Zwątpienie w relacje i „moje borderline…”

Od jakichś dwóch dni ogarnęło mnie jakieś zwątpienie w to wszystko. Mówiąc to wszystko mam na myśli całą tą relację z F. i jeszcze jedną osobę. Czuję, że w moim życiu się nie poukłada, a relacje są chwilowe… marzę o stałości i stabilizacji w relacjach…

Co do F. to niby jest dobrze w naszych rozmowach. Pisze niby, bo od pewnego czasu już nie jestem nim chyba taka zachwycona, mianowicie od tego, jak rozmawialiśmy o tym, jak zapatrujemy się na związki i napisał mi, że dziewczyna nie powinna wymagać od faceta by spędzał z nią cały czas, zabierał do SPA  i na wyjazdy bo przecież na to trzeba ciężko  i dużo zarobić, a kiedy się jest w pracy to nie można spędzać razem czasu tak dużo i dlaczego te dziewczyny mają o to pretensje? Trochę przypomniało mi to zachowanie Pana ze skrzydłami, który mówił mi,że przyjazdy do mnie kosztują go drogo i nie będzie przyjeżdżał częściej niż raz w miesiącu przez okres wakacyjny. Ponadto F. narzeka na pracę, ale kiedy mówię mu, aby ją zmienił, mówi tylko, że musi o tym pomyśleć. Ale nie widzę, by podjął jakieś działania do tego zmierzające. Chce się dostać do jednostki, tej samej co Top Gun, ale nie może zdać testów sprawnościowych. Chcę aby zaczął ćwiczyć, wtedy będzie mu może łatwiej, ale również nie wiem, czy podjął w tym jakieś kroki. Nie wiem, czy uda mi się go zmotywować. Sam mówi, że błądzi… Opowiadał mi kiedyś o swej relacji, którą miał. Na stałe nigdy nikogo nie miał, a  spędził dwa lata pisząc jedynie z jakąś dziewczyną, równie młodą, jak i on. Niestety boi się, że relacja z kobietą mu nie wyjdzie, bo ostatnio próbował i nic z tego nie wyszło…

Chyba nie pisałam tu o pewnym panu, którego poznałam w Internecie, na pewnym portalu… Od jakiegoś czasu sobie piszemy. On też ma depresje i został w ten sam sposób oszukany przez swoją byłą co ja przez Top Guna, dużo na ten temat rozmawialiśmy, o tym, jak się czujemy, o tym, jak to przeżywamy. Jednak do tej pory traktowałam go jako osobę do rozmowy, której nawet nie znam osobiście… Ponadto ciął się i pił, nie radząc sobie z tym rozstaniem.  Ostatnimi dniami jednak wysłał mi wiadomość, że może powinniśmy się sobą zainteresować i, że szuka kogoś do opieki nad sobą i osoby, którą również by chciał się opiekować. To było miłe, ale jednak przeszła mi przez głowę taka myśl, że nic z tego nie będzie. Nie zniosę jego depresji, nie będę potrafiła patrzeć na jego cierpienie, jak on ciągle ją kocha, on pewnie na moje też. Nie mam siły już nikogo ratować, sama potrzebuję opieki…

W związku z tym wszystkim poczułam jakiś bezsens… Jestem w kolejnych relacjach, z których nic nie wynika i nic nie wyniknie. Potrzebuje chyba stabilności w relacjach, aby do czegoś zmierzały, a nie zastanawiania się czy dąży to do czegoś sensownego.

Z Top Gunem się rozstałam na dobre, nie mamy ze sobą kontaktu. Cieszę się z tego, przynajmniej mnie już nie rani. Poranił mnie już wystarczająco… Dziś przejeżdżając przez miejsca, gdzie razem bywaliśmy, pomyślałam, że żałuję, że w ogóle go poznałam.. Czuję się tak odepchnięta, oddana… Oddana przez Top Guna do F. i zapomniana, ale może to lepsze? Chyba tak.

Czuję bezsens i ściskający ból, pustkę, która mnie wypełnia. Znów zaczynam się zastanawiać, czy mam cechy borderlie… Boję się, ale paniczny lęk przed odrzuceniem, depresja porzuceniowa i chęć zatrzymania na siłę osoby, którą kocham mi nawet pasuje do borderline…

F. przyjeżdża do mnie w sobotę, nie wiem co będzie, ale może miło spędzimy dzień mimo wszystko… Zapisałam się tez na lekcję francuskiego, bo zawsze mi się podobał ten język, jego akcent i wymowa, wydaje się taka wdzięczna.

fantasy-2506830_960_720

 

Reklamy

Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Jak dwa ptaki niesione przez wiatr…

Wreszcie przyszły myśli, by powiedzieć Top Gunowi co do niego czuję. Wiem, tak wiem, ze to nieodpowiedni moment i, że teraz nie powinnam, bo bardzo mnie skrzywdził, w ogóle nie powinnam mu tego mówić, ale z drugiej strony chciałam, aby wiedział co traci. By wiedział, że mnie traci, osobę, której  na nim zależało.W ostatnią sobotę po raz pierwszy w życiu odważyłam się i powiedziałam mu o tym, zapytałam co by było, gdyby się pojawiła myśl o nim? Że to wszystko przybrało paradoksalnie zupełnie inny kierunek i, ze byśmy się dogadali. Powiedział, że podobnie myśli o mnie, ale nie będzie mi składał obietnic ani mówił żadnych bajek. Po prostu czas… czas pokaże…

Trochę się uspokoiłam, bo przynajmniej zostało wyjaśnione jak osobie myślimy. Nie muszę już udawać koleżanki ani pocieszycielki. Coś jakby stało się jaśniejsze. Dwa dni był spokój, zaczęłam powoli wierzyć, że coś się powyjaśniało, kiedy nagle, przedwczoraj napisał mi, że pisze z kochanką i albo to co ma w głowie się uspokoi albo natęży… Coś we mnie pękło, byłam na niego wściekła. Pomyślałam, że pewnie chce do niej wrócić… że to wszystko znowu się zaczyna dziać, jak wtedy… Napisałam mu, że wiem, że ma gdzieś to, że komuś na nim zależy, że patrzy tylko w jedną stronę i tyle potrafi. Z tego wywiązała się dalsza część dyskusji o nas… Powiedział mi, że też mu zależy na mnie, ale nie jest w stanie na razie wykrzesać z siebie  tego, co powinien dać takiej relacji oraz wyższych uczuć, oraz tego, bez których taka relacja byłaby tylko wydmuszką, jego uczuciowość jest teraz bardzo rozchwiana, a nie może być tak, że jemu nie wyszło i teraz przyjdzie do mnie, jak do alternatywy albo opcji zapasowej bo to by mnie poniżało i źle rokowało na przyszłość. Powiedział, że to musi być miłość, a nie desperacja, tudzież ucieczka. A nie wie kiedy i jak coś będzie z jego uczuciowością. A nie chce tworzyć kolejnej patologicznej relacji w swoim życiu i, że sama wiem, że aby coś budować najpierw trzeba oczyścić grunt, czemu miała też służyć rozmowa z kochanką… Trochę się zdziwiłam, bo myślałam, że chce do niej wrócić. I czas może pokaże nam obojgu co z tym wszystkim zrobić…

Dziś mija drugi dzień.  Wczoraj napisał do mnie na wieczór, ale nie odezwałam się. Dziś czuję pustkę… Z jednej strony dobrze, z drugiej źle, nie wiem, czy jeszcze może coś z tego w ogóle być? Coś nie toksycznego? Chciałabym wyrwać się z tej toksyczności która mnie otacza. Chciałabym móc nie myśleć o tym wszystkim, chciałabym chyba jakoś przyspieszyć ten czas. Wiem, ze on jest bardzo rozbity, ja też. Z jednej strony czuję nadzieje, że jemu też na mnie zależy, a drugiej smutek, bo wiem, że nie spowoduje, że on nagle zacznie widzieć przy mnie szanse na lepsze życie, że to będzie najprawdziwsza i najszczersza miłość. To wszystko boli, co z resztą mu napisałam. Cieszę się, że tak myśli, że najpierw musi oczyścić teren i, że jeżeli już myślałby o byciu ze mną to z miłości, a nie traktuje mnie jako alternatywę, a co z tego wyjdzie nie wiem. I tu pojawia się niepewność, która bardzo źle znoszę…

Z tego wszystkiego stwierdziłam, że muszę znaleźć jakieś inne miejsce… Spróbowałam odnowić dawne kontakty. Chyba nie pisałam tu nigdy na blogu, że rok temu poznałam pewnego M.B. z którym bardzo dobrze mi się rozmawiało, chciał nawet wtedy do mnie przyjechać, ale byłam wtedy z Panem ze Skrzydłami, więc nie mogłam sobie pozwolić na spotkanie z nim. Może to i źle? Teraz żałuję… Potraciłam wiele relacji, tak samo jak z Łukaszem. Albo ktoś przestał się odzywać albo nie było czasu, albo poznałam Top Guna i tak jakoś wszystko się urywało. Jednak wczoraj odezwałam się do M.B. i on też się odezwał, napisał, że oczywiście mnie pamięta. I od wczoraj tak sobie rozmawiamy, choć to jakieś pojedyncze wiadomości. Oczywiście Top Gun też do mnie pisze cały czas, jednak staram się już nie wchodzić na temat „my”.  Staram się zaznać choćtrochę normalnych rozmów z kimś innym niż on, dostrzec, że istnieje jeszcze inny świat. Nie wiem, czy moje marzenie o normalnym związku się kiedyś spełni, bo do tego potrzeba miłości, a tego dziś jest tak mało na świecie… chyba, że trwanie w związku bez miłości, ale to jest bez sensu…

couple-3064048_960_720

Jutro idę do terapeutki. Chciałam zapisać na kartce, to, co chciałam jej powiedzieć, o czym z nią porozmawiać, ale jakoś nie zapisałam, może zapamiętam. Ciekawa jestem co mi powie. Tak sobie myśle, że może nie będzoe zadowolona, że powiedziałam Top Gunowi, że mi na nim zależy… Chociaż w sumie, dlaczego miałaby być niezadowolona?  Może po rozmowie z nią poczuje się lepiej, a to już jutro… Cieszę się na to spotkanie z nią.

Nauczyć się żyć w bałaganie….

Siedzę właśnie na uczelni, z tą samą grupą, z tymi samymi ludźmi, wśród których go poznałam. Mam w sobie jakiś smutek… Wczoraj wszystko mi się przypominało. Stanęło mi przed oczami to, jak się poznaliśmy, to jak rozmawialiśmy całymi dniami, to jak mnie miział, to jak siedzieliśmy na tylnym siedzeniu jego samochodu i mnie przytulał, w końcu to jak powiedział mi, że chciałby się ze mną kochać, że jest mu tak miło i, kiedy siedzieliśmy tacy wtuleni w siebie, że takie chwile mogłyby trwać wiecznie… Powiedziałam mu wtedy, że trzeba się cieszyć i celebrować, póki trwają… Potem jak chodziliśmy po parku, jak mówił mi o nich, jak mnie trzęsło… A on jak mnie tulił do siebie i trzymał w ramionach mimo wszystko…

Mam to wszystko ciągle w głowie, łzy napływają mi do oczu, kiedy przychodzą te obrazy…

Top Gun od wczoraj wysłał mi dwie wiadomości… Nie odpisałam.  Czuję, że nie mam na to siły…. Zastanawiam się, co on sobie pomyślał. Pewnie nic. Z drugiej strony, czy to ma jakiś sens i jakieś znaczenie, to, czy do niego odpiszę czy nie? Chyba nie… Nie wiem jak on to interpretuje, tę naszą relację teraz. Mężczyźni myślą inaczej… Przed chwilą wysłał mi kolejną wiadomość, z zapytaniem, czy żyję… Kiepskie to pytanie, ale z jakiegoś powodu do mnie pisze… Nie wiem, może dziś po zajęciach nazbieram w sobie tyle siły by mu odpisać… Myślę, że muszę po prostu nauczyć się żyć w tym całym bałaganie, inaczej nie dam rady normalnie funkcjonować,  albo zostawić to gdzieś tam daleko i wrócić do swojego życia, prawie mi się to już udało… Wiedziałam, że nigdy mnie nie kochał, ale tak cicho pomyślałam, po naszej ostatniej, bardzo szczerej rozmowie, kiedy powiedział mi, że wszystkie myśli przemawiają na razie na moją korzyść, że może dopiero teraz coś się zmieni… Ale nie, jak zwykle tylko ona pozostaje, choć… W sumie, jedno nie wyklucza drugiego… Nie wiem sama co o tym myśleć…

Przypominają mi się te wiadomości, które pisał do niej, które potem ja czytałam. Mam to wszystko przed oczami, jakby to było dziś… Teraz jest już po zajęciach, siedzę i płaczę w swoim pokoiku. Chyba przyszła pora by się wypłakać. Odpisałam mu, napisałam mu prawdę, jak to bardzo mnie boli. Odpisał mi, że jego również, że też to wszystko wyłazi i, że też go to boli… Ale myślę, że myślał o kochance… Ja cierpię przez niego a on cierpi dokładnie tak samo przez kochankę. No chyba, że myślał ogólnie o tej całej sytuacji, w którą się wpakował, łącznie ze mną…. Nie wiem. Jakie to wszystko popieprzone… Ale chyba czas już stanąć na nogi. Przecież na mnie mu nie zależy. Nigdy nie zależało z tego, co teraz mówi, tak wnioskuję… Czasem wysyła mi całuski, ale to już nie to. Do tej pory to byl mój czuły Top Gun, takiego jakiego go poznałam, a teraz? Kiedy mowię mu o swoich emocjach, które z resztą sam sprowokował, on mi mówi o swoich względem kochanki, nie myśląc, że to mnie jeszcze bardziej rani. Czasem go nie poznaję, kamień a nie człowiek… Tak, dla mnie to kamień… Czy on nna prawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego teraz tak cierpię? Że musiałam go kochać? Że gdybym go nie kochała to teraz bym tak nie cierpiała? Na prawdę tego nie widzi, że mi na nim zależało i że to dlatego teraz tak cierpię? Może to i lepiej, że ograniczyłam kontakt… Nie wiem, może minie rok, dwa, nie wiem ile on potrzebuje czasu, ale nie wiem czy będę wtedy jeszcze w stanie…

Zdecydowałam się, że powiem mamie o tym, co u mnie… Pyta od paru tygodni, nie mogąc się dowiedzieć… Bo i co jej miałam powiedzieć? 

A tutaj filmik, który wysłał mi kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy, jakiś sentyment do niego mam, mimo wszystko…

Katastrofa!

Wczoraj, a właściwie dziś w nocy babcia miała zawał… Tak, przeze mnie. I przez niego… Zobaczyła przypadkiem jak z nim wczoraj rozmawiałam, z reszta, ta rozmowa jakoś się nie kleiła… i była bardzo zła, chyba na tyle, że serce nie wytrzymało. Popłakałam się, czuję się tak bardzo winna, tak cholernie winna, a na niego jestem zła tak bardzo, że jakbym mogła to bym go rozszarpała. Ogaarnia mnie rozpacz, czysta, bardzo wyraźna rozpacz… Dlaczego on rozwala naszą rodzinę? Jedyną osobę, która mi pomaga… najbliższą osobę jaką mam. Zrobiłam wczoraj wielki błąd rozmawiając z nim, chwila słabości… Czuję, że muszę się od niego odizolować i to jak najszybciej, jeżeli będzie miał coś zrozumieć to i tak zrozumie… czy ja tam będę czy mnie nie będzie… Muszę to przerwać… dla dobra swojego i swoich najbliższych, tylko jeszcze nie wiem jak…

Myśli z 06.05.19 r. Dziękuję wam za to, że tutaj ze mną jesteście!

Obudziłam się z tą myślą, że to fajny facet, znowu. Ta myśl nie daje mi spokoju jakoś… że jest ogarnięty. Tak mnie skrzywdził, ale głupi nie jest, pracuje, zarabia, ma mieszkanie, stara się w pracy, potrafi być i delikatny, uczuciowy, romantyczny i pozytywnie szalony jak chce… Z drugiej strony nie rozumiem go. Tyle myśli, tyle pisania, tyle rozmów? I nic nie poczuł? Musi być jakimś betonem, że tylko mała myśl mu przeszła przez głowe o mnie. Rozmowy z nim teraz to śmiech przez łzy. Niby się śmieje, ale we wnętrzu wiem, że muszę odpuścić, że z tego nic nie będzie. Zostałam znowu sama, ale przynajmniej próbowałam. Nie liczę już chyba na szczęście, po prostu, próbuję się pogodzić z tym wszystkim, co jest. Było z nim fajnie i chyba nie żałuję tych wszystkich dni, a teraz muszę wrócić do swojego życia.Może ten świat na prawdę na jednym facecie się nie kończy?

Założyłam sobie też fejsbuka i stronkę dla mojego bloga. Cieszę się z tego, cieszę się z tego, że mogę teraz dotrzreć do ludzi mi przyjaznych, potrzebuję ich teraz bardzo koło siebie. Bez Was będzie mi cieżko. Powoli się znów podnoszę…

Kolejne, bardzo trudne rozmowy z nim…

Wczoraj się uspokoiłam i napisałam do niego o tym. Dziś się za to ganię, nie powinnam była chyba tego robić. Ale poczułam spokój, dziś już nie wymiotuję i się nie trzęsę… Odpisał. Popisaliśmy wieczorem. Wyjaśniliśmy sobie kilka spraw, tym razem to, co mówił miało sens… Zgodził się ze mną w paru kwestiach, że to zaszło za daleko. Potem napisał, że miło było w lesie, mimo wszystko i, że może zostanie to w mojej świadomości jako miłe wspomnienie. I, że „jeżeli móglbym Cię przytulić to zrobiłbym to znowu, Kłębuszku…” napisałam mu, że tulenie mogłoby się źle skończyć, a on na to, że „chyba powstrzymałby się przed tym (pójściem do łóżka) mimo wszystko. Chyba”. Z jednej strony to dobrze, z drugiej, sama nie wiem, znowu otrącenie? Ale nie dziwię mu się, przy takim kociokwiku, że by tego nie zrobił. Doszłam do wniosku, że musimy na siebie uważać, mocno, by rzeczywiście nie zrobić kroku za daleko i nie wylądować w łóżku albo w jakiejś bardzo dwuznacznej sytuacji… Co chyba sam widzi… mam nadzieje, że tym tekstem o tym, że tulenie mogłoby się źle skończyć dałam mu to do zrozumienia…

Nie wiem, czy ta jego chwiejność jest specjalna. Myślę, że on tego tak nie odbiera. Nie sądzę by robił to specjalnie, choć może jestem za dobra. Wszyscy już oczywiście te relacje skasowali, wszyscy poza mną… Doszłam do wniosku, że nie będę mówić już rodzinie co się dzieje.   I tak nie zrozunieją, a tylko się denerwują, może niepotrzebnie. Na mnie, na siebie. Nie zniosę już tego dłużej, potrzebuje teraz spokoju…

Boję się, że znowu zacznę na coś liczyć i brnąć w to z nadzieją, ale może trzeba zostawić to czasowi?  Wiem, że nie mam na co liczyć, a przynajmniej nie powinnam. Bo te piękne marzenia się nie wydarza, żeby on zostawił te laski i był tylko ze mną, choć i tak wszyscy byliby przeciwko temu, ale chyba ważne, abym ja była szczęśliwa, prawda? Najgorsze jest to, że nie mam po co rano wstać z łóżka. Nie mam takiej myśli, która by mnie trzymała. Została mi tylko nauka, ale może nie muszę o tej całej sprawie myśleć cały czas? Może też mogę się zająć czymś moim? Skupić na sobie?

***

Myśl późniejsza:

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że facet, który gdyby chciał, mógłby mi dać to wszystko, o czym marzę, nie może mi tego dać…

Ale z drugiej strony, żal do siebie mogłabym mieć tylko wtedy, gdybym nie próbowała, to byłoby najgorsze. Próbowałam, nie wyszło, może, ale przynajmniej próbowałam… Nie mogę sobie niczego zarzucić, że nie chciałam spełniać swoich marzeń, próbowałam je spełnić…