Miłe słowa.

Minęło już kilka dni odkąd tutaj naskrobałam parę słów i te kilka dni minęło mi w dobrej atmosferze. Muszę też przyznać, że rzeczywiście zaintresowanie Top Guna po naszej ostatniej rozmowie wzrosło i przyczepił się na dobre do mnie, ciągle się pyta, jak tam spędam czas, czy wszystko dobrze, ostatnio nawet wyczułam w nim zazdrość co do tego, że ktoś zaczepia mnie w pracy… Pierwszy raz też od naszego poznania dał mi wyraźnie wczoraj odczuć, że jest zakochany, a właściwie mi to powiedział prawie wprost. Cały czas też pisze mi, jaka to jestem super i tak słodzi mi całymi dniami, aż bym sie mogła rozpłynać w tych komplementach. Ale przyznać muszę, że poczułam się jakaś spokojniejsza. Mam ogrom pracy, sesja, muszę zaliczyć anatomię, nie wiem jak to wyjdzie, wierzę, że dam radę… Mam też kilka innych pomysłów, jednak na razie brak czasu na realizowanie ich, choć powtarzam sobie, że to tylko w mojej głowie… a przezcież nikt mi nie zabroni się realizować kiedy akurat czuję, że to jest dory moment. Zawsze czuję potrzebę samorealizacji wtedy kiedy jest sesja, czy to dziwne?

Dziś odbyłam też rozmowę ze wspomnianym tu kilka wpisów temu młodym narkomanem wydaje się być w porządku jako kolega, choć ma czasem dziwne reakcje. Jak to młody, choć jest w moim wielu, zaczynam sie zastanawiać nad zachowaniem facetów w moim wieku, niektórzy z nich są tacy dziecinni… albo może… faceci w ogóle są dziecinni czasem. Podobno najgorsze jest pierwsze 40 lat dzieciństwa faceta…

Reklamy

Rozmowy niekontrolowane wieczorem… O śmiechu, całowaniu i seksie…

Po przedwczorajszym dniu jakoś czuję, że wszystko się zmieniło. Przedwczoraj Top Gun przeszedł samego siebie.

Nasza relacja pozostawała do tej pory oficjalna, choć czasem rzucaliśmy do siebie bardzo bezpośrednie teksty, na tyle bezpośrednie, że mogliśmy z powodzeniem nazwać się dobrymi znajomymi, dlatego, widząc jego bezpośredniosć i to, że podchodzi do mnie, jak do dobrej kumpeli, po długich dniach zastanawiania się, czego może on ode mnie „chcieć?” doszłam do wniosku, że chyba niczego oczekiwać nie będę i stane się po prostu jego dobrą koleżanką, tak, jak wskazywało na to jego zachowanie. Pierwszego dnia przyniósł mi też prezent, dość nietypowy, ale za to bardzo potrzebny. Spodobał mi się ten prezent, bo nie muszę sie już martwić o jedną rzecz, które trochę mnie smuciła. Cały czas jednak śmialiśmy się i żartowaliśmy, jak to dobrzy znajomi. Na koniec odstawił mnie do domu. I muszę przyznać, że te parę minut spędzonych w drodze do domu, te rozmowy… to wszystko miało jakiś swój urok, taki choć oficjalny, ale bardzo przyjacielski i życzliwy. Jakbyśmy się znali lata… albo przynajmniej byli komplami z podwórka. Cóż, stwierdziłam, że dobrze jest jak jest i nikogo do niczego nie mam w charakterze nagabywać. Ot, po prostu, miłe przyjacielskie gesty i dobra zabawa.

Nazajutrz był wielki dzień. Dzień w którym mieliśmy sie przekonać, czy dane nam będzie zdać, czy też nie. Umówiliśmy sie, że pomogę Top Gunowi, który niestety nie umiał wszytskiego. Jednak ten dzień praktycznie spędziliśmy cały razem, rozmawiając, śmiejąc się. Dałam mu też mały prezent, w podzięce za to, co od niego dostałam dzień wcześniej. Widziałam, że bardzo się uczieszył. Później zdecydowaliśmy się pójść na dłuższy spacer, w przerwie między zajęciami. Spacer okazał sie kolejną świetną okazją do pośmiania się, powygłupiania, jak to w paczce, powiedział mi też w końcu, którym jest rocznikiem i mogłam napić się kawy. Patrząc na to wszystko… To wszystko ma jakiś swój urok, może to dlatego, że nie spotykałam się wcześniej w gronie dobrze znających się osób, gdzie był prawdziwy luz, swoboda i gdzie mogłam być sobą. Tak właśnie poczułam sie na tym spacerze. Od dawna sie tak nie czułam. Rozmawiajac z ludźmi, mam często wrażenie, że coś ukrywają pod tym, co mówią, np. Miałam tak z Muzykiem. Mówił coś, ale wiedziałam, że pod tym, kryje się coś jeszcze, jakaś intencja, jakaś ukryta myśl. Z Top Gunem jest zuełnie iaczej. Po prostu czuje się od niego szczerość, taką naturalną, niewymuszoną, bezpośredniość. Jeśli coś mówi, to tak jest. Nawet, jeśli to nie jest do końca miłe. To tak ułatwia życie.

Na egzaminie jakoś pomogłam, choć częściowo, zdaliśmy najlepej na sto osób, a było jeszcze śmieszniej, bo wykładowca to widział i rzucał śmieszne teksty do nas. Szczęście miał Top Gun, że go nie wywalił z sali. Na drugim egzaminie tylko nas rozsadził, a później biegał ode mnie do Top Guna i sprawdzał czy mamy te same odpowiedzi, po czym podsumował „telepatia” 🙂 Na szczęście na drugi już coś więcej Top Gun poczytał, więc zdaliśmy też nieźle oboje. Szczęściu nie było końca z tego faktu, bo to były dwa kolosy, gdzie materiału było najwięcej ze wszystkich przedmiotów. Później znów dostałam paczkę na kolana, tą bardzo mi potrzebną, już kolejną i odwiół mnie pod bramę domu. Całą drogę oczywiście żartowaliśmy i śmialiśmy sie, z całej sytuacji, mówiąc, że na następnym egzaminie to będziemy pisać tylko na kolankach, żeby już nie mógł nas rozsadzić,bo w sumie sytuacja okazała się nie tyle przerażająca co bardziej śmieszna, choć zakuwałam cały tydzień do tych kolosów. Pomyśłałam sobie wtedy, że może fajnie mieć takiego kumpla, z którym można się po prostu, otwarcie powygłupiać. To było miłe, po prostu, nie widziałam w tym jakby do tej pory żadnego podtekstu, no, może z małymi chwilowymi przebłyskami w jego zachowaniach, kiedy to kupował mi picie, czy zabierał na kawę. Ale równie dobrze, gesty takie mogą być całkiem naturalne w życiu studenta.

Na koniec dnia, gdy już wrócił do domu, napisał mi, że dotarł, żebym się nie martwiła i zaczęliśmy jeszcze coś pisać o egzaminie, później jakieś śmieszne historyjki z życia i znowu o tej całej sytuacji z telepatią według profesora i tak jakoś zeszło znów, że może wybralibyśmy się razem na kolejne studia. Stwierdził, że bardzo chętnie ale oczywiście dorzucił, że tylko i wyłącznie ze mną na kolankach bo inaczej to będzie bieda z egzaminami. Na co, jak, odczytując to jako zwykły żart bez żadnych innych intencji, napisałam mu, żeby uważał, bo kiedyś tak zrobię przy ludziach. A on mi na to, żebym też uważała, bo jak mnie chwyci to już nie wypuści. Więc odpowiedziałam, że może chwytać, nie uciekam nigdzie. (W tym zdaniu coś czułam, że jest na rzeczy, ale wiem, że często tak żartuje, więc i tego też zbyt poważnie nie brałam do siebe.) I dodałam jeszcze, że jeśli tylko mnie nie uszkodzi, to „spoko”. Na co on odpowiedział, że jestem piękną młodą dziewczyną i prędzej chyba by mnie zacałował na śmierć. (Muszę Wam powiedzieć, że zdębiałam w pierwszej chwili, nie wiedząc, czy to żart, czy też nie…. z tym, że raczej nie brzmiało to nader śmiesznie, ot, po prostu, jak zykłe stwierdzenie w tym kontekście.) Chcąc rozładować sytuację napisałam mu bardzo śmieszny tekst, na co on po chwili odparł, że śmierć w tym wypadku to chyba tylko z rozkoszy…. no i potem to już rozmowa popłynęła… bardziej jako otwarty flirt niż jako czysto kumpelska wymiana zdań i śmiesznych sytuacji. W końcu, stanęło na wymienie zdań o seksie i to również dość bezpośrednich, niby znów w żartach, ale jednak. Na podsumowanie napisał, że ładne wariactwo dziś z tego całego dnia. Dobrze, że już robiło się późno i miałam pretekst, aby napisać, że muszę już isć spać i jestem zmęczona, bo na prawdę nie wiem, jaki by ta rozmowa przybrała dalszy obrót, to znaczy, mogę sie domyślać, ale stwierdziłam, że znam go tylko kilka miesięcy i to może nie jest czas jeszcze na to, by tak bardzo otwarcie rozmawiać o takich sprawach, a przynajmniej nie w kontekście naszej relacji, jak to zaczął coś wcześniej pisać, jako „żart”, który w zasadzie był pół śmieszny, kiedy tłumaczył mi się, że on jest opanowany wtedy i w ogóle… Na koniec napisał mi, że przecież może być tak pięknie i dobranoc piękna. Pierwszy raz takie słowa przeczytałam, zawsze było „hej-hej”.

Minęły dwa dni, ani ja, ani chyba on nie wiemy za bardzo, jak się teraz do siebie odezwać. A najlepsze jest to, że za jakiś czas znów mamy egzamin i musimy się spotkać na uczelni i… jakoś zachowywać względem siebie…

Coś czuję, że moje przygotowania do tego egzaminu będą wyglądać tak:

woman-1852907_960_720

 

Zaczęłam doceniać małe gesty

Czuję, że coś się we mnie zmienia, że odradzam się na nowo z jakiejś niedobrej sytuacji. Do tej pory myślałam, że tylko jakieś wielkie słowa w relacji są teraz w stanie ruszyć sunset-671409_960_720mnie teraz z obecnego marazmu… a tymczasem jest dokładnie odwrotnie! Zaczynam się cieszyć z małych gestów, drobnych słów i paru radosnych chwil. Potrafię się tym cieszyć i śmiać z tego… z tego, że rzeczywiście możemy sobie zjeść z Top Gunem obiad, że możemy porozmawiać, że tak jak ja lubi naturę, że kupił mi kawę, że wreszcie, kiedy przyszło mu iść do domu, bo z kolegami mieli tylko jeden samochód i nie miałby czym wrócić do domu, to nie wiedział co ma zrobić, miotał się powtarzając „no, ale…”, a gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi się wahać, to z iskrami w oczach, które mają aktorzy przy rozdzierających krew w żyłach scenach, złapał mnie za nadgarstek mocno i patrząc mi prosto w oczy powiedział, „zostałbym z tobą (do końca wykładów), ale zrozum, co mam zrobić…” Ta scena wydała mi się tak autentyczna i zarazem tak śmieszna, że nie mogłam powstrzymać się od smiechu, choć może nie wypadało… Jak najprawdziwsza scena z filmu rozdzierjąca krew w żyłach… Ale cieszę się tym. Tymi spacerami, rozmowami, gestami, chyba na ten moment nie potrzebuje niczego więcej, nie wiedziałabym co mam zrobić, a tak, mogę się cieszyć chwilą. I dochodzę też do wniosku, że najpiękniejsze co można przeżywać dzieje się właśnie teraz, nie kiedy indziej, więc po co ja ciągle czekałam? Po raz pierwszy dzisiaj cieszę się, że jadę na uczelnie… Choć to paradoks, bo miałam już tam swojego chłopaka… Ale dopiero teraz to miejsce kojarzy mi się z czymś miłym… Bo co z tego, że tam był, kiedy w ogóle mnie nie zauważał, kiedy byłam dla niego powietrzem. Nie przychodził do mnie, jakby się  mnie wstydził. Teraz, kiedy o tym myślę, to dziwie się, że pozwoliłam tak się traktować. Ale dziś przynajmniej mogę się cieszyć 😉

 

Dziś się cieszę, jutro bedę płakać…

Poczułam spokój. Jakoś tak dzisiaj. I choć Muzyk cały czas dopomina się o moje zainteresowanie oraz wyznaje mi swoje uczucia jakoś nie bierze to przewagi nad spokojem, który dziś czuję. W innych warunkach pewnie by mnie stresowało. Wczorajsza rozmowa z Top Gunem jakoś pozwoliła mi spojrzeć na świat łagodniej, przyjaźniej, żeby nie był już tak wrogi. Powiecie, że warunkuje sobie nastrój facetem… ale to , co tutaj opisuję to tylko skrawek mojego teraźniejszego życia, wszystkich relacji i złożonych interakcji na moje postrzeganie. Jednak chyba generalnie tak to jest, że jeśli jesteśmy akceptowani to świat jakoś nabiera kolorów… Dzieci zaniedbane w pewien spsoób w dzieciństwie wiedzą to najlepiej. I czasem naprawdę, nie chciałabym tak funkcjonować, bo wiem, ze nie jest to do końca zdrowe i dobre dla mnie, ale z drugiej strony, daje sobie na to przyzwolenie i przestałam się o to obwiniać… Po prostu, tak mam, w tym całym szaleństwie, znajdą sie też chwile kiedy się cieszę, kiedy mogę poczuć spokój, choć wiem, że te chwile przychodzą i odchodza, jakbym huśtała się na wielkiej huśtawce… w sumie, moje żeycie ma coś z tego, moje stany coś z tego mają. Dziś się cieszę, jutro będę płakać… Top Gun powiedział mi, że on też nie odnajduje się wśród ludzi. Nie wie o czym ma z nimi rozmawiać i jak podtrzymać rozmowę, jeśli jest ona o niczym lub na temat, który go niezbyt interesuje. Ja powiedziałam mu, że mam podobnie, na co on skwitował tylko, że nie ten intelekt i nie te tematy… To w ogóle takie niesamowite, że spotyka się kogoś tak zupełnie innego, z innego „świata”, innych zainteresowań, innego życia inagle okazuje się, że przez cały czas mieliście takie same lub podobne myśli, nawet w takich śmiesznych tematach. On lubi las, choć w nim biega na poligonach i ja lubię las i spacery po nim, ja się całe życie zastanawiałam dlaczego przy badaniu krwi nie można wykorzystać krwi z rany (szkoda mi było po prosu tej krwi ze skaleczenia, a kaleczyłam się kiedyś mocno przebywając całe dnie na dworze) i on tak samo całe życie nad tym myślał, bo też było mu żal tej krwi, że nie zostanie spożytkowana. 😉 I czasem z takich małych niuansów w sumie składają się nawet miłe i długie rozmowy. O poważniejszych rzeczach też rozmawiamy, o życiu, śmierci, przeciwnościach losu… ale na to musi być czas i miejsce, więc wtedy gdy uda się wyskoczyć na jakąś kawę czy jedzenie. Powiedziałam mu o niszczącej relacji z Panem ze skrzydłami, że dużo mnie to kosztowało… i mam wrażenie jakby od tego czasu zaczął jakoś inaczej się zachowywać… jakby czekał na tą opowiedź… „czy kogoś mam?”. W ogóle… dla mnie to dość dziwna relacja… ale i wydawać by się mogło, że ciekawa. W sumie, myślę dziś, że każda relacja jest inna i złożona w inny sposób. Z Muzykiem miałam kontakt cały czas i jakoś do nikąd on nie prowadził. On czasem pisał o czymś zupełnie abstrakcyjnym. A z Top Gunem potrafimy się czasem tydzień nie odzywać, nie pisać, nie rozmawiać,  bo i on jest zajęty i ja… a potem jak się spotkamy to jakby to wszystko toczy się „dalej”, na trochę wyższym poziomie wtajemniczenia… takie mam wrażenie. To nieco dziwne, ale w sumie mnie cieszy. Chce mnie kiedyś zabrać pokazać mi jednostkę i to, jak skaczą na spadochronie, albo na nocowanie w lesie pod gołym niebem 🙂 Taki pozytywny z niego wariat. W sumie, może będę się mogła kiedyś zacząć bawić, tak jak chciałam, ale nie miałam z kim…

Szczególny dzień!

Dziś jest dla mnie jakiś mój mały, szczególny dzień… Równo rok temu „poznaliśmy się” z Panem ze skrzydłami, właściwie to, zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie, a właściwie nawet nie jego, tylko jego imię i nazwisko. Nie będę tłumaczyć, po prostu- zobaczyłam. Odpisał mi coś, jakieś zdanie o regule logicznej. O dziwo, odpisał, bo nikomu wcześniej, ani później nie odpisywał. Oglądał moje zdjęcie…

Czuję, że na tym blogu przeoczyłam jakoś początek naszej znajomości. W zasadzie, nic tutaj nie wspominałam o naszych pierwszych spacerach po lesie, o rozmowach, o pierwszej kawie i o pierwszym buziaku, który był niekontrolowany i za który mój ukochany musiał się wstydzić przede mną. Miłe wspomnienia. Bardzo miłe, dla kogoś, kto przywiązuje wagę do posiadania takowej osoby „tylko dla siebie”. Muszę to nadrobić, zaległości na blogu w kwestii Pana ze skrzydłami.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, moje wątpliwości, cóż…poradziłam sobie z nimi. Pójście na studia, w ten cały zgiełk studentów i nauki dało mi nadzieję i choć czuję się zmęczona- poczułam się lepiej, zdecydowanie, poczułam, ze są ludzie, dla których są ważne również te tematy, które ważne są dla mnie i którzy to rozumieją. A nie od razu negują, więc poczułam swoją celowość i wzbił się we mnie jakiś zapał do pracy. Uznałam, że swoje potrzeby trzeba realizować. Poczułam się ważna, tak po prostu. Zwróciłam się też bardziej ku mojemu życiu i potrzebom. Czego wcześniej nie robiłam. Poczułam, że wraca do mnie moja wrażliwość, to wszystko- czego doświadczałam będąc młodszym człowiekiem, a czego mi bardzo brakowało w życiu od jakiś paru lat wstecz. Zajmując się jakimiś dziwnymi problemami, nie umiałam się skupić na życiu, a może „życie” wydało mi się po prostu za trudne, aby się na nim skupić, więc wolałam inną drogę? Nie wiem… W każdym razie dziś czuję się w miarę okej i cieszę się an kolejny zjazd na uczelni, choć ma on trwać 4 dni i być bardzo męczący… Pewnie uda mi się też zobaczyć z Panem ze skrzydłami. Bo od dwóch tygodni się nie widzieliśmy i bardzo mi go brakuje. Wczorajszego dnia też byłam na fajnym wydarzeniu kulturalnym, ale o tym już innym razem…

11987691_rozpromieniona-krolowa

Jesienny spacer i wzruszenie

Przed chwileczką wróciłam ze spaceru, byłam na spacerze z Panem ze skrzydłami, w jego stronach. Widziałam tez konia biegającego po lace, tak czystej, zielonej łące nad którą roztaczało się błękitne niebo, było niebieskie, bardzo niebieskie….

Przypomniały mi się dawne lata, lata dzieciństwa, błogości, kiedy świat miał inny wymiar, wydawał się piękniejszy. Przypomniało mi to chyba słonce. Kat padania słońca się zmienia… Zaczyna się powolna jesień. Z jednej strony kocham ten czas, z drugiej jest mi smutno, że lato już odchodzi w zapomnienie…

Tak, to słońce tak specyficzne przypomniało mi czas dzieciństwa, najbardziej je pamiętam… Prawie jesienne, piękne słonce które…. Się kończy… Tak bardzo wtedy chciałam je przy sobie zatrzymać, tak bardzo chciałabym m moc zatrzymać je teraz…

plakaty-pozne-lato-zachod-slonca-jesien-w-parku

Powrót do pisania jak wzniesienie się myślami ponad ziemię…

Ostatnio, pod wpływem paru przeczytanych stron z mojej jednej z ulubionej i wspominanej we wpisach na blogu książek, stwierdziłam, że lepiej czułam się kiedy jeszcze pisałam swoje własne wiersze i eseje nie mające związku bezpośrednio z moim życiem,  może i te mające, ale bardziej twórcze niż to, co piszę o sobie na Bluesowych Opowieściach, to jest można by powiedzieć taki mój pamiętnik, na dobre i złe dni, o prywatnych przeżyciach i teraz już jest dostępny tylko dla nielicznych. W związku z tym, co powyżej, wzięłam się za pisanie, czytanie i wszystkie literackie rzeczy, które kiedyś mi towarzyszyły, a które teraz odłożyłam na jakiś czas. No i zupełnie spontanicznie powstała stronka- blog, na której będzie można przeczytać to, co piszę. Moje wiersze, eseje, niektóre nawet ze starego blogu, bo myślę, że ten obraz tego blogu już dawno się gdzieś kreował w mojej głowie, ale zawsze nie wiedziałam dokładnie, jak ma wyglądać, co ma tam się znaleźć… No i wczoraj stwierdziłam, ze pod wpływem pewnej książki, wiem, że chce pisać i mieć takie swoje miejsce, gdzie będę mogła to jakoś pozbierać. I tak powstała moja nowa stronka.

Wstawiam link do niej w pasku bocznym, po kliknięciu na konia pomiędzy ciemnymi chmurami, powinna się otworzyć 🙂

Cieszę się z tego i mam zamiar ją dalej prowadzić, może jakąś tam publiczność kiedyś zdobędę swoimi wierszami, esejami i tekstami…