Ludzie na studiach inni są…

Na kilka chwil wyłączyłam się z życia… Przez ten czas zrobiłam parę fajnych rzeczy, uspokoiłam się, choć być może tylko względnie, byłam na uczelni… Tak, można powiedzieć, że żyłam. Na zewnątrz. W środku już ciężej. Najpierw moją głową targały różne myśli, takie, że aby je przyćmić, musiałam usnąć, potem zaś nie miałam czasu myśleć o czymkolwiek poza pragnieniem snu i odpoczynku. Nie ma to jak mieć weekend w poniedziałek… 🙂 

Wyciszyłam się, nabrałam dystansu do sprawy, która sprawiała, że nie mogłam się uspokoić, dostałam też zapewnienie, że nie jestem odrzucona. To chyba ułatwiło całą sprawę w znacznym stopniu. Przeżyłam. Zawsze po wykładach czuję pustkę, taką pustkę z pytaniem „co dalej?”, bo przecież nie miałam czasu zaplanować nawet jednego dnia lub chociażby pomyśleć, co chciałabym robić przez czas „teoretycznie wolny”. 

Co do studiów, muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałam… Większość z grupy to ludzie dorośli, a nawet starsi, więc choć staramy się wszyscy zachować kontakt koleżeński, jest to utrudnione ze względu na wiek i zupełnie inny sposób życia. Na pierwszym zjeździe, na którym byłam, było mi tam źle… Siedziałam i pytałam się,” co ja tu robię?” Nie mogę powiedzieć, żeby było fatalnie, niektórzy chcą się uczyć, jest dostęp na bieżąco do notatek, jest pomoc, jeśli ktoś czegoś nie rozumie. Ale kontakt z tymi ludźmi za pierwszym razem ograniczał się do miłego pytania, jak tam leci, czy wszystko wiesz z wykładu i kto, gdzie pracuje. Niby normalne, dobre… ( A może to ja za dużo wymagam?) Ja mam też inne porównanie z w sumie nowo poznaną drużyną sportową (jeździecką) i tam wszyscy rozmawiamy na równi, kiedy się pośmiejemy to jest fajnie, jakoś tak wszystko weselej. I ja właśnie tak podeszłam do grupy z uczelni. A to do tego zagadam, a to do tamtego, nawet, jeśli kogoś nie znam, czy jest innej narodowości. Natomiast moja grupa nie przejawia raczej takich chęci. Powstały grupy, czy pary i choć komunikujemy się ze sobą wszyscy życzliwie, to jednak wyodrębniają się grupy i to akurat normalne, bo raczej każda grupa tak funkcjonuje. Z drugiej jednak strony troszkę mnie to dziwi, bo wydawało mi się do tej pory, że ludzie dorośli będą potrafili stworzyć jeden zespół. No cóż, trudno jednocześnie wymagać od takich osób, żeby chcieli nawiązywać głębsze znajomości ze „smarkami”.  Bo chyba trochę za takich uważają te parę młodych osób, które się znalazły w tej grupie. 

Z racji tego, że kiedy zaczęły wyodrębniać się pary i grupki, ja zagadywałam do wszystkich, nie mając jakiejś jednej grupy, z którą bardzo przebywałam, w efekcie tego, jakoś zostałam na boku,nie zawierając „bliższego kontaktu” z nikim, a powierzchowny ze wszystkimi, dlatego wyklad-tablica-notatki-duzopierwszy zjazd wydał m się ciężki. Jedynymi osobami, z którymi przebywałam w miarę często i z którymi najczęściej rozmawiałam, były dziewczyny poznane na inauguracji, młode, tak samo jak i ja. I są one w miarę fajne, potrafię się z nimi dogadać w sprawach uczelni, ale po jakimś czasie zobaczyłam, że jednak nie nadajemy na tych samych falach. Mówią mi, że analizują pewne rzeczy, że mają predyspozycje do bycia terapeutkami, a potem śmieją się z rzeczy, która mnie nie wydaje się śmieszna i prawdę mówiąc, dla mnie jest to humor z zakresu gimnazjalisty… Nie oceniam takiego zachowania, ale wydaje mi się, że chyba mentalnie zostały one jeszcze w szkole średniej. 

Wizja spędzenia z nimi całych studiów trochę mnie zaniepokoiła i zasmuciła szczerze mówiąc. Lubię je, ale wiem, że się nie porozumiemy w sferze emocjonalnej nigdy. Miałam już takie znajome i się nie udało. Nie generalizuje, po prostu widać, że te osoby mnie nie rozumieją, czuć to w rozmowie. Potem „przykleiła się” do mnie czterdziestolatka, która jest bardzo zahukana i potrzebuje chyba kogoś, kto by ją prowadził. Akurat biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, wiem, że się na to nie zgodzę. Za dużo siły i energii dałam komuś, kto to wykorzystał, potem odpłacając się fochem i oskarżając mnie o coś, czego nie zrobiłam. Każdy sam musi nauczyć dawać sobie radę, tym bardziej w takim wieku. Bardzo nie lubię „wiszenia” na innych. Inne osoby w ogóle nie wykazały inicjatywy rozmowy, po za może jedną, z mojej strony oczywiście, więc w rezultacie, przyglądając się na moją grupę tak smutno mi się zrobiło… Czy czeka mnie taki sam scenariusz jak w latach poprzednich? Rozmowa tylko z paroma osobami… 

Jadąc zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że nie potrafię znaleźć i zobaczyć odpowiedniej osoby, do jakiejś bliższej relacji, nie mówię tu o przyjaźni, ale o rozmowie o czymś konkretnym, nie powierzchownym, pomaganiu sobie, pójściu razem na przykład po kawę. Przecież a takich małych pierdół biorą się relacje, rozmowy, może nawet przyjaźnie, czy znajomości. Stwierdziłam jednak, na pierwszy rzut oka i wchodząc powoli w świat terminologii, że większość tych dziwactw leży chyba w procesach poznawczych i ich funkcjonowaniu, które jest inne u mnie niż u innych osób. To tak bardzo z grubsza, ale chyba coś w tym jest. Każdy jest inny, to fakt i każdy dla każdego może być dziwakiem. Jest jednak takie coś, co podpowiada nam wewnętrznie, po paru godzinach, czy dniach spędzonych z drugim człowiekiem, że albo od do nas pasuje i się dogadamy na różnych płaszczyznach, albo nie. Miałam tak z moją przyjaciółką Chomiczkową, myśmy jakoś intuicyjnie wiedziały, że się rozumiemy, choć ona jest inna niż ja…  W tej grupie nie znalazłam takiej osoby, choć zapewne Mama powiedziałaby mi, że to moja wina, bo i tak niczego nie wiem o nich. Prawda, mało o nich wiem, ale… jest takie coś jak intuicja, jeszcze nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, może oczekiwań, może predyspozycji, ludzie się przecież też zmieniają, a nam wszystkim jest ciężko się zaklimatyzować. Być może okaże się, że osoba, która zrobiła na mnie takie wrażenie, za jakiś czas okażę się bardzo fajną.

Na razie było jak było i muszę przyznać, że było mi smutno z tego powodu. Została jeszcze jedna grupa , do której jakby ja pierwsza nie podchodziłam, bo jakoś niezręcznie mi było tak bezpośrednio, no… normy społeczne mówią, żeby się trochę hamować i choć jestem osobą „na wierzchu” otwartą, to jednak w środowisku akademickim nie chciałam sobie od razu wyrobić opinii, że startuję do wszystkich, bo takie plotki niestety w dużej mierze gdzieś tam idą. Mianowicie… chłopaki. Ale akurat się tak trafiło, że siedziałam sama, bo już wszyscy siedli w dwójkach czy grupach i jeden z konieczności siadł koło mnie… Po jakimś czasie na wykładzie zaczęła się dyskusja o… literaturze. Przegadaliśmy jakieś pół dnia, potem on poszedł do kolegi, a ja zostałam sama. Jednak ten jego kolega jakoś dziwnie zwrócił na mnie uwagę i pod koniec wykładów sam do mnie podszedł, ( nie wiem, czy coś mu powiedział, czy nie). Chłopak ma troszeczkę podobne pasje, jak ja. Jest miły, uprzejmy. Fajny z niego kolega. Dodatkowo jest w naszej grupie najlepszy z przedmiotów ścisłych, więc wcześniej moje koleżanki podchodziły do niego, żeby im wytłumaczył to, czy tamto zagadnienie, a myślę też , że przy okazji się pokazać… Sek w tym, że na tym koszmarnym przedmiocie ze mną siedział i wszystko tłumaczył…  Pierwszy natomiast jest niespełnionym artystą, który zawsze posiada w głowie chaos twórczy….  No cóż, ludzie się różnią…. Nie mniej jednak, nie wiem, jak to do końca działa, zazwyczaj w takich sytuacjach narastają jakieś napięcia. No i chyba tak też jest. Kiedy na ostatnim wykładzie siedziałam pomiędzy chłopakami, moje koleżanki z którymi wcześniej spędzałam trochę czasu nawet nie odpowiedziały cześć, kiedy im powiedziałam na odchodne… Eh… Dlaczego kobiety są takie, jeśli chodzi o facetów? Wiem, że nie wszystkie, ale… jednak chyba część jakiejś prawdy w tym stereotypie jest. To są młodzi ludzie, może dlatego też tak odbierają pewne sytuacje, tak, jakbym to ja „zostawiła je, dla kolegów”. Nie chciałam nikogo zostawiać, ale też, kiedy widzę, że nie znajdę takiego kontaktu, jaki bym chciała, to po co tam być?

Reklamy

Czy wiara w dobro jest naiwna?

Zgoła filozoficzne pytanie… Zadaje je sobie już jakiś czas i ciągle nie ma w mojej głowie odpowiedzi na nie, muszę więc przyznać, że nie wiem. Pewnie zdrowo myślący człowiek odpowiedziałby, że nie… A co odpowiedzieć mam ja, której sytuacje życiowe pokazały, że jeśli jest przez chwilę dobrze, zaraz dobro się kończy. W ten sposób wiec zrodziła się myśl, że zawsze będzie nieprzyjemnie… To niby logiczne, generalizowanie… Na logice mówią, że właśnie nielogiczne. 

Jeśli witamina C raz i drugi zadziała na grypę, to znaczy, że witamina C działa na grypę (zawsze), otóż nie… Możemy znaleźć takiego człowieka, na którego podczas grypy witamina C nie zadziała. Zawodne… Trochę przekonuje. Ja jednak w swojej głowie mam mocno zakodowane- nie wierz, bo znowu i tak cegiełki się rozlecą. Silne, za silne…

Ostatnimi dniami towarzyszy mi ogromny lęk… Lęk związany z Łapaczem krokodyli… 

Relacja jakoś tam się rozwija… Przecież powinnam się cieszyć, moje, zupełnie wydawałoby się nierealne marzenia z dzieciństwa się spełniają! Marzenia o Dzikim Zachodzie, o pędzących koniach, o wolności. Znalazłam wreszcie świat, o którym mówiono mi, że nie istnieje.  Dodatkowo jeszcze ranga, tysiące ludzi na występach, każdy chce choć zrobić zdjęcie, tak jak ja na początku… Powinnam się cieszyć… „Jestem” w paczce. 

I cieszę się, tylko, że dodatkowo się boję. Nie boję się jego… Boję się jego zachowania, a jeszcze bardziej mojej reakcji na nie. To wszystko wydaje mi się być szalone. Nigdy nie myślałam, że przeżywać będę coś takiego w relacjach. Lęk chyba przeskoczył mi o dwa poziomy wyżej. Świadomie wiem, że nie ma zamiaru mnie krzywdzić czy robić na złość, dodatkowo wiem, że akceptuje u mnie na przykład coś, co większości społeczeństwa mogłoby wydawać się dziwne. Mimo to się boję, choć kiedy piszę te słowa to jakoś lęk się zmniejsza. 

Boli mnie głowa… Choć nic nie wskazuje na to, ze miałoby się stać coś niedobrego, to podświadomość każe uważać i założyć najgorszą wersję. Zmierzyłam się już w życiu z kilkoma ciężkimi mechanizmami we mnie, ale ten wydaje mi się tak silny, że nie umiem się na tyle rozpędzić, aby go przeskoczyć. To walka, zbieranie wszystkich sił… Wmawianie sobie, że to, co ja myślę nie musi być prawdą! 

Potrzebuję bez przerwy dowodów… Szajba! 

Tylko, czy ja mogę wierzyć w dobro? Czy dobro nie jest czymś naiwnym, jeśli zawsze kończyło się fiaskiem? Kiedyś, jako dziecku wmówiono mi, że wiara w dobro jest naiwna… Ale nawet, jeśli tak jest, to przecież mogę w nie wierzyć. 

Chcę znaleźć kogoś, kto mi pomoże, tak nie da się funkcjonować. Świat może być przyjazny, tylko… wyrzućcie z mojej głowy to paskudztwo! I choć wiem, że tylko ja wiem, jak to zrobić, dziś chciałabym, żeby ktoś mi powiedział jak…  

Jestem „chora na odrzucenie”. Za jakąś chwilę będę się musiała zmierzyć z tym lękiem, trzymajcie kciuki. 

P.S. Nie byłam chora po tym niby „przemarznięciu”, nawet kataru, ani nic. Odporność mi się podniosła i to jest chyba dowód na to, jak bardzo stres oddziałuje na organizm i osłabia odporność.  🙄

 

Akcja w pędzie, czyli wiatr, tętent i Łapacz krokodyli…

Już po… Żyję i… mam się dobrze, a może nawet lepiej 🙂 Nałapałam energii i chęci, naładowałam baterie. Ja nawet nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem ładuję na nowo akumulatory. Teraz czuję się dobrze i o dziwo, nawet nie czuję zmęczenia, choć całość dnia wczorajszego mogła lekko dać w kość pod tym względem, jednak myślę, że… warto było.

Drogę „tam” odbyłam trochę z niepokojem, choć pojawiał się on tylko momentami. Niekiedy po prostu nie myślałam o tym, co może się zdarzyć. Trochę było mi głupio, nie za bardzo wiedziałam, co może mnie spotkać, jeśli łapacz krokodyli się pojawi, ale postanowiłam zaryzykować. W końcu jechałam też tam na fajną zabawę, a spotkanie z nim miało być poniekąd przypadkowe.  A jeśli można czasami połączyć interesy i chęci, dlaczego tego nie zrobić? 🙂

Myślę sobie „Kurcze, trzeba jakoś Łapacza krokodyli” zwerbować, bo choć może to wyjść trochę dziwnie, to jednak następna okazja może się długo nie nadarzyć. No więc jadę i kombinuję, co by tu powiedzieć. Ja jestem otwartą osobą i nie mam problemu w załapaniu kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak po tym, co wie ów Łapacz, może stworzyć się trochę dziwna sytuacja. Jednak stwierdziłam, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego, więc nie ma sensu sobie tworzyć planu, zdam się na sytuację, a uśmiech i życzliwość dużo może 🙂

Po dojechaniu na miejsce więc wysiadam,( oczywiście ostatnie poprawki wcześniej, żeby nie było 🙂 i rozglądam się dookoła, aby się rozeznać w sytuacji, gdzie tu co się dzieje. Idę parę kroków. Widzę jakaś jedna uczy konia chodzić w kółko, druga swojego czesze, trochę ludzi, trochę aut, pola… Jacyś przebierańcy. Idę, idę, rozglądam się dalej, wiadomo, znaleźć takiego w tłumie nie łatwo (choć tłumu wtedy jeszcze nie było).

Przeszłam może parę kroków od samochodu, nagle widzę, ojczym idzie w stronę bukłanek ( do przewożenia koni).  I słyszę „dzień dobry, dzień dobry!” Zdziwiło mnie to, kurcze, zna już tu kogoś, czy jak? Ale nie zdążyłam spojrzeć, bo w tym samym czasie Mama wyskakuje

-Patrz! Patrz! Wołodyjowski na koniu!

Patrzę, no rzeczywiście… jakiś ubrany w grube szaty, prawie, jak dywan, na koniu jedzie. Fajnie, ale… odwracam się znów w stronę bukłanek, patrzę, a tam …. stoi grupka chłopaków. Jeden w bejsbolówce, dość grubej kamizelce i… trampkach podaje rękę ojczymowi, taki zadowolony i się na mnie patrzy.  Zerkam szybko, tak z daleka, powoli zmierzając w ich stronę, bo Mama znów o Wołodyjowskim, więc na Wołodyjowskiego patrzę, czując jak mnie ściąga wzrokiem, a myślę sobie „nie, to nie możliwe…”, W tym czasie podchodząc coraz bliżej tej grupki, obracam głowę, a tam… Łapacz krokodyli we własnej osobie!!! 🙂 W bejsbolówce… Patrzy i się cieszy do mnie. Byłam w lekkim szoku, ale nie dałam poznać tego, mam nadzieję. A co najlepsze, jeszcze dobrze nie podeszłam, a ten już opowiadać zaczyna… co jadą, jak jadą, i tak dalej… Wow! Odwaga rozpiera… Pogadaliśmy chwilkę, pośmialiśmy się, pouśmiechaliśmy. Ci jego kumple patrzą po sobie trochę, kto to jest w ogóle, ale też starali się uśmiechać. W końcu nie wytrzymałam i pytam się, czy będzie to, co miałam zobaczyć. Tu się biedak trochę zawstydził, ale przykrył śmiechem, mówiąc, że nie wie, bo to wszystko zależy od szefa. ( Bos, o którym pisałam już kiedyś).

Potem poszłam na kramy, bo mojej ekipie się jeść zachciało, bo bez śniadania pojechali ( nie wiem, czemu tak, potem musiałam tyle razy biegać i szukać jedzenia, zamiast monitorować, co się dzieje i kiedy oglądać…) Generalnie przez organizacje całej imprezy nie zjadłam nic, przy wielu kramach i stoiskach, ale mniejsza o to.  Zjadłam w drodze tam i z powrotem trochę, bo generalnie przejechaliśmy pół kraju…

Popróbowali jakiś dziwnych przysmaków myśliwskich ( babka z wieprzowiną i cebulą) i poszliśmy do samochodu, się zagrzać trochę, choć rano zimno nie było. W między czasie kręcenia się tam po straganach widzę, że koło chłopaków się jakieś młode dziewczyny kręcą, a to zbroję zapinają, a to qnia czyszczą, a chłopaki zadowolone! Łoj zadowolone! No więc się przyglądam baczniej, niby oglądając coś na straganach… Ale Łapacz z nimi niet. Nie gada, nie patrzy na nie, w ogóle, ubrał się tylko w taki specyficzny strój (pod zbroję) i poszedł do kanciapki polowej.  W sumie… w zbroi dopiero go poznałam, że on to on, a przynajmniej wygląda jak on 🙂 Napiłam się herbaty, siedzimy chwile w samochodzie, a jeźdźcy już niektórzy na konie powsiadali, nasi też. Wzięli sobie chorągwie i jadą. No to my z Mamą łubudubu z tego auta, wyskakiwać i lecieć z nimi, co to też się będzie działo, bo mieli trzy razy jechać…

Ale, że do placu dla koni drogi nie było, tylko trzeba było minąć ubierającą konie kawalerię,  no to my przez tę kawalerię, a tam konie po dwa metry, wielkie, ogromne, czarne i masywne. Trudno mówię! Idziemy! W tym czasie rycerze już przejechali całą łąkę i jadą dalej, a my się przedzieramy przez te kawalerie… jeden koń stanął tyłem, droga wąska, trochę trudno podejść, bo jak kopnie, to tylko strzępki z nas zostaną… Czekamy, czekamy… wreszcie odeszli z tym koniem, no więc dawaj! Dalej, idziemy na tę łąkę… A odległości są tam nie małe, uwierzcie mi, to są duże łąki… Wychodzimy, a tam pusto! Patrzymy, gdzie mogli pojechać, ale nigdzie nie widać chorągwi, bo tylko chorągwie było widać z tego tłumu ( i tak dobrze, że je mieli). Patrzę, a oni z drugiej strony tej kawalerii już jadą. -Tam są!-mówię. Ale przejść się nie da za bardzo przez plac dla koni, bo zagrodzone wszystko płotkami, no to my znowu przez tą kawalerię się przedzieramy, z powrotem… Koni już  co nie miara, każdy wysoki, samochody po bokach, przejść nie idzie… No ale cóż zrobić. Przeszłyśmy… Patrzymy, a tam też pusto! Patrzę, patrzę… chorągwie są po drugiej stronie kawalerii i jada na polankę. -O Nie! Ja już nie idę tamtędy! -Myślę sobie, przyprowadzili jakiegoś młodziaka, rzuca się to jak nie wiem, a waży też jakieś 500 kilo, jeszcze trochę chcę obejrzeć dzisiaj. Więc lecę, szybko dookoła dużego placu, w jakąś uliczkę wychodzącą na łąkę. Lecę, lecę, ja patrzę, a ci zawrócili i jadą w las.

Stanęłam na środku tej uliczki i się śmiać zaczęłam 😉 Ale znalazłam się w miejscu, gdzie miała być główna parada, więc jacyś jeźdźcy się już zbierali na nią, na dużym placu już jakieś podrygi, galopy, ułani… więc i się zabrałam za patrzenie na to, no bo cóż innego zrobić. Porobiłam zdjęcia chyba wszystkim koniom, jeźdźcom, a nasi pojechali bardziej pod las, stanęli sobie w rządku, tyłkami (końskimi) do parady, przodem do lasu i stoją. Przestali tak większą część przygotowań do parady, tylko potem przenieśli się w miejsce bliżej dużego placu (wszystko trwało około dwóch godzin, więc byłam trochę zmarznięta). W między czasie podjechał do mnie jakiś Łupaszenko, ( Nie wiemdokładnie, jak się nazywał, ale coś chyba od Łupania) kaskader konny ze wschodu i dalej do mne, że konia mi trzeba, to będę jeździć z nimi. Hm… w sumie, propozycja ciekawa ha ha.  Obejrzałam przygotowania do parady, paradę i część mszy polowej. Potem skostniały mi ręce i musiałam się iść zagrzać. Podczas tego, jak nasi wjeżdżali na paradę i mszę, to przejeżdżali koło mnie akurat. Więc się patrzę jak jadą w moją stronę, a Łapacz się patrzy i cieszy, że hej! Jak przejeżdżali, to zaczepiał i się śmiał… Tyle widziałam, bo reszta pod przyłbicą 😛

Potem była Msza, no i miała być cześć artystyczna, czyli występy… Stałam  na zimnie cztery godziny, zanim się doczekałam na występ. Obejrzałam wszystko, konkursy, gonitwę, zabawy dla dzieci… Wieczorem zrobił się bardzo zimno i nieprzyjemnie. Kiedy wreszcie rozpoczął się występ właściwy (jeden, a miały być trzy, ale tyle powymyślali zabaw dla dzieci, że nie zdążyli tego ogarnąć) byłam już w większości zmarznięta. Jak również wkurzona na to, że organizatorzy nie dali podejść bliżej dużego placu. Wszystko musiałam oglądać zza dwóch barierek, co było nonsensem. Niby dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony bez przesady uważam. W trakcie występów miał miejsce pokaz posługiwania się batem, który robił Łapacz krokodyli, bo kolegom chyba się nie chciało… Potem mieli komuś włożyć czapkę na głowę i ją zrzucić batem. Zgłosiła się jedna dziewczyna. Ale Łapacz chyba postanowił, że dziewczynie czapki zakładał nie będzie, bo inny kolega musiał jej założyć, a Łapacz sobie stanąć w tym momencie na boku i mnie obserwuje… Co dziwne, nie byłam wcale blisko, więc musiał wcześniej widzieć, gdzie stoję, bo tłum ludzi był niesamowity! Najlepsze, że tuż przed nim koleś miał smagać batem  nad głową jakiejś dziewczyny z zawiązanymi oczami (Koleś miał zawiązane oczy, nie dziewczyna 😛 ) A ja, no ja… udaję, że się skupiam na robieniu zdjęcia, no bo cóż… Śmiać mi się chciało, ale już nie chciałam tak na pokazie, jak obok był bos i zamieszanie.

Potem jeszcze pojeździli, było na co popatrzeć, wierzcie! Jeden z kolegów Łapacza na pokazie tak machał w moją stronę i też się śmiał… Dziwne to było, no ale. Machać sobie może przecież 🙂 Wesoły taki 🙂 Jak skończyło się widowisko było już dość późno, pół kraju przed nami, więc trzeba się było zbierać.  Mamie od stania przez cztery godziny zrobiło się niedobrze, ja już telepałam się z zimna. Jak szłam do auta to widziałam jeszcze plątające się te młode dziewuszki, zabierały chorągwie, reszta ekipy z nimi coś tam gadała. Łapacza nie było. Zobaczyłam go dopiero, jak już wsiadłam do samochodu, szedł sobie sam z koniem w stronę bukłanek. Chciałam się iść pożegnać, ale moja ekipa już jechać chciała, bo im zimno i zmęczeni, a z resztą, nie wiem, czy bym ich potem zobaczyła, bo pewnie dali konie dziewuszkom i poszli do kanciapki się ogrzać i odpocząć. Zrobiło mi się trochę przykro, ale… no cóż, było duże zamieszanie.

Fajny dzień… Dziwne, bo zawsze jak jestem w takim niecodziennym miejscu z takimi niecodziennymi ludźmi, to coś do mnie dociera. I tym razem tak było. Z pozoru fajna zabawa, ale pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że można żyć bardzo po swojemu i, że to, co czasami czuję i myślę nie musi być prawdą… tą smutną prawdą.

Warto było zmarznąć! Choć mi mówią, będziesz chora… trudno. Na razie wręcz odwrotnie, bardzo dobrze się czuję! 🙂

„Nieudolny strach”

Zagryzam wargi,
nieudolnie…
W oczekiwaniu,
że poleci krew.

Ze strachu spowolniony oddech.                                                                gallery_1427890458_837082_200
Nie wiem, czy czekać,
w niepokoju.
Czy jeszcze raz,
podnieść oczy,
ku Słońcu.
W nadziei…
Gdy każda sekunda
mego istnienia,
przybliża mnie do…
Ciebie.

Boję się myśleć, o tym,
co…
Wiem, że nieracjonalna
dziś jestem.
Byłam przez miesiąc.
Może to wystarczy…
Jedno spełnione marzenie…

Coś złego się dzieje – o młodzieńczym dorastaniu…

Wieczorne pisanie bez zagnębiania się, to lubię. Dzisiaj się trochę pozagnębiałam, bzdurną sprawą tak prawdę mówiąc. No ale cóż, perfekcjonizm o sobie znać daje. Tymczasem teraz zajmuje moje myśli inna sprawa. Coś złego dzieje się z Małą. Podobnież napisała sobie coś na ręce żyletką. Nie chce natomiast powiedzieć nikomu o co chodzi. Ostatnio zmieniała szkołę i co się z tym wiąże środowisko. Może ciężko to znosi. Żal mi jej… nie umieją się nią zająć. Ja jestem jakby z drugiej strony tej zbieraniny, a do ich spraw rodzinnych się nie mogę wtrącać, z resztą nie chcę, więc niczego konkretnego zrobić nie mogę. Ale żal mi tego dziecka. 

2ae13a47cba7986cb263c83920439662,62,37Przypomniała mi się sytuacja z lata, kiedy pokazywała mi swój prywatny notatnik sekretów i różnych zapisków. Nie pamiętam wszystkich tekstów, które tam były, ale było też tam zdanie „Cięcie się boli, ale pomaga.” Pytałam się, dlaczego tak napisała, powiedziała, że to z internetu. Yhy… zaraz zobaczymy gdzie to jest. Z jakiś powodów to wpisała. Trochę mnie to przeraził fakt, iż dziecko wypisuje takie rzeczy i fascynuje się mroczną stroną życia. Takie fascynacje przychodzą w wieku dojrzewania… Mówiłam o tym reszcie, z nadzieją, że coś zrobią, jakoś zareagują. Przecież to są dorośli ludzie, a ja nie mam prawa się wtrącać w rodzinę Małej. To ich sprawy. Jednak reszta wytłumaczyła, iż to głupie młodzieńcze zabawy i lans przed koleżankami. Pewnie po części tak jest, ale ja na miejscu dorosłych wolałabym się temu przyjrzeć, a nie żyć w najlepsze i mówić, że nie ma tematu. Teraz podobno też jest dobrze. „Dobrze”, bo napisała na ręce… też zabawa na pewno, z koleżankami, tylko, że od głupich zabaw, czy chęci zwrócenia na siebie uwagi zaczyna się widzieć sposoby rozwiązywania problemów, takie, a nie inne. Zamienianie bólu psychicznego na ból fizyczny…

Powiedziała, że przez koleżanki, że teraz jest już dobrze, ale to maska, tak mi się wydaję… Zrobiła się teraz bardziej cicha, mniej rozmowna, nie chce nawet odpowiadać na wiadomości, a kiedyś potrafiła zadręczać sms-ami cały dzień. 

Wysłałam jej dzisiaj wiadomość, żeby jechała ze mną na akcję, że fajnie by było, jakby jechała. Wysłałam w nadziei, że poczuje się potrzebna i niezapomniana. Napisałam, że będzie łapacz krokodyli, że ma być fajnie. Zapytała tylko kiedy, później nie odpowiedziała już nic, co do niej nie podobne. Eh… żal mi jej. A mówiłam, że coś nie tak, to nie wierzyli…

Może przyjazd M. na dłużej by coś dał? Jakby on z nią pobył? A może by tylko pogorszył sprawę? Sama nie wiem… On na razie chyba też sam się zagubił… Oboje szukają grupy, towarzystwa, rówieśników i dobrze, tylko, czy to wszystko musi być tak bardzo chaotyczne? Mała chyba sobie nie radzi, bardzo przeżywa każdą jedną „stratę” koleżanki, w jej odczuciu, a o M. to już pisać nie będę…  Wiem, ze Mała, jak każda mała istota, wchodząca dopiero w ten świat chciałaby wierzyć w jakieś górnolotne relacje, przyjaźnie na całe życie i brak bólu w nich, ale… nie może tak przeżywać. Tym bardziej mnie to dziwi, bo dziewczynka w ogóle nie wydaje się być emocjonalna, jakby wszystko po niej spływało… chyba jednak nie wszystko. Albo to nie w tym rzeczy, tylko w czymś innym, może nerwica…

M. też poszukuje grupy, kumpli i własnej tożsamości… rozpieprzając wszystko dookoła i niszcząc całą przeszłość razem wziętą, tą złą i tą dobrą. (Jakoś rok temu grupa nie była mu do niczego potrzebna.*)

Eh… 

*- Przepraszam, musiałam to napisać, wybaczcie… 

Trudne oczekiwanie

Pogoda nas ma w tym tygodniu nie rozpieszczać. Ogólnie za oknem jest okropnie. Jedno spojrzenie przez nie wystarczyło, abym zaszyła się dziś w domu, z laptopem i… pisała. Może napiszę to opowiadanie o którym Ania S. pisała na swoim blogu jakiś czas temu? W końcu do końca października czas jest, a pomysłów mam mnóstwo, tylko, że… jak to ubrać w całość? Hm… zastanawiam się nad jakąś pożyteczną fabułą… Dużo się ostatnio wokół mnie dzieje, dużo planów, przemyśleń, sytuacji i obserwacji. Czuję, że mam niedosyt pisania. Nie tylko tego tutaj na blogu, ale również kawałków tych, które w jakimś tam, małym stopniu mogę nazwać zapiskami na wyższym 1279832323_by_Kris01_600poziomie niż pamiętnikarskie gnioty, jakich w sieci pełno (w tym moich). Ale jak się człowiek podzieli czymś ciekawym, fajnym albo okropnym, to lepiej mu jest.  Tak… ten blog zdecydowanie w większości stał się blogiem-dziennikiem, ale też taki poniekąd miałam zamiar. Gaź, mydło i powidło! Tylko trochę dziwnie mi tutaj wplatać jeszcze rzeczy, które piszę prócz przemyśleń.

Myślę też nad tym, co ma się wydarzyć… Czekałam na to cały miesiąc, teraz minie jeden dzień i całe oczekiwanie ze mnie zejdzie i gdzieś powędruje. To z jednej strony smutne, bo oczekiwanie  może być w pewnym sensie motywacją do działań, z drugiej zaś strony towarzyszy mi lęk, bo nie wiem, czego mogę oczekiwać. Powoli jednak chyba przełamuję ten lęk. Powiedziało się A i B, to trzeba powiedzieć i C. Choć to będzie dużo kosztować… Łapacz krokodyli podobno ma być, więc zapowiada się naprawdę ciekawe przedstawienie…

Sama nie wiem, czy dobrze robię, czy moje działanie ma jakiś większy sens. Może to tylko skutkizeschizowania na dobre? Tak, to jest wariackie… Napływają zewsząd wątpliwości i każdy dzień zbliżający mnie do tego wydarzenia przynosi niepewność. Niepewność odepchnięcia. Stary schemat. A tyle razy powtarzałam sobie, jadąc na wierzchowcu, że to bujda. Na razie w mojej głowie toczy się walka. Walka pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co mną powoduje. Słuszne w znaczeniu otaczającego mnie, hermetycznego świata. 

Teraz żyję przygotowaniami gdzieś w głowie, trochę rozpraszają mnie studia i to, co dzieje się w domu. Hermetyczny świat, zamknięty niczym na klucz. Samowystarczalny… Nikt tu nie ma nic do powiedzenia… Zatracony kontakt z rzeczywistością. To ciężkie. Wczoraj już nie wytrzymałam tego panującego wokół napięcia. Popłynęły łzy, pierwsze od kilku miesięcy. Tak dawno nie płakałam. Czasem przypomnieć sobie smak łez jest czymś bezcennym. Wróciło uczucie bezsilności… dobrze, że na krótko, dziś już tego nie czuję. 

Zabieram się za pisanie czegoś…