I stało się…

Stało się, rozstałam się całkowicie z Panem ze skrzydłami. Musiałam… Przez te pół roku, kiedy tutaj nie pisałam, stałam się jgo ofiarą, a on moim katem, psychicznym. Nie mogłam pozwolić, zeby mnie zniszczył… całkowicie. Byłam dla niego bezużyteczna, bezwartościowa, mająca złe poglądy na życie, tylko jego zdanie było jedyne i prawdziwe. Jedyny słuszny pogląd. Krytykowana na każdym kroku i poniżana…zawsze samotna, bez akceptacji, z wymogami z jego strony, których jego zdaniem nie spałniałam, pozostawiona sama sobie…i ze swoim bólem, bo zadawał mi ciosy jeden po drugim, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo mnie rani, miałam się podnieść i znieść kolejny i kolejny…. Teraz kiedy na to wsystko patrze widzę, jaki był to okropny koszmar.  I choć w nocy spałam tylko kilka godzin, a dzień dziś wydawał się mniej barwny niż zazwyczaj, czuję ulgę… uwolniłam się. Nie spłynęła ani jedna łza, nie czuje nawet smutku, czuję słuszność swej decyzji i ulgę, czuję, że zaczynam coś nowego…

Tak, zaczynam coś nowego, ale nie sama, a z Muzykiem. On przynajmniej teraz przy mnie jest, akceptuje mnie, nie krzywdzi, chce się całkowicie mi oddać, swoje myśli, słowa, czyny… podobno nawet życie. To nieprawdopodobne, jak jesteśmy do siebie podobni w funkcjonowaniu, w odczuwaniu i przeżywaniu życia, jak odbieramy świat i innych ludzi, jak czujemy… To niesamowite…No i to cały Indianer, nawet z wyglądu, jest tak podobny, ten uśmiech, ten sam kolor oczu, ta sama sylwetka…tylko z lepszą wersją jego wnętrza. I choć pojawiają się w mojej głowie obawy, całkiem ich sporo, to czuję, że bez niego byłoby mi ciężko, nie dlatego, że zostałam sama, ale dlatego, że czuje do Pana ze skrzydłami i do siebie żal, taki przejmujący żal. Do niego, że był moim katem, a do siebie, że dałam sie mu szantażować tak długo i ranić…

Dziś zaczynam na nowo… żyć…

woman-591576_960_720

 

 

Czy to…. miłość?

Nadszedł chyba czas na nadrabianie wpisów, których przez prawie połowę roku tu nie zamieszałam. W moim życiu się coś dzieje, coś intensywnego i bardzo barwnego… Ale co? No właśnie… Co?? Przez to wszystko zgubiłam rozpoznanie… Nie widzę już chyba granicy, nie umiem tego wszystkiego pojąc, jakoś zrozumieć, czyżby historia z Panem ze skrzydłami mnie zmieniła aż tak bardzo? Nie… nie chcę tego, a może jednak…

girl-843076_960_720

Pisałam tu zaledwie dwa dni temu, i przez ten czas tak dużo się zmieniło w moim świecie, choć tak bardzo się tego boję. Może za szybko, może nie tak? Miało być… może niepotrzebnie… Może… Miało być inaczej, miałam się wyciszyć, zapomnieć stopniowo o tym bólu, jaki zadał mi Pan ze skrzydłami, miałam zacząć żyć… sama dla siebie…Tak miało być łatwiej, przynajmniej na razie.

Wczoraj wieczorem wysłałam Muzykowi wiadomość… ot, nie specjalnie ubarwianą, życząc dobrej nocy, tak zwyczajnie… ale nie odpowiedział, to było dziwne, może był czymś zajety, więc położyłam się i zasnęłam. Ale kiedy dziś rano otworzyłam oczy, zobaczyłam tylko jedno nieodebrane połączenie i jedną wiadomość… To było dziwne, bo zazwyczaj odpisywał więcej, tym bardziej, jeśli chciał porozmawiać. Ze zdzwieniem więc otworzyłam…Treść pisana w nocy. A to, co zobaczyłam…. Treść zawierała tylko dwa słowa…

„Kocham Cię”… byłam w szoku…jakbym zastygła na chwilę w bezruchu. Nie wiem, co się dzieje, nie rozumiem tego, ale nie potrafię go odtrącić… Wtedy kiedy mi źle, wtedy wiem, że ptzynajmniej jest ktoś, kto mnie rozumie, tak ze wszystkim, ze wszystkimi moimi lękami, niepewnościami, obawami, emocjami i całym tym trudem życia. I coś przedziwnego ciągnie mnie w jego stronę… choć jest totalnie inny niż Pan ze skrzydłami, to po prostu jakby Indianer w innej skórze… taki, jakim go kochałam, jakim chciałam go mieć… jakim był zanim zniknął na dobre, kochanym i odczuwającym ten świat mocniej. Może ta cała moja opowieść o nim i mój trud i ból po tamtej historii nie poszedł na marne? Choć wiem, że to stąpanie po bardzo cienkim lodzie…

P.S. To jest mój 200 wpis na blogu 🙂

Muzyk

Po kolejnym załamaniu trudno się pozbierać i stanąć o własnych siłach, ale się udało. Czuję jak stoję może jeszcze trochę się chybocząc, ale o własnych siłach na nogach i potrafię spojrzeć z lekką niepewnością w dal… Minie jeszcze trochę czasu zanim zrobię kolejny, pierwszy krok, ale na razie i tak jest dobrze. Leki trochę mnie uspokoiły i pozwoliły poczuć spokój, jakiego nie czułam od prawie sześciu lat. To dla mnie niesamowite uczucie, ale i bardzo dziwne, gdy czuję ten zalewajacy moje wnętre spokój, który mnie wypełnia, mimo, że wokół panuje lekki chaos i niezrozumienie. Dzisiaj na przykład miałam koszmar. Śniło mi sie, że zabito M., a ja chciałam dojść kto tego dokonał.

Moja relacja z Panem ze skrzydłami nie jest już taka jak kiedyś i zdaje sobie sprawę z tego, że nigdy już chyba taka nie będzie. Pan ze skrzydłami bardzo mnie poranił, choć może na zewnątrz niecałkiem to widać. Ale odpuściłam ten temat, nie walczę już o to by było tak, jak kiedyś, bo to walka z wiatrakami. Może on jest po prostu lepiony z innej gliny, ja z innej? Wszystkie plany, jakie układałam z nim sobie w głowie poszły w niwecz, ale zaczynam to akceptować, nie przeraża mnie to już tak, jak przerażało kiedyś. Pewnie też za sprawą leków, cóż… stwierdziłam, że musze się ratować, bo nie uratuje mnie nikt inny, jeśli ja sama tego nie zrobię. Nie chcę skracać sobie życia… Powoli też zaczynałam się godzić z tym, ze pozostanę niezrozumiana przez ludzi, a przez to będę żyć w samotności, tej mentalnej przynajmniej przez jakiś czas, ale stało się coś, czego bym się wcale nie spodziewała…

Poznałam kogoś, kogo spodziewałam się najmniej w moim życiu… muzyka, a dokładniej gitarzystę… I w tym momencie muszę powrócić do historii opowiadanej Wam na blogu już ponad rok temu… do historii Indianera. Dźwięki muzyki, teksty, emocje, wrażliwość i tęsknota… Ta opowieść bowiem ciągnęła się długo i jest dla mnie nadal pewną częścią mojej przeszłości, choć dawno zamknęłam ten rozdział i poukładałam to wszystko w głowie. Zamknęłam ten świat w sobie na wiele lat i… wiedziałam, że już nigdy do niego nie powrócę, choć polubiłam go, bo nie był sprzeczny z moja wrażliwością, pomagał jakoś ją okazywać, muzyka bowiem to dla mnie samej wielka moc. Ale wiedziałam, ze coś się bezpowrotnie skonczyło w moim życiu i już nigdy tam nie wrócę, nie będzie tak samo. Nawet teraz, gdy to piszę i wracam do tych wspomnień, serce jakoś mi przyspiesza. Ten świat i magia tamtej muzyki, wspomnień z nią związanych, miała pozostać tylko w mojej głowie, możnaby rzec, skrywana w niej do kresu mych dni. Zdawałam sobie sprawę, że opuszczając tamto miejsce, nigdy już tam nie powrócę i nie spotkam kogoś takiego… czas największej radości w moim życiu, kiedy umiałam cieszyć się każdym dniem, zniknął… na zawsze…

…nie spotkałam bowiem nigdy już nikogo takiego, jak on…

…być może do teraz!

Kilka dni temu stanął bowiem przede mną Muzyk. Postać, (jak to w każdej opowieści, musi być postać), chyba podobna w swoich przekonaniach, wartościach i poglądach do mnie. Piszę chyba, bo znam go dopiero od paru dni, wiec biorę to wszystko z dużą dawką ostrożności, ale jeżeli by yraktować na serio, to co mówi, to możnaby znaleźć dużo podobieństw. Cóż, jednak Muzyk to również zagubiony na tym świecie artysta, nie mogący znaleźć przyjaznej przystani i zrozumienia dla swojej emocjonalności i wrażliwości. Ma za sobą również smutną historię połączoną z chorobą i leczeniem. Ale może też przez to jest w stanie mnie zrozumieć, z moimi obawami, lękami i smutkiem, jaki czasem się jeszcze wydobywa? Może rzeczywiście „wariaci” są najlepsi? 🙂

Muzyk jest taki inny od dzisiejszego szybkiego świata, jego czasem pobieżnych wartości, ale emanuje od niego takie całkowite zaintereswanie, spokój, ciepło, wrażliwość, o której potrafi normalnie mówić i co najważniejsze, zrozumienie. Czuję się jak na huśtawce, czasem wydaje mi się, że to nie może być prawda, przecież takich młodych ludzi już nie ma, to muszą być tylko pozory, a potem wydaje mi się, że Muzyk może mnie zrozumieć. Dobrze się przy nim czuję, mogę być sobą i nie muszę udawać, nie muszę się silić na to, by ktoś zrozumiał, by chciał, a on, cóż… wydaje mi sie, że jest po prostu na razie mną zafascynowany… Sam również pisze teksty i gra.

Na dodatek tak bardzo, ale to bardzo przypomina mi Indianera. Ten sam typ pasjonata…Długie włosy, gitara, wrażliwosć… ukazuje mi się ten sam świat. Świat, którego miałam już nigdy nie dotknąć, świat, który był wyciszony i zamknięty gdzieś tam, wewnątrz mnie, tak bardzo mocno… i jakoś mimowolnie zaczynam do niego wracać, patrząc na Muzyka, choć się boję, rozgrzebywać to, co został niegdyś zakopane tak, by nie już sprawiało bólu. Z drugiej strony jednak myślę, ze może mały powrót do tego, co uwielbiam-muzykę, teksty, emocje, pisanie, wyrażanie siebie sztuką, da mi choć chwilę radości? W głowie na razie nie zakładam niczego, a przynajmniej tego nie chcę robić, cieszę się, że żyje na tym świecie człowiek, który potrafi mnie zrozumieć.

582652_gitara_most_muzyika_2563x1750_www.Gde-Fon.com

Z bloga odeszłam, na dłużej niż przypuszczałam. Teraz zaczynam dostrzegać, że stało się to za sprawą problemów z Panem ze skrzydłami. Nie chciałam pisać, nie widziałam sensu, myślałam, ze muszę być silną, a rozwodzenie się na blogu i tak niczego nie zmieni. Teraz jest inaczej, powoli wracam do prawdziwej siebie.

 

 

 

 

 

Czuję, że nie mam dla kogo żyć, ale mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia…

Jest zimno i ciemno. Mimo, że na zewnątrz odbijają się od zielonych jeszcze liści resztki ciepłego, letniego słońca. Nie mam już nawet siły, by płakać, by myśleć też już nie… Ot, po prostu trwam. Dzisiaj, teraz, jutro, może pojutrze, nie wiem, co będzie co dalej. Po mojej głowie kołaczą tylko myśli, że jest źle, że nie mam już w co wierzyć, poza tym, że jestem i może jakoś sobie poradzę. Nie czuje życia. Nie mam dla kogo żyć, nie mam po co….. Przede mną widzę jakąś czarną wielką pustkę, a może ona jest już we mnie? Część z niej na pewno gdzieś przenika. Prawie rozstałam się z Panem ze skrzydłami, ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze… To był tylko akt ratowania siebie, bo musiałam o siebie walczyć. Najgorsze jest jednak to, że ten człowiek okazał się kolejnym, który mnie zniszczył…. Czuję się fatalnie i nie wiem co będzie z moim życiem. Nie ma planów, marzeń, przyszłości… Przynajmniej nie teraz i nie w stosunku do innych ludzi. Poznałam, przynajmniej tak mi się wydawało, ostatnio, kilka inteligentnych osób, w tym Opiekuna i Kolegę, jednak po jakimś czasie rozmowy z nimi, doszłam do wniosku, że ludzie są dziś tak bardzo dziwni i dla mnie niezrozumiali. Czuję się wyobcowana. Nawet Opiekun, ktoś, kto na poczatku bardzo chciał przy mnie być i zdawałoby się, że wspierać, z czasem okazał się po prostu kimś, kto stawia zarzuty i wymagania… a przecież niczego złego dla mniego nie chciałam.

Poświęciłam na relacje z Panem ze Skrzydłami mnóstwo czasu, energii, chęci, zaangażowania. Teraz nic z tego nie mam. Nie było troski, docenienia, dobrego słowa, nawet miłości chyba nie było, tylko ja się łudziłam… „Przecież to wszystko oczywiste.” Mówiłeś mi tak za każdym razem, gdy chciałam zapytać. A moje plany, pasje są dziwne, tak bardzo inne od Twoich. Tak różne… Niedopasowane. W pewnym momencie, stwierdziłam, że nie mogę dać się w kółko ranić, bo i w imię czego? Mówisz mi, że chcesz dobrze, ale to tak bardzo boli… Zbyt się różnimy, ja nie potrafię. Mam dość. Czuję na sobie znowu przypływ destrukcyjnych myśli i wyobrażeń. Czyżby znów zbliżała się depresja? Boję się, nie chce tego znów przeżywać, tak bardzo, ale czuję, że moje życie jest tak cholernie samotne, jakbym żyła w pustelni. Nikogo nie obchodzi mój los i to, co się ze mną stanie. Przed bliskimi muszę się trzymać, muszę pokazać, że jest dobrze, ze przecież jestem silna. To też mnie dobija, nigdy nie można być sobą, bo dla nich relacja z nimi powinna w zupełności wystarczyć.

Zranienie i niezrozumienie chyba boli mnie teraz najardziej…

Co z tego, że przyjechałeś z bukietem, że mówisz mi, że chcesz, że „niby” mnie kochasz? Ja już chyba zamnkęłam wszystko w swojej głowie, pogodziłam się z tą stratą, kolejną już z resztą, musiałam odciąć się od Twej desktrukcji, abyś mnie nie zniszczył całkiem. To było najtrudniejsze. Teraz przynajmniej nie ma we mnie tyle lęku i strachu o stratę, jest za to beznajdzieja gdy patrzę przed siebie. Czy moje życie musi już ta wyglądać? W absurdzie, wymaganiach, zranieniach i braku radości? Zastanawiam się, czy takie coś ma w ogóle sens? Zapisałam się do lekarki, może choć troche pomoże, moze coś przepisze, choć nie mam wielkich nadzieii patrząc na to, jak funkcjonuje pomoc jednostce  z problememi w dzisiejszych czasach. Mimo wszystko zaczęłam realizowac to, co chciałam realizować od lat, oczywiscie w samotności, ale przynajmniej z dobrym skutkiem. I to jedyna rzecz, która na razie cieszy i trzyma mnie, pozwala sie ściągnać z łóżka i wstać codziennie, ruszając do nowych wyzwań i celów.

Tak spędziłam cały sierpień…