Sen

Dziś w nocy śnił m się Łapacz Krokodyli. Może przez to, że o nim wczoraj pisałam? Większość dnia wczorajszego spędziłam nad projektem, który szczerze powiedziawszy, nie wiem, jak wypadnie.

W moim śnie był taki zadowolony, miał na sobie taką niebieską kurtkę i kapelusz. Potem przyprowadził za rękę swojego synka… Nagle przenieśliśmy się na jakiś występ, znani ludzie, znane zwierzęta, wir i szum wokół, galopujący chaos, jakaś kobieta zapytała mnie kim jest. Nie wie czemu, uśmiechnęłam się tylko do niej, nie odpowiadając.

Potem szłam gdzieś w wysokie góry, odwróciłam się, zobaczyłam, że za mną idzie. Spojrzał się. Nie mogłam wypowiedzieć ani słowa, przez cały czas zastanawiając się, skąd się tu wziął…

Moja wyobraźnia czasem wariuje, zestawia świat rzeczywisty z nierzeczywistymi wrażeniami, marzeniami czy myślami. Od zawsze tak było. Kiedy teraz tak patrzę, to moje życie jawi mi się jako pasmo moich wyobrażeń względem rzeczywistości. Zawsze bowiem byłam lekko oderwaną od świata marzycielką, pragnącą za wszelką cenę trzymać się racjonalności…

Mam  dzisiaj ochotę na coś nowego, szalonego, nietuzinkowego, na popłynięcie gdzieś swoimi myślami…

Reklamy

Hasło na blogu oraz powrót Łapacza Krokodyli i całej trupy…

Witajcie! Teraz już spokojnie mogę powitać tych, którzy są jakby ze mną od powstania tego blogu i nie przestają mnie czytać. Wyróżnienie? Nie chciałabym nikogo wyróżniać, po prostu, tych parę osób mi wystarczy. Kilka dni temu podjęłam decyzję o założeniu hasła na blog.

Wracam po krótkiej nieobecności…  Przywalili mnie stertą materiałów, projektów, badań psychologicznych, bo przenieśli nas na 3 rok studiów w zakresie materiału jaki mamy zrealizować. Jest tego mnóstwo, grupa nic nie chcę robić, nie chcę sobie pomagać, jest dennie, ogólnie proszę i piszę do nich aby się zainteresowali ale zero reakcji.

Dużo się ostatnio wydarzyło w życiu osobistym, a to Pan ze skrzydłami wymaga uwagi, a to…

Odezwał się po raz drugi Łapacz Krokodyli. Znów, po tygodniu, tak po prostu, bez cześć, bez przywitania. Chodziło o zdjęcia z pokazów, które mam…potem jednak rozmowa zeszła na inny tor. Popisaliśmy trochę…

Potem dołączyli pozostałe chłopaki z jego sportowej trupy.

Ma być w tym roku jakiś przełomowy rok w ich pokazach jazdy konnej, kaskaderki na koniach. Dowiedziałam już jestem „przygarnięta” jako stały bywalec pokazów, na których on jest, no więc dostałam zaproszenie od niego…

Czy pojadę…?

 

Dziwnie się jakoś czułam odpisując na kolejne wiadomości. Choć to tylko „znajomość”, to jednak jakoś niepozorne zdarzenia zeszłego lata, o których nikt otwarcie nie powiedział nigdy, (jak to określił  zgrabnie Morfeusz- „mięta przez rumianek”) gdzieś tam są…i myślę, że on o tym wie, choć nie wiem czy tak akurat to odbiera.

 

O Łapaczu Krokodyli czy też Kowboju ( zapraszam do wpisu z dedykacją dla Lenki z realnie-lb.blog.pl) pisałam kiedyś:

Z Łapaczem Krokodyli to… długa historia… Poznałam go na wakacjach i był jedyną odskocznią od tego, co przeżywałam wtedy z M. Moja rodzinka też nie specjalnie wyrażała chęć przebywania ze mną, a , że nadarzyła się okazja porozmawiać z największymi w Polsce gwiazdami woltyżerki konnej, no to… poszłam sobie do nich. I w sumie… wszystko zaczęło się od rozmowy. Nie sądziłam, że są to tacy otwarci, życzliwi i mili ludzie. Byłam w szoku. I tak od rozmowy do rozmowy, o koniach i innych pierdółkach… w pewnym sensie zaprzyjaźniliśmy się, choć nie wiem, czy mogę to tak nazwać… W pewnym sensie miałam wrażenie, że był to niewielki podryw, bo przyznać trzeba, że piękny z niego facet. Choć nie wiem, czy to pasuje… przystojny jest zabójczo, tyle. 😛 No i świetnie jeździ konno, już nie wspominając o tym, że potrafi np. jechać na koniu głową w dół, trzymając się tylko na rękach, z nogami wyprostowanymi w górze i to w szybkim galopie. Hm… I o dziwo w ogóle się tym nie szczyci. Bardzo fajni ludzie 🙂 Jeśli się zna to środowisko i wie co i jak, jaki stosunek mają ludzie, którzy się wybili,( a w większości są to zatwardziali buce lub wymądrzający się instruktorzy), na prawdę, potrafią zadziwić nie tylko jazdą ale i usposobieniem oraz nastawianiem do ludzi i zwierząt. (…) Po raz pierwszy od długiego czasu poczułam się po prostu fajnie. Gwiazda jeździectwa  może się ze mną bawić, rozmawiać, śmiać, żartować, po prostu… miło spędzać czas. Co tam jeszcze w tej relacji miało być lub było to… nie zostało nigdy powiedziane, więc nie będę tego ugłaśniać 😛  Są sytuację, nie do końca „jasne”, a i tak zainteresowani wiedzą o co chodzi. Ale czy tak było, czy nie? Nie mnie to osądzać, ja mogę tylko za siebie mówić, a być może troszkę go pokokietowałam, choć normalnie tego nie robię w stosunku do facetów. Ale oczywiście to własnie ta sfera, do której się nie przyzna 😛 Choć najdziwniejsze było to, iż nie dał nic po sobie poznać, że…. ma dzieci… Dowiedziałam się potem, dopiero z innego źródła… Pojechałam na jeszcze jeden występ, wybawiłam się wtedy w gronie koniarzy, pooglądałam co ludzie potrafią robić z końmi, no i oczywiście zobaczyłam Łapacza 🙂 I choć wiem, że z tego nic większego nie będzie, to jestem mu baaardzo wdzięczna, i uwielbiam spędzać czas w tym gronie. To są tak zakręceni, pozytywni wariaci, eh… za każdym razem nabieram energii do życia, łapie ją, a nawet czerpię całymi garściami.” 

france19

Ucieszyłam się jak dziecko, nie wiem, lubię go… tak po prostu.

Niestety, Pan ze skrzydłami zaczyna coś węszyć pismo nosem i choć niczego złego przecież nie robię to jednak podjęłam decyzję o… założeniu hasła na blog. Są tutaj bardzo osobiste treści, a po co ma dojść do niepotrzebnych nieporozumień między nami, gdyby on to znalazł no i osoby z którymi mam kontakt obecnie. Jest to też dobre rozwiązanie ze względu również na moją obecną dzialalność piśmienniczą, którą chcę jakoś rozwinąć, czy to w sieci czy też pza nią.

Chcę się cieszyć tym wszystkim co jest dokoła a nie robić sobie problemów. Po za tym, blog ten już swoje świetne chwile przeżył i wystarczy mi teraz kilka najbliższych osób. Tak jak już pisałam, chciałabym też w blogosferze rozwinąć inną działalność niż „wyżalanie się na blogu”. A za dużo znaków charakterystycznych mam. Konie, pokazy, pisanie wierszy, to wszystko mnie w pewien sposób „zdradza”, pozwala na rozpoznanie, jeśli ktoś zna mnie osobiście.

Zastanawiam się…

Cały czas zastanawiam się, jak poukładać to wszystko. Wciąż nie mam pomysłu a moje myśli są niekiedy niczym lawina. Przyszedł czas wytężonej pracy i nauki. Zawalili nas stertą prezentacji, projektów i książek. Jedna z nich, kupiona niedawno ma 6 cm grubości i waży niemniej od mojego kota. Muszę to wszystko jeszcze przemyśleć. Być może tego potrzebuję, czasu… Tylko, że… on niczego mi nie daje.

Czasem myślę, co się ze mną dzieję… dlaczego tak bardzo blokują mnie niektóre rzeczy?

Pan ze skrzydłami leży chory, a raczej chodzi. Zaganiam go do łóżka, ale nie chce się posłuchać. Może za mało razy? Babcia patrzy na mnie zdziwiona, „czemu się o niego nie troszczysz?” słyszę, za mało, ciągle za mało…

Może ja już po prostu przestałam się troszczyć o ludzi? Całą swoją energię troski władowałam kiedyś, niepotrzebnie. Ludzie tego nie potrzebują. Teraz już nie mam sił by zaczynać od początku. Nie mam.

Masz wiadomość… (zaskakującą wiadomość…)

Ni stąd ni zowąd odzywa się Łapacz krokodyli… Odpowiedziałam mu, może zbyt pochopnie, może nie trafnie. Nie wiem, dlaczego się odzywa. Zasypiając wczoraj zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam…

Potem lekka sprzeczka z Panem ze skrzydłami. Oboje mamy trudne dość charaktery i jesteśmy uparci… ale już dobrze.

Dziś taki spokojny poranek, jestem sama w domu, tylko kotka mi towarzyszy… coś innego od codziennych poranków gonitwy i hałasów…

Postanowiłam, że muszę zabrać z tego blogu swoją bardziej artystyczną wersję pisania. Postanowiłam poświęcic go sobie… za dużo tu prywatności abym mogła go przedstawić kiedyś jako „mój blog i moje dzieło”. Jakie dzieło? Spisane na raz, przez czas… emocje i wydarzenia Sporo sie tu działo kiedyś… Myślałam nawet o porzuceniu tego miejsca i pisania tutaj, ale szkoda mi tylu słów. Tak, po prostu szkoda. Tego blogu raczej nikt nie zobaczy…

Czuje, że zaczyna się jakiś nowy rozdział w moim życiu, zaczynam robić coś nowego… A ten blog zostanie, nie na każdym kroku i nie wszędzie muszę pozostawać KIMŚ.

Może niepotrzenie…

Moje małe radości i mała wojna…

Dzisiaj taki miły dzień. Cały prawie z Panem ze skrzydłami. Brakowało mi już jego osoby… Rano dobre śniadanie, potem czekanie aż się rozpogodzi całkowicie, wszak miał być dziś ładny dzień, taki ciepły, prawdziwie wiosenny… I był, w pewnym momencie. W południe wybraliśmy się na dość długi spacer. Widzieliśmy dziś parę ciekawych rzeczy i osób. Łażenie po moim lasku jest przyjemne i uspokaja.  Lubię się tam cieszyć słońcem i wyczuwalną już wiosną. No i obecnością Pana ze skrzydłami…

Najpierw wszedł na drzewo, nazrywać bazi… Zrywacie już bazie? Wszakże świąt wielkanocnych jeszcze nie ma, ale bazie są takie ładne i miłe w dotyku… Lubię je, to taka jedna z oznak prawdziwie już nadchodzącej wiosny i choć mają zaraz przekwitnąć, to chciałam je mieć 🙂 Więc wariat mało myśląc wszedł na drzewo, a po chwili miałam dość duży bukiet bazi. Tak nietypowo dostać bukiet… bazi, ale zawsze bardzo miło 🙂 Choć to już nie pierwszy raz, kiedy Pan ze skrzydłami wchodzi na drzewo… Dostałam już jemiołę, taką rosnącą dość wysoko, z brzozy, (jemiołę trzeba policzyć razy dwa) oraz hubę (też razy dwa) taką ładną, dość dużą. Później, już idąc z całym bukietem bazi zobaczyliśmy cały szereg facetów niosących broń i ubranych w mundury, grających w pospolita grę przeprowadzaną na terenach pagórkowatych. Musze przyznać, że dziwnie się poczułam, widząc kogoś uzbrojonego w środku lasu. Wiedziałam, że grają w to już od lat na tych terenach, ale nigdy nie widziałam takiego zastępu „sztucznie uzbrojonych” facetów z bliska w środku lasu. Pan ze skrzydłami kiedyś w to również grał, więc przypomniały mu się nastoletnie lata i zaczął opowiadać… opowieści nie było końca 🙂 Przeszliśmy wiec drogą prawie cały las dookoła… Po drodze jeszcze spotkaliśmy motocyklistę, ale raczej w ogóle nas nie zauważył, tylko zjechał z pagórka i pojechał w inną stronę, robiąc niemały hałas. Kiedy byliśmy z drugiej strony lasu, usłyszeliśmy, jak dwie grupy się spotkały i zaczęły do siebie strzelać kulkami. A maxresdefaultPan ze skrzydłami dalej ciągnął swoje opowieści… W końcu rozmowa zeszła na to, dlaczego ludzie mają potrzebę zabawy w wojnę i chęci doświadczenia takiego przeżycia, aby się bronić, uciekać czy atakować. W końcu doszliśmy do drogi, gdzie można z niej szybko dojść do mojego domu, ale oczywiście poszliśmy w drugą stronę. I szliśmy, szliśmy, zaczęła się przed nami rozciągać otwarta przestrzeń… w końcu doszliśmy do jakiejś betonowej drogi, ciągnącej się w środku lasu i łąk. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie nią przejść , no więc szliśmy tą betonową drogą, kompletnie nie widząc gdzie idziemy (miała być to droga powrotna, bo zmierzała ona w tą stronę, mniej więcej), jednak po jakimś czasie zaczęła odbijać całkowicie w inną stronę niż zamierzaliśmy iść. Zboczyliśmy więc z niej i znaleźliśmy się na jakiejś polnej ścieżce, która nie wiadomo było dokąd prowadzi. W oddali tylko widniały słupy, które wyznaczały pozostawanie w  dość bliskiej odległości od domu. Ale nagle ścieżka się skończyła i byliśmy w dolinie, gdzie naokoło nie było widać kompletnie nic poza górkami. Górki były bardzo strome, wyjeżdżone przez motory i można było podejrzewać, że nikt tędy nie chodzi. Jakoś udało nam się wyjść na górkę, choć z bukietem bazi i bardzo śliskimi butami nie było to łatwe. Potem moim oczom ukazał się już znajomy krajobraz. Więc ruszyliśmy w stronę domu, kiedy nagle znów zobaczyliśmy tych z bronią, idących jeden za drugim, w momencie gdy przeskakiwali z jakiegoś pagórka na drugi pagórek. Coś do siebie krzyczeli, co było dziwne, bo raczej nie powinni, bo w asg się nie krzyczy, tak, aby grupa, która ma przygotować zasadzkę nie wiedziała, gdzie znajdują się ich potencjalne „ofiary”, które mają złapać. Poobserwowaliśmy ich aż do momentu kiedy cała grupa znalazła się na innej górce. Tuż potem przyjechał motocyklista, wjechał na stromą górę i towarzystwa już nie widzieliśmy. Ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem do domu. O dziwo za całym towarzystwem, które już skryło się za górą biegła sarna… co było dla nas dziwne, bo raczej zwierzęta uciekają od ryku motoru czy odgłosu strzelania kulkami. Tylko kruk leciał w stronę przeciwną. Szliśmy dalej, kiedy zauważyliśmy, że w naszą stronę idzie facet z chartem. Tego charta już raz widzieliśmy, będąc na spacerze kilka miesięcy temu w podobnej okolicy. Jednak nie zważywszy na drogę, w którą chciał skręcić facet, skręciliśmy z naszej ścieżki, tak, aby znaleźć się w pobliżu domu i ruszyliśmy już w celu powrotu. Jednak pogoda była ładna, ptaki śpiewały, a więc aż tak ogromnie się nam do domu nie spieszyło… Kiedy nagle wyrwał nas tylko głos faceta „do nogi, powiedziałem”, który wołał na psa patrzącego w naszą stronę i chcącego pewnie podejść by nas obwąchać. Facet… ewidentnie nas poznał, ale widok obejmującej się w środku lasu parki i trzymającej w rękach cały bukiet bazi dziewczyny wywarł na jego twarzy jedynie uśmiech, choć cały czas udawał, że patrzy na psa. Nasze miny były… też go poznaliśmy, niestety…..  🙂

Potem wróciliśmy do domu.

Kiedy wieczorem poszłam odprowadzić Pana ze skrzydłami do auta zaczęło okropnie padać, zdążyliśmy przejść tylko z domu do auta, kiedy już rozpadało się na dobre. Wcisnęłam się więc jakoś do samochodziku, przez drzwi kierowcy. Kierownica się zablokowała 🙂 I tak już byłam zmoknięta…

Teraz siedzę i słucham jak deszcz stuka o dach domu… Takie dni są fajne. Po prostu fajne, choć nic w nich nie ma szczególnego… A może uczę się cieszyć z małych drobnostek? Ciągle na nowo i na nowo, ale to ważne. Jutro zaczynam coś nowego, to moje postanowienie.

Dobrej nocy wszystkim czytającym tego bloga.