Dawne rozmyślania…

Z dawnych lat… o tym, jak zmienia się człowiek…

***

Wczoraj pisałam o przyjaźni. Przyznam szczerze, że byłam trochę zawiedziona sytuacją, która miała miejsce, a dotyczyła mojej koleżanki. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, równo z zamieszczeniem na blogu cytatu „Nigdy nie walcz o przyjaźń, o prawdziwą nie musisz, o fałszywą nie warto”, na moim telefonie pojawiły się dwie nowe wiadomości od M. Kiedy zobaczyłam ten fakt, uśmiechnęłam się. Powinnam się cieszyć. Powinnam… i pewnie w głębi duszy się cieszę, ale z drugiej strony, po tym zdarzeniu stałam się jeszcze smutniejsza niż byłam przedtem. Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki, bo nie potrafiłam zająć się niczym konkretnym. Czekałam czy napisze coś jeszcze, po mojej odpowiedzi. Czułam się tak, jakby zajęcie się czymś konkretnym było w tej sytuacji złe, tak, jakbym miała siedzieć i wiecznie czekać. Nie rozumiałam tego stanu oczekiwania, ale nie mogłam się na niczym skupić… Próbowałam jeszcze raz ogarnąć w myślach to wszystko, co się wydarzyło w wakacje, później ślub. Próbowałam odkryć motywacje takiego, a nie innego zachowania z jego strony- a przecież to nadaremne…bo i tak jej nie zrozumiem, o ja głupia! Dlaczego sama siebie zadręczam! Nie wiem, co się dzieje, ale od czasu ślubu stałam się jakaś nieswoja, moje myśli gdzieś uciekają, nie mogę niczego pojąć, zrozumieć tego wszystkiego. Mam wiele obaw, nie rozumiem sytuacji, w jakiej się obecnie znalazłam. Nie wiem, jak na to wszystko mam spojrzeć, kogo za kogo uważać, jak się zachowywać… Nie wiem! M. przypomina mi tak cholernie mojego najlepszego przyjaciela, za którym tak bardzo tęsknię… Mam totalny mętlik w głowie i od czasu do czasu po moich policzkach spływają łzy, chyba łzy zagubienia…

Dzisiaj dostarczono mi zdjęcia ze ślubu mojej mamy. Rodzina popadła w całkowitą wręcz euforię, wychwalając każde jedno ujęcie, każdą jedną postawę, każdy jeden ruch na fotografiach. Wszyscy się niezmiernie cieszyli, oczywiście mnie także zawołano do tego, jakże wesołego grona, abym cieszyła się razem z nimi… Oczywiście nie tu jest problem, bo powiedziałam, że się cieszę, że ładne, że ja brzydko wyszłam (rzeczywiście się sobie nie podobam) i tyle… Radość z tego co jeszcze słyszałam trwała około piętnastu minut, później na szczęście pojawiły się inne tematy. Więc mnie już nie męczono zachwytami… Czasem to, że nie okazuję euforii, radości nie oznacza, że się nie cieszę. Po prostu nie opowiadam o tym całemu światu, mówię raz i myślę, że osoby do których to mówię powinny przyjąć taki stan rzeczy. Później były jeszcze uściski, inne zachwyty, opowieści o nieskończonym szczęściu… Jednak sytuacja z dzisiaj uświadomiła mi jedną rzecz, która mnie wręcz przeraża. Zostałam wychowana w przekonaniu, że moja mama zawsze musi być obdarzana wszystkimi możliwymi komplementami, radością, zadowoleniem ze strony rodziny. W kilku słowach, mam robić wszystko, aby moja mama była szczęśliwa i zadowolona, gdyż nie miała prostego życia i przeszła przez wiele problemów.  Tę drugą część stwierdzenia jestem w stanie przyjąć. Ale z wychowania w takim założeniu wyszło tylko jedno. Całkowicie odsunęłam swoje życie na drugi tor, zawsze była tylko moja mama, która w obecnej sytuacji stała się jak moja siostra. To ją udało się szczęśliwie wydać za mąż, więc cała rodzina się cieszy, gratuluje itd. Szczęściu nie ma końca. A mnie w tym wszystkim nie ma. Nauczono mnie, że jej się to należy. Czasem w takich sytuacjach chciałabym po prostu zniknąć stamtąd. Zawsze z nas dwóch najlepsza była moja mama. Moja mama i reszta mojej rodziny tak naprawdę mnie nie zna. Nie dlatego, że z nimi nie rozmawiam, tak jak większość młodych ludzi. Akurat mam dobry kontakt z rodziną, ale oni mnie nie znają. W obliczu mamy jestem fajną, chyba wciąż jeszcze nastolatką, która mało wie o świecie, nie wie nic o relacjach damsko-męskich i uczuciach, zawsze jest radosna oraz wesoła i cieszy się jej niesamowitym szczęściem. Inni w ogóle nie posądzają mnie nawet o złożoność psychiki, o wewnętrzne problemy czy rozterki. Przecież wszytsko mi wytłumaczyli na drodze wychowywania, wiec mam tak żyć, a jeżeli tak żyję, to nie będę mieć problemów czy rozterek, bo zostały one rozwiane… Najwięcej o mnie chyba wie babcia, ale ona wie, nie za bardzo potrafi zrozumieć w jakich kategoriach ja myślę. Hm… przynajmniej jestem wdzięczna, że mogę powiedzieć czasem prawdę do kogoś. Z moją mamą… Nie, nie jestem zazdrosna o własną matkę, tylko po prostu obserwuję…

samotnosc-670x419

A co gorsza, po tej dzisiejszej sytuacji dotarło do mnie coś jeszcze straszniejszego. Wstydzę się przed rodziną , a zwłaszcza przed moją mamą tego, że mogłabym być szczęśliwa! Przecież też jestem młodą kobietą, przecież też mogłabym przyprowadzić do domu kogoś, żeby go poznali, powiedzieć, że to jest mój chłopak, że chciałabym, aby go poznali. Przecież powinni się cieszyć…. W rzeczywistości ja sobie tego nawet nie wyobrażam! Nie wyobrażam sobie siebie z kimś, kogo by mogli poznać… Jak to, ja z kimś? Przecież to moja mama ma pierwszeństwo do szczęścia i do miłości. Oczywiście nie utożsamiam tutaj miłości ze szczęściem, bo to nie to samo, ale… To ona zawsze mogła opowiadać im o swoim szczęściu, dojrzałych wyborach jako dorosła kobieta ( Niedojrzałych też niestety trochę było w jej życiu, jednak tego nikt nie pamięta.), ale, że ja? Ja przecież zawsze byłam uśmiechniętym dzieckiem, nic nie wiedzącym o życiu… Które za wszelką cenę starali się chronić przed złem, a więc i przed złymi relacjami z osobnikami płci przeciwnej i przed swoimi własnymi życiowymi decyzjami też… Ta cała sytuacja wydaje mi się nienormalna. Przecież to ja powinnam właśnie rozpoczynać swoje dorosłe życie, wkraczać w swoje życie, podejmować swoje własne decyzje, nawiązywać swoje własne znajomości międzyludzkie ze wsparciem rodziny, a tutaj cała energia pomocy przy wkraczaniu w dorosłe życie i szczęście jest skierowana w stronę mojej mamy i jej męża oraz układaniu życia przez nich. Nie wyobrażam sobie zachowania mojej rodziny, gdybym to ja chciała zacząć inaczej żyć nich dotychczas. Przypuszczam, że by się tak nie cieszyli, bo przecież ja nie popełniłam w życiu błędu, tak więc wszyscy spodziewają się, że będę w swoim wkraczaniu w dorosłość nieskalana i czuję,że ode mnie tego oczekują. Zakładają,że u mnie to będzie raczej normalne, że będę robić to, co sobie zaplanowali czyli studia, a chłopaka to mam rozpocząć szukać z dniem otrzymania dyplomu ukończenia uczelni. Też bym chciała, bo wiem, że nauka to inwestycja w siebie, ale muszę przy tym jakoś żyć, zawierać znajomości, odnaleźć swoją drogę, swoje cele, to jest przecież moje życie! Ja nigdy nie zawiodłam, to nie ma się z czego cieszyć, bo nie zawiodę i to będzie normalne. Jak coś to wzmogą swoją czujność, zakazy, nakazy i dyktowanie co jest dobre, a co złe. Moja mama -zawiodła, ale wróciła, wiec jest ogromna radość. Cudownie, że wykazują się postawą ojca syna marnotrawnego, ale ja czasami chciałabym zniknąć. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłabym kiedyś cieszyć się życiem z ich pełną akceptacją. Przecież jeżeli będę miała kiedyś kogoś bliskiego to chyba będę się ukrywać niestety… Nie wiem, jak to będzie dalej, wiem, że mam problem w związku z tym i ,że moje dalsze życie nie będzie łatwe. Nie wiem, czy będę potrafiła budować zdrowe relacje międzyludzkie, jeżeli sama sobie nie dam przyzwolenia i prawa do bycia szczęśliwą przed sobą i nie przyznam się kiedyś do tego przed innymi… Wiem tylko, że mam dwie drogi, jak z resztą z każdej sytuacji życiowej. Albo się poddać, albo walczyć dalej. Albo przyjmę postawę uległą i rzeczywiście zniknę w euforii i radości nad sytuacją życiową mojej mamy, odsuwając siebie na bok w przyszłości, albo będę walczyć, zawezmę się i bez względu na reakcję innych uznam, że moje poczucie satysfakcji w życiu też coś oznacza… Bardzo kocham moją rodzinę, bo tylko ich mam, a ze szczęścia mojej mamy bardzo się cieszę, bo przecież wiem, jak czuje się samotny człowiek, tym bardziej kobieta…Ale nie mogę z tego powodu odsuwać swojego życia na bok i uważać za niewartościowe…  Już samo to, że piszę bloga coś mi daje w tej sytuacji, bo mogę tu zapisywać swoje myśli, a nie zdanie innych, powoli sama dla siebie zaczynam uświadamiać sobie, że moje przemyślenia też coś znaczą… przynajmniej w tym moim, małym świecie.

Reklamy