Maska…

Nastał pierwszy dzień spokoju od poprzedniego wpisu. Jeszcze kilka dni temu czułam, że spadł na mnie armagedon. Takiego napływu złości i tylu bodżców, które mnie drażnły , dawno nie czułam. Ostatnie dni minęły mi fatalnie. Choć było to dla mnie dziwne doświadczenie, zazwyczaj jestem raczej spokojna. A może raczej… tłumiąca złość… to lepsze określenie. Dziwnie się czułam w tym wszystkim, jakby działo się to obok mnie, a jednak tak wyraźnie to czułam, jakbym nie była sobą…? A może właśnie to ja? Powoli zaczynało do mnie dochodzić, że to ja.

Czuję, że otworzyła się jakaś furtka, którą ciężko będzie zamknąć. Wodziłam wzrokiem po ludziach i chciało mi się płakać… „Co ja tu robię?” „Po co ja tutaj jestem?” Tysiące jakiś niewypowiedzianych nigdy chyba sprzed samą sobą pytań. Potem myślałam, długo… w nocy. Kiedy wreszcie wiedziałam, ze zostanę sama, wtedy było lepiej, choć coś mnie bolało we wnętrzu. Dawno już nie czułam bólu psychicznego… już chyba zapomniałam, jak on wygląda, jak się go odczuwa. Chciałam zasnąć, aby go tylko nie czuć, na chwilę była ulga, a rano, znów budziłam się z nim i czułam, że potowarzyszy mi przez większość dnia, tak jak w dniu poprzednim. Taki maraton bólu. Czułam coś tak silnego, jakby gdyby zaraz miało mnie rozerwać od środka, jaky coś w moim wnętrzu kołatało i krzyczało, tak głośno, a ja nie mogłam tego wypuścić na zewnętrz. To były bardzo męczące momenty. Teraz już się uspokoiło… Nawet nie wiem kiedy… to działo się tak szybko. Wiem, że coś się że mną podziało, że chyba nie wytrzymałam napięcia.

Nigdy od nikogo nie dostałam przekazu, że mogę pozwolić sobie na słabość, na bycie sobą, na wyrażanie prawdziwych myśli. Zawsze miałam być taką silną, niezależną od  nikogo, niepotrzebującą nikogo, samowystarczalną, podtrzymującą cały świat… to straszne, gdy tak teraz o tym myślę…

„Gdy tak na prawdę taka nie jestem.  Ale sama sobie nie dałam przyzwolenia na bycie inną.”

Dotarło to do mnie w cierpieniu i gwałtownym bólu. To straszne co ja sobie sama zrobiłam… Uwierzyłam w to, co mi mówiono.

Nigdy nie było czasu na rozmowę, nigdy na pokazywanie prawdziwych uczuć, na przeżywanie czegokolwiek, kiedy ja miałam calkiem inne potrzeby. Sama sobie nie dałam wiec przyzwolenia na bycie sobą. Bo będą sie martwić, bo mnie nie zrozumiają, bo będzie źle… bo ktoś pomyśli, że to jego wina i się załamie. Bo mój świat się załamie przeze mnie. Miałam być niezależna i nie czuć nic, niczego nie potrzebować.

Dziś wiem, że tak nie jest. A co najbardziej mnie przeraziło, zdałam sobie sprawę, że to wszystko, „na czym” żyłam, to tylko maska. To ona mnie chroniła, sprawiała, że pozornie czułam się bezpiecznie. Pozornie, no właśnie… pozory. Wszystko było pozornie, tak, aby mieć poczucie, że przecież jest dobrze. Aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się spełnieni. Tak, jak z diagnozą depresji, idzie się po leki, zażywa i …jest dobrze… pozornie… niektórzy tak robią. Nie wiem, jak zacznę żyć, ale chcę inaczej. Chcę coś zmienić. Musze przestać się obwiniac i dopuścić do siebie te pragnienia, które ukrywałam przez wiele lat, wiele czasu… Bo w końcu, one są moje, całkowicie. Tego zranionego i opuszczonego dziecka , które boi się porzucenia i w środku jest delikatne, jak dopiero co rozwijający się kwiat. Chcę tego przyzwolenia, na błędy też, na bycie sobą, a nie idealizacją mnie, jaką widzą moi bliscy… Boję się jak zareagują bo wiem, że nie rozumieją, ale inaczej, nie zacznę żyć…

mask-3233020_960_720

 

Reklamy

13 myśli w temacie “Maska…

  1. …tak jakbyś kiedyś miała złe relacje z ojcem i musiała chronić matkę i być… Właśnie: silna, zwarta i gotowa. – Pewnie się mylę, ale takie układy w dzieciństwie często prowadzą do „nieumienia bycia słabą/sobą”.
    Dużo ludzi ma depresję i bierze tabletki. Może nie na szczęście, ale na jutro w ogóle.
    Pozdrawiam.
    Ps. Siedzę w pracy, może stąd takie wnioski?

    Polubienie

    1. …bo musiałam ją „wiecznie” chronić. Nie przed ojcem, ale przed samą sobą. Relacji z ojcem w ogóle nie miałam, bo umarł przedwcześnie.
      Wiem, że dużo ludzi bierze, ale oni TYLKO biorą… po za tym, nie robiąc nic więcej, bo przecież pomogą… na jutro, tak, jak piszesz.
      Ha ha 🙂 Wiedziałam, że bez diagnozy się nie obejdzie 🙂 Ale dziękuję…
      Miłego popołudnia życzę 🙂

      Polubienie

      1. Ode mnie niczego nie wymagano. To, jaka jestem, jak się uczę, jak sobie radzę nie było zauważane. Chronienie innych… Ostatnio pani terapeutka powiedziała, że chroniłam mojego ojca przed nim samym i że siebie składałam jak na stole ofiarnym. Mamę też chroniłam. Siebie? W jakiś sposób też, chroniłam się w skorupce, którą sobie budowałam. U mnie też coś ostatnio próbuje się przebić. Pojawia się złość, strach, nagły krzyk w środku… Na razie są jeszcze niezrozumiałe. Szybko znikają, nie wydobywają się na powierzchnię.

        Coś się otwiera… To trudne i bolesne, a prawdopodobnie konieczne, żeby ruszyć do przodu. Jako Ty.

        Polubienie

      2. Coś się zmienia, a to znaczy, ze coś się ruszyło. To dobrze. We mnie też wiele jest ostatnio pogmatwanych emocji, jakiegoś wewnętrznego wrzasku, który próbuje wydostać się na zewnątrz, ale ja mu na to nie pozwalam, przynajmniej nie teraz. Moze kiedyś, w innych okolicznościach tak. Choć… jak Ciebie czytam, to mam wrażenie, że gdzieś w Tobie znajduje się takie małe, zagubione dziecko. Takie mam wrażenie. To, jak piszesz… „pani terapeutka”, a nie po prostu terapeutka. To słowo „Pani” tak charakterystyczne dla dzieci lub osób czujących się stosunkowo „niżej” w hierarchii.
        Dokładnie, trzeba czasem przełomu by pójść dalej z świadomym poczuciem siebie.

        Polubienie

      3. To prawda, często czuję się dzieckiem, zagubionym i wystraszonym.
        Hm, o psychiatrze piszę „doktor”, bez „pani”, albo piszę „moja doktor”. Tak jakoś samo „terapeutka” wg mnie nie brzmi ładnie. Teraz zauważyłam, że chyba nie używam sformułowania „moja terapeutka”. Może przez to, że kiedy zaczynałam terapię wydawała mi się bardzo poważna, a boję się powagi.

        Polubienie

      4. …czasem to, jak nazywany pewne rzeczy, ma odzwierciedlenie w tym, jaki mamy do nich stosunek, aczkolwiek nie zawsze. Czasem jest to z przypadku. Myślę sobie też, że doktor brzmi „lepiej” niż psychiatra… w odczuciu społęczeństwa, a terapeutka mnie samą w słowach Twoich napawa jakimś lekceważącym tonem? Tak, jakbyś pisząc samo „terapeutka” myślała, że zdegradujesz pozycje tego zawodu… Piszesz, że „nie brzmi ładnie”. Hm… jej powaga też mogła na to wpłynąć, jeśli to bardziej postać takiej „jejmości” z książek 🙂

        Polubienie

      5. Faktycznie, słowo „terapeutka” dla mnie nie brzmi poważnie. Nie lubię zaznaczania płci w nazwie zawodu. Szczególnie „brzydkim”, cudacznym tworem jest dla mnie „psycholożka”. Psycholog brzmi dobrze. Terapeuta brzmi dobrze, ale chyba nikt takiego określenia nie używa w odniesieniu do kobiet i cudacznie by było pisać: „terapeuta powiedziała…”.

        Polubione przez 1 osoba

      6. Nawet nie wiem, czy istnieje takie słowo w słowniku jak psycholożka ;). Myślę jednak, że już niedługo będzie ono dopuszczalne, bo ludzie zaczęli coraz częściej go uzywac. Niemniej jednak pamiętam jak podczas rozmowy śnialiśmy się ze znajomymi, ” przekręcając ” na psycho-loszka 🙂 I o ile może być to obraźliwe dla osób wykonujących ten zawód, o tyle rzeczyeiście, w tej wersji brzmi całkiem średnio 🙂

        Polubienie

  2. Ważne jest to, by zdać sobie sprawę, że coś nie jest takie jak być powinno. To już przełom, ale potem trzeba ciężko pracować nad sobą, zaakceptować swoje ja I zacząć żyć na prawdę, dla siebie, po swojemu. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

Odpowiedz na Ktomasz Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s