Cowboy, oh, cowboy…

O TYM, „JAK ZŁAMAĆ” KOWBOJA, CZYLI WPIS SPECJALNIE DLA LENKI! 🙂

Kowboj jak wiadomo z różnych źródeł, najczęściej pracuje na ranchu, zaganiając bydło, pracuje też z końmi, często dzikimi ogierami, „łamiąc” je różnymi sposobami, czyli najprościej mówiąc, zmuszając do tego, aby były spokojne, pozwoliły się osiodłać i zajeździć człowiekowi, służąc mu potem przez wiele lat przy zaganianiu bydła. Kowboj też bierze udział w różnych pojedynkach, najczęściej rewolwerowców lub też, będąc kowbojskim bandytą przemierza puste prerie szukając okazji do zgrabienia jakiegoś banku czy czegoś w tym rodzaju. * Wszystkie te wymienione czynności wskazują na to, iż kowboj sam z siebie musi wykazywać się niecodzienną odwagą, siłą fizyczną, zwinnością, konkretyzmem, sprytem, a nawet być surowy, ostry, silny, nieustraszony w walce, niezłomny i niezawodny. Takiego trudno zaskoczyć, trudno zdominować. A problem z tym mają nawet najwięksi przeciwnicy Dzikiego Zachodu. Bowiem jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest koń i rewolwer, który stale nosi przy sobie i wyciąga przy każdej możliwej okazji, aby popisać się swymi umiejętnościami posługiwania się nim.

Otóż, w tym roku, tak, jak Wam wspominałam wcześniej, miałam przyjemność, a może i tę ODWAGĘ, aby poznać takiego kowboja! Nieustraszony, nieugięty, (oczywiście, jego przyjacielem był koń i rewolwer, nie licząc przyjaciół z grupy kowbojskiej, bo wiadomo, jak to na Dzikim Zachodzie bywa…) a do tego tak miły i życzliwy, że aż nie sposób tego opisać. Kowboj, a do tego gwiazda polskiego jeździectwa.

Zapoznałam się z nim właściwie przez przypadek. Zawsze, gdy widziałam jakiś interesujących ludzi, ciągnęło mnie do nich. Aby się z nimi zapoznać, aby porozmawiać na interesujący mnie temat, na temat zainteresowań, które właśnie prezentowali. Tak, jak na wieczorkach poetyckich zawsze trafiałam na rozmowy z tymi poetami, których to był wieczorek, tak, jak na koncertach zawsze trafiałam prywatnie na głównych wokalistów, do których inni ludzie krzyczeli spod sceny, w tym Maćka Balcara, tak wtedy również trafiłam do rozmowy z gwiazdami Dzikiego Zachodu. I właściwie przez przypadek trafiłam na… niego. Kowboja… Właściwie kaskaderka konnego, który w sumie woli jeździć, jako Kozak, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo ma być zabawnie i przyjemnie 🙂 Porozmawialiśmy chwilę na łączce, na której pasł konia. Ja w ogóle dumna, zadowolona i przeszczęśliwa, że gwiazda ze mną w ogóle rozmawiać chce! O koniach, o pokazach, o diecie dla koni, o cenach takich rumaków, o tym, jak przygotowuje konia do pokazu, skąd u niego taka pasja, jak zaczynał, o tym, że ja mam swojego konia. Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo już musiał iść do swojej drużyny, kąpać konie po pokazach. Wróciłam do domu późno, siedzę w swoim pokoju z Małą. I się ciesze i mówię, jak bardzo podobały mi się pokazy i, że rozmawiałam z gwiazdą jeździectwa (Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie następnego dnia.. 🙂 . I w pewnym momencie myślę sobie, kurcze, fajny chłopak! Rozgarnięty, bardzo miły, inteligentny, grzeczny, uprzejmy, a przecież nie stary jeszcze, może coś koło dwudziestu kilku lat, tylko wygląda poważniej, bo wiadomo, jak to przy koniach, po za tym w stroju kowboja. Kurde, człowiek to jednak od radości zgłupieje! Nie widzi najlepszych rzeczy… Nic o nim nie wiedziałam, ale bardzo spodobało mi się jego zachowanie i postawa względem innych ludzi i pasji do koni. Na prawdę, świetny kowboj i mądry 🙂 Nie chciałam „startować”, jako do faceta, wydał mi się po prostu bardzo wartościowy, jako człowiek. Pomyślałam, że miło by było poznać go jako znajomego, czy kolegę 🙂 Tylko trochę niezręcznie się czułam… ja i rozmowa z gwiazdą kaskaderki konnej? Z człowiekiem, który być może gra w zachodnich produkcjach? Jednak ponieważ nigdy nie miałam większych problemów przy pierwszym kontakcie z ludźmi, postanowiłam, że gdy jutro nadarzy się okazja, spróbuję o czymś jeszcze porozmawiać 🙂 Dodatkowo moim marzeniem było wsiąść na takiego konia kaskaderskiego, ale gdzie tam mnie wsadzą na konia za 30 tysięcy… Mogę pomarzyć.

Nazajutrz rano wstałam, idę na spacer, zajrzeć do kowboi. Mieli dać pokaz, ale ponieważ program imprezy się nieco sypał, to szykowali się dopiero. Patrzę, a kowboje z fajkami w ustach, wywijają w najlepsze do pieśni indiańskich 🙂 Jednak wśród nich nie było tego jednego kowboja. Pouśmiechałam się do nich, powiedziałam, że tańce idą im całkiem nieźle 🙂 Pośmialiśmy się chwilkę i poszliśmy na pokaz. Oni prezentowali baty, a ja ich nagrywałam. Po tym pokazie miała być parada wszystkich przebierańców. Podczas tego pokazu młody kowboj przyjechał na koniu wraz ze starszym i czekali, aby jechać, jako delegacja kowboi na paradzie. Odeszłam wiec od miejsca pokazu i poszłam zrobić im zdjęcie. Ustawiam się, aby dobrze skadrować, a kowboj się cieszy do mnie, a cieszy… Uśmiech jak nie wiem… 🙂 Zrobiłam zdjęcie, wróciłam na pokaz, ale ten zaraz się skończył, wiec znowu idę do „moich kowboi”, którzy czekają na paradę. Program się sypie, parada się przeciąga, a ten, jak mnie widzi, to się do mnie śmieje, no więc podchodzę do niego i pytam się, czy nie można by było na takim koniku do zdjęcia, tak proooszę… I robię takie oczy, jak kot ze Shreka. Jeszcze dobrze nie skończyłam słowa proszę, a kowboj był już na ziemi… Wsiadłam więc na jego konia, oczywiście ojczym z mamą szaleją, robią zdjęcia, filmiki, z każdej strony, jak się tylko da. Kowboj się na mnie patrzy… Ale ponieważ tłum ludzi, więc trzeba tego konia różnie ustawiać, zaczęłam go więc przestawiać… Potem ojczym chciał, żebym się przejechała kawałek. Kowboj nic nie mówi, wiec ruszyłam, jadę, jadę… A właściciel się zajął rozmową z kumplami, którzy właśnie przyszli z pokazu batów i w ogóle się nie czepia. Więc sobie jeżdżę 🙂 Potem widzę, jak młody kowboj tańczy, tzn. trudno nazwać to tańcem. Trzyma się za pasek i wywija rękami w górze, jakby lassem, to tego przeskakując z nogi na nogę tak w rozkroku. Fajnie to wyglądało 🙂 Zaczęłam się śmiać… Potem podjechał do mnie drugi kowboj, jego kolega, przytulił mnie, siedząc na drugim koniu, dał swojego kolta do zdjęcia 🙂 Rodzinka robi 333 ujęcia, ja się z koltem wygłupiam na koniu, a młody kowboj się cieszy i patrzy co jak robię 🙂 Potem znowu sobie ruszam, jadę, już w inną stronę i nagle słyszę takie głośne „prrr”! Pierwsza moja myśl- „Kurde, co jest, coś nie tak z tym koniem zrobiłam?” Odwracam głowę, a tam kowboj wariacik się trzyma za ogon mojego konia i jedzie za nim na butach… Jak ja się zaczęłam śmiać!!! 🙂 Potem się już towarzystwo uspokoiło, podjechałam do niego, siedzę wciąż na koniu, zaczęliśmy rozmawiać. Najdziwniejsze było to, że podczas całej mojej przejażdżki na koniu, ten młody kowboj niesamowicie się kręcił. To znaczy, przestępował z nogi na nogę, ciągle się rozglądał, nie, żeby spojrzeć na mnie i swojego konia tylko gdzieś w bok, albo patrzył w ziemię… Kiedy podjechałam do niego bliżej, to już w ogóle… Kręcenia się nie było końca. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, o koniach, no bo o tym jakby najłatwiej zacząć, widziałam takiego „luzaka”, wczoraj taki nie był. Gadamy, gadamy, myślę sobie-„za bardzo się wstydzi, trzeba coś wymyślić”,  w końcu schyliłam się, żeby pogłaskać konia po szyi i mówię, „a jest jakiś kontakt do Was?” i odruchowo się na niego spojrzałam, tak, powiedzmy dość z bliska, w oczy, bo jego twarz była trochę wyżej niż głowa konia i akurat w tym samym czasie on się tez spojrzał… Zapadła cisza, wzrok jego wbity całkowicie w ziemię… Nagle, może po dwóch sekundach podnosi głowę i wraz z zebraniem całej kowbojskiej odwagi, trochę dosadniej : „A co byś chciała?” I w tym momencie widzę, że widzi, że  go nazwijmy to „zaczepiam” 🙂 -” No, pogadać… o koniach, zapytać się o jakieś wskazówki, bo chciałabym się nauczyć jakiś elementów westernu, a też ze swoim koniem to tak ciężko, jak nie ma kto pokazać”-odpowiadam. -To do B.-odpowiada starszy kowboj, bo  młody jeszcze ciągle jest chyba w jakimś amoku i starszy widząc to , ratuje mu skórę. -Tak, tak, to do B.- przytakuje młodszy zdaje by się odruchowo, bo sam nie wie, co ma zrobić. B. to ich kumpel, inny kowboj. Myślę sobie, „Eh…. Nie mogłeś trochę opanować strachu?”

I w taki to sposób filigramowa kobietka „złamała” kowboja i wschodzącą gwiazdę polskiego jeździectwa…

Ale też trochę dziwnie się poczułam, bo na pytanie o kontakt tak dość impulsywnie zareagował… Może coś nie tak jednak, myślę sobie. Oczywiście nie wiem, w jakich jest układach, ale przecież pogadać zawsze można, a jest to osoba na prawdę, tak otwarta do innych, że aż się zdziwiłam. Potem nagle przychodzi ojczym, trzeba iść, bo obiad jest już zamówiony. Podziękowałam mu serdecznie za konia i przejażdżkę, choć lekko zdziwiło mnie jego zachowanie, ale myślę sobie, trudno, obrazi się to się obrazi. Myślałam, że zostanę na tej paradzie… No ale cóż. Poszłam na obiad i musiałam oglądać, jak M. złamał parasol… Dziwna historia.

Do kowboi wróciłam dopiero na ostatni ich występ kaskaderski. Podchodzę do maneżu na którym były pokazy. Wjeżdżają, żeby rozgrzać konie. Pierwsze okrążenie jadą powoli. Ojczym krzyczy „brawo!!!”  Młody kowboj jedzie jako ostatni, tłum ludzi, a ja nagrywam wszystko na filmiku, a ten dostrzega mnie w tym tłumie, przejeżdża koło mnie i zaczyna się do mnie uśmiechać i cieszyć 🙂 Ja się zaczęłam do niego też śmiać, oczywiście nie nagrałam tego, bo ręce dałam na dół i sprzęt zarejestrował w tym momencie piasek… Na innych filmikach kręconych przez innych ludzi też tego nie widać. Na prawdę, widziałam, że się po prostu cieszył, jak mnie zobaczył.

Wyobraźcie sobie, że podczas drugiego występu tak się biedaczek chyba zestresował, że koń nie chciał mu galopować. Konie bowiem bardzo ST_HL_2004_379dobrze wyczuwają napięcie jeźdźca i jeżeli jeździec jest cały spięty, to konie potrafią robić różne rzeczy. Akurat wtedy nie chciał się słuchać. Potem się śmialiśmy z mamą i ojczymem, że rzuciłam urok na jego konia 🙂 Po ostatnim pokazie chciałam jeszcze do nich podejść, pogratulowałam im, ale nie udało się już pogadać, bo kumple dokoptowali mu jakąś dziewczynę, która nie umiała jeździć, a chciała się powozić, więc cały mokry i zmęczony wsadził ją na konia i prowadzał. Na prawdę był zmęczony… Z resztą, jak ktoś nie próbował, nie wie, ile wysiłku wymaga sama jazda, a co dopiero kaskaderka konna. Ale wtedy podeszła do niego koleżanka mojego ojczyma, która też ze swoim partnerem i z nami tam była na wakacjach no i chciała zdjęcie. A kowboj serio padnięty, idzie ze spuszczoną głową, nawet do tej dziewczyny mu się nie chce gadać, a ona coś tam nawija cały czas… Ale, jak zobaczył mojego ojczyma, no to błysk w oczach, postawa, uśmiech, do zdjęcia się trzeba uśmiechnąć. A potem znowu poszedł taki zmęczony, prowadząc konia i tą dziewczynę na nim…

Jego koń zapewne nie był zadowolony. Mając takiego kowboja za pana, który już z sam z siebie jest ciasteczkiem, musi jeździć za trzech… bo każda dziewczyna chce akurat na tym koniu się przejechać. Co prawda- ja nie mówiłam, że akurat na tym, sam mi zeskoczył hihi.  🙂 I takim to właśnie sposobem pokonałam kowboja z rewolwerem 🙂 Czasami to tak sobie myśle, jakby wyglądało życie u boku taiego dzielnego kowboja, na rancho… ze stadkiem koni i prerią…. Eh, pomarzyć można hihihi 🙂

*-Opisany przeze mnie typ kowboja nie do końca zgadza się z rzeczywistym, w rzeczywistości kowboje na terenach Zachodniej Ameryki zajmowali się wypasaniem bydła.

P.S. Wpis jest lekko ironiczny i pisany „z przymrużeniem oka”, co do zawodu pasterza bydła, bo kowboje w rzeczywistości byli pasterzami bydła. Jednak dziękuję temu chłopakowi bardzo, za to, że dał mi wiarę prawdziwą w ludzi i siłę, aby się nie poddać i iść dalej, walcząc o siebie, mimo, że wokół zawaliło się prawie wszystko w czym pokładałam nadzieję i nie miałam już w co wierzyć… 

Reklamy

Wygrałam kolejną walkę ze sobą! ;)

Jest wieczór, cicho i spokojnie… Lubię takie wieczorne podsumowania, składanie myśli w całość. Patrzę przez okno, widząc dzieciaczki sąsiadki. One są już takie duże. Dzieci tak szybko rosną. Pamiętam, jak nie tak dawno nosiłam tę małą na rękach, jak prowadziła mnie pokracznie do swojego pokoju pełnego figurek koników. Bardzo tej małej podoba się moja pasja… Teraz ma już 4, może ponad 4 latka. Jej brat idzie do komunii w tym roku. Jak ten czas szybko ucieka… Dzieci rosną, a my się starzejemy. Cóż, taka kolej rzeczy, aczkolwiek każdy czas ma swoje plusy i minusy.

Dzisiaj w zasadzie chciałam zapisać tutaj jedną ważną, ba, nawet bardzo ważną, a może nawet i zbawienną rzecz. WYGRAŁAM WALKĘ ZE SWOIMI MYŚLAMI!!! WYGRAŁAM WALKĘ Z MECHANIZMEM, KTÓRY SPRAWIA, ŻE MUSZĘ ŻYĆ W NAPIĘCIU!!!

Powróciłam myślami do swojego świata. Tu mi jest tak dobrze…. Nie myślę o M.! Wreszcie! Po dwóch dniach zamordyzmu z tą sprawą. Znowu włączyło się coś, co nakazywało coś zrobić, wyzwolić jakieś działanie… Wróciła nadzieja. Ugasiłam… To okropne uczucie, kiedy jedna sprawa potrafi tak zająć myśli, że cały otaczający mnie tu i teraz świat staje się nieważny, małostkowy., bo ja jestem myślami gdzieś indziej. To pobranewstrętny mechanizm. I to ciągłe uczucie napięcia, ze może powinnam coś zrobić… Znowu poczułam ten okropnie ciężki worek za sobą. A wszystko przez mamę, w jej głosie brzmiały pretensje, o to, że ja czegoś nie zrobiłam w tej relacji. Znowu poczułam się „odrzucona”, a to przecież nie prawda. Przez dwa dni chciałam się pozbyć tego balastu. Nie wiedziałam jednak co zrobić. Choć próbowałam się zająć czymś, czy nawet spędzać czas z ukochanym koniem, nie mogłam odegnać tych myśli od siebie. Ktoś mnie odrzucił, mnie, mój świat, moją pasję, a może ja coś powinnam? Wtedy byłoby lepiej, inaczej… Choć wiedziałam, że to totalna bzdura, nie dawało mi to spokoju. Wreszcie dziś po przemyśleniu i ułożeniu sobie w głowie dlaczego tak się dzieje z moim organizmem, znajdując przyczynę postanowiłam zaryzykować i napisałam do Mamy, która byłą zupełnie nieświadoma tego, co we mnie wzbudziła… Zapytałam ją, czy uważa, że powinnam coś zrobić jeszcze? Kiedy odpowiedziałam, że niczego więcej nie zrobię jak na razie, bo młody jest na etapie karuzel i nie zrozumie poważnego potraktowania tematu, jakoś mi ulżyło… Przyznała mi rację. Pomogła mi jakoś myśl, że jesteśmy na różnych etapach i trzeba dać tej relacji spokój. Nie czuję napięcia, wróciłam do swojego świata! Udało mi się też porozmawiać z Mamą całkiem miło i bez pretensji, co było fajnym akcentem w tym dniu. Złość całkowicie minęła.

Pogodziłam się całkowicie ze świadomością, że moje życie i odczuwanie różni się od innych. I to wszystko nie boli tak, jak kiedyś…

Takie miłe zakończenie 🙂

Noce pełne wrażeń i przygód… nie takich, jak się spodziewałam, ale jednak…

Wieczór… taki spokojny. Przyznaję, że dziś miałam dość ciężki dzień. Jakoś tak dużo wspomnień wróciło, dodatkowo przez przypadek otworzyłam jedno zdjęcie, którego nie powinnam była otworzyć. Potem rozbolała mnie głowa… Przeszło dopiero na jeździe, która przebiegła lepiej niż chciałam. Ostatnio załapałam świetny kontakt z koniem i tworzymy zgrany duet 😉 Pogalopowaliśmy sobie dziś ładnie 🙂 Teraz siedzę 20160825_121701 (2)sobie w moim małym, przytulnym pokoiku, umyłam włosy, opiłowałam i pomalowałam pazurki, jakoś tak mam ochotę się uspokoić. Więc pomyślałam sobie, że zajrzę na blog, popiszę sobie o pierdołach i pierdółkach 🙂 I przypomniało mi się podczas mycia włosów, że nic Wam nie pisałam o Małej, a o niej równie można napisać coś ciekawego i śmiesznego, choć lekko smutnego zarazem…

Przybywając na miejsce, podczas wyjazdu, kobietki miały pięcioosobowy pokój, bowiem każda płeć była w osobnym pokoju, bo, jak to stwierdzili, mnie z M. trzeba rozdzielić… Co dla mnie było śmieszne, ale pomimo protestów i śmiechu z mojej strony, postanowili. Później się nawet cieszyłam, że miałam osobny pokój. Było więc kilka łóżek, trzy pojedyncze i jedna wersalka, wąska co prawda. Pomyślałam więc, że wąską wersalkę zajmę ja, wraz z Małą. Małą lepiej mi przesunąć, gdyby w nocy się wierciła, czy odsunąć na bok, a z obcą całkiem osobą nic nie zrobię… Pierwszej nocy w ogóle nie mogłam zasnąć, bo targały mną różne myśli i zastanawiałam się, jak i czy w ogóle podjąć rozmowę z M. , który sam z siebie takiej chęci nie wyraża. Mała wierciła się, kręciła, spała bardzo niespokojnie, coś mruczała, ale wciąż spała bardzo twardym snem. Kiedy już zasnęłam snem płytkim, prawie czuwając, a zostało 3 godziny do pobudki, bo rano miałam umówioną jazdę w teren, nagle wybudziło mnie coś bardzo dziwnego. Leżałam plecami do Małej, twarzą do ściany, tak, żeby nikt nie widział smutku. Nagle usłyszałam głośne „Kici, kici!” Po czym nie zdążyłam się odwrócić, kiedy Mała z całej siły przyłożyła mi dłonią w policzek! Zupełnie nieświadomie. Zabolało. Odwróciłam się, przełożyłam jej rękę. Śpi nadal. Dziewczyny się pobudziły po tekście „Kici, kici! na cały głos, ale każda udaje, że śpią dalej… Po jakichś paru sekundach Mała siada na łóżku i zaczyna szukać picia. Odwracam się więc, żeby zapytać, czego szuka i co jest, łapie ją delikatnie za rękę, a ona w tym momencie się budzi! I zaczyna się niesamowicie szarpać i krzyczeć! Na prawdę dobrze, b3a8327f001ce50e4e5647deze na co dzień pracuję z końmi i nie panikuję w takich przypadkach. Bo w końcu ile razy koń, którego prowadziłam dostał paniki strachu i się szarpał? 😉 Trzymam ją dalej za rękę mocno, mówię, żeby się uspokoiła, że nic się złego nie dzieje… W końcu nie spadła z łóżka i przestała krzyczeć… Napiła się i poszła spać. Leżę dalej, spać mi się już chce, za chwilę trzeba będzie wstać. Dziewczyny nadal udają, że śpią… Ja też już przysypiam, po raz drugi tej nocy i nagle, niespodziewanie, Mała na spaniu wyciąga ręce, maca mnie po twarzy i słyszę „To ty, to ty?”. Zaraz przestaje. Odwracam się znowu, patrzę co się dzieje… Mała śpi w najlepsze. Za chwilę przytula mnie mocno ręką, kładzie nogę na moje udo i znów śpi… Przesuwam ją, ale za minutę jest to samo… Po którymś razie daję spokój. Przytula mnie, jak misia i śpi. Moje ciało drętwieje, przy którymś razie czuję, że zaczynam zjeżdżać z łóżka w szparę pomiędzy łóżkiem i ścianą…

W drugą noc dostałam kolanem w żebra, w trzecią musiałam ją całą przekładać, bo przyszłam dosyć późno, około drugiej w nocy, a Mała już spała, oczywiście na całej wersalce, więc nie miałam gdzie spać. W kolejną noc nie miałam gdzie dać nóg, a innym razem włożyła mi swoją nogę między uda, więc musiałam wyjąć swoją nogę i znów ją przesuwać… Raz by była spadła z łóżka.

Tak właśnie spędziłam piękne noce wyjazdu, kiedy w dzień zasuwałam po osiem razy tam i z powrotem… od domu do atrakcji…. Mała ma jakieś lęki, myślę, że nerwicę też, najprawdopodobniej przez to, co się w działo w rodzinie… Przez co mówi przez sen, wstaje, robi coś, a potem w ogóle nie pamięta tego. Kiedy jej rano opowiadałam, patrzyła na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem.

A miałam tak się wyspać na tej podwójnej wersalce…

Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…

 

A teraz się śmieję, że trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł moje emocje…

Wiele się ostatnio dzieje, nie nadążam zapisywać, rozprawiać się z myślami, a już jest kolejna rzecz i kolejna, większość o dziwo pozytywnych! Moje życie się zmieniło… zrobiło duży obrót. Jak możecie nawet zauważyć, zmiany trwają, bo postanowiłam zmienić szatę graficzną blogu. I postanowiłam, że będzie weselsza, więc wybrałam zieloną 🙂 Żeby przypominała mi o dobrych chwilach. A w nagłówku mam moją nową ekipę 🙂 Fajna, prawda? 🙂 Ha ha 🙂 Chce mi się śmiać, to chyba dobrze! Zmiany, zmiany, zmiany… a wszystko zaczęło się od… obojętności. Całkowitej, nie wyuczonej, tylko obojętności z bezsilności wobec sytuacji. Przed obojętnością była jeszcze faza, że nie wiedziałam, kim jestem, nie wiem, czy może odczuliście to w moich poprzednich wpisach. Była obojętność, bardzo silna, obojętność wobec relacji, wobec moich bezproduktywnych starań. Wpis o obojętności był bardzo potrzebny i bardzo ważny, kiedy patrzę na to  z dzisiejszej perspektywy. To był całkowity, choć bardzo niepozorny początek mian. Wydawałoby się, że lecę w dół. Hm… może czasami trzeba zrobić dwa kroki w tył, a to one staną się jednym krokiem do przodu? Potem był szereg zmian, w myśleniu, zachowaniu, zastanawianiu, rozumieniu czy też niezrozumieniu, patrzeniu na świat, granicach. Czuję, że mój horyzont się przesunął na tyle, iż widzę na prawdę więcej, a przede wszystkim widzę siebie!  I choć może zabrzmi to dość egoistycznie, to czuję, że teraz… jestem ja! Zostawiłam cały świat, ten świat, którego ruszyć nie mogłam, a bardzo chciałam. I choć on nie drgnął z miejsca, nic znaczącego się w nim nie wydarzyło, to wydarzyła się rzecz zaskakująca i dla mnie całkiem nowa. Potrafiłam postawić siebie w centrum mojego życia. Fenomen! Nie zważając na to, jak zareagują inni, jak do tego ustosunkuje się matka, czy dziadkowie będą zadowoleni… Po prostu, ja i moje życie. Nigdy nie byłam egoistką, wręcz odwrotnie, szło mi na altruizm, wiec raczej nie obawiam się, że zapomnę o innych, ale nauczyłam się tego, że sama dla siebie mogę być ważna i dać sobie prawo do bycia zadowoloną i radosną, kiedy od dziecka uczono mnie, aby zamartwiać się problemami innych.  O poszczególnych zmianach jeszcze będę tu pisać, żeby sobie to wszystko poukładać w całość. Najważniejsze już napisałam, czuję się lepiej. Jakby coś ciężkiego, co wlokłam za sobą przed lata spadło mi z szyi. I teraz właśnie zastanawiam się, jakim cudem? O predyspozycjach psychicznych i pracy z samym sobą już wiem, mówili mi to kilka dobrych razy na terapii. Z resztą co się ostatnio działo na terapii też opiszę, bo myślę, że też opisania jest warte 😉 Terapia terapią, nie neguje jej nieskuteczności, być może przez jakiś czas miałam przeniesienia, ale wydaje mi się, że nie tylko terapeuci i ja mamy tu zasługi… Wiadomo, ja mogłam ze swoim życiem zrobić, co chciałam, chciałabym się dalej kisić w emocjach, mogłam to zrobić, przecież wolno mi, kowboj-drukarnia-czestochowawolno mi rozpaczać, wolno płakać, wolno się poddać. Cieszę się, że tego nie zrobiłam, ale nie zrobiłam tego, bo zobaczyłam coś, a właściwie kogoś, kto pokazał mi zupełnie inną, nową stronę życia, nową perspektywę, nowy horyzont… I choć sama musiałam to wykorzystać w pracy nad sobą, (choć myślę, że to dopiero początki), to jednak bez tej osoby byłoby mi bardzo ciężko i myślę, że nigdy nie osiągnęłabym takiego stanu „zrzucenia bagażu” w takim tempie.  To był moment, chwila, w zasadzie nawet nie pamiętam która! Dotarło do mnie, że może być dobrze, mogę się fajnie bawić, mogę mieć na coś wpływ, mogę układać swoje życie jak chce, mogę robić „co mi się podoba”, co kocham, mogę mieć własne cele, własne poglądy, mogę żyć tak, jak ja tego chcę. Poczułam się wolna, jakby nagle ograniczenia zniknęły, nawet w towarzystwie mojej Mamy, przy której zawsze jakoś czułam się spięta i odczuwałam presję, że muszę „trzymać fason”.  Miałam to totalnie gdzieś. Mam prawo być sobą 🙂 I zobaczyłam, że mogę być lubiana i akceptowana taka, jaka jestem, nawet przez gwiazdy jeździectwa, a nie przez M., który niczego tak naprawdę jeszcze nie osiągnął. Choć nie chcę tutaj zaniżać wartości, bo każdy z nas jest na swój sposób wyjątkowy, choć wyjątki od tej reguły też się zdarzają :-P, to myśle, że nie ma czego porównywać. M. jest na etapie imprez z grupą i tylko tyle na razie ma, no i wszystkie przegrane mecze w tym sezonie… Jeden zremisowany. Jeszcze dużo się musi nauczyć, jeśli chodzi o życie i zrobienie czegoś ze sobą w tym życiu. Ludzie, którzy niczego ze sobą nie chcą zrobić są… jak świnia. Co jej dasz, to zje, kiedy wypuścisz, to wyjdzie… żadnej charyzmy.

Teraz staram się przenieść to wszystko, czego nauczyłam się i czego doświadczyłam tam, w przeciągu paru dni na moje życie codzienne. Taki miałam plan i on zaczął się realizować, a może lepiej brzmi zaczęłam go realizować. Ha ha, przestałam sobie ciągle umniejszać, może chwalipiętą nie zostanę, ale miło czuć, ze coś zależy ode mnie. Sprawczość w życiu jest baaardzo ważna. Miałam to zaburzone i to mocno, teraz to widzę, ale dobrze, że to widzę i cieszę się z tego bardzo. Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis pisany już jakiś czas temu pt. „Znaleźć coś, w co będę mogła uwierzyć”? Właśnie znalazłam! Jakoś nie do końca wierzyłam w to, co mówili do mnie na terapii, jakieś takie nierzeczywiste mi się wydawało. I pewnie było dla mnie, na tamten czas. A jak sama znalazłam to, w co wierzę , to uwierzyłam, że można inaczej… No tak, jak stwierdzili po pierwszych spotkaniach, trudny ze mnie przeciwnik i tak czy siak, zrobię po swojemu. Ważne, żeby efekty były podobne 🙂 Teraz się śmieję, ze trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł, a właściwie zajeździł moje emocje. W rzeczywistości jestem bardzo wdzięczna temu chłopakowi, za to, ze mogłam zobaczyć życie z innej perspektywy i wykorzystać to dla siebie 🙂

Są chwile, w których boję się, że wrócę  do starego marazmu. Ale to lęk… może wypływający z doświadczeń, trochę z predyspozycji. Na razie, o dziwo, trwam sobie na podobnym etapie zadowolenia i poczucia mojego, własnego celu. Jasne, są chwile, że ktoś popsuje mi humor i daje je sobie też przeżywać. Bo nie chcę znów popaść ze skrajności w skrajność, że teraz będę od siebie ciągle wymagać zadowolenia. Chyba nikt nie jest zawsze zadowolony… Są także chwile, kiedy przypominają mi się te dobre chwile z M. To była chyba druga osoba po Indianerze, z którą zżyłam się tak bardzo… Wtedy jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Czuję żal do niego, ale wiem, że on tego i tak nie zrozumie. A ja z kolei nie zrozumiem jego zachowania, a jeśli czegoś nie jestem w stanie zrozumieć, to lepiej nie poświęcać temu uwagi zbyt dużej, bo tylko nakręcę się w myśleniu. Po chwili te obrazy się przesuwają i znowu jestem tutaj, u siebie…

Z tego, co mi wiadomo, a wiadomo mi przypadkiem, bo nie interesuje się jego losem, ta historia może, może mieć jeszcze swój dalszy ciąg za jakiś ładny kawał czasu, bo przecież jesteśmy rodziną…  Ja na razie tego nie chcę, on niczego nie rozumie. I niech tak pozostanie na chwilę obecną. Pomyślałam sobie za to, że napiszę do chłopaków. Myślę, że jakaś miła wiadomość z gratulacjami byłaby na pewno miłym akcentem 🙂 Oni nawet nie wiedzą, co oni zrobili… Szczególnie jeden, o którym potem Mała rozgłaszała wieści, że jest „moim kowbojem”! Ale o kowboju  jeszcze może będzie 😉

A ja Was zostawiam z muzyczką i pędzę na jazdę 🙂 Takie mam ostatnio widoki, przez cały czas 🙂

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂