Wreszcie radość i śmiech…

Poprzedni tydzień był dla mnie ciężki, tysiące myśli wirowało mi w głowie, tych rezygnacyjnych też…Dodatkowo jeszcze zmęczenie, takie całościowe, bo czekały mnie dwa dni na wyjeździe  i mieszkanie w trudnych warunkach, oraz wykłądy po 12 godzin. Drugie dwa na miejscu, bałam się jako to wytrzymam, choć już nie raz wytrzymywałam. Ale najgorsze z tego wszystkiego, że po tych 3 dniach, w ostatnim, miałam się spotkać z Top Gunem, a nie chciałam się tak męczyć przed spotkaniem go. Nie chce, by widział mnie w takim stanie, dlatego było mi też smutno z tego powodu, ale cóż… mus to mus. I tak więc trzy dni spędziłam w całkowitym zabieganiu, a wczoraj nastała ta chwila, dla której chyba warto było poświecić te 3 dni… ale o tym zaraz…

Po rozstaniu się z Muzykiem zapadła między nami kompletna cisza na dwa dni. Nikt do nikogo się nie odezwał. Choć czułam się w tym wszystkim jakoś nieswojo. Nie chciałam go ranić, chyba zraniłam, tak napisał. Musiałam to sobie chyba przemyśleć, przecież na początku było z nim dobrze, potem stał sie jakiś dziwny. W głowie kołatał mi się cały czas ten czas, kiedy to trawa była bardziej zielona a niebo bardziej niebieskie… zakochałam się w nim? Swego czasu… potem jednak to mnie opuściło, nie umiałam, nie potrafiłam, on był jakby z innego świata…ja zasuwałam całe dnie, on nie robił nic… nie umiałam się z tym zgodzić. Nie rozumiałam jego słów, nie wiedziałam o co mu chodzi, keidy przedstawiał mi tylko sweoje strzępki myśli, czułam sie jak w gabinecie, jakbym była jego terapeutą. I wieczne mówienie o śmierci, że kiedyś to zrobi… nie zniosłam tego.

Po dwóch dniach napisał, że zadałam mu tyle różnych emocji… chwilę pogadaliśmy. dszłam do wniosku, że w jakiś sposób go lubie ale na pewno już nie jak faceta może jako kumpla, do porozmyślania o życiu. Teraz… rozmawiamy normalnie i choć on twierdzi, ze już i tak wszystko skończone to jednak czuje od niego, że coś w nim jeszcze pozostało, jakiś sentyment do mnie, jakieś myśli… napisał mi, że nie chce mnie tracić. Nigdy wcześniej nie uznawałam znajomosci po relacji, która miała być trwała, teraz sama nie wiem, w sumie, nic mi nie zrobił. Cóż, napisałam mu otwarcie, że każdy musi szukać swojej miłości, bo zupełnie inaczej ją postrzegamy i tego nie da się przeskoczyć…

Wczoraj zaś spotkałam się z Top Gunem. Ten człowiek chyba ma jakieś dobre fluidy, bo przy nim jestem tak naładowana energią, jak nie byłam przez dwa lata! Nie czułam tego od czasu kiedy spotkałam kowbojów! Przepełnia mnie taka bardzo pozytywna energia! Możemy się pośmiać, pożartować, porozmawiać na poważne tematy, pobawić…

Top Gun zaczął mnie na poważnie i tak zauważalnie podrywać, to też jego koledzy mają niezły ubaw… bo z jednej stroy taki twardziel, a z drugiej coraz to bardziej okazuje mi zainteresowanie i troskę. Chodzi ze mną wszędzie, czeka na mnie, odprowadza, przyprowadza, siedzi koło mnie non stop, a wczoraj nawet robił mi zdjęcia, jak to twierdził, „żeby mieć” 🙂 Wczoraj napisał  mi też tekst, na który nie za bardzo wiedziałam jak mam zareagować, bo zamiast zaimka „ty” wyświetlił mi się zaimek „moja…” i to jest już raczej jednoznaczne, ale trochę mi nie wypadało tej rozmowy ciągnać w takim charakterze, bo generalnie to staram się być na tyle „elegancka” na ile potrafię, gdy kogoś poznaje, a nie „rzucać się” na kogoś nowego, jak to robi dużo dziewczyzn teraz.  Tylko, najlepsze jest to, że rozmawiajac z nim czuje jakbyśmy byli podobni choć w innych zakresach działalności. A może to jego pozytywne wariactwo mnie tak ujmuje? W grupie już i tak wszyscy się na nas patrzą, jak na parę, bo wszędzie nas widać razem… na wykładach i na przerwach. Wczoraj tak poczułam, że mogę się śmiać, bawić, czuć radość, tak bardzo mi brakuje taich momentów w moim życiu… Ale i tak największą zabawę mają jego koledzy :).

girl-1357485_960_720

A apropo kolegów, to przypomniała mi się taka piosenka Oddziału Zamkniętego 🙂

W sumie… też jadamy w barze mlecznym i spacerujemy 😉

Akcja w pędzie, czyli wiatr, tętent i Łapacz krokodyli…

Już po… Żyję i… mam się dobrze, a może nawet lepiej 🙂 Nałapałam energii i chęci, naładowałam baterie. Ja nawet nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem ładuję na nowo akumulatory. Teraz czuję się dobrze i o dziwo, nawet nie czuję zmęczenia, choć całość dnia wczorajszego mogła lekko dać w kość pod tym względem, jednak myślę, że… warto było.

Drogę „tam” odbyłam trochę z niepokojem, choć pojawiał się on tylko momentami. Niekiedy po prostu nie myślałam o tym, co może się zdarzyć. Trochę było mi głupio, nie za bardzo wiedziałam, co może mnie spotkać, jeśli łapacz krokodyli się pojawi, ale postanowiłam zaryzykować. W końcu jechałam też tam na fajną zabawę, a spotkanie z nim miało być poniekąd przypadkowe.  A jeśli można czasami połączyć interesy i chęci, dlaczego tego nie zrobić? 🙂

Myślę sobie „Kurcze, trzeba jakoś Łapacza krokodyli” zwerbować, bo choć może to wyjść trochę dziwnie, to jednak następna okazja może się długo nie nadarzyć. No więc jadę i kombinuję, co by tu powiedzieć. Ja jestem otwartą osobą i nie mam problemu w załapaniu kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak po tym, co wie ów Łapacz, może stworzyć się trochę dziwna sytuacja. Jednak stwierdziłam, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego, więc nie ma sensu sobie tworzyć planu, zdam się na sytuację, a uśmiech i życzliwość dużo może 🙂

Po dojechaniu na miejsce więc wysiadam,( oczywiście ostatnie poprawki wcześniej, żeby nie było 🙂 i rozglądam się dookoła, aby się rozeznać w sytuacji, gdzie tu co się dzieje. Idę parę kroków. Widzę jakaś jedna uczy konia chodzić w kółko, druga swojego czesze, trochę ludzi, trochę aut, pola… Jacyś przebierańcy. Idę, idę, rozglądam się dalej, wiadomo, znaleźć takiego w tłumie nie łatwo (choć tłumu wtedy jeszcze nie było).

Przeszłam może parę kroków od samochodu, nagle widzę, ojczym idzie w stronę bukłanek ( do przewożenia koni).  I słyszę „dzień dobry, dzień dobry!” Zdziwiło mnie to, kurcze, zna już tu kogoś, czy jak? Ale nie zdążyłam spojrzeć, bo w tym samym czasie Mama wyskakuje

-Patrz! Patrz! Wołodyjowski na koniu!

Patrzę, no rzeczywiście… jakiś ubrany w grube szaty, prawie, jak dywan, na koniu jedzie. Fajnie, ale… odwracam się znów w stronę bukłanek, patrzę, a tam …. stoi grupka chłopaków. Jeden w bejsbolówce, dość grubej kamizelce i… trampkach podaje rękę ojczymowi, taki zadowolony i się na mnie patrzy.  Zerkam szybko, tak z daleka, powoli zmierzając w ich stronę, bo Mama znów o Wołodyjowskim, więc na Wołodyjowskiego patrzę, czując jak mnie ściąga wzrokiem, a myślę sobie „nie, to nie możliwe…”, W tym czasie podchodząc coraz bliżej tej grupki, obracam głowę, a tam… Łapacz krokodyli we własnej osobie!!! 🙂 W bejsbolówce… Patrzy i się cieszy do mnie. Byłam w lekkim szoku, ale nie dałam poznać tego, mam nadzieję. A co najlepsze, jeszcze dobrze nie podeszłam, a ten już opowiadać zaczyna… co jadą, jak jadą, i tak dalej… Wow! Odwaga rozpiera… Pogadaliśmy chwilkę, pośmialiśmy się, pouśmiechaliśmy. Ci jego kumple patrzą po sobie trochę, kto to jest w ogóle, ale też starali się uśmiechać. W końcu nie wytrzymałam i pytam się, czy będzie to, co miałam zobaczyć. Tu się biedak trochę zawstydził, ale przykrył śmiechem, mówiąc, że nie wie, bo to wszystko zależy od szefa. ( Bos, o którym pisałam już kiedyś).

Potem poszłam na kramy, bo mojej ekipie się jeść zachciało, bo bez śniadania pojechali ( nie wiem, czemu tak, potem musiałam tyle razy biegać i szukać jedzenia, zamiast monitorować, co się dzieje i kiedy oglądać…) Generalnie przez organizacje całej imprezy nie zjadłam nic, przy wielu kramach i stoiskach, ale mniejsza o to.  Zjadłam w drodze tam i z powrotem trochę, bo generalnie przejechaliśmy pół kraju…

Popróbowali jakiś dziwnych przysmaków myśliwskich ( babka z wieprzowiną i cebulą) i poszliśmy do samochodu, się zagrzać trochę, choć rano zimno nie było. W między czasie kręcenia się tam po straganach widzę, że koło chłopaków się jakieś młode dziewczyny kręcą, a to zbroję zapinają, a to qnia czyszczą, a chłopaki zadowolone! Łoj zadowolone! No więc się przyglądam baczniej, niby oglądając coś na straganach… Ale Łapacz z nimi niet. Nie gada, nie patrzy na nie, w ogóle, ubrał się tylko w taki specyficzny strój (pod zbroję) i poszedł do kanciapki polowej.  W sumie… w zbroi dopiero go poznałam, że on to on, a przynajmniej wygląda jak on 🙂 Napiłam się herbaty, siedzimy chwile w samochodzie, a jeźdźcy już niektórzy na konie powsiadali, nasi też. Wzięli sobie chorągwie i jadą. No to my z Mamą łubudubu z tego auta, wyskakiwać i lecieć z nimi, co to też się będzie działo, bo mieli trzy razy jechać…

Ale, że do placu dla koni drogi nie było, tylko trzeba było minąć ubierającą konie kawalerię,  no to my przez tę kawalerię, a tam konie po dwa metry, wielkie, ogromne, czarne i masywne. Trudno mówię! Idziemy! W tym czasie rycerze już przejechali całą łąkę i jadą dalej, a my się przedzieramy przez te kawalerie… jeden koń stanął tyłem, droga wąska, trochę trudno podejść, bo jak kopnie, to tylko strzępki z nas zostaną… Czekamy, czekamy… wreszcie odeszli z tym koniem, no więc dawaj! Dalej, idziemy na tę łąkę… A odległości są tam nie małe, uwierzcie mi, to są duże łąki… Wychodzimy, a tam pusto! Patrzymy, gdzie mogli pojechać, ale nigdzie nie widać chorągwi, bo tylko chorągwie było widać z tego tłumu ( i tak dobrze, że je mieli). Patrzę, a oni z drugiej strony tej kawalerii już jadą. -Tam są!-mówię. Ale przejść się nie da za bardzo przez plac dla koni, bo zagrodzone wszystko płotkami, no to my znowu przez tą kawalerię się przedzieramy, z powrotem… Koni już  co nie miara, każdy wysoki, samochody po bokach, przejść nie idzie… No ale cóż zrobić. Przeszłyśmy… Patrzymy, a tam też pusto! Patrzę, patrzę… chorągwie są po drugiej stronie kawalerii i jada na polankę. -O Nie! Ja już nie idę tamtędy! -Myślę sobie, przyprowadzili jakiegoś młodziaka, rzuca się to jak nie wiem, a waży też jakieś 500 kilo, jeszcze trochę chcę obejrzeć dzisiaj. Więc lecę, szybko dookoła dużego placu, w jakąś uliczkę wychodzącą na łąkę. Lecę, lecę, ja patrzę, a ci zawrócili i jadą w las.

Stanęłam na środku tej uliczki i się śmiać zaczęłam 😉 Ale znalazłam się w miejscu, gdzie miała być główna parada, więc jacyś jeźdźcy się już zbierali na nią, na dużym placu już jakieś podrygi, galopy, ułani… więc i się zabrałam za patrzenie na to, no bo cóż innego zrobić. Porobiłam zdjęcia chyba wszystkim koniom, jeźdźcom, a nasi pojechali bardziej pod las, stanęli sobie w rządku, tyłkami (końskimi) do parady, przodem do lasu i stoją. Przestali tak większą część przygotowań do parady, tylko potem przenieśli się w miejsce bliżej dużego placu (wszystko trwało około dwóch godzin, więc byłam trochę zmarznięta). W między czasie podjechał do mnie jakiś Łupaszenko, ( Nie wiemdokładnie, jak się nazywał, ale coś chyba od Łupania) kaskader konny ze wschodu i dalej do mne, że konia mi trzeba, to będę jeździć z nimi. Hm… w sumie, propozycja ciekawa ha ha.  Obejrzałam przygotowania do parady, paradę i część mszy polowej. Potem skostniały mi ręce i musiałam się iść zagrzać. Podczas tego, jak nasi wjeżdżali na paradę i mszę, to przejeżdżali koło mnie akurat. Więc się patrzę jak jadą w moją stronę, a Łapacz się patrzy i cieszy, że hej! Jak przejeżdżali, to zaczepiał i się śmiał… Tyle widziałam, bo reszta pod przyłbicą 😛

Potem była Msza, no i miała być cześć artystyczna, czyli występy… Stałam  na zimnie cztery godziny, zanim się doczekałam na występ. Obejrzałam wszystko, konkursy, gonitwę, zabawy dla dzieci… Wieczorem zrobił się bardzo zimno i nieprzyjemnie. Kiedy wreszcie rozpoczął się występ właściwy (jeden, a miały być trzy, ale tyle powymyślali zabaw dla dzieci, że nie zdążyli tego ogarnąć) byłam już w większości zmarznięta. Jak również wkurzona na to, że organizatorzy nie dali podejść bliżej dużego placu. Wszystko musiałam oglądać zza dwóch barierek, co było nonsensem. Niby dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony bez przesady uważam. W trakcie występów miał miejsce pokaz posługiwania się batem, który robił Łapacz krokodyli, bo kolegom chyba się nie chciało… Potem mieli komuś włożyć czapkę na głowę i ją zrzucić batem. Zgłosiła się jedna dziewczyna. Ale Łapacz chyba postanowił, że dziewczynie czapki zakładał nie będzie, bo inny kolega musiał jej założyć, a Łapacz sobie stanąć w tym momencie na boku i mnie obserwuje… Co dziwne, nie byłam wcale blisko, więc musiał wcześniej widzieć, gdzie stoję, bo tłum ludzi był niesamowity! Najlepsze, że tuż przed nim koleś miał smagać batem  nad głową jakiejś dziewczyny z zawiązanymi oczami (Koleś miał zawiązane oczy, nie dziewczyna 😛 ) A ja, no ja… udaję, że się skupiam na robieniu zdjęcia, no bo cóż… Śmiać mi się chciało, ale już nie chciałam tak na pokazie, jak obok był bos i zamieszanie.

Potem jeszcze pojeździli, było na co popatrzeć, wierzcie! Jeden z kolegów Łapacza na pokazie tak machał w moją stronę i też się śmiał… Dziwne to było, no ale. Machać sobie może przecież 🙂 Wesoły taki 🙂 Jak skończyło się widowisko było już dość późno, pół kraju przed nami, więc trzeba się było zbierać.  Mamie od stania przez cztery godziny zrobiło się niedobrze, ja już telepałam się z zimna. Jak szłam do auta to widziałam jeszcze plątające się te młode dziewuszki, zabierały chorągwie, reszta ekipy z nimi coś tam gadała. Łapacza nie było. Zobaczyłam go dopiero, jak już wsiadłam do samochodu, szedł sobie sam z koniem w stronę bukłanek. Chciałam się iść pożegnać, ale moja ekipa już jechać chciała, bo im zimno i zmęczeni, a z resztą, nie wiem, czy bym ich potem zobaczyła, bo pewnie dali konie dziewuszkom i poszli do kanciapki się ogrzać i odpocząć. Zrobiło mi się trochę przykro, ale… no cóż, było duże zamieszanie.

Fajny dzień… Dziwne, bo zawsze jak jestem w takim niecodziennym miejscu z takimi niecodziennymi ludźmi, to coś do mnie dociera. I tym razem tak było. Z pozoru fajna zabawa, ale pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że można żyć bardzo po swojemu i, że to, co czasami czuję i myślę nie musi być prawdą… tą smutną prawdą.

Warto było zmarznąć! Choć mi mówią, będziesz chora… trudno. Na razie wręcz odwrotnie, bardzo dobrze się czuję! 🙂

Kowbojskiej przygody ciąg dalszy -opowieść prawdziwa!

…Bo kowbojskie życie nie zawsze jest przepełnione słońcem…

Ostatnimi czasy moja nadzieja jakby była położona na wadze… To jej przybywało, to zaś ubywało. Zwątpienie jest jak tygrys, który tylko czeka aby rozszarpać tę piękną damę w słonecznym kapeluszu, zwaną nadzieją… Bo w sumie, kogo z zewnątrz obchodzi, czy dziewczyna ze słonecznego rancha wstała pewnego dnia zadowolona? Kogo interesuje czy się uśmiechnęła? Czy jest szczęśliwa? Słoneczne rancho jest samowystarczalne… Tak zawsze mi mówiono…
Jakiś czas temu obejrzałam pewien film o którym wspominałam. Tytuł tego filmu brzmiał „Człowiek w ogniu”, opowiadał o losach małej Pity, dziewczynki z zamożnej rodziny i jej ochroniarza. Dwójka ta zaprzyjaźniła się, a kiedy dziewczynka została porwana, jej obrońca zaczyna zdawać sobie sprawę, iż to właśnie ta mała istota odmieniła całkowicie jego życie na lepsze. Postanawia więc zabić wszystkich, którzy stoją za porwaniem. Jak to określa w filmie jego przyjaciel „W życiu trzeba mieć do czegoś talent. On ma talent do śmierci…”
Cały film trzymał mnie może przez dzień, ale… zobaczyłam w nim też coś bardzo ważnego. Do jakich granic potrafi posunąć się człowiek , by ocalić kogoś, kogo zna tak na prawdę przez chwilę, a zmienia on jego życie. I przypomniała mi się jedna osoba, która na chwilę obecną pokazała mi, że życie może być przyjazne… I nie do końca rozumiejąc czemu, poczułam, że chciałabym mu podziękować. Nie wiedziałam jak, gdzie go szukać, nie wiedziałam o tym człowieku nic, poza tym, że był przebrany za kowboja…Przecież ludzie się widzą, potem rozjeżdżają, zapominają, każdy ma swoje życie, tak już jest. Nie wiem dlaczego, ale tym razem znowu moje „ideały” wyciągane z filmów wzięły górę nad wydawałoby się zdroworozsądkowym działaniem….

I zaczęła się droga po omacku, droga, która nie wiedziałam, gdzie prowadzi… Oczywiście niektóre osoby powtarzały mi, żeby dać sobie spokój i zostawić sprawę, bo tylko wyjdę na idiotkę lub ulicznicę… Ale ponieważ już jakiś czas temu stwierdziłam, że każdy ma prawo do swojego zdania, oszczędnie dzieląc się informacjami na ten temat, postanowiłam… że mu podziękuję. Miałam cel, nie wiedziałam jednak, co z planem.

Znalazłam jednak kontakt do jednego z kowbojów, nie wiedziałam, czy jest aktualny, czy w ogóle tacy ludzi będą chcieli ze mną rozmawiać. Jednak spróbowałam. Okazało się, że wszystko działa, byli zadowoleni, że komuś podoba się to, co w życiu robią. Potem poprosiłam ich o jakąś wiadomość co z kowbojem, z którym nawiązałam najlepszy kontakt. Odparli jednak, iż nie pomogą w odnalezieniu kontaktu do niego, bo widzieli go dopiero drugi raz na oczy… I tutaj zadziało się coś zdumiewającego. Nie wiem, czy za sprawą mojego daru, czy też umiejętności podejścia ich, zgodzili się, nawet z chęcią, sami z siebie, aby „załatwić” numer do tego pana, o który nie prosiłam ich wyraźnie, ani nawet nie błagałam jako fanka. Miał być numer… Przy okazji było jeszcze sporo śmiechu, bo biedacy myśleli, że po prostu, jakaś dziewczyna szuka kolesia po połowie miesiąca od imprezy… Więc otwarcie przyznali, że nie chcą obwieszczać jego nieoczekiwanego ojcostwa 🙂 Lepiej dadzą numer… Pamiętam, że pół nocy się wtedy śmiałam, w sumie to nie wierząc chyba, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle było we mnie emocji, różnych, ale przeważnie dobrych i pozytywnych. Życie nabrało jakiegoś smaku… Ludzie zaczęli być życzliwi, mili, żartobliwi, a we mnie rosła nadzieja na to, że może uda mi się jeszcze skontaktować z kowbojem. Gdzie, ja i taka akcja?? Wiem, że od młodości miałam łeb do różnych takich spraw, ale… to są jednak ludzie, którzy grają w filmach, w zachodnich produkcjach, ja nie byłam z tego środowiska. A może jednak, byłam…?

Potem jednak mijały dni, w tym czasie wyjechałam w góry, odpoczęłam, brałam życie z dystansem, na luzie, wszystko było jakieś inne, lepsze, milsze. Kiedy bierze się życie z dystansem do siebie i otoczenia wydaje się ono być łatwiejszym, na prawdę. Wiec takie też było. Jednak wiadomość z numerem nie przychodziła. Zaczęły się jakieś dziwne teksty w moją stronę, że mam to zostawić, że to nierealne, że być może nie udało im się zdobyć tego numeru. Jejku, kiedy teraz to sobie przypominam… to była świetna akcja…
Zostawiając to wszystko, co słyszałam bezustannie dookoła, napisałam raz jeszcze do jednego z najlepszych kaskaderów konnych w Polsce, z pytaniem czy udało się coś namierzyć. Boże… Facet z tytułami mistrza szukał dla mnie jakiegoś kolesia. Czułam się wtedy tak bardzo inaczej. Poczułam jakiś nagły przypływ siły i energii, że mogę dokonać czegoś dużego, że stać mnie na to. Pierwszy raz też od sytuacji z M. zaczęłam się otwierać, do zupełnie obcych mi ludzi, ale oni rozumieli… Na prawdę, doceniam taką życzliwość. Pomijając fakt, że około trzynastej napisałam z gratulacjami, a o 21 już całkowicie byli ulegli na moją prośbę… Pożartowaliśmy.

kowbojka nnu

Kto powiedział, że dziewczyna nie może?

Po moim pytaniu okazało się jednak, iż niczego nie udało im się jeszcze namierzyć. Nadzieja opadła, no cóż, tak bywa. Pomyślałam wtedy, iż będę musiała czekać rok, na kolejną taką imprezę plenerową. Ten najlepszy jednak szybko stwierdził, że napisze do szefa młodego kowboja z zapytaniem. SZEFA!- A to oznacza najlepszego, bardzo znanego na całą Europę, słynnego i rozsławionego człowieka w branży jeździeckiej. Człowiek, który robi filmy w całej Europie i jest natychmiast rozpoznawalny przez każdego, kto choć z pokazami konnymi miał styczność… Po prostu, bos jeździecki, taki jakby przywódca całej grupy, jeśli porównać do… mafii. Przepraszam za porównanie, ale chyba to najtrafniejsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. To na prawdę, bardzo wpływowy człowiek w tym środowisku.
Zamarłam… Okey, jeden z najlepszych kaskaderów w Polsce, który tez ma swoją firmę ma pisać w mojej sprawie do Bosa? I co on mu powie? „Bo jakaś dziewczyna szuka kaskadera z Twojej grupy, bo się widzieli na imprezie?” Yyyy… Nie wiedziałam w ogóle, jak ten człowiek zareaguje, jak się zachowa, czy jest sens. Nie chciałam, żeby to odbiło się aż o pracę i szefostwo… A tu sprawa miała się potoczyć przez jakiś czas między dwoma większymi ludźmi z branży. Niekiedy miałam nawet taki pomysł, żeby sama napisać do bosa o ten numer, ale z drugiej jednak strony wiedziałam, że mogę mieć niewielkie szanse na to, iż w ogóle kontakt dostanę… Ten drugi był bliżej tego środowiska, a i może znali się na tyle aby móc sobie porozmawiać. Tylko bałam się, jak B. mu to wszystko przedstawi, bo jak wiedziałam, w żartach nie przebierał, a i jego żarty były trochę z pogranicza… Ale cóż, trudno, stwierdziłam, że zaryzykuję i poprosiłam, żeby jeśli może, ściągnął ten numer od szefa…

Nazajutrz numer był! Miałam numer do ulubionego kowboja! Boże, ile emocji we mnie było, ile wiary, ile nadziei w to, że życie nie musi być szare i ponure, no i zadowolenia.
Wreszcie czułam, że żyję! Wiedziałam kim jestem, wiedziałam czego chcę… Czułam spokój i tylko spokój. Przestałam wreszcie skupiać się na własnych problemach, zaczęłam zauważać świat dookoła, który wydał się… o dziwo pozytywny. Trochę pechowo, dziadkowie robili akurat remont drzwi i malowanie pokoju, stąd też atmosfera w domu była… lekko mówiąc okropna, krzyki, wrzaski i nerwy. I choć już potrafię się do tego zdystansować, to jednak trudno było mi obmyślać plan kolejnej fazy podziękowania.
Pamiętam, że na początku nie wierzyłam, że udało mi się znaleźć ten kontakt. Zwykle moje starania w życiu kończyły się fiaskiem, dlatego też moja radość była wielka. Nie tylko z samego kontaktu, ale też dlatego, iż poznałam życzliwych ludzi, którym się chcę… A przynajmniej chciało zadziałać. Pamiętam też, że mnóstwo było we mnie obaw, czy w ogóle mam się do niego odezwać i jak. Mogę wyjść na zeschizowaną fankę. Nie wiedziałam o czym w ogóle chciałabym z nim porozmawiać, nie miałam tematu. Chyba robiłam to wszystko tylko, żeby podziękować. Co prawda kowboj nie wiedział za co, bo myślę, że nie podejrzewał nawet i do tej pory nie podejrzewa, co zrobił, co mi pokazał i jaką dał nadzieję na to, że życie może być miłe i przyjazne.

Zdecydowałam jednak, że jeśli już powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B. W końcu najlepszy kaskader nie po to ganiał za bosem jeździeckim, żebym teraz zrezygnowała. Napisałam… o tym, że mu dziękuję za możliwość przejażdżki na koniu, za fantastyczną zabawę i, że serdecznie pozdrawiam jego i jego konia. Potem nastał czas wyczekiwania na odpowiedź… Godziny się dłużyły, a nadzieja raz przychodziła, raz mnie opuszczała. W końcu byłam wyczerpana, czekaniem, remontem, zaczęła mnie boleć głowa i chciało mi się spać… czułam się bardzo zmęczona.

I nagle, spoglądając na telefon, zobaczyłam, że odpisał… Opanowała mnie radość. Ucieszyłam się, że chciało mu się odpowiedzieć. Pamiętał mnie dobrze. Napisaliśmy kilka smsów, potem już odpowiadał bardziej lakonicznie, może przez to, że był po trzech występach? Ja też już byłam bardzo zmęczona w tym dniu, nie miałam pomysłu o co mogłabym zapytać. Nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Zapytałam więc o pokazy. W ostatniej wiadomości odpowiedział, że kiedyś zobaczę. Nie wiedziałam, czy odpowiada tak lakonicznie bo jest już zmęczony, czy też może trochę wystraszony moimi wesołymi chyba wiadomościami i otwartością. Napisałam, że nie będę mu przeszkadzać, bo jutro pokazy i, że udanych im życzę. Nie odpowiedział już nic, ale wciąż byłam spokojna i zadowolona. Nazajutrz jednak przemyślałam sprawę… coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Po dość długim namyśle wysłałam mu jeszcze wiadomość, w której
napisałam, że dziękuję za to, że mogłam zobaczyć, jak można żyć po swojemu i, że coś dzięki temu zrozumiałam. Nie odpowiedział nic. Zapewne po prostu nie wie o co chodzi. Dodatkowo wracał z Rzeszowa. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może trochę wyskoczyłam, ale z drugiej strony właśnie to chciałam mu napisać… Zebrało się we mnie jakieś napięcie. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, czy nie… Wreszcie poczułam to wstrętne uczucie opuszczenia. Totalnego odrzucenia, którego przecież nie było, bo akurat kowboj jest bardzo przyjazną osobą, tylko, że… nieśmiałą… Może to wyglądać tak, że zlekceważył jakąś tam fankę… Tylko, że w tym całym „zabawnym gronie” był jeszcze jeden aspekt, dlaczego się czuł taki skrępowany? Do tego ten nie do końca posłuszny koń… Nie podejrzewam, że ten człowiek mógłby z perfidią kogoś tak po prostu „olać”. Może się wystraszył mojej otwartości… Bo akurat humor wtedy miałam bardzo dobry, a wtedy nie czuję żadnych blokad i jestem w stanie dużo powiedzieć. Może nie czegoś niesmacznego, ale żartobliwego na pewno, a on taki skryty… Chciałam się tylko zaprzyjaźnić i tak też tę rozmowę potraktowałam. Może zbyt otwarcie…

Nazajutrz poczułam, że coś mnie opuściło. Cała ta energia i pasja. Zaczęły mnie dręczyć jakieś dziwne myśli, co sobie pomyślał. Pojawiło się poczucie winy, które jeszcze do tej pory w sobie mam. Może coś zrobiłam nie tak? Ze zmęczenia człowiek robi też różne rzeczy, a byłam wyczerpana wtedy… Poczułam się jak jakaś… dziwnie się poczułam. Potem było poczucie wszechogarniającej ciszy i pustki. Jakbym coś straciła, grupę? Ludzi? Chyba tak… Życie stało się bardziej szare. Zaczęło mi brakować pewności siebie, a mój świat wydał mi się jakiś bardziej osamotniony. Znowu odezwał się mechanizm odrzuceniowy, który ciężko zniosłam. A nie sądzę, żeby on chciał mi dokuczyć. Może się bał, może nie wiedział co i jak… Chyba też ma problemy z otwarciem się na innych… A ja sama czułam, że zawaliłam. Może trzeba było podejść do tego inaczej, tylko skąd mogłam wiedzieć jak, kiedy przecież nawet go nie znam. Opowiedział mi parę rzeczy o swojej pasji, chwile się powygłupialiśmy, pouśmiechaliśmy na występie, tyle.
Po tygodniu walki ze sobą i z moimi myślami, które w efekcie sama sobie wytworzyłam czuję, że sprawa się przedawniła. I to jakoś jest dla mnie pocieszeniem. Może już zapomniał… Nie chciałabym, żeby pomyślał sobie o mnie coś przykrego. Miałam dobre intencje. Jednak rozmowa się urwała, coś zostało zawieszone w próżni. Sama nie wiem, co dalej. Niby wszystko skończone, podziękowałam… ale… takie niedokończenia nie dają mi spokoju. Zawsze chciałam wszystko kończyć, nie lubię takich rozmów, relacji, sytuacji… Wiem, że i tak najważniejsze co z tym zrobię w mojej głowie, ale dręczą mnie takie niedopowiedzenia. O jego życiu prywatnym nic nie wiem, nie chcę mu przeszkadzać w życiu, po prostu, nie lubię niedomkniętych drzwi, bo nie wiem, jak jest i potem zaczynam pisać scenariusze. To ciężkie chwile, kiedy pojawia się brak pewności, kiedy nie wie się, w co można wierzyć… Często byłam odrzucana, wiec z automatu takie myśli. A może to nie prawda?

I tu pojawił się w mojej głowie kolejny, na prawdę szalony pomysł… Ale… oni też tacy szaleńcy… 

                      Rodzina mówi mi, żebym zaczęła pracować w biurze detektywistycznym. Przyznam, że by mi się chyba podobało 😉 

Uf, napisałam… zbierałam się do tego wpisu od tygodnia… Troszkę mi lepiej.