Ballady i romanse. Idziemy tam, skąd już się nie wraca…

Spotkałam się z nim, jednak… Cały czas coś we mnie siedziało, jakiś żal, złość na niego, niepewność… byłam na stażu w szpitalu, kolejna dnie stażu leciały jakoś nawet szybko. Początek był marny… cała chodziłam, wzięłam leki uspokajające i chciało mi się spać. Na dodatek nie wytrzymałam i powiedziałam o części zdarzeń koleżance… która sprawę skwitowała tak, ze mam sobie dać z nim spokój, bo to toksyczna relacja. Wiem to… niestety. Teraz może żałuję, że jej powiedziałam. Ale po prostu bycie samemu z tym cieżarem nie było dla mnie łatwe. Czekałam tylko na przerwę… by wyjsć stamtąd, iść do pokoju i napisać do niego… Wszak już wcześniej zaczęliśmy normalnie ze sobą  rozmawiać… Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, może po to, by upewnić się, jeszcze raz, że wszystko między nami zostało wyjaśnione? Nie wiem… Odpisał pytając jak mi mija dzień, więc zrobiłam zdjęcie i wysłałam mu… wahałam się, wysyłając to zdjęcie, może nie powinnam była w ogóle zaczynać tej rozmowy. Ale wysłałam mu  swoje zdjęcie. Na co on odpisał tylko „No, no, bo tam przyjadę”, więc napisałam w żartach, że to koniec świata, bo rzeczywiście szpital położony jest w strasznej dziurze, a on na to, że pojechałby na węch by mi rozerwać te rajstopy… gdyby ten tekst padł wcześniej, wtedy kiedy jeszcze nie wiedziałam o istnieniu tej drugiej strony, potraktowałabym go całkiem naturalnie, ale w tych okolicznościach? Jednak to wszystko zachwiało całym moim myśleniem o tej sprawie… Po co mi tak pisze? Jeśli stłumił emocje, to raczej nie ma o czym mówić,”TA” relacja między nami jest raczej zakończona i tak też myślałam…że teraz, nawet jeśli będziemy ze sobą rozmawiać, to ta relacja się bardzo zmieni, będziemy rozmawiać tylko o sprawach wykładów i spraw oficjalnych. A tu nagle takie coś, taki tekst?

Poszłam do pacjentów, nie powiedziałam o tym koleżance, popisaliśmy w międzyczasie do wieczora… Akurat skakał z samolotu, wiec było o czym pisać…

Piątek minął mi bez kontaktu z nim, ale byłam jakaś spokojniejsza… Nie wiem dlaczego? Może dlatego, ze mimo wszystko nie chciałam się od niego odciąć, choć racjonalnie wiem, że powinnam? W sobotę mieliśmy się zobaczyć…

W sobotę… przyszedł, przywitał się, pamiętam, że gdy podałam mu rękę, nawet na niego nie spojrzałam, chyba jeszcze targała mną złość na niego o to wszystko, chciałam być zimna i nieustępliwa… zaczęliśmy o czymś rozmawiać… Wcześniej jeszcze widziałam Pana ze skrzydłami, przeszedł obok mnie, ale udałam, że go nie zauważyłam… to wszystko chyba jet za trudne… pomyślałam tylko, ze jednak szkoda, że nie widział mnie z Top Gunem, może choć trochę byłoby mu żla, tak jak mnie jest żal, tych wszystkich dni?

Rozpocząły się zajęcia… widziałam, że ktoś doniego cały czas piszę, i, że jest to kobieta. Odpisywał, choć z opóźnieniem… „Jesteś żałosny”, pomyślałam. W międzyczasie zaczęliśmy rozmawiać o kłamstwie… że źle się czuje, ale psycholog raczej mu nie grozi w pracy, bo umie dobrze kłamać. Powiedziałąm, że tak,, tak, wiem, ze tak potrafi…, na co on odpowiedział „skąd?”. A ja odparłam „domyśl się skąd, masz zagwostkę”. W międzyczasie dostawałkolejne wiadomości. Potem musiałam wyjsć do toalety, bo czułam, że nie mogę na niego patrzeć… Wyszłąm wciąż myśląc, że to żałosne… Potem poszliśmy na spacer, na którym powiedział, że po tej rozmowie, którą odbyliśmy w niedziele, jak go ochrzaniłam, stał minutę z otwartymi ustami, nie wiedział co powiedzieć, ale ta rozmowa była konstruktywna dla niego. Na co ja odparłam, że takie było właśnie założenie, a co do tego, że pytał, skad wiem, że kłamie, to właśnie stąd. Potem poprosiłam go, by kuił mi picie, więc kupił i przyniósł… za swoje… Potem mieliśmy się rozdzielić, na pożegnanie mnie chciał przytulić, ale tylko jakoś mnie nieudolnie objął… i poszłam. Jakoś chyba cała ta złość na niego mi minęła, nie wiem, coś się chyba zmieniło. Okazało się, że jednak, że nie miałam tych zajęć i zadzwoniłam do niego, by mu powiedzieć, że wracam. Wróciłam, usiadłam  obok niego, bo zajął mi miejsce…

Zajęcia były nudne… Zaczęliśmy się śmiać, coś rysować, porysowałam mu długopisem rękę. Jakoś tam atmosfera się rozluźniła, zaczął patrzeć mi w oczy i się przybliżać, to było dziwne, bo nadal nie wiedziałam jak mam się zachowywać, przecież wszystko miało być już skończone… A potem stało się coś, czego zupełnie nie przewiduwałam i się nie spodziewałam… Miałam na soobie spódniczkę, taką nie zbyt długą, włożoną po to, by mu pokazać, że mimo wszystko o siebie dnam i ładnie się ubieram, a nie będę zdychać bo on robi jakieś akcje… wiem, że mogłam się spodziewać wszystkiego, ale nie tego co potem zaszło… Przybliżył się niebezpiecznie do mnie i pod tą spódnicą zaczął mnie głaskać, gładzić, dotykać…. Protestowałam, ale jakby nie wiele w tej dziedzinie mogłam zdziałać, bo nic nie działało… Potem już nie protestowałam i to chyba w tym wszystkim jest najgorsze… I tak przez cały czas, aż do skończenia zajęć… Przemizialiśmy się do końca zajęć. Siedziałam momentami napięta jak struna i zastanawiałam się, co ja mam robić, co my robimy, w ogóle, co się dzieje… Potem tylko zapytał, czy mi miło, czy śmiesznie, to było pytanie na poważnie, można to było wyczuć w głosie… Rysowałam coś w zeszycie… ale powiedziałam, że i miło, i śmiesznie, zresztą zgodnie z prawdą…

Kiedy skończyły się zajęcia, powiedział, że mnie odprowadzi na inne zajęcia, więc szliśmy, bez słowa… w pewnym momencie zapytał, jak mi się podobały zajęcia… odpowiedziałam, że się zastanowię… Odparł, że dobrze i czeka na wiadomość… Tego dnia już się nie widzieliśmy, choć chciał mnie zawieźć do domu, chciał nawet zaczekać godzine na mnie, choć to dziwne, bo nigdy nie czekał… ale nie chciałam, jak to by wyglądało, wszystkim w rodzinie poza jedną osobą powiedziałam, że zerwałam z nim wszelkie stosunki, z resztą tak, jak zrobić powinnam…. Siedziałam na tych zajęciach i miałam strasznego kaca morlanego, „powinnam go olać, powinnam to zostawiać, nie powinno tak się to skończyć, powinnam go odsunąć, nie wiem, zbić, zrobić cokolwiek by do tego nie doszło…” W głowie miałam tylko takie myśli… Wiedziałam, że z drugiej strony, zawsze przecież mogę zerwać znajomośc, nie odezwać się i już, ale to chyba nie ten czas… Na wieczór napisał mi, że siedzi sam w mieszkaniu z petem, bo jak wcześniej pisałam, zaczął palić po tym wszystkim, potem napisał jeszcze dobranoc, śpij dobrze i zdrobnienie mojego imienia, to też było dziwne, bo nigdy tego nie robił, nigdy przedtem tak się do mnie nie zwrócił ani raz…

Nazajutrz znowu mieliśmy razem mieć zajęcia, rano napisał mi, że się spóźni, żeby zająć mu miejsce, na co ja odparłam, że idę na inne zajęcia i rano mnie nie będzie, będę dopiero później. Więc odparł, że dobrze, zajmie miejsce w ostatniej ławce… To już było znaczące… nie wiedziałam czego się spodziewać, ale wiedziałam, co się szykuję… ale jakoś opadły mnie te wszystkie myśli, w głowie miałąm tylko jedną, choć nie tak bardzo przebijajacą się przez inne myśl „Co ja robię?”. Poszłam na inne zajęcia, po jakimś czasie z nich wyszłam i poszłam do niego… usiadłam koło niego, mogłam gdzie indziej, ale to byłoby dziwne…Widziałam, ze znów piszę z jakąś kobietą. Nie wiem, czy to ona, cały czas się zastanawiam… Poszedł po picie, przyniósł mi, ale nie takie jak chciałam, więc zapytał się, czy przyjmę w ogóle inne picie, a jak się zgodziłam, dopiero mi je podsunął… to też było dziwne… A potem, oczywiście, zaczął mnie znów głaskać, trzymać za rękę, gładzić, choć już inaczej, bo miałam spodnie. Powiedział, że „nie mam spódnicy dziś”… więc zaczął po dole brzucha, na którym mam łaskotki, więc powiedziałam mu, żeby nie tam, bo zacznę się śmiać… też trochę próbowałam protestować, ale potem już spasowałam. Miałam założoną nogę na nogę, na co on nie przypadkowo a specjalnie chciał mi je rozdzielić swoją ręką przesuwając do góry, dobrze, że zdążyłam je ścisnąć na pewnej wysokości jego ręki… spojrzałam się na niego wielkimi oczami, on na mnie i  na szczęście ją wysunął… Potem się znów zapytał, czy „miło chociaż?”. A potem siedział, trzymając mnie za rękę całe zajęcia i głaskajac po niej…

Potem, gdy już wyszliśmy z zajęć, powiedział, że pewnie miło mi było, bo głos mi się zmienił raz jak protestowałam… Powiedziałam, że nie wiem… A potem wziął moją rękę i wsunął mi pod swoją koszulę, żebym poczuła jakie miękkie ma ciało na klacie… Później mieliśmy już zajęcia osobno, ja miałam akurat o wykład o nietykalności cielesnej… więc mu napisałam, że dobrze, bo dużo się dowiem, jakie mam prawa w takim przypadku! Tak, dla żartu… Na co on odparł, że pewnie tak, ale nie wie, czy to moja nietykalność cielesna, kiedy usta zaczynają mi drgać…

Potem już nie mieliśmy razem zajeć, aż do wieczora… Widzielismy się tylko na przerwach, wtedy już z nikim nie pisał… Wieczorem napisaliśmy egzamin, znowu chciał mnie odwieźć, ale podziękowałam… Uznałam, że to chyba jeszcze nie ten czas, by jeździć razem, czy odwozić mnie… z resztą, nie wytłumaczyłabym tego rodzinie… Na pożegnanie mnie przytulił. Wieczorem jeszcze popisaliśmy, napisał już, nie jak kiedyś, że to wygłupy, a że przyda mi się trochę czułości…

Mam mętlik w głowie, nie wiem co o tym wszystkim myśleć…a najgorsze jest to, że nawet nie umiałam go odepchnąć od siebie, jakoś inaczej się zachować… Nie chodzę już cała, nie wymioyuję, jak przedtem, ale znowu mam kaca moralnego… To wszystko jeszcze kojarzy mi się z wiosną wokół, kiedy wszystko rozkwita…. Boję się, jak to wszystko się skończy lub jak może się skończyć…

„Spakowałaś swoje grzechy, powiedziałaś, że chcesz iść.
Patrzyłem jak dłonią wycierałaś swoje łzy.
A może tylko… zasłonić chciałaś twarz.
W strzępach swego mózgu, składałaś złe myśli.
Patrzyłem jak walczysz, ból Ci twarz wykrzywił.
A może tylko próbowałaś się uśmiechnąć.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Czy chcesz, powiedz mi…”

 

Reklamy

Wyjaśnianie. Trwanie w maraźmie… Beznadziejna sytuacja.

Przeżyłam te kilka dni, z bólem, z tętnem powyżej normy, prawie bez jedzenia, bo jeść nie mogłam wcale… Miałam tego nie robić, miałam juz tu nie pisać, ale postanowiłam pisać, lecz nie tak jak do tej pory, a od czasu do czasu, wtedy gdy zdarzy się coś na prawdę wartego zaisania i upamiętnienia tu. Tak tez chyba się stało. Jestem po niedzielnej rozmowie z Top Gunem… niby wyjaśniliśmy sobie co nie co. Ja powiedziałam o tym, jak się poczułam, on mnie przepraszał, za to, ze mnie zawiódł. Powiedziałam mu też, że dla mnie ważna jest szczerość i tego samego oczekuję w relacji, jakiejkolwiek. Powiedział, ze to nie było specjalnie, że to chwila słabości z jeg strony, nie chciał mnie skrzywdzić…

Po czym nastąpiło coś niespodziewanego, bo napisał mi szczerze, że w rozmowach ze mną nie chciał, zebym myślała, że mnie podrywa, bo nie dał by mi tego, na co zasługuję i starał mi się jak umiał pomóc, bo takie jednostki jak ja są przyszłością tej ojczyzny. Chwilowo trochę podkochiwał się we mnie, ale to co działo się dookoła, stłumiło te emocje… Generalnie wariactwo totalne… Byłam wtedy jeszcze zła na niego i nie powiedziałam tego, co chciałabym mu powiedzieć w takiej sytuacji. Powiedziałam, że nie wiem co mógłby mi dać, jeśli chce dobrze, to ju dużo…

Te jego słowa jakoś brzmią mi w uszach do dziś… a ja myślałam, że on na serio się w jakiś sposób zauroczył… Przynajmniej tak się zachowywał.

Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Po tej rozmowie wróciliśmy do normalnych stosunków, przegadaliśmy całą te sytuację z jego byłą. Jeszcze w rozmowie powiedział mi, ze nie ma czego ratować. Potem zaś, powiedział, że to bardzo skomplikowane, by mógł to zostawić definitywnie za soba, tak to rozumiem… Powiedział, że zaczął palić, też żyje w ciągłym napięciu i rozchwianiu emocjonalnym, śpi po kilka godzin dziennie, widzę, ze cała ta sprawa bardzo go przejmuje i jest mi przykro, że jakaś dziewczyna rujnuje mu życie, a on na to pozwala. Napisałam mu, że nie może dać się komuś zniszczyć. Odpowiedział, ze będzie sie starał… Na dodatek jeszcze ja w tym wszystkim… nie wiem już kim tu jestem… Teraz cały czas do mnie pisze. Nie wiem czemu. Jesli już sprawa ze mną jest zakończona, to czemu do mnie cały czas piszę? To wszystko mnie bardzo boli, miało być tak fajnie… miałam mieć choć kogoć, z kim mogłabym porozmawiać, a teraz już nie wiem nawet kim dla siebie jesteśmy… mimo to, rozmawiamy po całych dniach.

Czuję, że moje życie się zawaliło. Tak doszczętnie, że nie mam już do czego wracać… Szkoła stała się tylo obowiaązkiem na razie, nie pasją… relacje… których nie ma, lub jak już są, to tak pokręcone, że tylko sprawiają ból… Czuję się nie wartościowa, zagubiona, jakbym na nic już nie miała wpływu, jakby życie toczyło się poza mną, obok mnie… a ja tylko biernie w tym trwam. Wczoraj po przemyśleniu tego wszystkiego, doszłam do wniosku, że wrócę na terapię, tę, którą rzuciłam dwa lata temu. Nie wiem, moze to jest jakieś wyjście.Może ktoś mi wytłumaczy, ze muszę zająć się wreszcie sobą, a nie chcieć ratować cały świat o sobie zapominając? Chcę się jakoś rayować, nie wiem czy dobrze robię… czy to przyniesie jakiekowiek skutki, ale może choć spróbuję…

 

Wszystko się doszczętnie popieprzyło…

Przedwczoraj dowiedziałam się, że byłam pół roku oszukiwana, na dodatek poniżona na koniec… Top Gun  wydawał się być ogatnięty, tym bardziej, że trochę starszy… Nigdy bym się po nim tego nie spodziewała. W ostatnią niedzielę odbyliśmy bardzo szczerą i otwartą rozmowę, o jego samopoczuciu, o moim. Myślałam, na reszcie mam kogoś bliskiego… Niby był kolegą tylko, ale widziałam, że zabiega o moje względy…

Przedwczoraj właśnie powiedział mi, że kogoś miał, ale to na 95 procent jest już nie do uratowania i może spotkalibyśmy się w trojkę porozmawiać, wysłuchać ich i jakoś miło spędzić dzień. Podobno był z nią 5 lat… Co za chora sytuacja i poniżająca dla mnie. Bo studiuję naukę mającą pomagać ludziom to będę ratować jego były czy niedoszły związek czy jak? Takie sprawy się załawia samemu, ja też sama zakończyłam swoj zwiazek i choć było mi cholernie ciężko nikogo o pomoc nie prosiłam… Czuję się teraz jak taka wykorzystana zabawka, ktora ktoś aię pobawił i puścił wolno, bo jest mu już nie potrzebna… Dodatkowo nie chce powiedzieć mi prawdy, kim ona dla niego jest i w jakiej w ogole są sytuacji. Nie odpisuję na smsy, nie odbieram, choć dzwoni, gorzej, że muszę się z nim widzieć na studiach… Nie wiem co wtedy zrobię… :(

Jest mi tak ciężko i smutno, czuję aię tak rozwalona emocjonalnie, że pomyślałam o zakończeniu pisania tego bloga, a przynajmniej na jego zawieszeniu. Przepraszam Was, że ten post nie jest jakiś prawdziwie pożegnalny, po prostu mnie na to dziś nie stać. Dziękuję, że byliście ze mną przez gen cały czas, Ci bliscy i Ci dalecy. Tomaszowi i Saguli, Joannie i Joannie Żyle, Staśkowi, Paulinie, Mary, Anonimowemu, i innym, o których tu nie wspomniałam, a którzy byli ze mną jeszcze na starej platformie i którzy czytali moje wpisy i komentowali słowa…

Mam nadzieję, że pewnego dnia wrócę, może w trochę innej odsłonie. Blog zostanie, tak, bym mogła do niego wrócić. Mam w głowie nieco inny projekt, pewnie kiedyś go zrealizuję…

Ściskam wszystkich,

Bluesowa Dziewczyna.

I klasycznie…