„Niewierna”

Ona, szczęśliwa żona i dobra matka, on- młody, zdawałoby się głodny przygód, a może zamknięty w swoim świecie, jakim jest zasłane książkami mieszkanie na ostatnim piętrze pewnej dzielnicy? I jeszcze ktoś…

Ostatnimi dniami czegoś poszukiwałam, jakiegoś bodźca, który by wzbudził tę iskrę natchnienia, mocy, czegokolwiek, bym mogła odnaleźć sens w dniu dzisiejszym. Leniwie więc przeglądałam, co mogłabym obejrzeć środowym popołudniem. Tak, przypadkiem, natchnęłam się na zwiastun jednego ze starych, w tych latach już filmów „Niewiernej” w reżyserii Adriana Lyne. Obejrzałam… niby dramat, niby erotyk, w sumie erotyki było tam niewiele lecz film zaciekawiał zupełnie czymś innym. Ciemne klatki, ponure ujęcia, zbliżenia… Całą przestrzeń wydała mi się tak dobrze skądś znana. Ponure uliczki jednej z amerykańskich dzielnic, domek na  przedmieściach równie w amerykańskim stylu, zakurzone mieszkanie. To wszystko wzbudziło moje zainteresowanie fabułą i choć mogła by się wydawać zgoła banalna, to jest w tym filmie coś, co na mnie osobiście działa jak magnes, jeśli chodzi o kino- zdawało by się autentyczność ról. Nie bez powodu, Diane Lane została mianowana do Oscara za odtwórczynię głównej roli. Klimat tego filmu, jego „ponurość” i zdawałoby się małostkowość oraz bohaterowie przepełnieni przeróżnymi emocjami zdawali się zachęcać na tyle, aby zobaczyć cały film…

Jest poranek, główna bohaterka, Connie, wyprawia synka do szkoły, a męża do pracy, co prawda tego ranka na zewnątrz okropnie wieje, ale mimo to, kobieta decyduje się pojechać po rzeczy na jedną ze swoich aukcji charytatywnych. Kiedy wraca z rzeczami upada i rani się w kolano, jednak wstaje i chwile potem, gdy chce złapać taksówkę, wpada na pewnego mężczyznę. Jest nim Paul Martel, tutejszy akwizytor książek. Ponieważ wichura nie daje za wygraną, żadna taksówka się nie zatrzymuje, a Connie ma obdarte kolano, nowy znajomy zaprasza ją do swego mieszkania, by przemyła ranę. Kobieta ma obawy, jednak po chwili godzi się i idzie do mieszkania akwizytora. Mieszkanie jest nieco inne, niż mogłaby sobie je wyobrażać. W centralnej jego części stoją półki, a na nich stosy książek, jest też parę dużych figur, worek treningowy, parę otwartych, ułożonych na stole książek… W zasadzie mieszkanie należy do jednego z francuskich rzeźbiarzy, a jego lokator twierdzi, że cieszy się, iż ma gdzie podziać się z książkami. Connie udaje się do łazienki i przemywa ranę, potem dzwoni do domu domu i oznajmia, że spóźniła się na pociąg. W tym momencie mężczyzna obserwuje ją uważnie. Podczas tego spotkania Connie dostaje od mężczyzny jedną z książek. Główna bohaterka nie chce jednak zabawiać długo i wychodzi by zdążyć na pociąg. W domu opowiada mężowi  o całym zajściu, jak upadła i, że pomógł jej jakiś miły mężczyzna. Początkwo bohaterka nie przywiązuje to tego zdarzenia wagi i zdaje się żyć tak, jak przed nim, choć chce podziękować swojemu wybawcy i za namową męża, wysłać mu butelkę wina.  Któregoś dnia, znajduje w ofiarowanej przez niego książce numer telefonu. Myśli więc, że to dobra okazja, by zadzwonić i podziękować. Dzwoni więc z… telefonu znajdującego się na dworcu kolejowym. Początkowo mężczyzna nie odbiera, potem jednak zaprasza ją do siebie na kawę… Cały czas zachowując się tak, jakby potrafił przewidzieć to, że zadzwoni…

Chwilę rozmawiają, Paul pokazuje kobiecie książkę napisaną alfabetem Braila, lecz mówi, że powinniśmy inaczej wymawiać jego imię. Connie nie wypija kawy przygotowanej dla niej wcześniej, wychodzi czym prędzej z mieszkania. Wahania narastają, kobieta nie wie, po co tam poszła i dlaczego coś ciągnie ją do tamtego mieszkania… Kolejna wizyta Connie u Paula, zdarza się niby przypadkiem, przynosi mu ciastka i w zasadzie chyba sama zdaje się nie wiedzieć, po co przyszła, twierdzi, że była w okolicy i… pomyślała, że zajrzy. Między Paulem a Connie nawiązuje się coraz to bliższa relacja pożądania i namiętności i choć kobieta wyraźnie tego nie chce, po raz pierwszy zdradza wtedy męża, idąc z młodszym akwizytorem do łóżka.

Choć mężatka ma ogromne wyrzuty sumienia, co z resztą ukazuje postać Connie, targana jak wiatr emocjami, które w niej są, pomiędzy nią a Paulem nawiązuje się specyficzny r-0,500-n-865226gVdcrodzaj relacji, przepełniony namiętnością, ale i… obsesją. Zdawało by się, iż Connie nie ma wyraźnych powodów by zdradzać męża. Jest on kierownikiem firmy, dobrze zarabia, dba o nią i o ich synka, który kończy właśnie dziewięć lat. Jednak kobieta pragnie czegoś jeszcze niż stabilne życie u boku statecznego mężczyzny. Być może młodszy, zagubiony, artystyczny „rozbitek” daje jej to, czego nie dostawała przez lata od męża, ryzyko, dobrą zabawę i dziką namiętność. I choć Connie uważa to za szaleństwo, brnie w ten romans dalej i dalej… pozwalając by młody mężczyzna stał się jej obsesją. Ich spotkania pełne są podniecanie i namiętności, choć tak naprawdę, Connie niewiele wie o młodym akwizytorze książek.

Mąż Connie, Edward podejrzewa, że coś się dzieje z jego żoną, gdyż zaczęła bardziej dbale dobierać ubrania i kłamać. Prosi więc o pomoc zaufanego znajomego, by ten, śledził jego żonę. Gdy do rąk Edwarda trafiają zdjęcia Connie i Paula, wraz z adresem jego mieszkania, gdzie spotykają się potajemnie w dnie, gdy Edward wychodzi do pracy, wie już, że się nie mylił. Postanawia pójść do kochanka żony, sam chyba nie wie w jakim celu. Kiedy stoi na ulicy, patrząc w okna mieszkania, nie ma odwagi, właściwie nie wie, po co tu przyszedł. Gdy odwraca się, Connie wybiega w pośpiechu z klatki po kolejnym zbliżeniu z kochankiem. Przez drzwi w kamienicy wychodzi jednak staruszek, wpuszczając Edwarda do środka. Ten idzie pod drzwi mieszkania Paula, kiedy zostaje przez niego wpuszczony, choć z dużym zdziwieniem i podejrzeniami, chwilę rozmawiają,a Mąż kobiety dziwi się, że rozmawiali o nim. Jednak gdy Edward zauważa w sypialni jeszcze nie pościelone łóżko, gdzie jego żona i Paul się kochali, zaczyna czuć się fatalnie… Emocje zaczynają przybierać na sile. Kiedy jednak widzi ozdóbkę  szklaną, którą podarował żonie w mieszkaniu Paula, a ten oznajmia mu, iż dostał ją od Connie, w mężczyźnie coś pęka. Jest mu niedobrze, ma zawroty głowy, duszności. W przypływie złości, rozbija szklaną ozdóbkę na głowie Paula, tak nieszczęśliwie, iż ten zaczyna krwawić i pada martwy na ziemię…

Edward jest spanikowany, nie wie co ma robić, w przypływie zdrowego rozsądku jednak szybko zaciera ślady, w tym samym czasie wysłuchując nagrania od Connie, która dzwoni na telefon Paula, mówiąc, że muszą skończyć z tym romansem, gdyż nie potrafi dłużej tak żyć, oszukując wszystkich i krzywdząc rodzinę. Mężczyzna na drugi dzień w nocy, wywozi ciało kochanka, zawinięte w dywan na śmietnisko…

Kiedy ciało zostaje przypadkowo odnalezione, a Connie dowiaduje się o tym, iż Paul Martel nie żyje, choć początkowo, przy mężu nie daje po sobie poznać emocji, później Edward zauważa jak szlocha…. Czy daje to odczuć widzowi, iż poza namiętnością jaka łączyła tych dwojga było coś jeszcze? Gdy Connie zauważa ozdóbkę z powrotem we własnym domu, tę, którą przecież podarowała kochankowi, zaczyna podejrzewać swojego męża. W trakcie kłótni z nią, Edward przyznaje się , iż zabił Paula. Małżeństwo stara się jednak normalnie żyć, tak by ich synek niczego nie podejrzewał. Connie pali zdjęcia zrobione jej i Paula przez śledzącego ją mężczyznę, które znajduje w kurtce męża… Myśląc o tym, iż lepiej byłoby gdyby nigdy nie weszła do mieszkania akwizytora. Connie chce wyjechać, zmienić nazwisko, zacząć wszystko od nowa, małżeństwo postanawia spróbować jeszcze raz. I choć, sądzę, że niektórzy oglądając tę część filmu, odczuliby niesmak, iż Edward zdecydował się pozostać z żoną po zdradzie, spekuluję, iż nagranie jakie usłyszał będąc w mieszkaniu kochanka, go przekonało. Oglądając kolejne sceny relacji pomiędzy małżeństwem, coraz bardziej utwierdzałam się we wniosku, iż sytuacja ta pomogła na nowo odkryć kobiecie miłość męża i znaczenie rodziny, kiedy patrzyła na męża pomagającemu grać na pianinie synkowi i czytała odnalezioną kartkę z napisem „mojej żonie, najpiękniejszej ozdobie każdego dnia”. 

Czy byłoby lepiej? Czy mogło nie dojść do tragedii? Kiedy po całym już filmie i rozwoju wydarzeń, ukazuje się scena z kobietą, która szlochając, wkłada podpalone zdjęcia do kominka, zastanawiam się, czy rzeczywiście, jej relacja z Paulem była tylko przelotnym romansem, naznaczonym namiętnością. A może było w niej coś głębszego, czego kobieta nie chce pokazać przed mężem, by go już nie ranić? Autor nie wyjaśnia tej kwestii. Pomiędzy romansem pełnym pożądania pozostają przecież sceny opieki nad synkiem i zaangażowania w życie rodzinne, ciągle niezmiennego. Film pozostawia wiele pytań, bez odpowiedzi, wiele emocji, bez wyjaśniania ich powstania i jest dla mnie jakby filmem bez zakończenia… Choć prozaiczny widz, zobaczy w nim historię małżeństwa, gdzie żona pozostając niewierną mężowi, zdradza go z przypadkowo poznanym mężczyzną, można w nim doszukać się czegoś jeszcze… Ta małostkowość, rola drobiazgów w tym filmie, sposób rozmów bohaterów oraz liczne dźwięki muzyczne tworzące swoisty nastrój oraz oddające zarazem sam dramatyzm i charakter filmu zbierają się na pewną otoczkę fabuły, która to otoczka wskazuje właśnie na pewien drugi wymiar i inne znaczenie przedstawianych wydarzeń. Silne emocje odgrywane przez aktorów również podkreślają charakter fabuły i wnikliwość filmu. Tak na prawdę, mnie żal było Paula Martela i tego, że jedna głównych postaci odchodzi. Choć można odebrać go w tym filmie jako niewyżytego, chcącego zaspokoić swoje potrzeby erotyczne, faceta, zdradzającego jak się później okazuje żonę, z którą był w separacji, to jednak ekscentryczność jaką posiadał z równie dużą wrażliwością na sztukę, czyni z niego postać ciekawą i niejednoznaczną.

Film wzbudził we mnie emocje, a mało jest stosunkowo takich filmów, które je we mnie wzbudzają, być może dlatego, że jego fabuła wiąże się z jakąś stratą. A dodatkowo nastrój jaki w nim panuje, charakterystyczny dla pewnego rodzaju kina, bardziej chyba starszego niż nowszego, bardzo do mnie przemawia. Nie wiem, dlaczego polubiłam takie „ciemne” i wydawało by się utrzymane w ciągłym nastroju smutku filmy, ale takie własnie, potrafią we mnie wzbudzić emocje. A to, iż nie wszystkie zdawało by się „wątki emocjonalne” zostały rozwiane i dostatecznie, jak dla mnie, wytłumaczone, czyni ten film ciekawszym ale i bardziej tajemniczym zarazem. Po obejrzeniu ostatniej sceny poczułam jakiś niedosyt, tak, jakby ktoś urwał film w połowie jego historii… Ale czy ta historia mogła mieć inne zakończenie?

Reklamy

Zabezpieczony: Krótko o samotności…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Dziwny czas…

Poczułam się dzisiaj cholernie dziwnie. Właściwie to cały czas się czuję. Nie poszłam na cmentarz, jak wszyscy, pójdę jutro. Ta cała mieszanina smutku, rozmyślań i pochylenia się mBnktkpTURBXy84OWY3OTFmNDY5YTU1YWIyODYxNWE1ZTdkMmZiMTJmNS5qcGeSlQMAFM0D6M0CMpMFzQMgzQHCnad życiem i śmiercią mnie jakoś wykańcza, dołuje. Mam wrażenie, że za dużo było tej mieszaniny w moim życiu. Dziś dzień zadumy, ciszy i rozmyślań, zatrzymania się. Jednak za każdym razem, kiedy się zatrzymuję, czuję tylko jedno- że chcę odejść i już się nie zatrzymywać. Być może jestem dziwna, bo nie potrafię, nie chcę. Pan ze skrzydłami stwierdził wczoraj, że mój dom był przesiąknięty śmiercią, nadal jest… Za dużo się tutaj chodzi, mówi, za dużo tego czuję na sobie. Chcę żyć, nie śmiercią, a dniem dzisiejszym, tym, co dzieje się wokół. Wiem to, a jednak jakoś smutno mi, że nie jestem tam, z częścią mojej rodziny. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, nie wiem, czego mi się chcę. Nie mogę się na nic zdecydować, jakoś mnie zarazem roznosi, a za razem coś powstrzymuje. To uczucie, którego nie trawię. Spojrzałam dziś przez okno, widziałam kuzynkę, z którą się wychowałam. Ludzie się dziś spieszą, ciągle gdzieś pędzą, a ja jakby trwam w miejscu. Próbuje znaleźć swoje, jakieś zajęcie, jakieś urozmaicenie dla myśli. Próbowałam czytać, ale książka też jakoś mi nie wchodziła. Czuję napięcie w całym ciele i jakby rzeczywistość się zatrzymuje. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „co ja tu robię?”, „czego chcę?” i „dokąd zmierzam?” Wszystko jest tak bardzo jednostajnie czarnobiałe, tak jednolicie szare… Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję. Nie  mam planu, nie przewiduję, chce przetrwać ten dzień, jutro czeka mnie dużo pracy. Pamiętam 1 listopada rok temu, to było po pierwszej naszej rozmowie na uczelni, przepisałam cały późny wieczór z Panem ze skrzydłami…….