Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Reklamy

Styczeń dał mi w kość…

Styczeń dał mi się we znaki, a szczególnie druga połowa. Nie chcę znów pisać tu wpisów tylko wyjaśniających, bo nie w tym cel prowadzenia blogu. Ale chyba na razie nie dam rady napisać tutaj niczego sensownego. Poza tym, że opuściłam to miejsce, coraz bardziej go opuszczam, czynem i myślą… i nie wiem, jak to się skończy. Pewnie powrócę, może…

Myślałam, że pewne sprawy z (dawnych) lat mam już za sobą, że nigdy do mnie nie wrócą, choć czasem za nimi tęskniłam; że może to już załatwione. Teraz wróciły, były przez chwilę, znowu odeszły, a ja nie za bardzo wiem, co mam zrobić z tym wszystkim. Czasem chciałabym się od tych spraw jakoś uwolnić, zmienić ich bieg, albo zwyczajnie zapomnieć. Pewnie kiedyś powstanie jakiś dzienniczek zapisków, myśl pozbieranych. Bo mam generalnie dwie insprację do pisania: przeżycia i literackie występki. I o ile w tym pierwszym czuję często msutek, to w tym drugim znów presję… Nie chcę tak. To wszystko miało być inaczej.

Chomiczkowa wróciła… a z nią część „dawnego” życia. Zaczynam rozumieć, że coś się od tamtego czasu zmieniło. Tak wiele się zmieniło w ciągu zaledwie niecałych dwóch lat… Nasza historia, o której w sumie tak mało tu pisałam. O Indianerze również. Ostatno myślałam właśnie o tym, że wydarzenia związane z nim mi się już zacierają, powoli, monotonne. Nie umiem już chyba nawet ich przeżywać…ale może to i dobrze. Chomiczkowej, nie mogę pomóc. I choć wiem, że to być może nic by nie dało, chcciałabym jakoś jej pomóc, a mam związane ręce. Znów czuję, że nie mam siły… To wszystko mnie przytłacza. Znowu jestem w jakijś pustce, ogromnej pustce i znowu nie wiem, czy prowadzi mnie ona do przepaści czy może pozwoli mi wyjść na początek jakiejś drogi. Czuję, jak gdyby czas sie zatrzymał. Jakby nic z tego, co dzieje się teraz nie miało znaczenia. Czuję się cholernie samotna…

Nie wiem jak mam odczytywać sygnały Pana ze skrzydłami. Czy on w ogóle o mnie myśli? Jest samolubny i zapatrzony wyłącznie w swoją wizję świata. Kolejna próba rozmowy, kolejne nic nie znaczące argumenty… Nawet nie wiem już do czego prowadzi mnie ten związek. Potrzebuję czegoś, czego jego radykalizm raczej nie będzie mi w stanie dać. Ocenia wszystkich swoją miarą, myśli chyba, że zna receptę na wszytsko, kiedy nigdy tak naprawdę nie był w mojej sytuacji, nie miał podobnej konstrukcji psychicznej. Coraz częściej myślę, że jesteśmy z dwóch różnych światów i są aspekty w których nigdy się nie zrozumiemy. Może łatwiej byłoby się po prostu rozstać? Prościej? Czuję taką przytłaczającą bezsilność…  A najgorsze jest to, że… przez te półtora roku zaczęłam myśleć, że teraz już będzie dobrze, że mam kogoś przy sobie, komu na mnie zależy, kto będzie chciał ze mną być. Ze mną, a nie z tym, co on uważa za słuszne jako postępowanie, wybory, życie. Źle znoszę niepewność, jeszcze gorzej niż słowa obwieszczające mi zmianę czegokolwiek. Z resztą, na to samo wychodzi.

Siedzę i płaczę… i piszę te słowa, pierwszy raz od roku? Ponad roku?

Przyjaciółka wylądowała na ulicy… Wiem, że nie ma nikogo, a ja… ja czuję tylko bezsilność, taką cholerną bezsilność. Chciałam jej pomóc, ale możliwości już się skończyły. Nie tak miało być. To wszystko nie tak. Z tamtych czasów został mi tylko ten blog i wspomnienia, które noszę w głowie i do których czasem wracam. Nie sądziłam, że „zapiszą się” one w mojej gowie tak mocno. Ale zapisały… Wtedy było mi tak strasznie źle. Tak wiem, nie powinno pisać się strasznie, ale wsystko mi już jedno. Muszę z siebie wyrzucić gdzieś te wszystkie emocje. Emocje i myśli kobiety XIX w. Wieku, gdzie wielu ludzi mają wszystko, co im potrzebne do życia, do szczęścia, a nie potarfią go znaleźć, nie potrafią nim obdarować drugiej osoby…

file.kobieta-placz

Zabezpieczony: Może nie powinnam się łudzić…-Odchodząc przytul mnie raz jeszcze…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Jak można być takim dupkiem? Nie wiem jak, ale mimo wszystko „dziękuję”…

Chciałam kupić prezent dla prababci. Nic wielkiego, zwykłą torebkę, czy coś w tym stylu. Weszłam więc do małego sklepiku w centrum jakiegoś miasta… Przeszłam między regałami, aż do końca sklepu, gdzie w kącie leżały poukładane… deskorolki. Spojrzałam na nie… Przecież powiedziałam M., że na wakacje kupię mu deskę, bo nie ma, a chciałby. Ale nie tylko z tego powodu mnie one przyciągnęły…

Spojrzałam i poczułam coś strasznego, a zarazem okropnego… Zwykły, czysty żal…

Straszny dlatego, iż nie sądziłam, że po takim czasie mnie ruszy. Okropny dlatego, że nie chciałam się tak czuć… Oszukana.

Żal do Niego… W jednej chwili przypomniały mi się wszystkie listy, które wysyłałam, wszystkie jego wypady z kumplami na jazdy. Tyle tego, co mu wysłałam…

Może niepotrzebne to było, chyba nie…

Jak można być takim dupkiem? Nie chodzi mi już o tę laskę, do której nic nie czuje, a jest z nią tylko dlatego, żeby była… Pozostać niewzruszonym tak długo…? To choćby przez grzeczność…. Byliśmy bardzo, bardzo młodzi, wiem, ale… Tak się nie robi, w moim odczuciu bynajmniej…

I mimo to, że zawsze pozostanie w mojej głowie jakiś sentyment, bo chyba zawsze zostaje… będzie zwykłym tchórzem…

Tak, to była niepowtarzalna osoba, jakiej identycznej już w życiu nie spotkam… Może też przez to, że taka tajemnicza i rozdwojona w sobie? Cóż, nie mogę powiedzieć, że czasem też taka nie bywam… No, w końcu wychowaliśmy się razem? Każda relacja kształtuje człowieka, zmienia go choć trochę, pozwala poznać siebie…

Co On ze mną zrobił…?

Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu myślę, że bardzo mnie zmienił…

Za jedyne, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna i będę to, to, że to była osoba, która dała mi siłę do buntu, walki o samą siebie, ale nie wtedy, kiedy jeszcze był, co właśnie jest najśmieszniejsze przydało mi się to teraz, kiedy wchodzę w dorosłe życie i pozwoli uniknąć paru przykrych sytuacji. To On nauczył mnie buntu, który w efekcie chyba trochę nakierowany został na niego samego, no, ale, to była jego decyzja…

Za to jednak mu dziękuję, bo gdyby w moim życiu nie pojawił się On nie byłabym z pewnością tą dziewczyną, którą jestem teraz.

Zabezpieczony: Kim tak na prawdę był i jest Indianer?

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: