Czas na zmiany!

Wczoraj poczułam się jak życiowy przegryw, naprawdę. Jakbym już przegrała życie… Okazało się, że miesiąc temu on zabrał już klucze do swojego mieszkania z mojego domu, nawet mnie o tym nie informując, czyli od jakiegoś czasu już planował mnie zostawić… A co robił przez ten cały czas od tego momentu do zostawienia mnie? Oszukiwał najzwyczajniej w świecie. Co za sku***.

Nie czuję tęsknoty, choć czasem miłe chwile wracają i wtedy żałuję, ale nie jego, tylko tych miłych chwil. To była szansa, szansa na wyrwanie się z domu, ale już jej nie ma. Przepadła jak wszystko… Szczerze to już nie ma we mnie wielkich uczuć, miłości, tęsknoty, płaczu za nim… Nie czuję nic, lata praktyki pozwoliły się przyzwyczaić, że „coś jest a później tego nie ma. To nie ściema, każda historia ma swój początek i koniec jak poemat. Nowy temat, kręci i nęci, a potem umiera”. Po prostu, tak jest w moim życiu, ktoś jest na chwilę, potem znowu zostaje mi samotność, to jakby już dla mnie normalne, jak na huśtawce…tak wygląda życie, przynajmniej moje. Nie ma w nim nic trwałego oprócz dziwnej rodzinki i parki zwierzaków. Nikogo trwałego nie ma. I jakby przestaje na to liczyć. Tak wiec nie czuję, przyjmuję to co jest, czasem mi tylko jeszcze żal. Bo mogło być fajnie.

Nie płaczę za nim, płaczę bardziej nad sobą. Boli to, że ludzie tak traktują. Manipulują i odchodzą, wciskają piękne słówka, dają cios i uciekają. Z byle powodu… Czas chyba obudzić w sobie te zimną sukę, którą udało mi się wzbudzić przed poznaniem jego, obojętną i chłodną, racjonalizującą wszystko… Stawiającą na pierwszym miejscu swoje plany i marzenia, siebie, nie kogoś innego. Odrzucającą…

Teraz jakoś boję się facetów. Przekalkulowałam, doszłam do wniosku, że bawić się nimi mogę, ale nie na poważnie. Kurde, w głębi duszy chciałabym żyć tak jak teraz moja matka z ojczymem, zgodnie i we wzajemnym zrozumieniu i może za bardzo do tego dążę… Bo ja nie jestem moją matką, a napotkany facet nie jest ojczymem. I to nigdy nie wypali. Żołnierz był emocjonalnym kaleką. Co z tego, ze był postawny i mega przystojny? Dla niego rozmowa nie miała najmniejszego znaczenia, tak samo jak porozumienie emocjonalne. Liczyły się tylko sprawy fizyki. To, że ja idę spać, a on nie…. Co za brednie! To nie jest powód do kończenia relacji! Głupia dziecinna wymówka! No ale to kaleka emocjonalna była niestety…

Zamykam się w sobie i tylko kalkuluję, już nie wierzę w piękny świat, już nie wierzę w miłość taką jak ja sobie wymyśliłam. Przestałam słuchać rodziny, co sądzi na ten temat. Gdzieś to mam, mnie ma być dobrze i to ma być moja decyzja, a to, czy oni będą chcieli ślub czy nie? Ich sprawa… Wpędziliby mnie w jeszcze większe kłopoty….

Postanowiłam, że poszukam pracy… Najprawdopodobniej w lipcu skończę pierwsze studia, wiec to dobry moment chyba. Wyjdę sobie do ludzi, trochę sobie pobędę w innym środowisku.

Obawiam się tylko ile jeszcze razy będę tak traktowana? Nie mogę na to już pozwolić. Wobec tego przyszedł czas na nie angażowanie się… Trudno, świat jest paskudny, brutalny i ohydny, w którym nie ma ludzkich wartości. Trzeba je sobie stworzyć…. A ja mam prawo żyć według takich, jakich ja chcę, najwyżej będę z nimi sama. Bo obawiam się też, czy w ogóle znajdę kogoś, kto dorówna moim oczekiwaniom i będzie posiadał jakąkolwiek inteligencję emocjonalną???

No i dlaczego do cholery tak bardzo podobają mi się wciąż zielone mundury?

fashion-3080644_1920

 

Czy ja chcę jeszcze się zakochać?

Dziś mam dzień, że udaję….

Udaję, że wszystko jest w porządku, przed wszystkimi, przed całą rodziną… Tak właściwie nie jest. Udaję, że jest okej, a w duszy mam ochotę krzyczeć, płakać i wyć. Chyba nie z tęsknoty, a z bólu psychicznego… Ten stan trwa odkąd mnie zostawił. Znowu cierpię, cały czas, non stop, w każdym dniu… Cierpienie opuszcza mnie tylko wtedy, gdy mocno mnie coś zaabsorbuje, a to zdarza się rzadko, bo ze skupieniem mam problem, mam strasznego lenia. Znowu boli…

W mojej ocenie tak się po prostu nie robi. Teraz widzę, jak bardzo się różnimy. Zaczynam czuć, ze bym się z nim nie dogadała, nawet, gdyby chciał wrócić, po prostu nie. Bo tak się nie robi. Nie przekreśla się wszystkich cudnych chwil, o których mnie zapewniał, nie przekreśla się wspólnych wspomnień, nie przekreśla się w jednym momencie tylu słów wypowiedzianych. To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Zupełnie nic? Dla mnie bardzo wiele… I w moim poczuciu moralności tak się po prostu nie robi! Nie dzwoni się do kogoś i nie informuje, że „już Cię nie chce, odejdź, wyrzucam Cię na śmietnik.” Jak zużytą rzecz, jak psa, którego się wygania, zostawia w lesie przywiązanego do drzewa… Jak coś niepotrzebnego, nic nie znaczącego…. Tak się nie robi! Mamy inne poczucie moralności i sumienia. Zupełnie inne… Nie daje się komuś nadziei, a potem mu się je brutalnie odbiera, to jak operacja na otwartym sercu.

Wczoraj, zrobiłam sobie kąpiel, potrzebowałam tego, trochę luksusu dla ciała… Zaczynam się sobą opiekować, zaczynam zwracać uwagę na siebie… Wcześniej tego nie robiłam, w tym całym zatraceniu się w „związku”, a  raczej „pseudozwiazku”, który jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. I właśnie podczas tej kąpieli myślałam sobie o jednej, bardzo ważnej teraz dla mnie rzeczy…. Czy ja teraz, na ten czas i na ten stan psychiczny chciałabym faceta? I jaki on by miał być? I doszłam do wniosku, że z jednej strony bym bardzo chciała kogoś mieć, z drugiej strony się boję… Nie będę potrafiła zaufać, ale już mniejsza z tym, zastanawiam się po prostu nad tym, czy kogoś poszukać, może z kimś porozmawiać, czy dać sobie czas?

Mój idealny facet?

Hm… no mógłby być żołnierz, bo się już przyzwyczaiłam, ale do tego by był czuły, rozumiejący, potrafił być romantyczny… Jednym słowem taki jak były z początków znajomości, tylko, żeby był taki cały czas! Zastanawiam się też, czy ja jestem w stanie teraz się zakochać, kochać kogoś? Chociaż, z drugiej strony, nie musiałaby być to od razu wielka miłość, a mogłoby być poznawanie siebie…. Jeżeli bym kogoś poznała, kogo bym chciała poznać, może nie bolałoby tak bardzo? Może oderwałabym myśli? Może weszłabym w jakąś nową sytuację i nawet jakbym się na chwilę zauroczyła to wydzieliłyby się jakieś hormony pozytywne? Tylko, że z drugiej strony, że jeśli spotkałabym znowu swój ideał, a on mnie by nie chciał, to by znów bolało. Ale jednak dochodzę do wniosku, że tak, chciałabym z kimś być, kochać kochaną, jeszcze się tak naprawdę zakochać, tak jak ostatnio… Tylko może nie w takim tempie.

Codziennie zasypiam z myślą i budzę się z myślą, że zostałam potraktowana jak zużyta rzecz… Ciężko mi z tym. Czekam na spotkanie z terapeutką, może coś mi podpowie. Tym czasem trwam i nie wiem, co mam za bardzo robić. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale boję się zawodu, boję się, że znowu się zawiodę, że nikt mi nie podpasuje, że nikt nie będzie zainteresowany…. Tyle razy już zostałam potraktowana w taki perfidny sposób, że się tego znów obawiam. Komuś trzeba zaufać, tak sobie mówiłam… No to zaufałam i mam teraz, tym bardziej, że on sam jakby roztoczył taką aurę bezpieczeństwa, o której już pisałam… Przykro mi z tego powodu… znowu dałam się nabrać…Czuję się jak naiwna kobieta, po prostu…

Myślę sobie teraz o górach… Chciałabym tam jechać, gdzieś się wyrwać, gdzieś pójść, może dałoby mi to jakieś wytchnienia, choć wątpię. Co jest w głowie, w głowie zostanie, gdziekolwiek będę, ale może byłoby choć trochę lżej?

375px_kopalnia-wiedzy-gdzie-w-gory-na-weekend-2-kopalnia-soli-wieliczka-700x465

Stworzyłeś bezpieczną relację, a potem mi ją zabrałeś, stałeś się zagrażający…

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie jedną rzecz. Z nim nie miałabym życia takiego, jak ja bym chciała. Myślałam, że jeśli jest to człowiek wykształcony, samodzielny i mający większe wartości niż tylko nachlać się i iść spać to będziemy parą nawet na jakimś tam poziomie. Okazało się, że nie… bo jednak wartością było nachlać się i biegać od kolegi do kolegi… a ja chciałam czegoś innego, wspólnego czasu, gdy wracał po tygodniu z pracy… On go nie potrzebował, nie potrzebował ze mną spędzać czasu…

Wczoraj szybka rozmowa z terapeutką. Doszła do wniosku, że wszystko zadziało się bardzo szybko, bardzo intensywnie, w krótkim czasie na głęboką wodę, może dlatego teraz mam taki obniżony nastrój… Co ważne, stworzył mi poczucie bezpieczeństwa, ja naprawdę w tej relacji poczułam się bezpiecznie, poczułam, że mogę być sobą, że nie muszę nikogo udawać, że jestem akceptowana taka, jaka jestem… Do czasu, kiedy nie wyraziłam swojego zdania… Wtedy już nie było bezpiecznie, zaczął mi zagrażać, dlatego teraz może nie chce wracać do tej relacji, choć są chwilę, jak ta teraz, kiedy kasuje zdjęcia w drugim telefonie, patrzę na jego twarz i chce mi się ryczeć i wyć… Kiedy czuję, że jeszcze go kocham, ale nie tego, który mnie odepchnął, tylko tego sprzed 2 miesięcy, kochanego, czułego, tak bardzo mojego… A wiem, że tego człowieka już nie ma i dlatego ratowanie tego w żadnej sposób nie ma sensu.

A za czym tak bardzo tęsknię? A no za tą relacją, w której czułam się tak bezpiecznie i za tym bezpieczeństwem tęsknię, znowu poczułam się zagrożona i trudno mi z tym, naprawdę… Z jednej strony nie chce być sama, z drugiej bardzo się boje nowych znajomości. Czuję się jakby w matni, zawieszona pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Zaczęłam też zwyczajnie olewać rzeczy, które przedtem nie dawały mi spokoju… i mnie gnębiły, już nie mam na to siły… i chyba mi z tym lepiej. Zobojętniałam na niektóre rzeczy… tak mi chyba lepiej…

Nie wiem co będzie dalej, nie liczę już na nic, odkrywam w sobie nową pasję, jaką są góry i ich fotografia… Poczułam, że muszę się czymś zająć, bo zwariuję od myśli i od tęsknoty za poprzednim życiem… Od zobojętnienia na świat i na ludzi… Od braku siły na nic…

Manipulant? Mag? Czy po prostu ktoś, kto daje nadzieję, a potem ją odbiera i pokazuje nagle pazury, ostre i niebezpieczne…

d1564ca6f9b341c753fec211c68c067b

 

 

 

Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Uczę się być w relacji, być tak naprawdę…

Napisałam tutaj wczoraj wieczorem post, bardzo długi i bardzo dla mnie ważny. Tyle w nim było emocji, tyle wzruszeń i tyle odkrywania siebie… Niestety cały się usunął. Wpadł mi do relacji zamiast na oś czasu i już go nie odzyskałam. Popłakałam się przez to. Tyle tam było emocji tak ładnie opisanych… Dziś spróbuję Wam to odtworzyć, ale wiem, że nie uda mi się już zawrzeć całego sensu jaki tam był, choć spróbuję… A może wyjdzie jeszcze lepiej?
Wczoraj chyba był jakiś dzień zwierzeń między nami. Nie wiem, jak to zrozumieć, było we mnie tyle emocji. Za mną kolejna poważna rozmowa z moim chłopakiem. Tym razem na temat rodziny i tego, jak jest między nami. Przymierzałam się długo do tego, by mu o tym powiedzieć, wiedziałam, że wcześniej czy później zauważy…że coś jest nie tak, że nasz stosunki w rodzinie są inne niż te w jego rodzinie, że dzieją się różne dziwne zachowania, że traktują mnie jak dziecko. Przecież to widać, w ich zachowaniach, w moim lęku przed nimi, w naszej relacji. Powiedziałam mu szczerze, jak się w tym czuję. On widzi, że słyszę ciągłe zakazy albo nakazy ze strony rodziny. Pewnie napiszecie mi, ze powinnam z nimi porozmawiać, powiedzieć, ze nie jestem już dzieckiem. Kiedy miałam kilkanaście lat, próbowałam się buntować, to chyba normalne w tym wieku, kończyło się na awanturach, atakach histerii z ich strony i innych dziwnych rzeczach, szantażach emocjonalnych, słowach, że jestem wyrodna, ze wbijam im gwóźdź do trumny. Oni są kochani i bardzo pomocni, w kryzysowych sytuacjach nieoceniona jest ich pomoc ale życie codzienne toczyć się musi na ich zasadach. Jeśli chcesz mieć własne, to nie tu. Choć są momenty, że zaczynam się dogadywać, stawiać granicę i pokazywać, aby respektowali moje zdanie i moją przestrzeń.Rozmawialiśmy tez o mojej przyszłej wyprowadzce, choć to są plany bardzo dalekie… Powiedział mi, że również nie che, abym się do niego wprowadzała zbyt szybko. Możliwe, że czegoś się boi, powiedział, że kiedyś już zamieszkał ze swoją poprzednią dziewczyną zbyt szybko i nic dobrego z tego nie wyszło. Choć na początku mówił, ze mogę się przeprowadzić do niego kiedy chce. Chyba już fala pierwszego zakochania minęła i zaczynamy rozmawiać… Tak na spokojnie i na poważnie… Być może się boi, tego, jak będziemy się docierać, codzienności… Powiedział mi też coś, po czym poczułam się dziwnie, że nie che abym się do niego teraz przeprowadziła, bo… nie mam stałej pracy, a jedyne dorywczą… Poczułam się dziwnie, czy to mu tak bardzo przeszkadza? W zasadzie to nie rozumiem, dlaczego ludziom przeszkadza to, że nie mam umowy na pełen etat?Powiedziałam mu, że kiedy skończę studia to pójdę do pracy, kiedy zamieszkalibyśmy razem, na pewno poszłabym do pracy, ale nie pójdę do pracy za kasjerkę w sklepie, bo taka praca mnie wykończy psychicznie, po prostu, nie nadaję się do niej, a przynajmniej tak czuję…
Poczułam się znowu niewystarczająca… Jak w dzieciństwie, przy rodzicach, niewystarczająca na to, by mnie kochać tak po prostu, bo nie mam pracy? Bo studiuję? Bo zawsze chciałam wykonywać zawód, którego się uczę?
Boję się też, że on patrząc na moją relację z rodziną mnie wyśmieje… Boję się, że on mnie wyśmieje za moją nieporadność emocjonalną w stosunku do rodziny… To jest silny fizycznie i psychicznie facet, samodzielny, wystarczający, nie wiem, czy zrozumie moją sytuację…Czuję się w niej jak dziecko… Jakbym była nieporadna życiowo! Boże.. co ja piszę, nieporadna życiowo? A kto zamienił konia w wieku 12 lat? A kto ratował matkę jak miała doły i zjazdy? Kto sprzedał malucha w wieku 14 lat? Nie wiem, dlaczego tak o sobie myślę, ale być może to ten brak umiejętności stawiania granic i pokazywania, że jestem odrębną jednostką wpycha mnie w takie ślepe zakamarki.
Uczę się jednak być w relacji z nim, być blisko i daleko, docierać się, rozmawiać, uczę się, że miłość to nie tylko górnolotne wyznania, euforia uczuć i zakochanie…. ale też rozmowy, odmienne poglądy i trwanie w tym wszystkim razem, kompromisy, umiejętności godzenia sprzeczności… To mi dużo daję. Pierwszy raz w relacji jestem tak uważna siebie, zwracam uwagę na swoje mechanizmy i swoje reakcje, nigdy wcześniej tego nie robiłam w relacji. Wiem, że będzie ciężko, że mój partner będzie musiał dużo udźwignać na swoich barkach, moje zachowania i schematy, ale na razie chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, bo wreszcie spotkałam osobę, która chce rozmawiać. Powie szczerze i prosto z mostu o co chodzi. To dla mnie cenne, bo nie ma kłamstwa, krętactwa i domyślania się, jak w poprzednich relacjach… To bardzo dla mnie nowe i bardzo miłe uczucie. Być może, że teraz jestem bardziej świadoma swoich mechanizmów, być może, że nie chcę, żeby one spowodowały, że ta relacja się rozpadnie, chcę o nią walczyć, a co za tym idzie, muszę walczyć o siebie. O swój rozwój, o to, by się sobie przyglądać… i rozwijać, dochodzić do sedna. Dlaczego Wam to wszystko pisze? Mniejsze i większe pierdoły? Bo tak mi lepiej, odkąd odważyłam się tutaj być szczera, sama że sobą jestem szczera i ta szczerość przed samą sobą mnie uwalnia. Odkąd zaczęłam tutaj pisać o tym, co dzieje się w moich myślach, o swoich słabościach i o wzlotach, jest mi łatwiej, czuję, jak gdybym zrzuciła z siebie wielki ciężar noszony przez lata na swych plecach. Potrzebne mi było takie oczyszczenie…
Na dodatek mam jeszcze jeden problem… Otóż, ostatnio przez przypadek, weszłam w posiadanie kilku stronek na facebooku i zastanawiam się, na co by je przeznaczyć… Jak wiecie, mam już dwie swoje, które chciałabym rozwijać. I jeszcze kolejne, które chciałabym jakoś zagospodarować, ale tutaj pojawia się lęk, czy dam radę pisać tyle tekstów? Tyle stronek regularnie? Jedna ma aż 16 tys odbiorców, więc myślę, że można by tam dotrzeć do dużej liczby osób… Tylko pytanie, co tam dawać? Mam w głowie tyle pomysłów. Myślałam, by pisać tam coś w stylu tematyki psychologicznej, w końcu to ją uwielbiam, ale czy czytalibyście? Chcielibyście? Pomyślałam, że może łatwiej mi będzie, jak się Was doradzę, o czym tam pisać? Mam w sobie coś takiego, ze nie lubię mieć czegoś nieużywanego, wszystko musi być zaplanowane i spożytkowane w sposób dobry… Perfekcjonizm? Nie lubię tej cechy w sobie, oj bardzo nie lubię… Ale tak mam. Przyznam szczerze, że te fanpage przyprawiają mnie o napięcie wewnętrzne, czuję, że coś powinnam zrobić, jakoś je zagospodarować, a nie mam pomysłu jak by było najlepiej… Doradźcie mi coś, proszę… Czy pisać tam o swoich pasjach? Czy podejmować poważne tematy? Jak myślicie?
Zastanawia mnie wczorajsza rekcja na skasowanie wpisu, poczułam się taka bezsilna wobec całego tego systemu internetowego i facebooka, że aż się popłakałam. Znakiem tego, słowa tutaj zamieszczone są dla nie bardzo ważne, emocje, które przeżywam podczas ich pisania. Zauważam, że to takie moje małe oczyszczenie… Z ciągów zdarzeń, z emocji, z doświadczeń złych i lepszych… W sumie, mój profil to takie moje miejsce… gdzie mogę być sobą, mogę zrzucić ten ciężar, mogę być szczera w stosunku do siebie. Nie muszę być silna i to chyba jest w tym wszystkim najlepsze! Nie muszę udawać, jaka to silna jestem i ile potrafię udźwignąć… To chyba zabijało mnie wewnętrznie przez te wszystkie lata, swoje niewypowiedziane emocje, kiedy zranione dziecko we mnie krzyczało „Przytul mnie, jestem sama z tym wszystkim!” A ja je miałam gdzieś… Zostawiłam je tak jak i mnie zostawiono… Nie przejmowałam się nim, próbowałam go zagłuszyć, nie dopuszczałam do głosu, nie byłam na nie uważna. Dziś chciałabym go przeprosić za te wszystkie winy i zacząć się nim opiekować, to szczytny cel dla mnie samej, choć pewnie będzie wiele mnie to kosztować. Na razie uczę się szczerości przed samą sobą i to dla mnie bardzo miłe uczucie, przynosi mi poczucie spokoju…Tylko te strony spędzają mi jakoś sen z powiek i powodują napięcie, czuję, że powinnam coś z nimi zrobić. Doradzicie coś? Oprócz tego jest dobrze, mam osobę, z którą umiem rozmawiać i która jest mi bliska, realizuję swoje plany, piszę, jestem w ciągłym rozwoju , zaglądam do środka i jestem w tym szczera…. kończę jeden kierunek studiów… Jest dobrze, tylko chyba potrzebuję jeszcze pomysłów na pisanie…

1f057a34b9d8a3bae95c8d9243cbddca

Mój wielki przełom… 19 kwietnia.

Taki oto wpis, zamieściłam na swoim facebookowym profilu, wszak mój i mogę pisać co chcę. Chciałam i tutaj Wam pokazać, bo jest dla mnie niezwykle ważny… Wtedy właśnie zdecydowałam się być ze sobą w pełni szczera i pisać o tym, co tak naprawdę czuję…

„Naszło mnie dziś na wieczorne pisanie… Staram się od jakiegoś czasu poskładać ten dzień do kupy. Nie jest mi łatwo… Dzisiejszy dzień przyniósł mi kalejdoskop najróżniejszych emocji. Rano wstałam, byłam pełna motywacji i energii, wybrałam się pojeździć autem, aby powoli się wprawiać do jazdy samochodem. Poszło mi nawet nieźle, tylko raz mi zgasł, a ogólnie, jak na początki, za kółkiem, radzę sobie okej,potem byłam z siebie dumna, że coś mi się udało. Powoli wprowadzam moje motto zamieszczone niżej w życie. Jeśli coś Ci się nie udało, to znaczy, że coś Ci się nie udało, a nie, że zawalił się świat… Mam prawo do pomyłek i porażek, a przecież to tylko jazda autem, a nie obsunięta noga w drodze na Mount Everest… Nikomu raczej za kółkiem krzywdy nie zrobię i to mnie cieszy. Potem powrót. W głowie kłębiło się tyle myśli, że miałam wrażenie, że doświadczam jakiegoś „myślotoku”. Doznałam euforii, puściłam muzykę i zaczęłam wykonywać do niej ruchy przypominające taniec, miałam pomysły na kolejne notki tutaj i wiersze… Później jednak ogarnął mnie tak paraliżujący lęk, strach i tak ogromne napięcie, że nie byłam w stanie niczego zrobić…

Biorę oddech. Myślę o tym, by jakoś się uspokoić, doprowadzić do ładu… Nie potrafię. Wydycham powietrze, na parę razy, tak pulsacyjnie. Płuca nie współgrają z mięśniami… Jestem jakby w wielkim uścisku czegoś z zewnątrz, Każdy ruch jest jakiś sztywny… A w środku mnie roznosi, w swoim wnętrzu słyszę tylko jak coś popycha mnie do działania, jednak nie mogę, nie… Lęk jest silniejszy… W końcu wychodzę na spacer… Tak dopiero się uspakajam… Odpuszczam sobie ten dzień, działanie w tym dniu. Takie dni nie są dobre do działania, nie potrafię się w takie dni zmobilizować do niczego, jestem jakby dętka, wyzuta z mobilizacji, wyzuta z emocji, nie przeżywam ich już jakby, są jakby daleko ode mnie, są jakby zamrożone.

Wróciłam ze spaceru, odbyłam pewną długą rozmowę, już mi lepiej, w między czasie wpadam na pewien pomysł… I dochodzę do sedna mojego dzisiejszego lęku….

Boję się… Oceny, oceny tych wszystkich, którzy to czytają, tak, boje się facebooka, a raczej ludzi, którzy tu są i ich opinii na mój temat… Jeżeli dobrze pójdzie, za jakiś czas powinna ukazać się moja pierwsza książka, z poezją, tomik wierszy… I ludzie, którzy będą mnie czytać mogą trafić na mój profil, przeczytać moje wpisy, o tych gorszych dniach, o moich słabościach… Przecież zawsze miałam być silna, tak mnie nauczono… Aby nie okazywać słabości. Ktoś mógłby powiedzieć, „to po co to piszesz dziewczyno”? Piszę to po to, by zmierzyć się z własnymi lękami, lękiem przed oceną, lękiem przez to, że ktoś to zobaczy, że odsłonie swoje wnętrze, że odsłonię się jako człowiek. Może po części jako pisarka, która wydała swoją książkę, a po części jako człowiek. Chciałabym, aby to zostało dobrze przyjęte, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi…Wszyscy przeżywamy swoje wielkie, małe tragedie, wszyscy mamy problemy… Ja zdecydowałam, że chcę o nich pisać, by pozbyć się wiecznego wstydu, by stopniowo przestać się bać opinii innych… By wreszcie zmierzyć się z własnym lękiem, który przez lata mnie paraliżował do tego stopnia, że nie podejmowałam żadnych działań… To będzie trudna droga, a może bardziej proces. I pewnie przy jego trwaniu będą się działy różne rzeczy, ale… chcę spróbować. I jeśli będziecie mnie w tym wspierać, będzie mi bardzo miło! Tak, czy inaczej, chciałabym aby to się udało. To mój pierwszy tak odważny krok w życiu…aby pokazać swoje wnętrze szerszej grupie ludzi… zostawiając za sobą cały wstyd i zakrywanie twarzy… Nie będzie łatwo, wiem to, ale może to pozwoli mi się uwolnić od niektórych emocji i spojrzeć na siebie łagodniej. Chciałabym być w końcu dla siebie dobra i nie winić się w kółko, bo przecież, to co się stało w moim życiu, to nie moja wina…Zostałam wplątana, nie moją decyzją w ciąg jakichś nieprzychylnych mi zdarzeń… Pragnę teraz zacząć intensywnie odkrywać siebie… Sytuacja uczuciowa ustabilizowana, teraz czas dla mnie… Chciałabym się odważyć…”

I w tej odwadze życzcie mi szczęścia…

9852666066a7dfc2c7758c7d5b5e70a9

Przykrości i twórczość…

Czas się zatrzymał… Tak przynajmniej mi się wydaję, nie pisałam tu długi czas… Robię coś innego. Wreszcie wzięłam się za pisanie esejów i wierszy, pokazywanie ich ludziom, to przyjemne, choć jak na razie przyciąga do mnie samych dziwaków… Nie wiem co mam takiego w sobie… Na dodatek niedawno pokłóciłam się z mamą, zwyzywała mnie bo do niej nie pisałam, nie słucham się jej i spotykam z chłopakiem, kiedy mam z nikim się nie spotykać, to było jeszcze wcześniej, teraz Soldier pojechał pilnować granic, więc siedzę sama w domu. Ona się ze mną pokłóciła… o niego…było mi bardzo przykro. Nie mogę tego zrozumieć. Kiedy wreszcie jestem szczęśliwa, kiedy matka powinna się cieszyć ze szczęścia swojego dziecka, ona się ze mną kłoci… Powiedziała mi, że mam się z nim rozstać i go nie przyjmować… Popłakałam się.

Za dwa dni porozmawiałyśmy już spokojniej… Wyjaśniłyśmy sobie dużo rzeczy, ale jeszcze nie wszystko, okazało się, że moja matka kompletnie nie ma pojęcia co mi zrobiła tym, że piła alkohol, że mnie nie wychowywała, że nie była przy nie kiedy dorastałam. Powiedziała mi, ze dziwi się nie, bo przecież ja nie miałam żadnych obowiązków. Zrobiło mi się też przykro… Myślałam, że to rozumie, ale jak widać nie… Podczas tej rozmowy wytłumaczyłam jej, ze relacja z Soldierem jest dla mnie ważna i nie zostawię go, bo ona sobie tego życzy… I pokazałam wiadomości, jakie do mnie pisze chłopak. O tym, że mnie kocha, o tym, że zawsze mogę na niego liczyć, o tym, że mnie nie zostawi, że dopiero przy mnie czuje, co to prawdziwe szczęście i jak to jest naprawdę się zakochać… Dopiero po tych wiadomościach odpuściła temat i nie dręczy mnie już wiadomościami o treści, że mam go zostawić i zakazać mu się zbliżać do mnie… Nie wiem dlaczego tak mówiła, nawet go nie poznała, bo kiedy chcieliśmy do niej jechać, zabroniła nam przyjeżdżać do niej , bo miała nieposprzątane…

5832_l2

Teraz jest już dobrze, jednak biorąc pod względy całość sytuacji, przykro mi, że tak się zachowała. Rodzina chłopaka wstawiła się za nim i powiedziała mi, że ma przeze mnie ich chłopak nie cierpieć. A moi rodzice? Jakby ich nie było. Poczułam się jakbym była sierotą, nawet nie chcieli go poznać… Wiem, ze Żołnierz nie jest taki, że zwraca na to uwagę, w końcu jak powiedział, ze mną będzie żył, nie z moją matką i ojczymem, ale mnie jest przykro i wstyd przed jego rodziną…  Chciałabym, aby było rodzinnie, ale to moje marzenia z dzieciństwa, które się już nie spełnią. Muszę zbudować swoją rodzinę, rodzinną i rozumiejącą swoje potrzeby…

Kwarantanna nie byłaby dla mnie w ogóle straszna, gdyż jestem typem introwertyczki, lubię mieć czas dla siebie i zająć się swoimi pasjami… O tyle, o ile przy tym mogłabym się spotykać z Żołnierzem… bo tylko on mi do szczęścia teraz potrzebny… Ale boję się, sama nie wiem… Pilnuje granic, jest w wielkiej grupie kolegów, może się zarazić… Boję się o niego, o siebie…

Z dobrych wiadomości zaś to, że kwarantanna mi… służy! Stworzyłam nowe miejsce w sieci, zaczęłam pisać poezję, obecnie szukam kogoś kto utworzyłby muzykę do moich słów… Ktoś coś?

A Wam jak mijają wiosenne dni?