Tańczące z wilkami: „Znowu w życiu mi nie wyszło…”

Wessało mnie na jakieś dwa miesiące… życie? Może i „życie”, jeśli pod tym słowem rozumieć emocje, słowa i patrzenie na swoją egzystancje, jak przez sen. Wsiąkłam na jakiś czas, na dobre. Nie było mnie tu. Byłam gdzie indziej, co nie oznacza, że mnie nie było. Chciałam poukładać parę spraw lecz, chyba ich układanie skończyło się nie tak, jak miało się skończyć. Cóż, idę dalej… mam nowe postanowienia i nowe zamysły. Na publikowanie tu – również. I choć ostatnio mam ochotę znowu wsiąknać, gdzieś się zaszyć i nie wychodzić do nikogo, to postanowiłam, że będę pisać. Chyba tego mi potrzeba, a jeśli pisać, to publikować tu również. Od jakiegoś czasu nie miałąm pomysłu na ten blog, teraz wszystko się rozjaśniło. Lubię tu wracać, mam tu już cząstkę swojego życia, choć w samym zamiarze ten blog wydawał się dużo „mniejszy”, niż wyszedł. Kiedy tu jestem, mogę doświadczyć rzeczywistych wspomnień, które we mnie wciaz gdzieś tam są. Ale po kolei…

„Znowu w życiu mi nie wyszło…                                                                                                          Uciec pragnę w wielki sen. (..)”

Te słowa przewinęły się ostatnio w rozmowie z Chomiczkową, kiedy widziałam ją po raz ostatni… jakieś dwa tygodnie temu. Potem znów znikła. Tak samo ją wessało, tyle, że ją na rok. Dlaczego? Może pewnego dnia się dowiecie. Od tej rozmowy te słowa kołaczą się mi po głowie, powodując rozmyślanie o minionym czasie.

Dziś… jest ten pierwszy dzień, gdy zdecydowałam się wstawić tu zapiski z jednego z najciemniejszych, a zarazem najpiękniejszych(?) czasów mojego życia. Kiedy wszystko wydawało się zarówno tak przerażające, jak i piękne, rak drastyczne, jak i cudowne i miałyśmy obydwie świadomość, że właśnie ważą się losy naszej przyszłości. A może nam już na tym nie zależało? Mnie tak, ale przyznać muszę, że nie miałam wtedy na tyle sił, by o to walczyć. Czasem próbowałam, choć było cieżko. Wydarzenia te rozgrywały się bezpośrdnio przed i w trakcie mojego początkowego pisania bloga, później zdarzały się jeszcze, lecz przybrały już inny obrót. Czasami tęsknię za tym czasem, to wszystko jest równie piękne, co bolesne. I równie zakorzenione co odpychane. Cóż, zaczynam pisac serię moich „opowiadań”, a może bardziej „opowieści” sprzed paru lat. Doszłam do wniosku, że może przyszedł czas na spisanie tego wszystkiego. Czy stałam się wtedy kimś innym? Nie… ale coś się we mnie bezpowrotnie zmieniło… Być może stałam się kobietą…

„Ławka”

Szkoła, miejsce znienawidzone przez tylu młodych. W środku wieczna tułaczka i walka o przetrwanie w gronie swoich i „nieswoich”. Na zewnątrz gównarzenia, tandeta i szara masa. Plująca, zaśmiecająca chodniki petami, rzucająca niewybredne przekleństwa, chcąca się wreszcie dobrze zabawić… Tak, miałam tam iść. Wejść, po raz kolejny, zobaczyć ich twarze i miny, zobaczyć to, jak bardzo są sfrustrowani, z jakim utęsknieniem czekają na piątkową imprezę. Miałam…

Siedziałam na ławce, może przez jakieś 15 minut. Ławka była mokra i zimna. Pod moimi nogami gromadziło się stado gołębi, na które patrzyłam, aby zająć sobie czas.
Ludzie mijali mnie, patrzyli, odchodzili, to znów ich wzrok przebiegał po mojej kurtce. Było wtedy zimno. Przymrozek ściskał ciało, ręce drętwiały. Czekałam… Po jakiś 10 minutach stwierdziłam, że to bez sensu, ale coś jednak kazało mi nadal tam tkwić.
Podjechał biały samochód. Wysiadła. Widziałam jak ciało przemyka przez ulice… już była po mojej stronie, z tuszem na rzęsach i powiekach. Szła dość energicznie. Widziałam, że na mój widok nie może powstrzymać łez, które same polały się po policzkach, zabierając tusz…
Usiadła. Płakała, a w zasadzie zanosiła się łzami. Ja nie mówiłam nic. Przytuliłam ją tylko do siebie. Pamiętam, kiedy trzymała głowę na moim ramieniu, pamiętam jej łzy.
– Na razie musisz się uspokoić.- Pamiętam jak mówiłam te słowa, jednak chyba mało z tego, co do niej docierało.
Płakała jeszcze przez chwilę, nie mogąc powstrzymać łez. Człowiek jest taki piękny, kiedy jest szczery.
– Co się stało?
– Ty… ty uważasz, że jestem bezwartościowa?
Zacisnęłam usta.
-Kto tak twierdzi?
– Przyjechał do mnie wczoraj, późno już było. Przepłakałam całą noc…
Emocje nie wytrzymują, zanosi się znów płaczem.
-Kto?
-Mój były.
-Jesteś w takim stanie od wczoraj?- pytam.
-Tak… -szlocha.- Przyszedł, wszedł do domu. Powiedział, że… mam oddać nerkę jego dziewczynie, bo jest chora. Ja i tak jestem bezwartościowa, więc moje życie jest bez wartości i mogę umrzeć.
Zapada cisza. Wiatr targa nam włosy, gołębie chodzą koło naszych nóg, jak chodziły wcześniej koło moich. Jakaś babka przechodzi z psem.
-To on tak uważa, Ty nie musisz…- rozlega się po chwili.- Każdy po coś żyje, a w życiu nie przyszłoby mi do głowy coś takiego na Twój temat. Niech da swoją nerkę, w końcu to jego dziewczyna. Jest mody i zdrowy… On nie wie, co on Ci robi?
Potem pada jeszcze kilka tego typu zdań, których już nie pamiętam. Kończę chyba stwierdzeniem, że jej były to chuj.
Szukam w torbie jakiś leków na uspokojenie, ale nie znajduję.
– Chodź, pójdziemy teraz do apteki, kupię ci coś na uspokojenie- mówię.
Powolnym krokiem wchodzimy do sklepu, w którym znajduje się apteka, kupuję nervosan. Łyka. O szkole nie ma już mowy.
– Przecież gdyby mnie zobaczyli w takim stanie to pierwsze co posłaliby mnie do pedagog. -Pada gdzieś po drodze, gdy wychodzimy z supermarketu, gdzie jest apteka. A ja mimo wszystko zupełnie się z tym zgadzam. Po nervosanie zaczyna jeść, łapczywie. Stoimy teraz między jakimś tłumem ludzi.
Lądujemy więc gdzieś w centrum handlowym, oczywiście w „maku”, żeby kupić sobie colę, kawę i po kanapce. Koleś przyjmujący zamówienia nie rozumie, zamiast dwóch coli daje nam jedną, ale trudno. Nie mamy sił już tego prostować. Spędzamy tam około dwóch godzin. Na rozmowie, na przeanalizowaniu całej sytuacji. Przychodzi sms od jej chłopaka. „Zawsze ci mówiłem, że ona to najlepsza przyjaciółka.”
Moja przyjaciółka…?- myślę. W sumie, najpierw koleżanka, potem ktoś z przymusu, a na końcu dziewczyna, z którą wiele przeżyłam. I choć wiedziałam, że nie będzie to przyjaźń na wieki, a każda pójdzie w swoją stronę, jakoś żal mi było tego wszystkiego zostawić. Dziwna przyjaźń…
Po dwóch godzinach idziemy gdzieś do sklepu. Wiem, że dla niej świat w tym momencie wydaje się być wrogi. I choć nie wiem, jak to uczucie złagodzić, bo sama w nim poniekąd często pozostaję z trudną drogą wyjścia, przychodzi mi do głowy pomysł kupienia pierdoły.
Kupujemy więc dwa pierścionki, takie same, bo jest taki trend, że przyjaciółki mają. Dla zabawy.
Mam gdzieś jeszcze ten pierścionek…
Na koniec wysiadamy z busa. Wracamy na tę samą ławeczkę, od której zaczęłyśmy nasze rozmowy. I jeżeli ławka przy chodniku może stać się symbolem, to ona właśnie się nim stała. Usiadłyśmy na niej tak, bez celu.
– Co będziesz robić po południu? -pytam.
– Położę się spać.-odpowiada.
– Zadzwoń wieczorem.
– Dobrze.
Pojawia się myśl, że i tak zapomni.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy, czekam, aż wsiądzie w autobus.
A wieczorem, rzeczywiście zadzwoniła.

Tego dnia zawiodłam. Oczekiwania innych ludzi…

( listopad, 2016 rok)

 

„Późno, późno, późno… późno jest.                                                                                                     Sam wiem, że zbyt późno jest, by zaczynać wszystko znów…”

 

 

Reklamy

Styczeń dał mi w kość…

Styczeń dał mi się we znaki, a szczególnie druga połowa. Nie chcę znów pisać tu wpisów tylko wyjaśniających, bo nie w tym cel prowadzenia blogu. Ale chyba na razie nie dam rady napisać tutaj niczego sensownego. Poza tym, że opuściłam to miejsce, coraz bardziej go opuszczam, czynem i myślą… i nie wiem, jak to się skończy. Pewnie powrócę, może…

Myślałam, że pewne sprawy z (dawnych) lat mam już za sobą, że nigdy do mnie nie wrócą, choć czasem za nimi tęskniłam; że może to już załatwione. Teraz wróciły, były przez chwilę, znowu odeszły, a ja nie za bardzo wiem, co mam zrobić z tym wszystkim. Czasem chciałabym się od tych spraw jakoś uwolnić, zmienić ich bieg, albo zwyczajnie zapomnieć. Pewnie kiedyś powstanie jakiś dzienniczek zapisków, myśl pozbieranych. Bo mam generalnie dwie insprację do pisania: przeżycia i literackie występki. I o ile w tym pierwszym czuję często msutek, to w tym drugim znów presję… Nie chcę tak. To wszystko miało być inaczej.

Chomiczkowa wróciła… a z nią część „dawnego” życia. Zaczynam rozumieć, że coś się od tamtego czasu zmieniło. Tak wiele się zmieniło w ciągu zaledwie niecałych dwóch lat… Nasza historia, o której w sumie tak mało tu pisałam. O Indianerze również. Ostatno myślałam właśnie o tym, że wydarzenia związane z nim mi się już zacierają, powoli, monotonne. Nie umiem już chyba nawet ich przeżywać…ale może to i dobrze. Chomiczkowej, nie mogę pomóc. I choć wiem, że to być może nic by nie dało, chcciałabym jakoś jej pomóc, a mam związane ręce. Znów czuję, że nie mam siły… To wszystko mnie przytłacza. Znowu jestem w jakijś pustce, ogromnej pustce i znowu nie wiem, czy prowadzi mnie ona do przepaści czy może pozwoli mi wyjść na początek jakiejś drogi. Czuję, jak gdyby czas sie zatrzymał. Jakby nic z tego, co dzieje się teraz nie miało znaczenia. Czuję się cholernie samotna…

Nie wiem jak mam odczytywać sygnały Pana ze skrzydłami. Czy on w ogóle o mnie myśli? Jest samolubny i zapatrzony wyłącznie w swoją wizję świata. Kolejna próba rozmowy, kolejne nic nie znaczące argumenty… Nawet nie wiem już do czego prowadzi mnie ten związek. Potrzebuję czegoś, czego jego radykalizm raczej nie będzie mi w stanie dać. Ocenia wszystkich swoją miarą, myśli chyba, że zna receptę na wszytsko, kiedy nigdy tak naprawdę nie był w mojej sytuacji, nie miał podobnej konstrukcji psychicznej. Coraz częściej myślę, że jesteśmy z dwóch różnych światów i są aspekty w których nigdy się nie zrozumiemy. Może łatwiej byłoby się po prostu rozstać? Prościej? Czuję taką przytłaczającą bezsilność…  A najgorsze jest to, że… przez te półtora roku zaczęłam myśleć, że teraz już będzie dobrze, że mam kogoś przy sobie, komu na mnie zależy, kto będzie chciał ze mną być. Ze mną, a nie z tym, co on uważa za słuszne jako postępowanie, wybory, życie. Źle znoszę niepewność, jeszcze gorzej niż słowa obwieszczające mi zmianę czegokolwiek. Z resztą, na to samo wychodzi.

Siedzę i płaczę… i piszę te słowa, pierwszy raz od roku? Ponad roku?

Przyjaciółka wylądowała na ulicy… Wiem, że nie ma nikogo, a ja… ja czuję tylko bezsilność, taką cholerną bezsilność. Chciałam jej pomóc, ale możliwości już się skończyły. Nie tak miało być. To wszystko nie tak. Z tamtych czasów został mi tylko ten blog i wspomnienia, które noszę w głowie i do których czasem wracam. Nie sądziłam, że „zapiszą się” one w mojej gowie tak mocno. Ale zapisały… Wtedy było mi tak strasznie źle. Tak wiem, nie powinno pisać się strasznie, ale wsystko mi już jedno. Muszę z siebie wyrzucić gdzieś te wszystkie emocje. Emocje i myśli kobiety XIX w. Wieku, gdzie wielu ludzi mają wszystko, co im potrzebne do życia, do szczęścia, a nie potarfią go znaleźć, nie potrafią nim obdarować drugiej osoby…

file.kobieta-placz