Zabezpieczony: Ciągła ucieczka

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Zabezpieczony: Dwie drogi i… stawianie czoła największym wrogom!

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Dziwne stany, których nie zrozumiałam…

Trzy dni spędzone z Panem ze skrzydłami pozwoliły mi się trochę oderwać i odejść choć na moment od analizowania… dziś  wróciłam do swojego, znanego mi świata, do swojego cyklu dnia. Znowu przypałętało się mnóstwo myśli… To takie uczucie, jakby na zewnątrz nic się nie działo. W mojej głowie jednak siedzi poczucie, że coś jest nie tak…

Przed chwilą miałam jakiś bardzo dziwny stan. Stan, o którym jeszcze nikt nie wie… Bowiem noszę w sobie różne cechy, skłonności, lęki- o wszystkim tym wiedzą pewne osoby, ale są takie momenty, takie jak ten dziś, kiedy czuję coś bardzo nietypowego, może nawet psychodelicznego. Przeszłość mnie dopada… choć dawno już pozbyłam się jej ze swojej głowy w codziennym życiu i wiem, że jest to oddzielone, są takie bardzo krótkie momenty, gdy wraca. Gdy analizuje swoje życie, relacje…

Wracają wspomnienia.  Rzadko kiedy ludzie doświadczają takich stanów, choć nie generalizuję, to wydaje mi się, że często żyją chwilą. Kolejna rzecz, która dzieli mnie od ludzi- doświadczam czegoś innego, nie wydaje mi się, żeby to było związane z tym, co zostało już rozpoznane. To jest coś innego… coś bardziej podobnego do tego, o czym śpiewali w swoich tekstach ludzie tacy jak Siewierski, czy Jaryczewski…

Nutka artyzmu, pociąg do psychodelii i inne odczuwanie świata…

I wiem, że się tego nie wyzbędę. To powróci od czasu do czasu, nawet, jeśli nie wiem jak byłabym uśmiechnięta na co dzień. Ale to pomaga przezwyciężyć lęk. Wobec takich stanów nie ma niczego „złego”, „niemoralnego”, „nieakceptowanego”. Może się więc zadziać wszystko. Świat w takim stanie rządzi się innymi prawami.

Chyba szukam wciąż usprawiedliwienia… jakiegoś portu bezpieczeństwa… Choć wiem, że jedyny, prawdziwy port bezpieczeństwa choć istnieje, nie może mi dać tego bezpieczeństwa…

Szczęśliwy wieczór…

Dzisiaj jest taki szczęśliwy wieczór. Znowu czuję, że on przy mnie jest, że go mam. Być może to ułuda, marzenie… może nieracjonalny spokój… Czuję szczęście, pojecie kiedyś dla mnie nieosiągalne. Czuję, że spełniają się najskrytsze sny mojego dzieciństwa, realizuje się fascynacja wolnością, że życie przeobraża się w sen, o którym  śniłam cały czas, całe życie. To było niewyobrażalne dotąd… nadal nie jest wyobrażalne, magia z mojej głowy się spełnia. Ta wymyślona, wyimaginowana, dziecinna, ta, do której zawsze uciekałam, gdy było mi źle. Wiem, że to naiwne, ale chce to czuć… gdyż nie wierzę, że to się spełnia. 

Zapisuję to, bo wiem, że za chwilę to uczucie zniknie, że go nie będzie. Zostaną wątpliwości. Dziś ich nie mam i czuję się od nich wolna, całkowicie. To takie piękne. Za dużo wątpliwości wciąż, za dużo… Pamiętam pierwszą wiadomość, czułam to samo… Nie wiem co robię do końca, albo wiem… wchodzę w coś dziwnego… ale zgubiłam się w szczęściu. Czasami mam wrażenie, że jestem tylko kłębkiem irracjonalnych myśli i wrażeń, wymaginowanego świata w mojej głowie… w którym mi dobrze.

Kiedyś myślałam, że jeśli się zabiję, to nie przeżyję już niczego pięknego, co może mnie spotkać, choć nikle w to wierzyłam, a ta wiara gasła… To właśnie jedna z tych chwil dla których warto było żyć i cierpieć, nawet, jeśli jest dziwaczna, zwariowana, niedorzeczna i niepoprawna. Moje myśli się mieszają… Jak w jakimś wielkim kotle, ale… czuję, że żyję! 

Ktoś inny oddałby za to dziś dużo, może wszystko…  Ja mam wątpliwości, ale nie dziś… 

Puścili znów „Człowieka w ogniu”. Od tego filmu wszystko się zaczęło… Dzisiaj znów go oglądam, ale czy… to będzie już koniec?  

12 listopada ’16

Zamknęłam wszystkie stare rozdziały…

„Nie chcę wiele, tylko żebyś Ty, hej Joe, znów tu był! „

Zagubiona…

Stałam się zagubioną, choć właściwie patrząc obiektywnie nie miałam do tego powodów… 

„Z maila pisanego…” -7 listopada ’16.

Czasami mam takie wrażenie, jakbym żyła w letargu. Właśnie teraz takie mam chwile. Dlatego niczego nie pisałam, potrzebowałam chwili ciszy, jakiegoś odizolowania się od wszystkich i wszystkiego… To, co się dzieje w mojej głowie jest czasem dla mnie przerażające. 

Zmieniają się wokół mnie ludzie, ciągle ich przybywa… A co najważniejsze przybywa tych „prawdziwych ludzi”, z czego się cieszę… Moje życie się zmieniło… Jednak… Jakim kosztem? Zastanawiam się czasem, ile przyjdzie mi za to zapłacić…? 

 Wśród środowiska uczelnianego na początku byłam bardziej z boku, bo młodych mało, a jak już byli to pomysły mieli tak dziwne, iż nie sposób było ich zrozumieć. Teraz mam kolegów… przez przypadkową rozmowę, więc dziewczyny mnie nie cierpią,”cześć” nawet nie mówią.  Z tym, że… jeden się chyba we mnie zakochał… Jest mną zafascynowany, pisze ciągle, wszystko mu się podoba. A ja, no cóż… też mu odpowiadam, choć na początku było to z czystego interesu, żeby nie być samej w tej grupie. Jak z nim piszę przez sms, to widzę (jeśli to, co piszę jest prawdą), że chłopak jest inteligentny, możemy podyskutować na wszystkie tematy, zawsze mi chce pomóc… Akceptuje wszystko, łącznie z moimi dziwactwami. Ogólnie… opiekuje się mną jak tylko potrafi. Nieba by chciał przychylić. To jest miłe, sympatyczne… ale z drugiej strony podchodzę do tego z ogromnym dystansem. Tak samo było z M. i wyszło, jak wyszło… potem zostaje tylko cierpienie…:(

Nie wiem, czy ta pierwsza rozmowa była przypadkiem, czy nie, poznaliśmy się przez zainteresowania… taka zwykła, dobra rozmowa… Widziałam, że mnie słucha z zainteresowaniem. 

Rodzina się cieszy, bo coś niecoś powiedziałam, więc się cieszą, bo sobie „chłopaka” znalazłam, dobrego, jeździć chce, podwozić, pomagać… A to przecież nie tak w moim odczuciu… 

Ja sama nie potrafię nikomu zaufać, fakt też, że krótko go znam, bardzo krótko… i wiem, że fakt, iż dobrze się rozmawia, może być chwilowy… Z resztą, bardzo ciężko mnie do siebie przekonać po tym wszystkim… Dla mnie jest na razie dobrym kolegą… ale nie tylko chyba z powodu poprzedniego zranienia… 

A ten drugi powód, chyba prawdziwy jest o wiele, wiele gorszy… 

Jest na świecie taka jedna osoba, przy której  czuje dobrze i czuję, że mogę być sobą… Nie wiem, czuję się po prostu szczęśliwa…. A najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że on też nie pozostaje całkowicie obojętny na moje słowa, gesty… Choć to śmieszne, bo ciągle poznaje nowych ludzi, a takich kobietek ja ma na pęczki. To są gwiazdy, uwielbiane, dmucha się na nie i chucha, uwielbia… a fanki skaczą pod barierkami… Ja własnie nie zostałam fanką… może dlatego? 
Nie wiem, ale jeszcze bardziej dziwaczne i smutne jest to, że… to już dorosły facet, nawet bardzo dorosły facet… Wraz z tym wszystkim, co przeżył…

Nie wiem już, co mam o tym wszystkim myśleć. Nawet nie przeszkadza mi wiek, ale… to wszystko jest takie zwariowane… A nawet nie mogę nikomu powiedzieć, nie chcę…

Najgorsze to to, że za nim po prostu tęsknię… 

Podobno każda kobieta chciałaby mieć swego rycerza na koniu…  Mam, autentycznego w zbroi, na koniu i co? Więcej z tego smutku niż radości… choć też jest…  

Ciężko mi po prostu… On w pewnym sensie zmienił moje życie, w pewnym sensie na prawdę mnie uratował… 

Czasem jeszcze wracają myśli o M. Choć zostawiłam tę całą historię gdzieś daleko za sobą i nie czuję do niego już przywiązania, choć czasem tak chciałabym usłyszeć, co u niego, W dzień zaduszny widziałam Indianera, to dopiero trudne, choć też już nie czuję przywiązania. Wiem za to, że zniszczył wiele lat mojego życia, choć wiem też, że mu na to pozwoliłam… Jakoś sobie radzę z relacjami z przeszłości, nie rozwalają mnie już tak, jak kiedyś…

Przypomniała mi się teraz piosenka, którą kiedyś Mara wstawiła w komentarzu i choć, może nie mamy już lata, to podobnie się dzisiaj czuję… 

„Kiss me hard before you go,
Sum­mer­time sad­ness.
I just wan­ted you to know,
that baby you’re the best.

I got my red dress on toni­ght.
Dan­cin’ in the dark in the pale moon­li­ght.
Done my hair up real big, beauty queen style
high heels off, I’m feelin’ alive.”