Jestem, żyję…

Jestem. Żyję. Kiedyś, jadąc na moim koniu doszłam do wniosku, że skoro mogę myśleć, to żyję, a skoro żyję, to mogę podjąć działanie, a skoro mogę podjąć działanie, to oznacza to, że mogę coś zmienić. Cholera, teraz widzę, że to tylko połowiczna prawda.

Zjadłam rybę na kolację i rozmyślam dalej… Dzisiejszy dzień był bezpłciowy, bez konkretnej pogody, bez konkretnego celu. Przeżyty ot, tak po prostu. Jak z resztą większość minionych dni. W ciągu czterech tygodni przeanalizowałam swoje życie, a może tylko mi się tak wydaje… Bądź co bądź, starałam się je przeanalizować. Jak zwykle z resztą. Tylko, że miałam na to czas. Myślałam, leżąc przez 24 godziny w łóżku, nie podnosząc się o własnych siłach wcale, albo tylko do toalety i z powrotem. Gehenna dla kogoś, kto był w ciągłym ruchu i kontakcie z innymi. Do tego leki,cała sterta, antybiotyk, taki sam, który podaje się ludziom chorym na HIV, czy rzeżączkę. Druga seria, bo pierwszą przerwali nagle w szpitalu.

– Nic takiego, zanikają po nim mięśnie, ale tylko ten lek pani pomoże- słyszę na szpitalnym korytarzu…

Prawie nic stamtąd nie pamiętam… Pamiętam jak wieźli mnie na SOR, ale mało, potem jak przewozili na OIOM, dobrze widzę tylko pierwszą noc spędzoną w szpitalu. Cały czas słyszę jęk tej kobiety, która leżała naprzeciwko mnie „Boże, zabierz mnie już stąd, Boże, zabierz!” Leżę tam, serce wali, jak opętane, w rękach mam dwa wenflony, schodzą dwie kroplówki, jakoś tak, po poprzednim „urwaniu filmu” wracam o dziwo do siebie. Nie mogę spać, jestem zbyt odwodniona przez wymioty. Słyszę, że mówią, że to niby zatrucie, nie wiem, co myśleć… Naprzeciw mnie facet, jęczy, nawet go nie rozumiem… widać, że coś go boli. Jestem popodpinana, wszędzie pika jakaś aparatura, nie mogę się obrócić na bok, bo pozrywam wszystkie kable, które odchodzą od mojego ciała… W końcu odwracam głowę, obok mojego łóżka stoi krzesło. Patrzę przez okno, jest gwieździsta noc… Drętwieją mi nogi, tracę czucie w łydkach, jest mi cholernie zimno, leżę pod samą poszewką, prawie naga… Nie wiem, co dalej ze mną będzie. Wiem tylko, że jestem w szpitalu.

Leżę, mijają minuty, nie mogę spać, serce nadal wali z odwodnienia, kątem oka widzę, że na krześle obok ktoś siedzi, w czarnych spodniach i czarnych włosach. Nie mogę jednak odwrócić głowy. Zamykam oczy, znów je otwieram i przekręcam z trudem głowę… Nikogo już nie ma… Szeptem i z trudem mówię słowa „Dzięki Ci Tato”, przysypiam na kilka minut…

Potem już nie pamiętam wszystkiego tak dokładnie. Mieszają się dni, ludzie, sale, wiem, że dostawałam jakieś leki, dosyć silne, pewnie na uspokojenie… Dlatego nie pamiętam za wiele. Badania, łazienka i łóżko i… poznawanie moich najbliższych. Potem jedno badanie, przez które miało mnie już nie być tutaj… Bóg jednak chyba chciał inaczej…

Kiedy znalazłam się już w domu, na własne żądanie odcięło mnie od świata… Totalnie, ale może było mi to potrzebne? Pamiętam, że czułam się fatalnie psychicznie i fizycznie. Kolejny nawrót, kolejne odwodnienie, a później zapalenie jelit… Kolejne leki i antybiotyk.

Z dwóch tygodni wolnego, jakie miałam pamiętam tylko ból, zdjęcie M., które zobaczyłam, pamiętam, jak obejrzałam jeden głupi serial i przez który zmieniła się perspektywa patrzenia na pewne wydarzenia, pamiętam „Świętego” Muńka, którego słuchałam. Hm, fajna piosenka. Kiedyś jej nie lubiłam, ale teraz wróciłam i klapnęło. Jakoś tak… może do niektórych tekstów trzeba dojrzeć? Trzeba coś przeżyć? Pamiętam, jak pisałam wiersz… Pamiętam, jak paru ludzi zachowało się jak…

Perspektywa życia się zmieniła. Mam jeden pomysł. Nie wiem, czy wypali, ale, czy to ważne? Chyba trochę sobie poukładałam, choć to myślę duże słowo, może pasowałoby tu przemyślałam… Choć i tak dochodzę do wniosku, że to nie tak miało być wszystko…

Wyboru nie mam, to, albo nic…

Żyję, mogłam być w śpiączce, albo i nie, to ważne…

Reklamy