Czy ja chcę jeszcze się zakochać?

Dziś mam dzień, że udaję….

Udaję, że wszystko jest w porządku, przed wszystkimi, przed całą rodziną… Tak właściwie nie jest. Udaję, że jest okej, a w duszy mam ochotę krzyczeć, płakać i wyć. Chyba nie z tęsknoty, a z bólu psychicznego… Ten stan trwa odkąd mnie zostawił. Znowu cierpię, cały czas, non stop, w każdym dniu… Cierpienie opuszcza mnie tylko wtedy, gdy mocno mnie coś zaabsorbuje, a to zdarza się rzadko, bo ze skupieniem mam problem, mam strasznego lenia. Znowu boli…

W mojej ocenie tak się po prostu nie robi. Teraz widzę, jak bardzo się różnimy. Zaczynam czuć, ze bym się z nim nie dogadała, nawet, gdyby chciał wrócić, po prostu nie. Bo tak się nie robi. Nie przekreśla się wszystkich cudnych chwil, o których mnie zapewniał, nie przekreśla się wspólnych wspomnień, nie przekreśla się w jednym momencie tylu słów wypowiedzianych. To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Zupełnie nic? Dla mnie bardzo wiele… I w moim poczuciu moralności tak się po prostu nie robi! Nie dzwoni się do kogoś i nie informuje, że „już Cię nie chce, odejdź, wyrzucam Cię na śmietnik.” Jak zużytą rzecz, jak psa, którego się wygania, zostawia w lesie przywiązanego do drzewa… Jak coś niepotrzebnego, nic nie znaczącego…. Tak się nie robi! Mamy inne poczucie moralności i sumienia. Zupełnie inne… Nie daje się komuś nadziei, a potem mu się je brutalnie odbiera, to jak operacja na otwartym sercu.

Wczoraj, zrobiłam sobie kąpiel, potrzebowałam tego, trochę luksusu dla ciała… Zaczynam się sobą opiekować, zaczynam zwracać uwagę na siebie… Wcześniej tego nie robiłam, w tym całym zatraceniu się w „związku”, a  raczej „pseudozwiazku”, który jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. I właśnie podczas tej kąpieli myślałam sobie o jednej, bardzo ważnej teraz dla mnie rzeczy…. Czy ja teraz, na ten czas i na ten stan psychiczny chciałabym faceta? I jaki on by miał być? I doszłam do wniosku, że z jednej strony bym bardzo chciała kogoś mieć, z drugiej strony się boję… Nie będę potrafiła zaufać, ale już mniejsza z tym, zastanawiam się po prostu nad tym, czy kogoś poszukać, może z kimś porozmawiać, czy dać sobie czas?

Mój idealny facet?

Hm… no mógłby być żołnierz, bo się już przyzwyczaiłam, ale do tego by był czuły, rozumiejący, potrafił być romantyczny… Jednym słowem taki jak były z początków znajomości, tylko, żeby był taki cały czas! Zastanawiam się też, czy ja jestem w stanie teraz się zakochać, kochać kogoś? Chociaż, z drugiej strony, nie musiałaby być to od razu wielka miłość, a mogłoby być poznawanie siebie…. Jeżeli bym kogoś poznała, kogo bym chciała poznać, może nie bolałoby tak bardzo? Może oderwałabym myśli? Może weszłabym w jakąś nową sytuację i nawet jakbym się na chwilę zauroczyła to wydzieliłyby się jakieś hormony pozytywne? Tylko, że z drugiej strony, że jeśli spotkałabym znowu swój ideał, a on mnie by nie chciał, to by znów bolało. Ale jednak dochodzę do wniosku, że tak, chciałabym z kimś być, kochać kochaną, jeszcze się tak naprawdę zakochać, tak jak ostatnio… Tylko może nie w takim tempie.

Codziennie zasypiam z myślą i budzę się z myślą, że zostałam potraktowana jak zużyta rzecz… Ciężko mi z tym. Czekam na spotkanie z terapeutką, może coś mi podpowie. Tym czasem trwam i nie wiem, co mam za bardzo robić. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale boję się zawodu, boję się, że znowu się zawiodę, że nikt mi nie podpasuje, że nikt nie będzie zainteresowany…. Tyle razy już zostałam potraktowana w taki perfidny sposób, że się tego znów obawiam. Komuś trzeba zaufać, tak sobie mówiłam… No to zaufałam i mam teraz, tym bardziej, że on sam jakby roztoczył taką aurę bezpieczeństwa, o której już pisałam… Przykro mi z tego powodu… znowu dałam się nabrać…Czuję się jak naiwna kobieta, po prostu…

Myślę sobie teraz o górach… Chciałabym tam jechać, gdzieś się wyrwać, gdzieś pójść, może dałoby mi to jakieś wytchnienia, choć wątpię. Co jest w głowie, w głowie zostanie, gdziekolwiek będę, ale może byłoby choć trochę lżej?

375px_kopalnia-wiedzy-gdzie-w-gory-na-weekend-2-kopalnia-soli-wieliczka-700x465

Stworzyłeś bezpieczną relację, a potem mi ją zabrałeś, stałeś się zagrażający…

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie jedną rzecz. Z nim nie miałabym życia takiego, jak ja bym chciała. Myślałam, że jeśli jest to człowiek wykształcony, samodzielny i mający większe wartości niż tylko nachlać się i iść spać to będziemy parą nawet na jakimś tam poziomie. Okazało się, że nie… bo jednak wartością było nachlać się i biegać od kolegi do kolegi… a ja chciałam czegoś innego, wspólnego czasu, gdy wracał po tygodniu z pracy… On go nie potrzebował, nie potrzebował ze mną spędzać czasu…

Wczoraj szybka rozmowa z terapeutką. Doszła do wniosku, że wszystko zadziało się bardzo szybko, bardzo intensywnie, w krótkim czasie na głęboką wodę, może dlatego teraz mam taki obniżony nastrój… Co ważne, stworzył mi poczucie bezpieczeństwa, ja naprawdę w tej relacji poczułam się bezpiecznie, poczułam, że mogę być sobą, że nie muszę nikogo udawać, że jestem akceptowana taka, jaka jestem… Do czasu, kiedy nie wyraziłam swojego zdania… Wtedy już nie było bezpiecznie, zaczął mi zagrażać, dlatego teraz może nie chce wracać do tej relacji, choć są chwilę, jak ta teraz, kiedy kasuje zdjęcia w drugim telefonie, patrzę na jego twarz i chce mi się ryczeć i wyć… Kiedy czuję, że jeszcze go kocham, ale nie tego, który mnie odepchnął, tylko tego sprzed 2 miesięcy, kochanego, czułego, tak bardzo mojego… A wiem, że tego człowieka już nie ma i dlatego ratowanie tego w żadnej sposób nie ma sensu.

A za czym tak bardzo tęsknię? A no za tą relacją, w której czułam się tak bezpiecznie i za tym bezpieczeństwem tęsknię, znowu poczułam się zagrożona i trudno mi z tym, naprawdę… Z jednej strony nie chce być sama, z drugiej bardzo się boje nowych znajomości. Czuję się jakby w matni, zawieszona pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Zaczęłam też zwyczajnie olewać rzeczy, które przedtem nie dawały mi spokoju… i mnie gnębiły, już nie mam na to siły… i chyba mi z tym lepiej. Zobojętniałam na niektóre rzeczy… tak mi chyba lepiej…

Nie wiem co będzie dalej, nie liczę już na nic, odkrywam w sobie nową pasję, jaką są góry i ich fotografia… Poczułam, że muszę się czymś zająć, bo zwariuję od myśli i od tęsknoty za poprzednim życiem… Od zobojętnienia na świat i na ludzi… Od braku siły na nic…

Manipulant? Mag? Czy po prostu ktoś, kto daje nadzieję, a potem ją odbiera i pokazuje nagle pazury, ostre i niebezpieczne…

d1564ca6f9b341c753fec211c68c067b

 

 

 

Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Niełatwe spotkania

Jak dobrze, że mam tutaj swój kawałek, w takich chwilach jest nieoceniony. Wczoraj widziałam Pana ze skrzydłami. Nie ma to jak spotykać swego byłego co dwa tygodnie na uczelni… Dziś jakoś popsuł mi się nastrój z tego powodu, znowu odżyły te wspomnienia, te chwile, rozmowy i choć Top Gun pisze i stara się mnie rozśmieszyć jak może, to jakoś nieswojojo się czuje. Chyba za mocno z nim byłam… Niekiedy budzę się w nocy i mam takie wrażenie, że przez minutę nie wiem, czy on był czy jest… Czy jeszcze z nim jestem, czy już nie. Muszę sobie powtarzać, że przecież już go nie ma w moim życiu. Zmanipulował mnie? Może… i wtedy kiedy sobie powtarzam, że już go nie ma, przychodzi jakiś smutek… i pytanie „dlaczego tak musiało być?” Czemu nie mógł okazać się normalny? Jak go widzę, to czasem chciałabym móc do niego podejsć i się po prostu przytulić, ale zaraz myślę… ” Nie, przecież tak mnie krzywdził i nawet tego nie widział…” . Poniżał, krytykował za wszystko, był złośliwy… Nie wiem, czasem czuje, że go nienawidzę, a czasem… mam do tego jakiś dziwny sentyment. Znowu ten syndrom odrzucenia i znowu lgnięcie do osoby która choć dała trochę od siebie.

Dziś mnie to wszystko jakoś boli, tak bardziej. Dlaczego tak musiało być? Bo musiało… nie potrafiłabym tego znieść. Tylko dlaczego? Dlaczego musiał się okazać takim człowiekiem? I dlaczego ja akurat musiałam na niego trafić? Nie umiem tego zrozumieć… Nie-wyjaśnienie jest najgorsze… boli jeszcze bardziej.

Chomiczkowa wyszła za mąż. Wiem dlatego, bo były balony na płocie… Nie odzywa się do mnie. Z resztą.. I tak jestem na nią zła, tyle chwil razem i nawet nie powiedziała, nawet się nie odezwie. Jest szczęśliwa, więc mnie nie potrzebuje… Jak większość. Muszę skończyć kontakt z Muzykiem. Im szybciej tym lepiej…  Jeszcze matka mnie dobiła, zachowuje się jakbym była dzieckiem, nie mającym pojęcia o życiu. Może w jej pojęciu nie mam nic do powiedzenia…

Tak dziś jakoś cały dzień łzy mi stoją w gardle. I tak się zastanawiam, jak skończy bohaterka tej opowieści, którą dla Was piszę od prawie 3 lat… Mam tylko nadzieję, żecoś nade mną będzie czuwało… Jakoś…

Maska…

Nastał pierwszy dzień spokoju od poprzedniego wpisu. Jeszcze kilka dni temu czułam, że spadł na mnie armagedon. Takiego napływu złości i tylu bodżców, które mnie drażnły , dawno nie czułam. Ostatnie dni minęły mi fatalnie. Choć było to dla mnie dziwne doświadczenie, zazwyczaj jestem raczej spokojna. A może raczej… tłumiąca złość… to lepsze określenie. Dziwnie się czułam w tym wszystkim, jakby działo się to obok mnie, a jednak tak wyraźnie to czułam, jakbym nie była sobą…? A może właśnie to ja? Powoli zaczynało do mnie dochodzić, że to ja.

Czuję, że otworzyła się jakaś furtka, którą ciężko będzie zamknąć. Wodziłam wzrokiem po ludziach i chciało mi się płakać… „Co ja tu robię?” „Po co ja tutaj jestem?” Tysiące jakiś niewypowiedzianych nigdy chyba sprzed samą sobą pytań. Potem myślałam, długo… w nocy. Kiedy wreszcie wiedziałam, ze zostanę sama, wtedy było lepiej, choć coś mnie bolało we wnętrzu. Dawno już nie czułam bólu psychicznego… już chyba zapomniałam, jak on wygląda, jak się go odczuwa. Chciałam zasnąć, aby go tylko nie czuć, na chwilę była ulga, a rano, znów budziłam się z nim i czułam, że potowarzyszy mi przez większość dnia, tak jak w dniu poprzednim. Taki maraton bólu. Czułam coś tak silnego, jakby gdyby zaraz miało mnie rozerwać od środka, jaky coś w moim wnętrzu kołatało i krzyczało, tak głośno, a ja nie mogłam tego wypuścić na zewnętrz. To były bardzo męczące momenty. Teraz już się uspokoiło… Nawet nie wiem kiedy… to działo się tak szybko. Wiem, że coś się że mną podziało, że chyba nie wytrzymałam napięcia.

Nigdy od nikogo nie dostałam przekazu, że mogę pozwolić sobie na słabość, na bycie sobą, na wyrażanie prawdziwych myśli. Zawsze miałam być taką silną, niezależną od  nikogo, niepotrzebującą nikogo, samowystarczalną, podtrzymującą cały świat… to straszne, gdy tak teraz o tym myślę…

„Gdy tak na prawdę taka nie jestem.  Ale sama sobie nie dałam przyzwolenia na bycie inną.”

Dotarło to do mnie w cierpieniu i gwałtownym bólu. To straszne co ja sobie sama zrobiłam… Uwierzyłam w to, co mi mówiono.

Nigdy nie było czasu na rozmowę, nigdy na pokazywanie prawdziwych uczuć, na przeżywanie czegokolwiek, kiedy ja miałam calkiem inne potrzeby. Sama sobie nie dałam wiec przyzwolenia na bycie sobą. Bo będą sie martwić, bo mnie nie zrozumiają, bo będzie źle… bo ktoś pomyśli, że to jego wina i się załamie. Bo mój świat się załamie przeze mnie. Miałam być niezależna i nie czuć nic, niczego nie potrzebować.

Dziś wiem, że tak nie jest. A co najbardziej mnie przeraziło, zdałam sobie sprawę, że to wszystko, „na czym” żyłam, to tylko maska. To ona mnie chroniła, sprawiała, że pozornie czułam się bezpiecznie. Pozornie, no właśnie… pozory. Wszystko było pozornie, tak, aby mieć poczucie, że przecież jest dobrze. Aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się spełnieni. Tak, jak z diagnozą depresji, idzie się po leki, zażywa i …jest dobrze… pozornie… niektórzy tak robią. Nie wiem, jak zacznę żyć, ale chcę inaczej. Chcę coś zmienić. Musze przestać się obwiniac i dopuścić do siebie te pragnienia, które ukrywałam przez wiele lat, wiele czasu… Bo w końcu, one są moje, całkowicie. Tego zranionego i opuszczonego dziecka , które boi się porzucenia i w środku jest delikatne, jak dopiero co rozwijający się kwiat. Chcę tego przyzwolenia, na błędy też, na bycie sobą, a nie idealizacją mnie, jaką widzą moi bliscy… Boję się jak zareagują bo wiem, że nie rozumieją, ale inaczej, nie zacznę żyć…

mask-3233020_960_720

 

Zła noc…

Źle się czuję… fatalnie… w nocy wymiotowałam, prawie pół nocy. Mało snu, za mało… Chciałabym odpocząć. Tęsknie za panem ze skrzydłami, który przyjedzie dopiero na wakacyjny wyjazd. No i powoli, baaardzo powoli, rozkręcam pisanie na na drugiej stronce, którą poświęcam moim tekstom. W sumie to tylko to mnie dzisiaj choć trochę cieszy, bo czuje się źle, bardzo źle…

Wczoraj były moje urodziny. Ludzie są dziwni, jakieś dwie kobiety, których nawet dobrze nie znam wysłały mi życzenia… Zastanawiam się po co?  Bo tak wypada? Pewnie tak…

Czekam już na wakacje…

;(