Miesiąc…

Dziś dokładnie mija miesiąc od tych krytycznych dla mnie wydarzeń, gdy dowiedziałam się prawdy o jego życiu… Muszę przyznać, że czekałam na ten dzień. Czekałam, bo to już jakiś okres czasu. Okres czasu, który można już jakoś określić. Mogę przecież powiedzieć „Minął już miesiąc”. Wiedziałam, że z tą świadomością będzie mi łatwiej żyć, ot tak, po prostu… Że po miesiącu będzie łatwiej, prościej… spokojnej… w końcu upłynęło już trochę czasu… że po miesiącu się zakończy żałoba, strata, ale nie sądziłam, że po tym miesiącu spojrzę na wszystko tak inaczej… że ogarnie mnie taki spokój, mimo tego, czego się dowiedziałam, co wiem.

Top Gun jest, ciężko mi go odseparować, kiedy on sam prosi się o kontakt. Z drugiej strony moja potrzeba bliskości nie daje za wygraną. Nie wiem, jak to zrobić, aby jej nie czuć, aby on nie był mi potrzebny. Tutaj może terapia przyniesie kiedyś jakieś skutki, że będę umiała wytyczyć odpowiednią granicę, taką, by nie dać się ranić. Nie chcę być raniona, nikt nie chce, a jednak lgnę do ludzi, którzy mogą mi to zrobić, mogą mnie zranić, bardzo boleśnie. Tylko, że teraz już jest inaczej, bo liczę się z taką ewentualnością, to inne niż wcześniej uczucie, kiedy nic nie widziałam. Jestem już teraz świadoma ewentualnych konsekwencji.

Dziś dzień mija mi raczej spokojnie, na pisaniu z nim, spacerach i nauce, ale też lubię ten spokój, wolę ten spokój od niezaplanowanych, wstrząsających akcji. Powoli znika mi też czarnowidztwo, przynajmniej na razie i dobrze mi z tym. Wiem, nie chcę żyć iluzją i czasem się na tym łapię, że myślę bardziej pozytywnie niż do tej pory, a to może być zgubne, ale z drugiej strony odczuwam wtedy ulgę. Świat nie jest już tylko czarno biały. Dziś Top Gun zapytał się mnie jak się czuję. Odpowiedziałam, że lepiej.

Może to leki zaczynają działać?

yoga-2176668_960_720

Reklamy

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Życie w iluzji…

Dalej przyglądam się swojej potrzebie bliskości. Teraz, kiedy już wiem, jak się nazywa to coś, co mnie do niego bez przerwy ciągnie, nie wydaje mi się takie groźne, choć jest bardzo, bo pozwala mnie ranić. Jednak jeśli coś jest rozłożone na czynniki pierwsze, mogę to jakoś ogarnąć. Nie jest to już takie nieosiągalne i niedostępne dla mnie.

Mimo tego, że utrzymanka się od Top Guna wyprowadziła, ja nie chcę sobie robić złudnych nadziei. Przez 8 pięknych miesięcy żyłam w iluzji, pięknej iluzji, która pękła jak bańka na wodzie. Czy miłość zawsze musi być tylko iluzją? Nie ma już prawdziwej? Są tylko złudzenia?

Zastanawiam się co będzie teraz między nami, kiedy ja okazałam pierwsza złość… Czy coś się zmieni? Czy nie? Ale to nie jest jakiś główny bieg moich myśli i to mnie cieszy, że nie boję sie już panicznie, że mnie odrzuci, że się przede mną zamknię. Nawet jeżeli, to mimo to dałam sobie prawo do tej złości na niego.

Myślałam sobie też o tym, że gdybym miała teraz gdzie iść, do kogoś, kto by po prostu był, wspierał, wszystko by było łatwiejsze… Tak, wiem, że to może trochę takie szukanie żeby zapchać tę lukę, która się stworzyła, ale tak mam…

Łapię się na tym, że dalej ganię się za kontakt z nim. Bo wiem, że to jest bez przyszłości. A może szczęście nie oznacza tylko bycia z kimś? Może nie wszystko musi mieć swoją przyszłość? Może może być dobrze tylko tu i teraz? Zastanawiam się „ciekawe co on sobie o tym wszystkim myśli, o naszej relacji teraz?” Czy przekreślił ją już totalnie czy myśli, że gdyby chciał wrócić nie dałabym mu szansy, bo mnie skrzywdził? Czuję, że coś się w moim życiu zmieniło. Jak powiedziała mi terapeutka, mogłabym sobie pomyśleć” O, zakończył się związek, teraz jest czas na to, aby poprzyglądać się sobie. Nie ma przypadków, może tak miało być, właśnie dlatego, żebym mogła poprzyglądać się sobie.” Może niech to będzie taki czas pracy nad sobą, a co dalej z Top Gunem… Czas pokaże. Nie, nie powinnam się ganić za to, że z nim rozmawiam.

Byłam dziś u lekarki, wyczekałam się na nią dziś bardzo długo, bo przyszła ale nie przyjmowała. Zostawiła mi leki, choć stwierdziła, że słabo działają, dodała jakiś jeden nowy. Napisała, że mam ciężką reakcję na stres, powiedziałam jej o swoich myślach depresyjnych. Zapytała mnie jak się czuję i co tam z partnerem. To drugie pytanie mnie trochę rozwaliło, powiedziałam jej, że nie mam partnera, nie uważam go za mojego partnera, kontakt mamy, ale to wszystko jest do terapii. Powiedziałam też, że ciągle myślę o jego sytuacji, że ciężko mi spojrzeć w przyszłość… bo pojawia się myślenie, że już nigdy nie będzie dobrze. Zapytała jak z jedzeniem i czy chcę mi się coś robić. Powiedziałam, że nie za bardzo. Zjem bo zjem, nie wymiotuję już, a robić mi się nie za bardzo chcę, w dniu, jak się rozkręcę to jest lepiej. Na razie jednak nie wezmę tego jednego leku, bo znów jadę do szpitala do pacjentów na weekend, a nie chcę się przy nich źle czuć. Więc wezmę go po weekendzie.

Oczywiście Top Gun cały czas do mnie pisze… są jakieś akcje ratownicze z powodu powdzi i ich wezwano, do ratowania w miejscach gdzie woda przekroczyła stan krytyczny. Mam taki pomysł, by wysłać mu jedno zdjęcie, ale nie wiem co z tym zrobię…

light-3058769_960_720

Potrzeba bliskości, mocne wkurzenie na niego i rozstanie Top Guna z nią!

Dzisiaj pojawiła się taka myśl, że może rzeczywiście to jest taki czas, aby przyjrzeć się sobie. Chciałabym też tak bardzo zostawić cały ten bałagan za sobą i iść naprzód, sama czy też nie. Dziś pojawiła się z rana tęsknota za nim, a może za tymi wszystki dobrymi chwilami, które już miałyby nigdy nie wrócić. Tak, tęsknie za nim… tak zwyczajnie, po ludzku. Może to minie. W końcu to 8 miesięcy z mojego życia… Ostatni raz tak tęskniłam za M. Z Panem ze skrzydłami było jakoś inaczej, po prostu widziałam, że mnie nie kochał, wiedziałam, że już dłużej z nim nie wytrzymam, z tym, jak mnie traktuje. Może minęło za mało czasu, musi go minąć więcej?

Chciałabym móc uwierzyć w to, że na prawdę on mnie nigdy nie kochał, a sam w  sobie jest debilem, jeśli nie widzi, co chciałam mu ofiarować. Że dla niego nasze rozmowy nie miały tak emocjonalnego ładunku jak dla mnie. Z takim myśleniem mi łatwiej, bo pozwala pójść do przodu, zająć się swoimi sprawami. Tylko, czy aby przypadkiem nie mam co do tego już watpliwości?

Przyglądam się mojej potrzebie bliskości, to, o czym także wczoraj mówiła mi terapeutka. Jak silna ona jest, dzisiaj chciałabym, żeby jej nie było. To ona mnie więzi w jego życiu, w tej całej sytuacji. Gdybym nie miała tej cholernej potrzeby bliskości, to by mnie już tam dawno nie było, potrafiłabym to olać i wrócić do siebie, do swojego życia. Choć w tym wszystkim dostrzegam też jedną małą rzecz, zaczynam dostrzeagać takie małe rzeczy, których wcześniej nie dotrzegałam, zaczynam doceniać np. to, że świeci słońce, że mogę wyjść na dwór. Tylko za jaką cenę?

Mam depresję i moje myślenie zrobiło się czarne, jutro idę do lekarki, zobaczymy czy zostawi leki, czy je odstawi…

Wczoraj jeszcze odpowiedziałam Top Gunowi na jego pytanie, chwilę popisaliśmy o wyborach, powiedział, że cieszy się, że się zgadzamy w kwestaich tu poruszonych. Choć nie wiem, co to miało znaczyć… W wielu rzeczach się zgadzamy, podobnie myślimy, mamy podobne poglądy, tylko co z tego? Zawsze myślałam, że kiedy przyjdzie ten moment, rozmowy o politycznych poglądach, będe się stresować, że się nie zgodzimy, ze wyjdę na jakąś dziwną ze swoimi poglądami, a muszę przyznać, że wczoraj nie zależało mi już na tym, co on sobie o mnie pomyśli, przecież to już i tak chyba nie ma znaczenia? Może sobie myśleć co chce. I to nic nie zmienia. To nie ze mną jest coś nie w porządku, jak myślałam na samym początku, tylko jak już to z nim! Ze mną jest wszystko w porządku i tej myśli się trzmam. Jestem jaka jestem, nie pracuję w wojsku, jak jego kochanka, nie mam metra siedemdziesiąt pięć, jak jego kochanka, nigdy do niego nie przyjechałam, jak jego kochanka, interesuje się czymś innym niż Top Gun, wyglądam inaczej i inaczej myślę, podejmuję inne dezycję, ale to nie jest powód, aby mnie nie kochać i mnie nie chcieć! A ja mu chciałam tyle dać, co za palant! A przecież ze mną wszystko jest w porządku, z tego powodu nie jestem przecież „tą gorszą”, nie tak jak myślałam na początku…

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co czuję upały człowiek? Mam wrażenie, że upadam…a może to nie tak? Nie chcę o sobie tak myśleć. Po prostu, potrzebuję pomocy i mam prawo po nią sięgnać, to nie oznacza, że jestem gorsza! Przeżywam godzenie się ze strata i moje stany mogą być bardzo różne teraz… ale mam prawo z nimi ekspetymentować, także na nim.

Dziś też bardzo mocno wkurzyłam się na Top Guna, bo znowu zaczął coś mówić o swojej utrzymance, jak to nie byli na spotkaniu z jednym politykiem, napisałam mu, że chyba się pomyliłam co do jego wyczucia, bo on tego nie rozumie, więc muszę wyłożyć mu kawę na ławę, że jeżeli chce, to może dalej się bawić z nią i być wykorzystywany, tylko niech mi już o tym nie mówi, bo mnie to żywo wkurwia bardzo, bardzo mocno! Na co on odpisał, że nie ma jej! Jest w swoim rodzinnym mieście, wyjechała 3 tygodnie temu, jeszcze przed jego wyjazdem na ćwiczenie do Słowenii i na razie niespieszno mu, aby ten stan zmieniać. Więc mu napisałam, że mnie zaksoczył, myślałam, że nigdy tego nie zrobi, nie pozbędzie się jej (przynajmniej jak na razie). Choć wiem, że ona może wrócić.. że on może nie wytrzymać samotności w domu, w końcu tyle czasu z nią spędził. Mimo wszystko napisałam, że mu gratuluję tej decyzji, że niespieszno mu ze zmianą tego stanu, że w jego życiu jest kilka dni normalności. Odpisał, że z tą normalnością to różnie, bo nie służy mu siedzenie samemu w czterech ścianach. On też nie potrafi być sam? Napisał mi, abym nie chwaliła dnia przed zachosem słońca, więc nie wiem, czy to miało oznaczać, że ona wróci? Może Top Gun wytrzyma… zobaczymy. Widzę, że te izolacja też nie będzie łatwa. Ale przynajmniej jakieś działanie już podjął, choćby na trochę…

Czasami sobie myślę, że życie w tym ciągłym lęku i strachu co on zrobi jest koszmarem. Że gdybym teraz miała z nim być, tak bardzo bym się tego bała, że chyba nie była bym w stanie… To chyba byłoby dla mnie za ciężkie do udźwignięcia. To jest dla mnie za ciężkie… Potrzebuję stabilizacji, a nie wiecznej huśtawki i obaw o przyszłość… Choć z drugiej strony wiem, że takie związki mogą być dla mnie zwyczajnie ciekawsze, przypominając mi to wszystko, w czym dorastałam. Dziś też po raz pierwszy dałam sobie prawo do złości na niego i do pokazania mu tej złości… Nie wiem, co on o mnie pomyśli, ale tu znowu wracam do tej myśli, że wszystko ze mną w porządku, mam prawo być zła na niego, kiedy mówi mi o tych kobietach, czy mu się to podoba, czy nie. Zawsze myślałam, że jak będę okazywać złość to ludzie mnie będą odrzucać… a to przecież nie tak… I to nie jest powód, by mnie odrzucać czy dalej ranić! Więc nadal wychodzi na to, że jest palentem.

Ja, taka zła na niego… Przybieram chyba czarną szatę:

woman-530484_960_720

Pie****lnąć tym wszystkim! Szczera rozmowa z terapeutką.

Wpis z 20.05.2019 r.

Dzisiejsza poranna rozmowa z nim spowodowała, że jestem cała roztrzęsiona, a musiałam z nim pogadać, bo załatwia mi praktyki. W sumie, nie wiem nawet dlaczego to robi. Chce mi pomóc?

Znowu jest gorzej. W tygodniu było lepiej, kiedy zajmowałam się swoimi sprawami, w weekend kiedy musiałam tam iść, oglądać tych ludzi, wśród których się poznaliśmy było mi ciężko. Jeszcze te pytania, gdzie on jest? Bo nie przyszedł na zajęcia i musiałam im tłumaczyć, że poleciał na ćwiczenie do Słowenii.

Nasz kontakt jakoś osłabł… dziś z nim rozmawiam, niby o neutralnych sprawach, czuję, że jest rozwalony w środku, smutny, przybity… Powiedziałam mu o tym, że się męczę. Od jakiś kilku dni, z w zasadzie od soboty chyba mam taki zamiar by powiedzieć mu, że mnie skrzywdził i, że przez niego się męczę. Powiedziałam tylko, że się męczę przez niego. Powiedział przepraszam, ale wie, że to nic nie zmieni. On też się męczy, już nie wiem w sumie przez co, chyba przez kochankę i to, że go zostawiła, ale co mnie to obchodzi?

Na początku, kiedy rozmawialiśmy miałam nadzieję na uratowanie tego, choć bolało, bardzo. Potem jakiś smutek, potem wyszłam na prostą, odcięłam, urwałam kontakt i było mi tak dobrze przez dwa dni, dziś znowu wszystko wraca. Dziś mam taką wielką ochotę pierdolnąć tym wszystkim i po prostu o nim zapomnieć. A wiem, że tak się nie da…

Na wieczór znowu on zaczął rozmowę. Chwilę popisaliśmy, było mi już jakoś lepiej, spokojniej. Uczę się nie reagować aż tak intensywnie na niego. Nie wychodzi mi to najlepiej… Ale mogę tak przecież nie reagować…

Znalazłam też jedną piosenkę, którą polubiłam:

Wpis z 21.05.2019r:

Rano pojechałam do terapeutki, nowej, bo u dotychczasowego terapeuty już terapii nie mogę odbywać. Myślałam, że będzie gorzej, ale nawet pozytywnie mnie zaskoczyła. Porozmawiałam z nią szczerze… chyba pierwszy raz wżyciu odbyłam taką szczerą rozmowę o tym, z terapeutką, że czuję się gorsza, że potrzebuję bliskości, że nawet jeśli relacja jest byle jaka to i tak jest we mnie ta potrzeba bliskości, bo lepsze to niż nic, o tym, że nie mogę określać swojej wartości przez bycie z kimś lub nie bycie, a to robię, że poczułam, że coś we mnie jest nie tak, że mam kołowrotek emocjonalny, raz chcę mu pomóc, raz mi go żal, a za chwilę mnie wkurwia i to tak intensywnie…

Nie powiedziała mi „zrób tak, czy tak”. Nie naciskała na urwanie kontaktu z nim na siłę, powiedziała mi o granicach, o zaopiekowaniu się sobą, o tym, że mogę sobie poeksperymentować, co mam z tym wszystkim zrobić, dała mi wolność. Tą wolność, na którą chyba czekałam, której od niej oczekiwałam, ale z drugiej strony zapytała czy ten plan, który ja mam w głowie jest realny? Nie wiem, tego nie wiem…

Dużo też mówiła o złości, że ja chociaż powinnam być wkurzona i w ogóle w pierwszej chwili powiedzieć „odejdź z mojego życia, nie chcę Cię znać”, a ja nie umiem. Mam w sobie tę złość, ale jakąś bierno-agresywną lub skierowaną na siebie. Stąd wymioty i takie złe samopoczucie. Powiedziała też, że może lepiej, że stało się to teraz niż później, bo później byłoby mi jeszcze bardziej żal. I, że nic nie dzieje się przypadkiem, może tak miało być, żebym wreszcie zaopiekowała się sobą, popatrzyła na siebie, żebym była gotowa coś usłyszeć. Bo może wcześniej nie byłam na to gotowa, a teraz, po tych wydarzeniach tak. W każdym bądź razie, przyszłam tam, chciałam porozmawiać, powiedziała, że to znak, że mimo wszystko jakaś część mnie jest dla mnie ważna. Powiedziała, że jest we mnie ta złość, która być powinna tylko muszę sobie dać czas, by ją poprzeżywać. To normalne, że najpierw chciałam to wszystko ratować, potem jakoś się odcięłam, a teraz już sama nie wiem czego chcę. To proces, który się toczy i będę zmienna, ale mam do tego pełne prawo. Poza tym, tyle jest we mnie teraz emocji, smutku, żalu, po stracie, że w tej swojej „żałobie” mogę po prostu raz chcieć kontaktu, choć mi w tym źle, a raz go nie chcieć. Mogę raz odebrać telefon, uznać, że to nie jest dla mnie dobre, a potem jeszcze odebrać 3 razy, aż nie dojrzeję do tego, że to ten moment, by to zakończyć. Powiedziała, że przecież mogę o sobie decydować  tak, jak zechcę, nawet jeśli się trochę jeszcze pobiczuję… aż nie dojrzeję co z tym zrobić, aż nie poczuję, że to jest ten moment. Powiedziałam jej też, że wnerwia mnie już słuchanie jego wywodów na temat tamtych kobiet i nie zamierzam tego robić, owszem, mogę z nim pogadać o neutralnych rzeczach ale nie o nich. To mnie też rani i boli i nie będę sama siebie krzywdzić. Przyznała mi rację, przecież ja też byłam jedną z nich, wybranką (choć ja nie wiem czy tak było) i mam pełne prawo nie mieć ochoty na słuchanie o nich. Mówiła też, że to nie jest normalne, że wymiotuję, kiedy były dzwoni do mnie… Powiedziałam też szczerze, że nie wierzę, że spotka mnie już coś dobrego, że kogoś poznam, że czuję się tak, jakby wszystko się już skończyło… Powiedziała, że popracujemy nad tym moim czarnowidztwem. Ustaliłyśmy też cele na terapię: Zmiana przekonań o sobie, na takie, że jestem ważna i wartościowa nawet jak zostaję sama. Popracowanie nad tym, aby odciąć się od myślenia o jego kobietach, wzbudzenie w sobie trochę złości, popracowanie nad czarnowidztwem. Powiedziała, że to realne cele do terapii, więc mogę dać radę.

Czuję się jakoś lepiej, jestem spokojniejsza. Tak, jakby moje życie zaczynało zależeć ode mnie, a nie od innych osób, ich samopoczucia, decyzji, uwag, przemyśleń itd. Dowiedziałam się też, że są organizowane spotkania dla osób oczekujących na terapię pogłębioną, pierwsze jest 12 czerwca. Może się wybiorę? O dziwo jak kiedyś nie lubiłam tego ośrodka, tak teraz jakoś lepiej mi, gdy tam idę, coś się zmieniło, może przez te wydarzenia? Kiedyś uważałam, że muszę sama sobie dać ze wszystkim radę, że przecież sobie poradzę, że mam jakąś wiedzę i muszę na niej bazować, tylko chyba… zapomniałam o uczuciach, które są i żadna wiedza nie sprawi, że się nagle zmienią. Teraz nie wymagam od siebie nie wiadomo czego. Pierwszy raz w życiu chyba dopuściłam myśl do siebie, że tak, chcę aby ktoś mi pomógł,że nie zawszę muszę być silna i niezależna od pomocy innych, dobrze się czuje na tej terapii. Może to przyniesie jakieś skutki?

Wczoraj miałam taki dzień, że bardzo chciało mi się palić… choć nigdy nie paliłam, to bardzo dziwne uczucie. I tak samo, choć mówiłam sobie, że nigdy w życiu nie będę paliła, jakby mnie ktoś wczoraj poczęstował papierosem, jest szansa, żebym wzięła… Mimo wcześniejszych, bardzo mocnych postanowień. Coś się we mnie zmienia, czasem mam wrażenie, że upadam, ale może nie? Może to zwyczajna droga do dojrzewania do bycia z sobą? Kiedyś miałam w głowie stworzony idealny świat, teraz odkrywam, ze świat nie jest wcale taki idealny, a ten, który ja tworzę też idealny być nie musi…

Zaraz może odpowiem Top Gunowi na jedno pytanie, które wczoraj mi zadał…

Na dodatek, co gorsza, coś mnie pobiera, od dzisiejszego poranka źle się czuję. Mam nadzieję, że mi przejdzie i, że nie rozchoruje się na weekend.

tea-time-3240766_960_720

Nauczyć się żyć w bałaganie….

Siedzę właśnie na uczelni, z tą samą grupą, z tymi samymi ludźmi, wśród których go poznałam. Mam w sobie jakiś smutek… Wczoraj wszystko mi się przypominało. Stanęło mi przed oczami to, jak się poznaliśmy, to jak rozmawialiśmy całymi dniami, to jak mnie miział, to jak siedzieliśmy na tylnym siedzeniu jego samochodu i mnie przytulał, w końcu to jak powiedział mi, że chciałby się ze mną kochać, że jest mu tak miło i, kiedy siedzieliśmy tacy wtuleni w siebie, że takie chwile mogłyby trwać wiecznie… Powiedziałam mu wtedy, że trzeba się cieszyć i celebrować, póki trwają… Potem jak chodziliśmy po parku, jak mówił mi o nich, jak mnie trzęsło… A on jak mnie tulił do siebie i trzymał w ramionach mimo wszystko…

Mam to wszystko ciągle w głowie, łzy napływają mi do oczu, kiedy przychodzą te obrazy…

Top Gun od wczoraj wysłał mi dwie wiadomości… Nie odpisałam.  Czuję, że nie mam na to siły…. Zastanawiam się, co on sobie pomyślał. Pewnie nic. Z drugiej strony, czy to ma jakiś sens i jakieś znaczenie, to, czy do niego odpiszę czy nie? Chyba nie… Nie wiem jak on to interpretuje, tę naszą relację teraz. Mężczyźni myślą inaczej… Przed chwilą wysłał mi kolejną wiadomość, z zapytaniem, czy żyję… Kiepskie to pytanie, ale z jakiegoś powodu do mnie pisze… Nie wiem, może dziś po zajęciach nazbieram w sobie tyle siły by mu odpisać… Myślę, że muszę po prostu nauczyć się żyć w tym całym bałaganie, inaczej nie dam rady normalnie funkcjonować,  albo zostawić to gdzieś tam daleko i wrócić do swojego życia, prawie mi się to już udało… Wiedziałam, że nigdy mnie nie kochał, ale tak cicho pomyślałam, po naszej ostatniej, bardzo szczerej rozmowie, kiedy powiedział mi, że wszystkie myśli przemawiają na razie na moją korzyść, że może dopiero teraz coś się zmieni… Ale nie, jak zwykle tylko ona pozostaje, choć… W sumie, jedno nie wyklucza drugiego… Nie wiem sama co o tym myśleć…

Przypominają mi się te wiadomości, które pisał do niej, które potem ja czytałam. Mam to wszystko przed oczami, jakby to było dziś… Teraz jest już po zajęciach, siedzę i płaczę w swoim pokoiku. Chyba przyszła pora by się wypłakać. Odpisałam mu, napisałam mu prawdę, jak to bardzo mnie boli. Odpisał mi, że jego również, że też to wszystko wyłazi i, że też go to boli… Ale myślę, że myślał o kochance… Ja cierpię przez niego a on cierpi dokładnie tak samo przez kochankę. No chyba, że myślał ogólnie o tej całej sytuacji, w którą się wpakował, łącznie ze mną…. Nie wiem. Jakie to wszystko popieprzone… Ale chyba czas już stanąć na nogi. Przecież na mnie mu nie zależy. Nigdy nie zależało z tego, co teraz mówi, tak wnioskuję… Czasem wysyła mi całuski, ale to już nie to. Do tej pory to byl mój czuły Top Gun, takiego jakiego go poznałam, a teraz? Kiedy mowię mu o swoich emocjach, które z resztą sam sprowokował, on mi mówi o swoich względem kochanki, nie myśląc, że to mnie jeszcze bardziej rani. Czasem go nie poznaję, kamień a nie człowiek… Tak, dla mnie to kamień… Czy on nna prawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego teraz tak cierpię? Że musiałam go kochać? Że gdybym go nie kochała to teraz bym tak nie cierpiała? Na prawdę tego nie widzi, że mi na nim zależało i że to dlatego teraz tak cierpię? Może to i lepiej, że ograniczyłam kontakt… Nie wiem, może minie rok, dwa, nie wiem ile on potrzebuje czasu, ale nie wiem czy będę wtedy jeszcze w stanie…

Zdecydowałam się, że powiem mamie o tym, co u mnie… Pyta od paru tygodni, nie mogąc się dowiedzieć… Bo i co jej miałam powiedzieć? 

A tutaj filmik, który wysłał mi kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy, jakiś sentyment do niego mam, mimo wszystko…

Dziwię się sobie… Wpis z poziękowaniem dla Mary Kot i Morfeusza!

Dziwię się sobię. Wydawało mi się, że po takim ciosie jaki dostałam będę leżeć i płakać pół roku, a tu, ku mojemu zaskoczeniu jakoś funkcjonuję, może to też za sprawą leków, ale nie jest ze mną najgorzej, tak jak przewidywałam. Umiem zająć się swoimi sprawami, umiem nie myśleć o tym, co było. W sumie, coraz częściej łapię się na tym, że myślę sobie, że nie mam do czego wracać, nie mam czego wspominać, bo to nie była miłość, po co więc do tego wracać? To trochę smutne, po pół roku nie mam do czego wracać, bo wszystkie wspomnienia z nim okazały się być niesłuszne, były po prostu moją pomyłką, ale ta myśl pozwala mi chyba iść przed siebie, nie oglądając się za siebie. Choć co noc mi się śni i wypisuje do mnie stale, nawet z Słowenii, czuje się jakaś spokojniejsza… Odizolowałam się też od tematu związków i miłości, ale to chyba normalne… i dobrze mi tak. Kiedyś myślałam, że jest idealny, teraz widzę, że taki idealny nie jest i to chyba też daje mi wolność…

Dziękuję też Mary Kot za to, że ze mną jest w tych trudnych chwilach i za piosenkę, którą mi wysłałać. Jest wbrew pozorom pozytywna i potrafiła postawić mnie choć trochę na nogi, spojrzeć na to wszystko w innym świetle… Jeśli to czytasz to wiedz, że jestem Ci wdzięczna. 🙂

Dziękuję również Morfeuszowi za owocne rozmowy, za zrozumienie, poświęcony czas, to dla mnie ważne.

Wstępnie dostałam się na praktyki do wydziału kryminalnego. Z jednej strony się ciesze, bo wyjdę do ludzi, będę miałą swoje własne życie i zajęcie, a może kogoś poznam? Z drugiej strony trochę się obawiam, bo choć ma być to praca biurowa, czy podołam zadaniom? A już najgorszej jak znowu ktoś mnie rozwali, a ja będę musiałą tam jechać, dlatego chyba już teraz nie dam sie rozwalać nikomu… nawet jemu i jego dziwacznemu życiu…

A teraz wstawiam piosenkę, którą dostałam właśnie od Mary, a która pomaga mi jakoś się pozbierać co dnia i działać: