, mrrrr;****” i cała lista, której tu wypisywać nie będę… Ha ha, piszą tylko dlatego, że chłopak sobie ubrał skórzaną czarną kurtkę, ciemne okulary i ma włosy zrobione na żel no i jest przystojny? I wszystkie go tak kochają i każda chciałaby go mieć… jak wychodzi z tych komentarzy. Świetne! A M. albo nie reaguje, albo odpisuje jakimś tekstem typu „hahahahhahaa XD” albo wysyła im emotikonkę „;-*”, raczej w podziękowaniu niż zachęcie do rozmowy, no ale myślę, że w ich mniemaniu czują się dumne, bo „odpowiedział”. Tak naprawdę to wiem, że jest jeszcze bardzo młody i w tym człowieku tak bardzo się to wszystko kotłuje… Nikt z nim nie rozmawia, nikt nie mówi co w miarę dobre, co złe, nikt nie pokazuje jakiejkolwiek drogi… Jako nastolatek jest zostawiony sam sobie, począwszy od zrobienia zakupów i ugotowania obiadu do jakichkolwiek relacji z innymi ludźmi. I tak właśnie się zastanawiam, bo skoro wszystkie tak bardzo go kochają, to dlaczego ich nie ma wtedy, kiedy płacze po nocach? Wtedy, kiedy pisał mi, że nie ma już nikogo i gdyby nie ja to to nie, co by zrobił…? Te zdjęcia też są „dla lansu”przed znajomymi, tak myślę. Dla pokazania, jaki to jest silny, jaki macho, czarna skóra i zegarek.  Bo ja go takiego nie pamiętam, choć nie powiem, w tej odsłonie też ładny. Jednak dla mnie nigdy nie był „seksiakiem w skórze”, takim twardym, wyluzowanym, a tym  „moim M.”, który potrafił mi pisać o księżniczkach, aniołkach” itp. I nadal nie jest, bo jak spojrzałam na te teksty, zabiegania, chęć zwrócenia uwagi to przypomniało mi się, jak na niego wpadłam, zupełnie niechcący, a biorąc pod uwagę ten drobny szczególik o którym chyba tu nie pisałam, że był w połowie nagi, musiało to wygląda przekomicznie, a ja ma twarzy miałam cały pot z jego klaty, bo podczas meczu było bardzo gorąco… Pewnie te  niektóre laski dałyby niejedno, żeby tak móc na niego „wpaść”. Ha ha ha! A dla mnie to po prostu było potknięcie i nadal jest, no, a że się skończyło jak się skończyło, no cóż… My i nasze pomysły! Zawsze, jak się zobaczymy, to musimy „poszaleć”, choć minimum… Dobrze, ze mnie złapał, bo bym się uderzyła mocno w płuca… Tak sobie myślę, że ja się z niego niekiedy tak śmieję, w żartach oczywiście, ale jednak… Z ich „bossa wspaniałego”, jak to określiły, jak ja mogę! Ha ha!

Nie powiem, trochę mnie te komentarze zezłościły, nawet nie z tego względu, że jestem o niego zazdrosna (no, może troszeczkę:-P) ale z tego względu, że przez takie zachowanie „rozwalają” fajnego, mądrego przede wszystkim młodego chłopaka! Schizofreniczne fanki! A ja nawet nie mam możliwości jakoś z nim porozmawiać, co on o tym myśli… Co prawda kiedyś, kiedyś gadaliśmy o tym, powiedział, że te dziewczyny są dziwne, że próbował z jakąś nawiązać kontakt, może poderwać, ale nie mają o czym rozmawiać… A ja, jak chciałam mu powiedzieć, że przystojny z niego chłopak, to mu to powiedziałam wprost, nie przez Facebooka…  Czy tak jest do tej pory? Nie wiem. M. się zmienia, jak pisałam wcześniej, jego poglądy chyba też… A ja nie chcę, żeby jakieś dziewczyny, które za wszelką cenę chcą mieć chłopaka, bo to „no on top” nie mieć chłopaka, zepsuły mi osobę, z którą mogę o wszystkim porozmawiać… Niektórzy mówią, że trzeba „przetestować”, ale czego wymagać od dziecka zostawionego samego sobie w trudnym świecie dorosłych, którzy jak to określił „niszczą jego świat i nadzieję, w sens”?

Czasami mam ochotę założyć konto i napisać komentarz:

Po pierwsze- To nie jest żaden” seksiak wasz” tylko mój przyjaciel!

Po drugie- On naprawdę potrafi rozmawiać i pisać po polsku więcej niż jedno zdanie proste, więc nie musicie się tak wysilać, jak będzie chciał, to sam napisze…

Po trzecie- Ma przyjaciółkę, która też ma skórzaną, czarną kurtkę, glany, czarne bransoletki (pieszczoszki) i dużego czarnego psa oraz słucha industrial metalu. Bójcie się!  XD

Może tez trochę przeze mnie się tak ubiera? Hm…?

Z tym ostatnim to już pojechałam! 😛 Ale z całego zestawu nie mam tylko czarnego psa, reszta wszystko prawda, a psa się go skądś skołuję 🙂