Stare rockowo-bluesowe opowieści…

Wszysttko się pozmieniało, wartości, ulice… Pamiętam, ze kiedy miałam 17 lat płyty i utwory takich zespołów jak OZ, Dżem czy Azyl P. mogły się tylko modlić o szczęśliwe zakończenie kolejnego dnia, tak były wyeksploatowane. I nie… o dziwo nie jestem dzieckiem lat 70 ani 80, dopiero końcówki tych kolejnych…kiedy to już zespoły te umierały albo śmiercią naturalną albo nienaturalną, tak, czy inaczej… umierały. Okre tamtej muzyki minął bezpowrotnie. Widzę to teraz, jakoś kiedy miałam te naście lat, a zaczęło się od słuchania Dżemu, tego nie widziałam, nie wiem, dlaczego, to był mój świat, po prostu tak bardzo mój, to co leciało w radio yło jeszcze podobne, stopniowo zaczęło być inne… aż do teraz, kiedy już kompletnie nie znam piosenek z radio, to jest zupełnie obcy świat, inna galaktyka można by powiedzieć. Czy się zatrzymałam? Tak, chyba tak, ale widzę to teraz, wtedy, kiedy odktywałam te kolejne piosenki, były one dla mnie niemal tak świeże jak poranne bułki.

Ostatnimi latami jakoś zaczęłam zauważać, ze przecież tamte czasy minęły a to, co jest teraz to trochę jak zgnilizna… niekiedy jeszcze można odkryć te dobre, stare wartości, wartości ewoluują, zmieniają się, stare zanikają, nowe jeszcze się nie wytworzyły… co jest więc dzisiaj wartością? Czasem pytam się siebie, czy żyłam w iluzji? Iluzji śwata, który nie istniał? I na tą myśl jakoś przykro mi się robi, gdy spojrzę na „moje” ulubione utwory… Jakoś tak nie mogłam ich nawet słuchać z tego powodu, ale dziś. Dzis po raz pierwszy pomyślałam soebie, ze nawet jeśli, to była iluzja, to warto było nią żyć, bo przynajmniej dopatrzyć sie mogłam prawdziwych wartości, przyjaźni, wspólnego tworzenia przez tych ludzi wielkich dzieł, które coś nisły, dziś muzyka nie nieie żadnego większego przekazu, żadnych wartosci, reflekcji, spojrzenia na świat…zastanowienia…

I bez względu na to, czy to dziś prawda, czy też nie, we mnie wciąż żyją rockowo-bluesowowe opowieści…

 

 

I wiele innych…

Reklamy

Refleksje i…. galerianki…

Jakoś zatęskniłam dziś za moim blogiem, Bluesowe Opowieści. Co dziwne, bo pisałam na nim po raz ostatni wczoraj. Czasem myślę, że stworzyłam fajne miejsce, do którego może i wielu by zaglądnęło, a musiałam je zahasłować i ukryć przed światem. Hm… może jeszcze kiedyś uda mi się przywrócić dawną świetność tego blogu, o ile tak w  ogóle można powiedzieć. Nie był i nie jest on popularny, ale te kilka czytelników mi wystarcza, jak na razie. I tak wylewam tu tylko swoje żale i smutki oraz małe i większe radości, tak postanowiłam. Może od czasu do czasu wplotę tu coś innego, życiowego, obiektywnego…

Czasem myślę, że ten blog jest zlepkiem niepotrzebnych słów, bez większej wartości i przeznaczenia, przecież w tym czasie mogłabym pisać literacko… taki mam zamiar, ale jak na razie idzie mi średnio z realizacją tego planu. zawsze znajdzie się jakieś inne zajęcie. Ostatnio dusił się mój koń, więc trzeba było go ratować, a laptop ( w tym samym dniu) odmówił posłuszeństwa i padła mu całkowicie bateria, dziś przyszła nowa, tylko trzeba zamontować.

Dziś ogarnął mnie znów smutek, przez pewną sytuację. Rano, przy śniadaniu, chciałam porozmawiać z dziadkami, o takich tam… pierdółkach. O swoim życiu mało już im mówię, jedynie babci, jest jeszcze w miarę ogarniająca procesami myślowymi rzeczywistość, choć też już dziwnie zaczyna interpretować świat. Powiedziałam, że podobnież mają zlegalizować marihuanę tą leczniczą, na potrzeby medycyny, na co dziadek…

-Co? Pan ze skrzydłami pali marihuanę? Ale jak to?

Opadły mnie siły… a kiedy prababcia wyszła na dwór i mówiła, że kiedy z drzewa lecą soki( żywica), to ono płacze, poczułam się jakbym na chwile przeniosła się do Matrixa. Nie mam już sił, cokolwiek nie powiem, zostanie przekręcone lub zinterpretowane inaczej. Nie wiem już jak z nimi rozmawiać i o czym… nie mam  w zanadrzu takich tematów. Mam się cieszyć, ze słoneczko świeci czy ptaszki śpiewają? Jak do 5-latków? eh… zrobiło mi się przykro i smutno. Czasem człowiek potrzebuje normalnej rozmowy, takiej gdzie komunikat zostanie zrozumiany, przetworzony i zostanie wytworzona jakaś reakcja (najlepiej właściwa) czyli odpowiedź. Przez jakiś czas było mi smutno. Poczułam, ze zostaje sama na tym świecie, mentalnie… Mam tylko pana ze skrzydłami. Chomiczkowa się odwróciła, stała się tajemnicza i niedostępna, chyba nie chce przyjąć już żadnej próby pomocy sobie, nic więc nie mogę zrobić.  To w sumie też smutne.

Widziałam, iż na blogu Anonimowego pojawiło się pożegnanie, wraz ze zniknięciem wszystkich wpisów. Zdziwiło mnie to, ale może musi zacząć wszystko od nowa? rzeczywiście ruszyć naprzód. Kilka blogów nam zniknęło z horyzontu, najpierw Mara, teraz Anonimowy, eh… żadnych pocieszających informacji. A to przecież ja pozostawiałam kiedyś swoje blogi bez dłuższego odzewu.

Wczoraj obejrzałam dwa filmy, lecz skupię się tylko na jednym- mianowicie Galerianki, produkcji pełnometrażowej z 2009 r., niegdyś hit. Opowieść o w sumie chyba dzieciakach z podwórka, szukajacych spełnienia marzeń, tylko każde na swój sposób. Fabułą opiera się na tym, iż trzy dziewczyny będące już „w branży” robią z czwartej, początkowo grzecznej i poukładanej, galeriankę…niestety zepsuli zakończenie filmu, jak dla mnie, dziewczyna stoi i patrzy w lustro, potem zaczyna z siebie zmywać wyzywający dość makijaż, choć… w sumie to ładnie jej w nim było, gdyby nie służył do przyciągania klientów. Historie tych dziewczyn tak bardzo przypomniały mi czas spędzony z Chomiczkową. Eh, to włóczenie się po miastach. ( O tym jeszcze nigdy na blogu nie pisałam) Przyznać muszę, że film ten gdzieś się tam osadził w mojej głowie, nie ze względu na jego świetne zrealizowanie, a dlatego, iż te środowiska zawsze fascynowały mnie pod względem badawczym. Może kiedyś mi się uda zrealizować takie badania. Na razie czeka mnie skończenie szkoły, za 4 lata… 7 lipca ostatnie egzaminy i…. wolność! Sesja zaliczona pięknie! 🙂 Taką mam nadzieję, ze cała, bo jeszcze 2 egzaminy zostały… ale w miarę łatwe. Myślę jednak, ze ciężko może być wytrzymać te 4 lata w domu… Jakiś czas temu stwierdziłam, że poszukam sobie jakiegoś stażu na wakacje, przy chorych dzieciach czy jakichś zwierzętach, coś co wchodziłoby w zakres studiów a dawało mi troszkę odprężenia i zajęcie, które będę lubiła.

A tu takie filmiki…  jakby ktoś chciał zobaczyć rozterki naszego pokolenia… bo to akurat prawda… z tym tekstem O.S.T.R.

Czuję się jakoś dziwnie ogólnie… te spojrzenia mojej rodziny kiedy wyjdę z domu na dwór są jakieś dziwne, jakbym robiła coś złego…

 

 

Nasz rock’n’roll’owy świat…

Życie bywa zabawne i zdumiewające. I choć nie popadam od stanu otępienia do stanu euforii, to jednak pewne czynniki powodują, że coś zaczyna mnie cieszyć. A dokładniej może nie coś, a ktoś. A już zupełnie dokładniej mówiąc sam fakt, iż moje założenia, sposób patrzenia na świat zaczyna mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. I choć przez wielu ludzi uważany za irracjonalny i nieprzystosowany do tego świata sposób odbioru rzeczywistości, to jednak coś się zaczyna sprawdzać…

Owszem, jestem dziwakiem, autsajderką życiową i w sposobie myślenia i w stylu życia. Bo azylbandkto dzisiaj żyje na kształt muzycznych lat 80? Choć w części, żyje ktoś? Może ktoś żyje, ale raczej wszystko i wszyscy poszli do przodu. Dużo się zmieniło, nawet w sposobie życia zbuntowanych jednostek. W tamtych czasach zbuntowane jednostki ćpały, pisały teksty piosenek, chodziły po ulicy w płaszczach, nosiły długie włosy lub irokezy, spotykały się w piwnicach, piły alkohol, gadały o wartościach, o życiu, o tym, że są nieszczęśliwe, że nie czują się akceptowane… Taki oddział Zamknięty, Azyl P. i mnóstwo innych na przykład.

Żyje tak ktoś jeszcze?

A ja właśnie żyję… I choć nie ćpam, jak na chwilę obecną, momentami potrafię być bardzo psychodeliczną osobą, co z resztą powiedziała mi moja przyjaciółka. Hm… Przyjaciółka, z którą nie mam kontaktu od połowy maja. Jakieś sms-y przelotem, tyle. A mimo wszystko wiem, że pozostaje moją przyjaciółką. Nie może być inaczej, po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem. Ona też jest z tych, co tak żyją, więc nasza przyjaźń i relacja również są inne, dziwaczne, niezrozumiane. Potrafimy miesiącami ze sobą nie rozmawiać, a potem nagle spotkać się w małej kawiarni i mówić o wszystkim tym, co nas boli, gnębi i przytłacza… Płakać na małej, miejskiej ławce i godzinami gadać o tym, że chcemy szaleć…   I powiem Wam, dobrze mi z tym! Nie chcę tutaj stwarzać obrazu jakiegoś wielkiego, nieosiągalnego psychodelika, ale tak właśnie trochę jest.  Żyję inaczej niż ludzie w dobie komputerów, telefonów, elektroniki… I choć ludzie mówili mi wiele razy, że to absurd, ja tak nie myślę… Potrafię też być do bólu pragmatyczna, potrafię zaskakiwać, a chcę… być sobą!

Wracając do tego, z czego się cieszę, muszę chyba napisać, że życie jest zabawne i przynosi wiele niespodzianek, gdyż myślałam, że nigdy więcej mnie to nie spotka. Zakładając tego bloga, jeszcze w grudniu czułam cholerną pustkę wewnątrz. Tworząc to miejsce , chciałam w nim zawrzeć wszystko to, co przeżyłam. A dlaczego to miejsce nosi tytuł „Bluesowe Opowieści”? Bo to miała być moja opowieść. Opowieść o dziewczynie rzuconej w rockowy i bluesowy świat. Świat, który straciła. Środowisko, które bezpowrotnie odeszło,…. za którym tęskni. Chciałam Wam to wszystko opowiedzieć, wyrzucić to gdzieś z siebie. Wtedy wiedziałam, że to, co tak naprawdę straciłam, czyli mojego przyjaciela, który miał być na zawsze, a razem z nim muzykę, cały nasz świat, który kochaliśmy oboje, już nie wróci. Wtedy żyłam jak zagubiona jednostka lat 80. Żyłam tą muzyką, tekstami, żyłam wartościami, o których oni  mówili, śpiewali. Ile czasu się spędzało na próbach, jak chłopaki grali, ile koncertów…

Został mi tylko „Wehikuł Czasu” Dżemu…

Po tym wszystkim dalej żyłam w „swoim świecie bluesa” , choć nie raz miałam ochotę stamtąd odejść, zostawić to, iść w inną stronę. Jakoś nie potrafiłam. Tyle, że zostałam sama w tej ideologii, w tej fascynacji takim zbuntowanym, niepoprawnym światem… Zakładając ten blog cały czas myślałam, ze będę tutaj pisać o samotności. Nie tej fizycznej, lecz właśnie tej mentalnej, która mi pozostała. Jednak właśnie, zupełnie niespodziewanie sytuacja się zmieniła i z tego się cieszę. Znalazł się ktoś, kto też tym żyje! Jak się pewnie domyślacie, tak, mam na myśli Nietoperza… I choć znam go dość krótko, to i mentalnie i ideologicznie się rozumiemy. Potrafi wysyłać piosenki, roztrząsać przekazy, próbował kiedyś pisać teksty. Co prawda żyje bardziej ostro niż ja, to jednak zupełnie na kształt takiej samej ideologii zbuntowanej jednostki lat 80. A więc wychodzi na to, że się da i może to nie całkowita bzdura, jak to powiedzieli mi kiedyś inni. Co prawda w jego życiu jest alkohol, o czym piałam już jakiś czas temu i wchodząc w relacje z nim, bałam się, że będzie to trudne dla mnie. Nie wiedziałam, jak mam do tego podejść. Ale teraz czuję, ze nie muszę w ogóle podchodzić, mieć jakiegoś stanowiska, czy tłumaczyć pewnych swoich zachowań względem alkoholu. On sam biedak broni mnie jak może przez złem tego wyboru, bo sam, choć w tym jest, to widzi, że czasami tak być nie powinno.

Nie wiem, może robi to też trochę bardziej ideologicznie? I tutaj trochę go rozumiem, bo w końcu oboje jesteśmy zakręceni w ten świat „innego” życia, muzyką, tekstami piosenek i charakterystycznym stylem życia. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że go poznałam. Nie wnikam w to, nie chcę tego definiować. Nie potrzebuję w nim na razie mieć ani faceta, ani już w tym czasie uznać tego za wielką przyjaźń. Po prostu, dobrze mi, że jest. Tu i teraz i w takim wymiarze, jakim jest i mnie rozumie. Bardzo mi go przypomina. I chyba dlatego też cieszę się, że jest. To takie odczucie, jakby dostać część czegoś, co ktoś kiedyś ci odebrał. Zapełnia się część pustki. Pustki, o której miałam tu pisywać. Jakbym dostała działkę…  Cieszę się, że mogę znowu mieć choć część świata, za którym tęskniłam. Roc’n’roll-owego świata… Nie martwię się, co będzie jutro… Na razie…

 

Dżem- „kiedyś i teraz” w moim odczuciu…

– Co na śniadanie? -Dżem!
– Co na obiad? -Dżem!
– Co na kolację?-Dżem!

Wczorajszy koncert rozpoczął się serią pytań… A potem stałam z Maćkiem i patrzyłam na występy innych… Miło było postać przy prawdziwym Indianerze ze Skazanego, choć nie jestem jego wielką fanką ani zwolenniczką. Tak, wczoraj grał Dżem! I może wstyd się przyznać, ale poszłam na ich koncert po raz pierwszy dopiero teraz. Wcześniej nie miałam po prostu kasy, a i to, że słucham takiej muzyki było moją tajemnicą, którą ukrywałam przed najbliższymi. No i nie grali blisko… Ale może nawet to i lepiej, bo przynajmniej teraz, emocje, które ta historia we mnie wywołuje są świadome, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Nie jestem jednak przekonana, czy w tym miejscu mogę stawiać jakąś jednolitą ocenę czy krytykę, z resztą Dżem jest zespołem, którego nie da się jednolicie sklasyfikować mówiąc „genialnie, czy też „fatalnie”, ten zespół ma wiele barw, przynajmniej w moim odczuciu. Nad jego oceną pracowali już niejedni krytycy muzyczni, dlatego ja z tego miejsca, siedząc w moim ciepłym domku nie chciałabym oceniać, bo jak wiadomo każdy jest zdolny do własnych poglądów. Chciałabym natomiast napisać o własnych odczuciach dotyczących tego zespołu, muzyki, postaci… i całej historii, jaką stworzyli, bo nie da się mówić o Dżemie pomijając życie tych ludzi i to wszystko, co złożyło się na  naszą wczesną fascynację „filozofią” bluesa i takowego stylu życia.

Pierwszym, co wyraźnie rzuciło mi się w oczy, kiedy szłam w stronę sceny, była młodzież. Bardzo dużo młodych ludzi, co na pierwszy rzut oka mogło dziwić, bo przecież członkowie zespołu nie pierwszej już młodości. Otóż, myślę, że to zjawisko ma podłoże w fenomenie 13postaci samego Ryśka. Kiedyś, czytając pewien artykuł o całej tej historii, natknęłam się na słowa: „Na jego koncerty, przychodziło dużo młodych ludzi”. Z jednej strony młodzi, których widzę, są często krnąbrni, choć nie chcę tu użyć zbyt mocnego słowa. Obecnie zanika skrupulatna emocjonalność, czułość i te wszystkie wartości i odczucia, o których pisał w swoich tekstach Ryszard Riedel. A jednak ciągle przychodzą? Dlaczego? Bo to młodzi, zbuntowani ludzie, którzy nie żyją poprawnie, często mając swój własny, bardzo pogmatwany świat, świat, w którym wierzą w przyjaźń taką, jakiej mógł doświadczyć Riedel wraz ze Skibińskim, być może nie widzą do końca, że ludzi nieco się zmienili, z drugiej strony myślę sobie, że dobrze, iż chcą przeżyć coś takiego, nawet, jeśli się to nie uda, tak jak w moim przypadku, będą mieć cenne wspomnienia i trochę cierpienia w sercu, a to ubogaca…  Idą, bo kiedyś wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto był taki sami, jak oni, nie przerabiany, nie podrabiany. Może mocno to zabrzmi, ale Rysiek był czysty!! Był narkomanem, ale był czysty w swej autentyczności! Wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto nie bał się mówić o problemach, obnażyć swoje słabości, śpiewać o tym. Jak cholerną musiał mieć odwagę… Bo zaśpiewać, czy napisać o najgorszych stanach, o ćpaniu, o tym, jak leży się we własnych wymiocinach, nie jest łatwo, mówić o tym publicznie… Ilu tych młodych po przyjściu do domu w piątkowy wieczór sięgnie po piwo?  Może po dragi? I wtedy, czując, że są słabi, nie będą czuli się samotni, gorsi i potępieni.  Bo ktoś przeżywał to samo…

Stałam tam, patrząc na ludzi, choć już tylko niektórych, z którymi on grał, śpiewał, z którymi spotykał się jako siedemnastoletni chłopak w jakimś domu kultury, w bunkrach… I w głębi duszy cieszyłam się, że mogę być z tymi ludźmi, patrzeć jak grają, choć dziś to grupa starszych, siwych panów… To oni w końcu patrzyli na osobę, której teksty dawały mi namiastkę tego, że moje odczucia nie są tak bardzo samotne, wtedy, kiedy umierał mi Ojciec, kiedy Mama piła, kiedy siedziałam wsłuchiwałam się w brzmienia gitary mojego przyjaciela, kiedy wreszcie mnie opuszczał… Najlepsze było to, że stojąc tam wiedziałam, że zaliczam się do jednej masy stojących przy barierce dziewczyn i chłopaków, nikt z zebranych nie zna mojej historii, nikt nie wie, że to, o czym śpiewał Balcar odbiło się na moim życiu dość doszczętnie, choć oczywiście w innych okolicznościach. Nie chcę tu uważać się za lepszą, czy wyżej postawioną, ale pytałam się w duchu „Czy jeszcze ktoś przeżył coś tak podobnego…?” Pamiętam, jak płakaliśmy na filmie, jak chodziliśmy, śpiewając „Czerwony jak cegła”, jak graliśmy covery Dżemu i pamiętam nawet te długie włosy z przepaską… Nikt o tym nie wiedział…

Co do samych muzyków, to po cichu myślę, że powinni zmienić nazwę… Nie dlatego, że „Dżem” mi się nie podoba, ale dlatego, że to nie jest już ten sam zespół. Muzycznie są bardzo dobrzy i to chyba tylko zostało im po tylu latach, tworzenie dobrych, płynnychDzem-obrazek_sredni_4014008 melodii i siwe włosy oraz brody… Reszta niestety pochodzi już z „nowego” Dżemu, który w niczym nie przypomina kawałków granych w Spodku w 1992 roku, czy tych z klubu Słońce w Poznaniu. Maciej Balcar sili się jak może, żeby zastąpić Ryśka, ale muszę stwierdzić z przykrością, że mu to nie wychodzi… Nie to wykonanie, nie tworzy on tego nastroju koncertu, nie te ruchy na scenie, no i przeróbki piosenek… Nikt tak już nie zaśpiewa. Tak myślę, że Balcar, chyba musiałby zacząć ćpać, wtedy może by mu się udało choć w połowie… Dlatego myślę, że powinni zmienić nazwę i nie silić się na udawanie czegoś, czego już nie będzie, a zrobić coś swojego, całkiem innego i może też fajnego, czym przyciągnęliby ludzi. A może nie chcą, bo z takiego „ciągnięcia tej historii” mają szmal? Ludzie wciąż przychodzą, w nadziei, że usłyszą to, co dawniej, to jak efekt pierwszego razu przy braniu narkotyków… W sumie to już są starsi ludzie, którzy swoje, to, co dobre, w życiu zrobili i grają teraz, bo chcą mieć po prostu kasę, a nie wybijać się od nowa, ulepszać muzykę, są przecież na górze i o to chodzi. Teraz zgarniają forsę… Pomijam już fakt, że sam wokalista nie ma zielonego pojęcia o czym śpiewa, bo nigdy tego nie przeżył. do jakiegoś momentu można się wczuć, ale wydaje mi się, że historia życia Riedla jest inna i unikatowa i jakby ciężko ją poczuć nie będąc w tym środowisku, nie żyjąc z tymi ludźmi, nie posiadając podobnego odczuwania… no i nie ćpając. Nie da się potrafić poczuć jak to jest, gdy za chwilę masz umrzeć, gdy wiesz, że ciąży nad tobą wyrok, który dokona się z biegiem czasu…

Jak patrzyłam na Balcara to utwierdzałam się tylko w przekonaniu, ze teraz zrobili z Dżemu zwyczajne show, na które wciąż przybywają tłumy. Jedni, żeby się bawić jak na d5754bce65ee6bb5f13b1466aae7b6d9koncercie metalowym, inni, w nadziei, że usłyszą to, co kiedyś… Nie ma już w tej muzyce melancholijności typowej dla tego zespołu, nie ma uspokojenia, nie słychać nawet smutku! Tego prawdziwego smutku, który krążył po ich koncertach od zawsze… Rysiek był inny… taki spokojny i choć czasami tańczył na scenie to widać w nim było typowego hipisa-luzaka, w jednej podartej koszuli, w starych spodniach i z śpiewem od serca, takim nastrojowym, smutnym, wzruszającym i przenikającym aż do bólu. On wiedział o czym śpiewał. On łączył się z tamtymi przeżywanymi emocjami podczas każdego utworu, co można było wychwycić i usłyszeć… Maciek Balcar robi show, perkusja tnie jak najęta, gitary trzymają fason nadal, klawisze też. Ale chyba nie wrócą już te koncerty, na których ludzie się bujali, robili fale, śpiewali razem, siedzieli, bawili się… Ten klimat starego Dżemu chyba bezpowrotnie minął…

Samego Ryśka nie oceniam, każdy na co do jego postaci zapewne własne odczucia i nie będę przekonywać, nakłaniać, czy odradzać…

Szkoda tylko, że nie zabrałam sobie swojego kowbojskiego kapelusza…

 

Ideały z dzieciństwa

Ostatnio dni ma moim ranchu płyną wolno, w rytmie życia tych małych, wiejskich zakamarków. A to jakiś sąsiad wpadnie na kawę, a to pies zaszczeka, a to się konie wypuszcza na pastwiska… Lubię ten spokój. W końcu tyle czasu spędziłam „w ruchu”, w ciągłym cyklu wychodzenia z domu wcześnie rano i wracania do niego późnym popołudniem… Co prawda, cisza jest tu często przerywana lekkimi potyczkami domowników, ale mimo to, miejsce to ma swój urok. Wszechobecna zieleń, rozlany na całą długość błękit nieba i kłębiaste chmury oraz my i zwierzęta.Ja zaś potrafię spędzać godziny na słuchaniu rocka i bluesa i wpatrywaniu się w tę zieloną przestrzeń… Piękno tego miejsca daje ukojenie wielu zmysłom, emocjom i myślą niepoukładanym, kiedy wieczorami można przysiąść na schodach z kubkiem herbaty i pomyśleć „Żyję.” Przypomina mi się teraz scena z wielu filmów amerykańskich, kiedy piękna Lady siada na werandzie jednej z farm, popijając kawę. Tak też niekiedy się czuję przebywając tutaj w gorące lato. Takie miejsce, które wciąż w moich myślach porównuję do amerykańskiego rancha, które od zawsze mnie fascynowało. A co śmieszniejsze, że pozostaję w kontakcie z człowiekiem z Ameryki wiem miej więcej, jak takie rancha wyglądają. Może kiedyś przerobię to miejsce tak, żeby jeszcze bardziej przypominało moją wizję z myśli?

Choć to może wydać się dziwne, wierzę w marzenia. Co prawda swoje i niedotyczące innych osób, ale zależne tylko ode mnie. A i tak twierdzę, że „Gdy człowiek przestaje marzyć, umiera…” Takie i inne sentencje z mojego ulubionego, choć przerażającego momentami filmu zapadły mi w pamięć. Co ciekawsze, być może uznacie mnie za wariatkę, ale staram się nimi wciąż żyć, choć czasy wyznawania „wartości bluesa” mam już za sobą… To jednak takie fajne, choć trudniejsze teraz, kiedy nie ma tej drugiej, podobnej strony.  Jednak większość tego „naszego świata” we mnie pozostała, tak, jak to kształtuje się coś w młodym człowieku i choć większość ludzi żyjących dookoła mnie tego nie rozumie, nie uznaje i nie zna, to jednak nie potrafię tego czegoś z siebie wylenić. Jednocześnie patrząc na niektórych bliskich nie wiem, dlaczego nie mają w życiu jakiejś „własnej filozofii”? Wiem, że czerpie się z tego, co już było podane, bo dużo tego… ale jednak do każdej dokłada się coś swojego, nawet przez swoje własne uwarunkowania psychiczne.

Pamiętam, jak chodziliśmy z Indianerem po podwórku, czy po szkole i śpiewaliśmy na cały głos. Pamiętam tańce, pamiętam śmiganie na desce… Dużo pamiętam. Fajnie wtedy było… A przy tym wszystkim granie kawałków Dżemu, rozmowy, obserwacje, listy, długie włosy, Photo of Kurt COBAIN and NIRVANAsiedzenie na dachu i ta dziwna przyjaźń na dobre i na złe… Zakorzeniło się to we mnie gdzieś mocno i chyba już nie odpuści. Taka moja mała filozofia 🙂 Wtedy pamiętam dużo było we mnie takiej młodocianej spontaniczności, wariactwa i chęci zabawy. Bo też tylko z Nim umiałam się tak dobrze bawić. Teraz wyrosłam na odpowiedzialnego człowieka… Jak niekiedy słucham tych przebojów, które do mojego życia wkroczyły w tamtych latach, to uśmiecham się do moich myśli… Wrzask, przekleństwa i bunt wobec świata. Ale to chyba część młodości każdego z nas… Teraz niby mniej tego we mnie, ale gdzieś tam ciągle to czuję, tak samo, jak czuję bluesa… z taką samą siłą, jaką odczuwałam wtedy.

-Tacy ludzie nigdy nie dorastają.- Usłyszałam kiedyś w jednej z miejskich kawiarenek, w której co dzień zbierają się tłumy studentów i uczniów po pójściu na wagary. Myślę, że to może być prawda. Jest we mnie coś nieobliczalnego, jakieś myśli, które prowadzą do totalnego szaleństwa, teraz nie tylko już w wymiarze młodzieńczych zafascynowań. Z 6991983drugiej strony Ideał Mojej Matki, która zawsze była taka poukładana, mająca zasady, wymogi, wydawałoby się sztywne, i ja wychowana w wierze w to, że Matka zawsze musi być autorytetem. I była, choć popełniła w swoim życiu bardzo dużo błędów. Jednak jej zasady życia, jakie wyznawała, kiedy była trzeźwa i rozsądna tak mocno wbiły mi się do głowy, że teraz wręcz nie potrafię znaleźć w sobie tej spontaniczności. „Kobieta musi być rozważna, poważna i dystyngowana”. Z drugiej strony, gdy jest ze swoim mężem śmieje się w niebogłosy, żartuje i się wygłupia. Wiem, że każdy potrzebuję odrobiny luzu, rozluźnienia, nawet ona… Wydawałoby się to nienormalne, dlaczego jej dziecko wierzy w tamtą postawę, skoro nawet ona jej nie prezentuje zawsze i bez ustanku… A jednak.

Doszłam więc ostatnio do wniosku, że muszę się tego pozbyć. Ciągłego równania do ideału i wymogów Mojej Mamy. Przecież muszę być w życiu sobą, a nie wierną kopią Matki. Wiem, że gdy z tego zrezygnuję będzie niezadowolona, wiem, że na pewno usłyszę kilka przykrych słów. A mnie po głowie będzie chodziła myśl, że zostałam odrzucona przez jakiś swój, chyba nawet wyimaginowany autorytet z dzieciństwa, ale trudno. Nie da się inaczej, bo czuję wciąż, że zatracam siebie… Obrałam sobie dziwne autorytety w sposobie życia i wartościach- Moją poważną, mądrą, inteligentną i opanowaną Mamę, i szalonych, dziwaków, często związanych ze światem muzyki. Tego się nie da pogodzić. A kim ja chcę być? Nie chcę się ograniczać! 🙂

Śmierdzi, a jednak pociąga…

Ciężka sytuacja…Wczoraj wróciłam z wycieczki. Niby nic, a jednak tylko przydało pojechać na zdjęcia. Tylko chyba tyle z tego… Nietoperz pije, piszę, że się pogubił w „tym wszystkim”, mam wrażenie, że za kimś tęskni… wychodzi na to, że też ma nieźle blog_ym_5138754_7986563_tr_indianer_i_riedelpoharatane serce przez jakąś relację… z matką coraz ciężej się porozumieć. Z resztą, ona i tak nie za dużo o mnie wie, prawie mało… prawie. Ja jestem na etapie zwrócenia się w stronę swojego życia, nie innych. Nie tłumaczę, po prostu odpuszczam pewne sprawy, jeśli ktoś i tak tego nie zrozumie. Sama nie wiem… Zaczyna się szarpanie we mnie z powodu tego alko, wiedziałam, że tak będzie. To zły znak, mam ochotę odpuścić tę relację… Zaczyna być tak jak z Nim… Znowu wątpliwości, obserwacje, analizy i…szarpanie. To wewnątrz jednak „artysta” i tego się obawiałam… Jeszcze chyba z podobnym problemem z przeszłości. Świetnie! Będziemy się nawzajem pocieszać! Ha ha ha! Świat dziwnych ludzi… Moja matka nigdy nie przypuszczałaby, że tak będzie, że będę mieć taki dziwny „świat artystów”. Nikt by nie przypuszczał chyba… To jedna wielka zgnilizna! Dookoła jest jakaś dziwna, śmierdząca przestrzeń… Nic nie jest tak wspaniałe, jak się wydaję. Śmierdzi, a jednak pociąga…

Zabezpieczony: Kim tak na prawdę był i jest Indianer?

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: