Po burzy…

Uspokoiło się… całkowicie… ostatnio ogarnęła mnie nagła chęć pisania. I choć dziś znów nastał spokojny dzień, choć przepełniony wiatrem i burzową atmosferą, czuję jakąś wyraźną pustkę w tym dniu. Taki on jakiś nijaki. Miałam zacząć pisać nowy pomysł, który pojawił się w ojej głowie, jednak jakoś nie potrafię się do tego zabrać. Może nie chcę, nie wiem…Czuję wyraźną pustkę. Ostatnio przemeblowałam swój pokoik, jednak nowy układ łóżka mi nie służy, nie mogę zasnąć, poza tym cały czas wydaje mi się jakbym miała z niego spać. Moja psychika wariuje…Pan ze skrzydłami mówi, że pomoże mi przestawić łóżko  z powrotem,tak jak było. Może wtedy poczuję się lepiej…  Muszę dodatkowo pomalować swój pokój, mój ukochany zadeklarował się, że pomaluje, ale już mam zamówionego malarza. Eh… ale dziś jestem przyziemna…

Pan ze skrzydłami pojechał dziś na mecz, bo choć nie szaleje za piłką nożną, to lubi czasem pooglądać. Do Krakowa. Trochę się o niego martwię…

Od wczorajszego dnia jest mi smutno, mój organizm nie chce mnie słuchać i powoli znów przestaje sobie radzić z emocjami, które się we mnie tworzą. Czuję napięcie, a tak bardzo chciałabym być spokojna…

niepokoj

Refleksje i…. galerianki…

Jakoś zatęskniłam dziś za moim blogiem, Bluesowe Opowieści. Co dziwne, bo pisałam na nim po raz ostatni wczoraj. Czasem myślę, że stworzyłam fajne miejsce, do którego może i wielu by zaglądnęło, a musiałam je zahasłować i ukryć przed światem. Hm… może jeszcze kiedyś uda mi się przywrócić dawną świetność tego blogu, o ile tak w  ogóle można powiedzieć. Nie był i nie jest on popularny, ale te kilka czytelników mi wystarcza, jak na razie. I tak wylewam tu tylko swoje żale i smutki oraz małe i większe radości, tak postanowiłam. Może od czasu do czasu wplotę tu coś innego, życiowego, obiektywnego…

Czasem myślę, że ten blog jest zlepkiem niepotrzebnych słów, bez większej wartości i przeznaczenia, przecież w tym czasie mogłabym pisać literacko… taki mam zamiar, ale jak na razie idzie mi średnio z realizacją tego planu. zawsze znajdzie się jakieś inne zajęcie. Ostatnio dusił się mój koń, więc trzeba było go ratować, a laptop ( w tym samym dniu) odmówił posłuszeństwa i padła mu całkowicie bateria, dziś przyszła nowa, tylko trzeba zamontować.

Dziś ogarnął mnie znów smutek, przez pewną sytuację. Rano, przy śniadaniu, chciałam porozmawiać z dziadkami, o takich tam… pierdółkach. O swoim życiu mało już im mówię, jedynie babci, jest jeszcze w miarę ogarniająca procesami myślowymi rzeczywistość, choć też już dziwnie zaczyna interpretować świat. Powiedziałam, że podobnież mają zlegalizować marihuanę tą leczniczą, na potrzeby medycyny, na co dziadek…

-Co? Pan ze skrzydłami pali marihuanę? Ale jak to?

Opadły mnie siły… a kiedy prababcia wyszła na dwór i mówiła, że kiedy z drzewa lecą soki( żywica), to ono płacze, poczułam się jakbym na chwile przeniosła się do Matrixa. Nie mam już sił, cokolwiek nie powiem, zostanie przekręcone lub zinterpretowane inaczej. Nie wiem już jak z nimi rozmawiać i o czym… nie mam  w zanadrzu takich tematów. Mam się cieszyć, ze słoneczko świeci czy ptaszki śpiewają? Jak do 5-latków? eh… zrobiło mi się przykro i smutno. Czasem człowiek potrzebuje normalnej rozmowy, takiej gdzie komunikat zostanie zrozumiany, przetworzony i zostanie wytworzona jakaś reakcja (najlepiej właściwa) czyli odpowiedź. Przez jakiś czas było mi smutno. Poczułam, ze zostaje sama na tym świecie, mentalnie… Mam tylko pana ze skrzydłami. Chomiczkowa się odwróciła, stała się tajemnicza i niedostępna, chyba nie chce przyjąć już żadnej próby pomocy sobie, nic więc nie mogę zrobić.  To w sumie też smutne.

Widziałam, iż na blogu Anonimowego pojawiło się pożegnanie, wraz ze zniknięciem wszystkich wpisów. Zdziwiło mnie to, ale może musi zacząć wszystko od nowa? rzeczywiście ruszyć naprzód. Kilka blogów nam zniknęło z horyzontu, najpierw Mara, teraz Anonimowy, eh… żadnych pocieszających informacji. A to przecież ja pozostawiałam kiedyś swoje blogi bez dłuższego odzewu.

Wczoraj obejrzałam dwa filmy, lecz skupię się tylko na jednym- mianowicie Galerianki, produkcji pełnometrażowej z 2009 r., niegdyś hit. Opowieść o w sumie chyba dzieciakach z podwórka, szukajacych spełnienia marzeń, tylko każde na swój sposób. Fabułą opiera się na tym, iż trzy dziewczyny będące już „w branży” robią z czwartej, początkowo grzecznej i poukładanej, galeriankę…niestety zepsuli zakończenie filmu, jak dla mnie, dziewczyna stoi i patrzy w lustro, potem zaczyna z siebie zmywać wyzywający dość makijaż, choć… w sumie to ładnie jej w nim było, gdyby nie służył do przyciągania klientów. Historie tych dziewczyn tak bardzo przypomniały mi czas spędzony z Chomiczkową. Eh, to włóczenie się po miastach. ( O tym jeszcze nigdy na blogu nie pisałam) Przyznać muszę, że film ten gdzieś się tam osadził w mojej głowie, nie ze względu na jego świetne zrealizowanie, a dlatego, iż te środowiska zawsze fascynowały mnie pod względem badawczym. Może kiedyś mi się uda zrealizować takie badania. Na razie czeka mnie skończenie szkoły, za 4 lata… 7 lipca ostatnie egzaminy i…. wolność! Sesja zaliczona pięknie! 🙂 Taką mam nadzieję, ze cała, bo jeszcze 2 egzaminy zostały… ale w miarę łatwe. Myślę jednak, ze ciężko może być wytrzymać te 4 lata w domu… Jakiś czas temu stwierdziłam, że poszukam sobie jakiegoś stażu na wakacje, przy chorych dzieciach czy jakichś zwierzętach, coś co wchodziłoby w zakres studiów a dawało mi troszkę odprężenia i zajęcie, które będę lubiła.

A tu takie filmiki…  jakby ktoś chciał zobaczyć rozterki naszego pokolenia… bo to akurat prawda… z tym tekstem O.S.T.R.

Czuję się jakoś dziwnie ogólnie… te spojrzenia mojej rodziny kiedy wyjdę z domu na dwór są jakieś dziwne, jakbym robiła coś złego…

 

 

Wróciłam…

Wróciłam! Wracam również do pisania i do Was po dłuższym weekendzie. Zapewne jesteście ciekawi jak było… a więc było super! W tym miejscu można pomyśleć, iż znów będę pisać o tym co tam ze mną i z Panem ze skrzydłami, ale właśnie wokół tej relacji obraca się znaczna cześć mojego teraźniejszego życia. Było bardzo miło, przyjemnie, zabawnie, wesoło i kolorowo. Pozwiedzaliśmy zoo, rynek i pewną dzielnicę Ostrawy. Nie zapomnę momentu, kiedy wybraliśmy się na rynek i zaskoczyła nas burza (oczywistością jest, iż nie mieliśmy przy sobie parasola). Tę burzę spędziliśmy pod małym daszkiem jakiegoś supermarketu, jedząc kręcone lody włoskie. A później szukając parasola, przy dwóch pozostawionych w plecaku Pana ze skrzydłami, który to został w domu. Potem maszerowanie 30 minut w deszczu by znaleźć się w hotelu, który wyglądał nieco jak prl-owski hotel. Ale generalnie, to była jedna z najlepszych wycieczek na jakich byłam! Była… wolność! Nigdy bowiem nie pisałam tutaj o tym, ale w moim domu wiecznie panuje atmosfera zagrożenia, przed którym trzeba się uchronić, a ponieważ mieszkam z dziadkami, ci, być może ze względu na swe życiowe doświadczenia zawsze za wszelką cenę chcieli mnie chronić przez rzekomo mającym nadejść niebezpieczeństwem na każdym kroku. Więc… gdy zapada zmrok jest niebezpiecznie, jak jest tłum ludzi jest niebezpieczne, gdy zostaje sama w domu jest niebezpiecznie itp. Ciągle w zasadzie jest niebezpiecznie.

d7lEk9l94YAy1qGnJX

Na tym wyjeździe poczułam, że nie musi tak być, chyba po raz pierwszy w życiu. Tak, to bardzo smutne. Chyba po raz pierwszy w życiu mogłam jeść co chciałam, pić co chciałam i nikt nie ostrzegał mnie, że coś może mi się od tego stać. Jedliśmy więc owoce, zapijaliśmy wodą mineralną i nic nikomu nie było…Wreszcie poczułam tak w pełni, że mam na coś wpływ, że mogę coś wybrać, sama zdecydować. Że nikt nie chroni mnie przed niebezpieczeństwami, ale też one się wcale nie wydarzają…

Można błądzić uliczkami dużego miasta, śpiewać na środku ulicy i całować się na ruchomych schodach galerii ( tak wiem, jak to brzmi, ale nie mieliśmy nic złego na myśli, choć spojrzenia ludzi mówiły same za siebie) Eh, ci ludzie, wszystkie takie zachowania łączą z jednym zapewne..

Było wesoło, z lekka szalenie i bardzo pozytywnie. No i mogłam też poprzebywać przez jakiś czas z Panem ze skrzydłami, który jak zwykle troszczy się o mnie jak tylko może. Cieszę się, że go mam…

P.S. Dokładam kolejne postanowienie do pianych poprzednio:

Nie brać wszystkiego śmiertelnie poważnie i przestać patrzeć na wszystkie, nawet trudne sprawy przez pryzmat kłopotu, czyli w skrócie więcej luzu.

Zabezpieczony: Co przyniesie nowy wiatr?

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: