Koniec… i z relacji w relację…

Wczoraj stało się coś, na co chyba nie do końca byłam gotowa, mimo wszystko. Zerwałam z Muzykiem, ta relacja nie miała racji bytu, skazywałabym sie tylko na ciągły lęk i cierpirnie. Choć na poczatku było mi przy nim dobrze i miałam nawer jakieś tam ciche marzenia, on nie potrafił ich spełnić, nie mógł dać niczego od siebie… jest chory i sam potrzebuje pomocy, a ja nie mam na to siły. Jednak, jakoś tak… dziwnie mi dziś, przez te ostatnie miesiace, kiedy było mi tak źle… był, traz znowu zostałam całkiem sama. No, czasem myślę, że moze nie do końca, ale jednak…

Nie wytzymał mojego milczenia, stwierdził, że stawiam między nami mur. Może po części to prawda, bo nie chciałam go ranić, dlatego wolałam milczeć. Bałam sie po prostu o jego życie, bo jest zdolny do autoagresji. Za dużo by mnie to kosztowało, za dużo … Ustaliliśmy, że czsem porozmawiamy, ale niczego nie będziemy oczekiwać. Kiedyś, kiedy go poznałam, miałam taką cichą nadzieję, że teraz będę mogła spełnić swoje pragnienia bycia radosną, że będziemy się śmiać, biegać, wygłupiać, wspierać, rozmawiać na poważne tematy, obserwować przyrodę, jednak pomimo i moich, i jego chęci, nic takiego sie nie zadziało, choć mówiłam mu o tym, on nie też. Nie stać go jednak było na przyjechanie do mnie, na spotkanie raz na jakiś czas, a do domu nie mogłam go zaprosić. Nie w tak szybkim czasei po Panu ze skrzydłami. I tak zastanawiam sie, czy to kwestie finansowe ( bo był spłukany jak nikt i teoretycznie ledwo wiążę koniec z końcem, choć może isć do pracy, jakiejkolwiek, to tego nie zrobi), czy też po prostu kewstie emocjonalne, bo nie było go na to stać, nie miał tyle siły, odwagi…  Tak, czy siak, nic z tego sie nie spełniło, nie mogłam siebie realizowac w tej relacji, wiec po co mi dalej ciągnąć, coś, co zalega… Bez szans na miłe chwile, bez perspektyw spędzenia wolnego czasu, poznania się bardziej… Tylko obawy o jego życie, los i zdrowie, albo doły, które były dla mnie wykańczające. NIe chciałam tego robić w taki sposób, przez smsa, nie w tym dniu, chciałam sie jakoś do tego przygotować, ale nie udało się, on pierwszy pociągnął za linkę. NO i cóż, dziś mam jakiś nieswój dzień, ale przejdzie mi, mam nadzieję.

Przeskakując do kolejnego tematu, muszę stwierdzić, że zaczynam sie bać moich mechanizmów. Kolejny już raz wplątuję się z jednej relacji bezpośrednio w drugą… nie wiem, czego ja szukam… miłości, której nigdy nie miałam? Bardzo możliwe, ale teraz to w zasadzie ja sama nie szukałam, bo sam do mnie przyszedł. Relacja z Top Gunem jakoś się powolutku rozwija… dał mi mały prezencik na powitanie na uczelni no i koniec końców, gdy tam już jestem, całe dnie spedzamy razem, bo wariat nie odstępuje mnie ani na krok. Tak więc spędziliśmy cały dzień razem, no i kiedy przyszło jechać do domu, oczywiście nie chciał mnie puścić samej, więc najpierw chciał mnie podrzucić na autobus, ale potem jednak stwierdził, że jeśli jest blisko, to odwiezie mnie do domu… no i głupio mi było odmówić, tak więc Top Gun w pewnym dniu o pewnej godzinie, znalazł się u mnie w domu… domownicy byli trochę zaskoczeni, ale jakoś to przyjęli.

Generalnie to z niego bardzo inteligentny facet, choć mówi, że już nie jest taki młody, ja na wygląd dałabym mu z 20 lat. I mam takie wrażenie, że duzo rozumie, choć zazwyczaj nie rozmawiamy o przykrych sprawach, a śmiejemy się cały czas, zdaje się rozumieć kłopoty i to, ze wyzwalają one siłe walki, no cóż… ciężko jakby tego nie rozumiał, taki ma też zawód. Długo zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o swojej relacji z Panem ze skrzydłami, gdy o to pytał… w końcu przełamałam się i powiedziałam.. nastała cisza, po czym rzekł, że nie będzie wypytywał o szczegóły, że mam się nie martwić. Na razie został mi tylko on. I choć nie wiem, czy w ogóle coś z tego będzie, myślę, że jest wartościowym człowiekiem. Przyznać muszę też, że spotkanie z nim było dla mnie trudne. Znów doświadczyłam syndromu odrzucenia, tak silnego, że się popłakałam… niepotrzebnie chyba. Choć jemu też nie do końca łatwo w relacji ze mną, gdyż uważa mnie za bardzo madrą osobę, a to może blokować. Na razie, cieszę sie, że go poznałam i, że po prostu mogę mieć takiego kolegę, do którego jak coś mówię, to rozumie i mogę na nim polegać, przynajmniej na uczelni, możemy sie pośmiać i porozmawiać na wiele tematów, a co będzie dalej…

secret-3120483_960_720

Niełatwe spotkania

Jak dobrze, że mam tutaj swój kawałek, w takich chwilach jest nieoceniony. Wczoraj widziałam Pana ze skrzydłami. Nie ma to jak spotykać swego byłego co dwa tygodnie na uczelni… Dziś jakoś popsuł mi się nastrój z tego powodu, znowu odżyły te wspomnienia, te chwile, rozmowy i choć Top Gun pisze i stara się mnie rozśmieszyć jak może, to jakoś nieswojojo się czuje. Chyba za mocno z nim byłam… Niekiedy budzę się w nocy i mam takie wrażenie, że przez minutę nie wiem, czy on był czy jest… Czy jeszcze z nim jestem, czy już nie. Muszę sobie powtarzać, że przecież już go nie ma w moim życiu. Zmanipulował mnie? Może… i wtedy kiedy sobie powtarzam, że już go nie ma, przychodzi jakiś smutek… i pytanie „dlaczego tak musiało być?” Czemu nie mógł okazać się normalny? Jak go widzę, to czasem chciałabym móc do niego podejsć i się po prostu przytulić, ale zaraz myślę… ” Nie, przecież tak mnie krzywdził i nawet tego nie widział…” . Poniżał, krytykował za wszystko, był złośliwy… Nie wiem, czasem czuje, że go nienawidzę, a czasem… mam do tego jakiś dziwny sentyment. Znowu ten syndrom odrzucenia i znowu lgnięcie do osoby która choć dała trochę od siebie.

Dziś mnie to wszystko jakoś boli, tak bardziej. Dlaczego tak musiało być? Bo musiało… nie potrafiłabym tego znieść. Tylko dlaczego? Dlaczego musiał się okazać takim człowiekiem? I dlaczego ja akurat musiałam na niego trafić? Nie umiem tego zrozumieć… Nie-wyjaśnienie jest najgorsze… boli jeszcze bardziej.

Chomiczkowa wyszła za mąż. Wiem dlatego, bo były balony na płocie… Nie odzywa się do mnie. Z resztą.. I tak jestem na nią zła, tyle chwil razem i nawet nie powiedziała, nawet się nie odezwie. Jest szczęśliwa, więc mnie nie potrzebuje… Jak większość. Muszę skończyć kontakt z Muzykiem. Im szybciej tym lepiej…  Jeszcze matka mnie dobiła, zachowuje się jakbym była dzieckiem, nie mającym pojęcia o życiu. Może w jej pojęciu nie mam nic do powiedzenia…

Tak dziś jakoś cały dzień łzy mi stoją w gardle. I tak się zastanawiam, jak skończy bohaterka tej opowieści, którą dla Was piszę od prawie 3 lat… Mam tylko nadzieję, żecoś nade mną będzie czuwało… Jakoś…

Na nowo… „Wyruszam dziś do nikąd znów, lecz zawsze warto isć…”

Pory roku mi się mieszają, chciałabym, by już była wiosna… bo czuję, że coś sie zaczyna dziać, coś dobrego, a zarazem ciekawego 🙂 Choć, zazwyczaj drogi mojego życia prowadzą zawsze w to samo miejsce, do punktu początkowego. Byliśmy z Top Gun’em na kawie, zabrał mnie, było świetnie, mamy tyle tematów do rozmów, że brakło czasu, by je wszystkie omówić, a z racji tego, że i tak razem studiujemy, zapewne jeszcze nie raz będzie okazja, ale oboje się na nia cieszymy. Zastanawia mnie ten człowiek, z jednej strony pracę ma jaką ma, wymagającą odpowiedzialości, hardu ducha i bardzo dużej odwagi, sprawności, a z drugiej strony to taki wrażliwy facet… i ma zwariowane pomysły, także możemy sie też razem pośmiać. Tylko, że ja… jestem w kropce…

Był taki czas, ze bardzo wracały do mnie silnie wspomnienia z Panem ze skrzydłami, nawet wtedy kiedy rozmawiałąm z Muzykiem, jakoś nie czułam bym mogła zapomnieć. Pojawiły sie znów pytania, czy dobrze zrobiłam opuszczajac go i idąc własną drogą? Wiem jedno, odżyłam. Jednak przynajmniej mogłam coś z nim robić, z Muzykiem… on ma swój świat, czasem bardzo zamknęty choć wrażliwy… życie polegałoby tylko na patrzeniu w gwiazdy, zbieraniu muszelek, leżeniu na trawie… Ja tak nie umiem, pragnę coś jeszcze zdobyć w tym życiu.

Choć…brakuje mi człowieka, tak bardzo. Będąc z Panem ze skrzydłami de facto również byłam sama i chyba już przesiąkłam tą samotnością. Dlaczego moje życie to wieczne czekanie, tęsknota i samotność? Brakuje mi człowieka i dlatego bardzo sie boję. Boje sie, ze znów się w coś zaangażuję, formalnie czy tam nie, a potem będę znowu cierpieć. I dlaczego ja to sobie robie? Mogę wszystkich albo podrzucać, bo tak jest bezpieczniej, albo… no właśnie… I wiem, że pewnie i tak gdzieś to tam i tak się stanie za jakiś czas, bo tak bardzo brakuje mi człowieka… Mam tak, że potrafię zbliżać sie ku komuś, a potem, dowiadujac się o nim tego, czy owego, szybko go odrzucić. Asekuracja przed zranieniem, cierpieniem, życiem w biedzie? Chyba tak… Muzyk na przykład nie ma nic, nie jest też zaradny życiowo. Nie umiałałabym wytrzymać z takim człowiekiem. Mam jakiś inny wzór partnera… Mógłby być biedny, ale byle by był zaradny, bez tego ani rusz.

I boje się o siebie i się miotam, nie wiem, czy już wpadłam, czy nie? Nie chcę robić nikomu złudnej nadziei, a spotykamy się rozmawiajac o… doktrynach filozoficznych, socjologii, polityce, jego pracy, mojej pracy, mojej pasji, zdrowym życiu, życiu w ogóle, lepszych i gorszych przeżyciach, kryzysach, człowieku… o tym wszystkim z kim de facto nie mogłam z nikim w swoim otoczeniu pogadać. Podobno on ma to samo… Tylko by siedział, patrzył mi w oczy i pytał się, czy czegoś mi nie trzeba, jak sie czuję i jaka jestem mądra. I zaczynam się zastanawiać…nie chce i sobie, i jemu robić bólu, ale jeśli we mnie coś tam drgnęło, to w nim chyba też i to zdecydowanie mocniej. Cóż, wie, że jestem poraniona, może zrozumie.

woman-1369253_960_720

Z muzykiem relacja się kończy, postanowiłam, że powiem mu, że z tego nic nie będzie. Nie jestem w stanie z nim być, wspierać go, troszczyć się o niego jak dziecko, bać, czy sobie czegoś nie zrobi w przypływie depresji… Sama potrzebuje spokoju, czasu i kogoś, kto będzie mnie wspierał, a nie oczekiwał tylko mojego wspracia i opieki, z nim to jak bycie opiekunką na pogotowiu. Z chmur wyłania się słońce, może będę miała dziś dobry dzień? Zaraz zbieram się na miasto, poobserwuję ludzi…

Dziwny sen i „tak szybko odchodzisz…”

Nadszedł ten czas, ten dzień, by się wypisać… kiedyś to miejsce było pamiętnikiem, dziś sa tu strzępki wspomnień, emocji, słów, ale nadal je lubię. Moje życie zrobiło obrót o 360 stopni… najpierw rozstanie z Panem ze skrzudłami… odżyłam, jakoś…zrobiło mi się jakoś lżej, już nikt mnie nie krytykuje i nie poniża, nie daje do zrozumienia, że jestem tą gorszą i mniej wartą…

Potem…taka szybka relacja z Muzykiem… ale o tym za chwilę. Niedawno musiałam uśppić moją ukochaną kotkę, Sarkę, była zbyt chora, by przeżyć.. walczyłam o nią prawie do samego końca, ale nie udało się jej uratować, nowotwór przełyku, nie jadła już nic, krew kapała jej z pyszczka… żal było na to patrzeć… choć tęsknię za nią i pusto w domu, teraz przynajmniej się już nie męczy. Lecz nic nie pzyjdzie do mnie, nie wskoczy na kolana, nie przytuli się… została mi pustka… Rodzina na razie o kojenym zwierzęciu nie chce słyszeć, więc chyba będę musiałą wstrzymać się z kupnem kolejnego do momentu, aż się na dobre uniezależnie…

thb_6215

Dziś jest włąśnie ten dzień, kiedy stoję na rozdrożu i mam w sobie wiele wahań, wiem, co zrobię, wiem, co muszę zrobić, by nie dać znów się skrzywdzić, ale jednak , ni jest to takie łatwe… Moja relacja z Muzykiem była wystarczająca i wzbogacająca w sierpniu, wrześniu, początkiem października, później coś zaczęło sie już psuć, a im bardziej go poznawałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że ta relacja jednak to nie to, czego pragnę, choć jest on łudząco podobny do Indianera to jednak jest to człowiek o bardzo słabej psychice… Okazało sie, że leczy się na depresję, jest na lekach, ma myśli samobójcze, w związku z tym nie potrafi, (ale też i po części chyba nie chce) podjąć jakiś konstruktywnych działań…. I kiedy te wszystkie emocje w związku z poznaniem drugiego człwoieka opadły i zaczął mi opowiadać o swoim życiu bardziej realnie, widzę, że nasze założenia, nie mają jak się ziścić… Ani ja nie jestem w stanie pomóc jemu, bo mimo tego, ze próbowałam, on i tak nie podejmie żadnych działań, ani on mnie nie pomoże, nie uratuje…(choć na początku tak mówił), bo zmaga sie ze sobą, a na dodatek jest dużo słabszy ode mnie… więc jak? Nie oczekuję tego, bo życie to nie ratowanie, ale jednak wsparcie by się przydało… Brakuje temaów, teraz, kiedy to wszystko „zeszło na ziemię”, widzę, jak jesteśmy różni… on całymi dniami ogląda filmy, spaceruje, a ja biegam, po 2 uczelniach i do pracy… Trochę mnie to też denerwuje, bo mógłby iść choć do pracy… nie mówiąc już o szkolę, krótej też nie skończył, ale nie zamierza niczego z tym na razie zrobić… I wiem, że z tego raczej nic nie będzie, muszę ksończyć te relację, póki jeszcze zbyt wiele w nia nie wpakowałam…

Dobija mnie to, nie powiem,tyle, co zdążyłam się pozbierać po moim dwuletnim związku…dobija mnie to na tyle, że jak na uczelni podszedł do mnie jeden chłopak to jakoś tak zaczęłąm z nim rozmawiać bardzo otwarcie o wszystkim, co myślę na różne tematy… (Od października studiuję też kierunek bardziej dla służb obronności… pomyślałam by połączyć to z tym, czego się uczę…) Myślałam, że to będzie taka znajomość typowo na uczelni, nie szukam obecnie nikogo, mam dość facetów… Ale tak jakoś od słowa do słowa, zaczęliśmy pisać też poza zajęciami, kilka dni pod rząd… okazało sie, że jest kolesiem, z którym można porozmawiać na poziomie… pracuje w wojsku i generalnie jest w jednostce, gdzie o stracenie zdrowia nie trudno. Wysłał mi nawet swoje zdjęcia z ćwiczeń… (Co ja znowu wyprawiam, na co mi to!?). No ale w porównaniu do tego, co ostatnio zobaczyłam i przeżyłam, wydaje się być bardziej odpowiedzialny i zorganizowany, a przynajmniej coś robi w życiu, do czegoś dąży, ma jakieś cele… Zobaczymy co stanie się jutro, bo przy sposobności mamy porozmawiać… bo mamy tyle tematów do rozmowy i tak szerokich, że wiadomości tekstowe wysyłane na telefon nie są w stanie tego pomieścić… 🙂

Tydzień temu też miałam sen… o tyle jest on dziwny, iż nie znałam jeszcze w ogóle wojskowego, a śniło mi się, że przyszedł do mnie ktoś, kto miał tak samo na imię (nikogo innego o takim imieniu nie znałam wcześniej w życiu) i w tym czasie ja napisałam Muzykowi, że to koniec relacji, że nie wytrzymam jego stanów… ale zbagatelizowałam to, bo to przecież tylko sen, w dodatku z jakimś wytworzonym obrazem, wyimaginowaną osobą…

Dziwne… Wczoraj zaczęłam rozmowy z Muzykiem o tym, że ta relacja mnie pogrąża, a jutro mam się widzieć z kolegą z uczelni…

Jakoś na razie, ciężko mi patrzeć w przyszłosć… Kilka dni temu, była już w sumie noc… rozmawialiśmy z wojskowym o życiu i tak po wysłuchaniu fragmentów mojej historii powiedział mi tak całkiem poważnie „Dobrze, że żyjesz… wiesz, masz rację, najcieżej zwyciężyć samemu ze sobą”.

1935361

„Byłem wilkiem w potrzasku, odgryzłem łapę o brzasku.

Wolność gęstą czerwienią pokryła moje kły…

Uciekłem ranny, strach ból i trzy łapy.

W amoku biegnac oprócz krwi spijałem łzy…”