Jak można być takim dupkiem? Nie wiem jak, ale mimo wszystko „dziękuję”…

Chciałam kupić prezent dla prababci. Nic wielkiego, zwykłą torebkę, czy coś w tym stylu. Weszłam więc do małego sklepiku w centrum jakiegoś miasta… Przeszłam między regałami, aż do końca sklepu, gdzie w kącie leżały poukładane… deskorolki. Spojrzałam na nie… Przecież powiedziałam M., że na wakacje kupię mu deskę, bo nie ma, a chciałby. Ale nie tylko z tego powodu mnie one przyciągnęły…

Spojrzałam i poczułam coś strasznego, a zarazem okropnego… Zwykły, czysty żal…

Straszny dlatego, iż nie sądziłam, że po takim czasie mnie ruszy. Okropny dlatego, że nie chciałam się tak czuć… Oszukana.

Żal do Niego… W jednej chwili przypomniały mi się wszystkie listy, które wysyłałam, wszystkie jego wypady z kumplami na jazdy. Tyle tego, co mu wysłałam…

Może niepotrzebne to było, chyba nie…

Jak można być takim dupkiem? Nie chodzi mi już o tę laskę, do której nic nie czuje, a jest z nią tylko dlatego, żeby była… Pozostać niewzruszonym tak długo…? To choćby przez grzeczność…. Byliśmy bardzo, bardzo młodzi, wiem, ale… Tak się nie robi, w moim odczuciu bynajmniej…

I mimo to, że zawsze pozostanie w mojej głowie jakiś sentyment, bo chyba zawsze zostaje… będzie zwykłym tchórzem…

Tak, to była niepowtarzalna osoba, jakiej identycznej już w życiu nie spotkam… Może też przez to, że taka tajemnicza i rozdwojona w sobie? Cóż, nie mogę powiedzieć, że czasem też taka nie bywam… No, w końcu wychowaliśmy się razem? Każda relacja kształtuje człowieka, zmienia go choć trochę, pozwala poznać siebie…

Co On ze mną zrobił…?

Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu myślę, że bardzo mnie zmienił…

Za jedyne, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna i będę to, to, że to była osoba, która dała mi siłę do buntu, walki o samą siebie, ale nie wtedy, kiedy jeszcze był, co właśnie jest najśmieszniejsze przydało mi się to teraz, kiedy wchodzę w dorosłe życie i pozwoli uniknąć paru przykrych sytuacji. To On nauczył mnie buntu, który w efekcie chyba trochę nakierowany został na niego samego, no, ale, to była jego decyzja…

Za to jednak mu dziękuję, bo gdyby w moim życiu nie pojawił się On nie byłabym z pewnością tą dziewczyną, którą jestem teraz.

Nasz rock’n’roll’owy świat…

Życie bywa zabawne i zdumiewające. I choć nie popadam od stanu otępienia do stanu euforii, to jednak pewne czynniki powodują, że coś zaczyna mnie cieszyć. A dokładniej może nie coś, a ktoś. A już zupełnie dokładniej mówiąc sam fakt, iż moje założenia, sposób patrzenia na świat zaczyna mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. I choć przez wielu ludzi uważany za irracjonalny i nieprzystosowany do tego świata sposób odbioru rzeczywistości, to jednak coś się zaczyna sprawdzać…

Owszem, jestem dziwakiem, autsajderką życiową i w sposobie myślenia i w stylu życia. Bo azylbandkto dzisiaj żyje na kształt muzycznych lat 80? Choć w części, żyje ktoś? Może ktoś żyje, ale raczej wszystko i wszyscy poszli do przodu. Dużo się zmieniło, nawet w sposobie życia zbuntowanych jednostek. W tamtych czasach zbuntowane jednostki ćpały, pisały teksty piosenek, chodziły po ulicy w płaszczach, nosiły długie włosy lub irokezy, spotykały się w piwnicach, piły alkohol, gadały o wartościach, o życiu, o tym, że są nieszczęśliwe, że nie czują się akceptowane… Taki oddział Zamknięty, Azyl P. i mnóstwo innych na przykład.

Żyje tak ktoś jeszcze?

A ja właśnie żyję… I choć nie ćpam, jak na chwilę obecną, momentami potrafię być bardzo psychodeliczną osobą, co z resztą powiedziała mi moja przyjaciółka. Hm… Przyjaciółka, z którą nie mam kontaktu od połowy maja. Jakieś sms-y przelotem, tyle. A mimo wszystko wiem, że pozostaje moją przyjaciółką. Nie może być inaczej, po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem. Ona też jest z tych, co tak żyją, więc nasza przyjaźń i relacja również są inne, dziwaczne, niezrozumiane. Potrafimy miesiącami ze sobą nie rozmawiać, a potem nagle spotkać się w małej kawiarni i mówić o wszystkim tym, co nas boli, gnębi i przytłacza… Płakać na małej, miejskiej ławce i godzinami gadać o tym, że chcemy szaleć…   I powiem Wam, dobrze mi z tym! Nie chcę tutaj stwarzać obrazu jakiegoś wielkiego, nieosiągalnego psychodelika, ale tak właśnie trochę jest.  Żyję inaczej niż ludzie w dobie komputerów, telefonów, elektroniki… I choć ludzie mówili mi wiele razy, że to absurd, ja tak nie myślę… Potrafię też być do bólu pragmatyczna, potrafię zaskakiwać, a chcę… być sobą!

Wracając do tego, z czego się cieszę, muszę chyba napisać, że życie jest zabawne i przynosi wiele niespodzianek, gdyż myślałam, że nigdy więcej mnie to nie spotka. Zakładając tego bloga, jeszcze w grudniu czułam cholerną pustkę wewnątrz. Tworząc to miejsce , chciałam w nim zawrzeć wszystko to, co przeżyłam. A dlaczego to miejsce nosi tytuł „Bluesowe Opowieści”? Bo to miała być moja opowieść. Opowieść o dziewczynie rzuconej w rockowy i bluesowy świat. Świat, który straciła. Środowisko, które bezpowrotnie odeszło,…. za którym tęskni. Chciałam Wam to wszystko opowiedzieć, wyrzucić to gdzieś z siebie. Wtedy wiedziałam, że to, co tak naprawdę straciłam, czyli mojego przyjaciela, który miał być na zawsze, a razem z nim muzykę, cały nasz świat, który kochaliśmy oboje, już nie wróci. Wtedy żyłam jak zagubiona jednostka lat 80. Żyłam tą muzyką, tekstami, żyłam wartościami, o których oni  mówili, śpiewali. Ile czasu się spędzało na próbach, jak chłopaki grali, ile koncertów…

Został mi tylko „Wehikuł Czasu” Dżemu…

Po tym wszystkim dalej żyłam w „swoim świecie bluesa” , choć nie raz miałam ochotę stamtąd odejść, zostawić to, iść w inną stronę. Jakoś nie potrafiłam. Tyle, że zostałam sama w tej ideologii, w tej fascynacji takim zbuntowanym, niepoprawnym światem… Zakładając ten blog cały czas myślałam, ze będę tutaj pisać o samotności. Nie tej fizycznej, lecz właśnie tej mentalnej, która mi pozostała. Jednak właśnie, zupełnie niespodziewanie sytuacja się zmieniła i z tego się cieszę. Znalazł się ktoś, kto też tym żyje! Jak się pewnie domyślacie, tak, mam na myśli Nietoperza… I choć znam go dość krótko, to i mentalnie i ideologicznie się rozumiemy. Potrafi wysyłać piosenki, roztrząsać przekazy, próbował kiedyś pisać teksty. Co prawda żyje bardziej ostro niż ja, to jednak zupełnie na kształt takiej samej ideologii zbuntowanej jednostki lat 80. A więc wychodzi na to, że się da i może to nie całkowita bzdura, jak to powiedzieli mi kiedyś inni. Co prawda w jego życiu jest alkohol, o czym piałam już jakiś czas temu i wchodząc w relacje z nim, bałam się, że będzie to trudne dla mnie. Nie wiedziałam, jak mam do tego podejść. Ale teraz czuję, ze nie muszę w ogóle podchodzić, mieć jakiegoś stanowiska, czy tłumaczyć pewnych swoich zachowań względem alkoholu. On sam biedak broni mnie jak może przez złem tego wyboru, bo sam, choć w tym jest, to widzi, że czasami tak być nie powinno.

Nie wiem, może robi to też trochę bardziej ideologicznie? I tutaj trochę go rozumiem, bo w końcu oboje jesteśmy zakręceni w ten świat „innego” życia, muzyką, tekstami piosenek i charakterystycznym stylem życia. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że go poznałam. Nie wnikam w to, nie chcę tego definiować. Nie potrzebuję w nim na razie mieć ani faceta, ani już w tym czasie uznać tego za wielką przyjaźń. Po prostu, dobrze mi, że jest. Tu i teraz i w takim wymiarze, jakim jest i mnie rozumie. Bardzo mi go przypomina. I chyba dlatego też cieszę się, że jest. To takie odczucie, jakby dostać część czegoś, co ktoś kiedyś ci odebrał. Zapełnia się część pustki. Pustki, o której miałam tu pisywać. Jakbym dostała działkę…  Cieszę się, że mogę znowu mieć choć część świata, za którym tęskniłam. Roc’n’roll-owego świata… Nie martwię się, co będzie jutro… Na razie…

 

Dżem- „kiedyś i teraz” w moim odczuciu…

– Co na śniadanie? -Dżem!
– Co na obiad? -Dżem!
– Co na kolację?-Dżem!

Wczorajszy koncert rozpoczął się serią pytań… A potem stałam z Maćkiem i patrzyłam na występy innych… Miło było postać przy prawdziwym Indianerze ze Skazanego, choć nie jestem jego wielką fanką ani zwolenniczką. Tak, wczoraj grał Dżem! I może wstyd się przyznać, ale poszłam na ich koncert po raz pierwszy dopiero teraz. Wcześniej nie miałam po prostu kasy, a i to, że słucham takiej muzyki było moją tajemnicą, którą ukrywałam przed najbliższymi. No i nie grali blisko… Ale może nawet to i lepiej, bo przynajmniej teraz, emocje, które ta historia we mnie wywołuje są świadome, dlatego zdecydowałam się o tym napisać. Nie jestem jednak przekonana, czy w tym miejscu mogę stawiać jakąś jednolitą ocenę czy krytykę, z resztą Dżem jest zespołem, którego nie da się jednolicie sklasyfikować mówiąc „genialnie, czy też „fatalnie”, ten zespół ma wiele barw, przynajmniej w moim odczuciu. Nad jego oceną pracowali już niejedni krytycy muzyczni, dlatego ja z tego miejsca, siedząc w moim ciepłym domku nie chciałabym oceniać, bo jak wiadomo każdy jest zdolny do własnych poglądów. Chciałabym natomiast napisać o własnych odczuciach dotyczących tego zespołu, muzyki, postaci… i całej historii, jaką stworzyli, bo nie da się mówić o Dżemie pomijając życie tych ludzi i to wszystko, co złożyło się na  naszą wczesną fascynację „filozofią” bluesa i takowego stylu życia.

Pierwszym, co wyraźnie rzuciło mi się w oczy, kiedy szłam w stronę sceny, była młodzież. Bardzo dużo młodych ludzi, co na pierwszy rzut oka mogło dziwić, bo przecież członkowie zespołu nie pierwszej już młodości. Otóż, myślę, że to zjawisko ma podłoże w fenomenie 13postaci samego Ryśka. Kiedyś, czytając pewien artykuł o całej tej historii, natknęłam się na słowa: „Na jego koncerty, przychodziło dużo młodych ludzi”. Z jednej strony młodzi, których widzę, są często krnąbrni, choć nie chcę tu użyć zbyt mocnego słowa. Obecnie zanika skrupulatna emocjonalność, czułość i te wszystkie wartości i odczucia, o których pisał w swoich tekstach Ryszard Riedel. A jednak ciągle przychodzą? Dlaczego? Bo to młodzi, zbuntowani ludzie, którzy nie żyją poprawnie, często mając swój własny, bardzo pogmatwany świat, świat, w którym wierzą w przyjaźń taką, jakiej mógł doświadczyć Riedel wraz ze Skibińskim, być może nie widzą do końca, że ludzi nieco się zmienili, z drugiej strony myślę sobie, że dobrze, iż chcą przeżyć coś takiego, nawet, jeśli się to nie uda, tak jak w moim przypadku, będą mieć cenne wspomnienia i trochę cierpienia w sercu, a to ubogaca…  Idą, bo kiedyś wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto był taki sami, jak oni, nie przerabiany, nie podrabiany. Może mocno to zabrzmi, ale Rysiek był czysty!! Był narkomanem, ale był czysty w swej autentyczności! Wreszcie wyszedł na scenę ktoś, kto nie bał się mówić o problemach, obnażyć swoje słabości, śpiewać o tym. Jak cholerną musiał mieć odwagę… Bo zaśpiewać, czy napisać o najgorszych stanach, o ćpaniu, o tym, jak leży się we własnych wymiocinach, nie jest łatwo, mówić o tym publicznie… Ilu tych młodych po przyjściu do domu w piątkowy wieczór sięgnie po piwo?  Może po dragi? I wtedy, czując, że są słabi, nie będą czuli się samotni, gorsi i potępieni.  Bo ktoś przeżywał to samo…

Stałam tam, patrząc na ludzi, choć już tylko niektórych, z którymi on grał, śpiewał, z którymi spotykał się jako siedemnastoletni chłopak w jakimś domu kultury, w bunkrach… I w głębi duszy cieszyłam się, że mogę być z tymi ludźmi, patrzeć jak grają, choć dziś to grupa starszych, siwych panów… To oni w końcu patrzyli na osobę, której teksty dawały mi namiastkę tego, że moje odczucia nie są tak bardzo samotne, wtedy, kiedy umierał mi Ojciec, kiedy Mama piła, kiedy siedziałam wsłuchiwałam się w brzmienia gitary mojego przyjaciela, kiedy wreszcie mnie opuszczał… Najlepsze było to, że stojąc tam wiedziałam, że zaliczam się do jednej masy stojących przy barierce dziewczyn i chłopaków, nikt z zebranych nie zna mojej historii, nikt nie wie, że to, o czym śpiewał Balcar odbiło się na moim życiu dość doszczętnie, choć oczywiście w innych okolicznościach. Nie chcę tu uważać się za lepszą, czy wyżej postawioną, ale pytałam się w duchu „Czy jeszcze ktoś przeżył coś tak podobnego…?” Pamiętam, jak płakaliśmy na filmie, jak chodziliśmy, śpiewając „Czerwony jak cegła”, jak graliśmy covery Dżemu i pamiętam nawet te długie włosy z przepaską… Nikt o tym nie wiedział…

Co do samych muzyków, to po cichu myślę, że powinni zmienić nazwę… Nie dlatego, że „Dżem” mi się nie podoba, ale dlatego, że to nie jest już ten sam zespół. Muzycznie są bardzo dobrzy i to chyba tylko zostało im po tylu latach, tworzenie dobrych, płynnychDzem-obrazek_sredni_4014008 melodii i siwe włosy oraz brody… Reszta niestety pochodzi już z „nowego” Dżemu, który w niczym nie przypomina kawałków granych w Spodku w 1992 roku, czy tych z klubu Słońce w Poznaniu. Maciej Balcar sili się jak może, żeby zastąpić Ryśka, ale muszę stwierdzić z przykrością, że mu to nie wychodzi… Nie to wykonanie, nie tworzy on tego nastroju koncertu, nie te ruchy na scenie, no i przeróbki piosenek… Nikt tak już nie zaśpiewa. Tak myślę, że Balcar, chyba musiałby zacząć ćpać, wtedy może by mu się udało choć w połowie… Dlatego myślę, że powinni zmienić nazwę i nie silić się na udawanie czegoś, czego już nie będzie, a zrobić coś swojego, całkiem innego i może też fajnego, czym przyciągnęliby ludzi. A może nie chcą, bo z takiego „ciągnięcia tej historii” mają szmal? Ludzie wciąż przychodzą, w nadziei, że usłyszą to, co dawniej, to jak efekt pierwszego razu przy braniu narkotyków… W sumie to już są starsi ludzie, którzy swoje, to, co dobre, w życiu zrobili i grają teraz, bo chcą mieć po prostu kasę, a nie wybijać się od nowa, ulepszać muzykę, są przecież na górze i o to chodzi. Teraz zgarniają forsę… Pomijam już fakt, że sam wokalista nie ma zielonego pojęcia o czym śpiewa, bo nigdy tego nie przeżył. do jakiegoś momentu można się wczuć, ale wydaje mi się, że historia życia Riedla jest inna i unikatowa i jakby ciężko ją poczuć nie będąc w tym środowisku, nie żyjąc z tymi ludźmi, nie posiadając podobnego odczuwania… no i nie ćpając. Nie da się potrafić poczuć jak to jest, gdy za chwilę masz umrzeć, gdy wiesz, że ciąży nad tobą wyrok, który dokona się z biegiem czasu…

Jak patrzyłam na Balcara to utwierdzałam się tylko w przekonaniu, ze teraz zrobili z Dżemu zwyczajne show, na które wciąż przybywają tłumy. Jedni, żeby się bawić jak na d5754bce65ee6bb5f13b1466aae7b6d9koncercie metalowym, inni, w nadziei, że usłyszą to, co kiedyś… Nie ma już w tej muzyce melancholijności typowej dla tego zespołu, nie ma uspokojenia, nie słychać nawet smutku! Tego prawdziwego smutku, który krążył po ich koncertach od zawsze… Rysiek był inny… taki spokojny i choć czasami tańczył na scenie to widać w nim było typowego hipisa-luzaka, w jednej podartej koszuli, w starych spodniach i z śpiewem od serca, takim nastrojowym, smutnym, wzruszającym i przenikającym aż do bólu. On wiedział o czym śpiewał. On łączył się z tamtymi przeżywanymi emocjami podczas każdego utworu, co można było wychwycić i usłyszeć… Maciek Balcar robi show, perkusja tnie jak najęta, gitary trzymają fason nadal, klawisze też. Ale chyba nie wrócą już te koncerty, na których ludzie się bujali, robili fale, śpiewali razem, siedzieli, bawili się… Ten klimat starego Dżemu chyba bezpowrotnie minął…

Samego Ryśka nie oceniam, każdy na co do jego postaci zapewne własne odczucia i nie będę przekonywać, nakłaniać, czy odradzać…

Szkoda tylko, że nie zabrałam sobie swojego kowbojskiego kapelusza…

 

Wkurzające zjawisko internetowych fanek!

W swoim życiu nie uczestniczyłam w życiu wielu portali społecznościowych, bo nie czułam potrzeby uczestniczenia w machinie „posiadania znajomych i lajkowania wszystkiego”. Szkoda mi było ma to czasu , gdy widziałam, co moi potencjalni „znajomi” tam wstawiają. Na przykład to, ze siedzą na muszli w toalecie czy to, że byli na piątkowej imprezie i mają straszliwego kaca. Zawsze miałam jakoś ciekawsze rzeczy do roboty, choć zapewne i na takich portalach też można wyszukać coś ciekawego, jak w życiu. Niestety, często bywa tak, że to masa wyznacza nowe trendy, a masa jest najczęściej przeciętna…

Właściwie wszystko zaczęło się, gdy zaczęłam korespondować z Nietoperzem. Wiedziałam, że na Facebooku aż roi się od dziewczyn, które pod każdym zdjęciem ich kolegi, czy jakiegoś przypadkowo poznanego, modnie ubierającego się chłopaka, pozostawiają komentarze „Mrrr, kociaczku :******” lub „Seksiaczku mój piękny ;* ;*” itp. Nie sądziłam jednak, że taka „moda”, czy bardziej chęć zwrócenia na siebie uwagi zaistniała też na innych stronach, które w zasadzie służą do zupełnie innych celów niż wstawianie swoich zdjęć i zbieranie takowych komentarzy. Z Nietoperzem przecież zaczęliśmy korespondować na stronie z fotografią, gdzie ludzie pokazują zdjęcia Alp, łąk, czy wieżę Eiffla, street photo fab753af545c9ad8a1889988e916fda0itp. dlatego trochę mnie to zdziwiło, gdy pod jego zdjęciami, na których nie ma jego osoby, a krajobrazy, przyroda itp. Roi się od komentarzy wychwalających wręcz jego osobę…”Pięknie cudny! ” itd. Kiedy wstawił swoje zdjęcie, to już poszło… Jedna nawet napisała „Brałabym Cię ;***” Kiedy napisałam do Nietoperza otwarcie, „zobacz co się dzieje”, bo ja umiem o takich rzeczach wprost napisać, czy porozmawiać, to chyba nie wiedząc co odpisać, odpowiedział, że to wszystko przez pociągi, bo one teraz słynne i to do pociągów tak ciągną te laski… No cóż, zostawiłam temat, ja wiem swoje, on swoje, choć myślę, że doskonale wie, o co mi chodziło, tylko nie umiał na to odpowiedzieć bardziej rozsądnie… Jednak wydaje mi się, że Nietoperz ma raczej poukładane w głowie i te komentarze mu pobłażają i podnoszą własne ego, to podchodzi do tego bardziej jak do zabawy.

Staram się zrozumieć, że to moda, chęć pokazania się, ale myślę, że są jakieś granice szaleństwa, a taką jedną z granic jest szacunek do samego siebie. Zawsze mi się jakoś wydawało, że to chłopak powinien jakoś do dziewczyny „zagadać”, wyrazić chęci nawiązania kontaktu, a jeśli już robi to dziewczyna, co sama też kilka razy robiłam, to w sposób jakiś subtelny, delikatny, przyjazny, a nie nachalny i może trochę krępujący… Niestety, teraz wszystko przeniosło się na płaszczyznę internetu, a tam, wydaje się ludziom, że są anonimowi, wiec piszą co chcą…

Jednak obrót bardzo denerwujący dla mnie przybrało to zjawisko, kiedy M. zmienił sobie zdjęcie na Facebooku. Co prawda ładny z niego chłopak wyrósł, nie powiem, z resztą jak go zobaczyłam po takim czasie to widziałam, że się zmienił, na korzyść. No i stał się bardziej przystojny. No ładny z niego chłopak i tyle, jeden z najprzystojniejszych jakich znałam… Ale wystarczyło jedno zdjęcie, żeby posypały się komentarze „fanek”. Wiem, że najprawdopodobniej to są kumpele z klasy czy  z miasteczka, ale teksty tych komentarzy są rozbrajające: „Seksiaczku”, „Koteczku”, mrrrr;****” i cała lista, której tu wypisywać nie będę… Ha ha, piszą tylko dlatego, że chłopak sobie ubrał skórzaną czarną kurtkę, ciemne okulary i ma włosy zrobione na żel no i jest przystojny? I wszystkie go tak kochają i każda chciałaby go mieć… jak wychodzi z tych komentarzy. Świetne! A M. albo nie reaguje, albo odpisuje jakimś tekstem typu „hahahahhahaa XD” albo wysyła im emotikonkę „;-*”, raczej w podziękowaniu niż zachęcie do rozmowy, no ale myślę, że w ich mniemaniu czują się dumne, bo „odpowiedział”. Tak naprawdę to wiem, że jest jeszcze bardzo młody i w tym człowieku tak bardzo się to wszystko kotłuje… Nikt z nim nie rozmawia, nikt nie mówi co w miarę dobre, co złe, nikt nie pokazuje jakiejkolwiek drogi… Jako nastolatek jest zostawiony sam sobie, począwszy od zrobienia zakupów i ugotowania obiadu do jakichkolwiek relacji z innymi ludźmi. I tak właśnie się zastanawiam, bo skoro wszystkie tak bardzo go kochają, to dlaczego ich nie ma wtedy, kiedy płacze po nocach? Wtedy, kiedy pisał mi, że nie ma już nikogo i gdyby nie ja to to nie, co by zrobił…? Te zdjęcia też są „dla lansu”przed znajomymi, tak myślę. Dla pokazania, jaki to jest silny, jaki macho, czarna skóra i zegarek.  Bo ja go takiego nie pamiętam, choć nie powiem, w tej odsłonie też ładny. Jednak dla mnie nigdy nie był „seksiakiem w skórze”, takim twardym, wyluzowanym, a tym  „moim M.”, który potrafił mi pisać o księżniczkach, aniołkach” itp. I nadal nie jest, bo jak spojrzałam na te teksty, zabiegania, chęć zwrócenia uwagi to przypomniało mi się, jak na niego wpadłam, zupełnie niechcący, a biorąc pod uwagę ten drobny szczególik o którym chyba tu nie pisałam, że był w połowie nagi, musiało to wygląda przekomicznie, a ja ma twarzy miałam cały pot z jego klaty, bo podczas meczu było bardzo gorąco… Pewnie te  niektóre laski dałyby niejedno, żeby tak móc na niego „wpaść”. Ha ha ha! A dla mnie to po prostu było potknięcie i nadal jest, no, a że się skończyło jak się skończyło, no cóż… My i nasze pomysły! Zawsze, jak się zobaczymy, to musimy „poszaleć”, choć minimum… Dobrze, ze mnie złapał, bo bym się uderzyła mocno w płuca… Tak sobie myślę, że ja się z niego niekiedy tak śmieję, w żartach oczywiście, ale jednak… Z ich „bossa wspaniałego”, jak to określiły, jak ja mogę! Ha ha!

Nie powiem, trochę mnie te komentarze zezłościły, nawet nie z tego względu, że jestem o niego zazdrosna (no, może troszeczkę:-P) ale z tego względu, że przez takie zachowanie „rozwalają” fajnego, mądrego przede wszystkim młodego chłopaka! Schizofreniczne fanki! A ja nawet nie mam możliwości jakoś z nim porozmawiać, co on o tym myśli… Co prawda kiedyś, kiedyś gadaliśmy o tym, powiedział, że te dziewczyny są dziwne, że próbował z jakąś nawiązać kontakt, może poderwać, ale nie mają o czym rozmawiać… A ja, jak chciałam mu powiedzieć, że przystojny z niego chłopak, to mu to powiedziałam wprost, nie przez Facebooka…  Czy tak jest do tej pory? Nie wiem. M. się zmienia, jak pisałam wcześniej, jego poglądy chyba też… A ja nie chcę, żeby jakieś dziewczyny, które za wszelką cenę chcą mieć chłopaka, bo to „no on top” nie mieć chłopaka, zepsuły mi osobę, z którą mogę o wszystkim porozmawiać… Niektórzy mówią, że trzeba „przetestować”, ale czego wymagać od dziecka zostawionego samego sobie w trudnym świecie dorosłych, którzy jak to określił „niszczą jego świat i nadzieję, w sens”?

Czasami mam ochotę założyć konto i napisać komentarz:

Po pierwsze- To nie jest żaden” seksiak wasz” tylko mój przyjaciel!

Po drugie- On naprawdę potrafi rozmawiać i pisać po polsku więcej niż jedno zdanie proste, więc nie musicie się tak wysilać, jak będzie chciał, to sam napisze…

Po trzecie- Ma przyjaciółkę, która też ma skórzaną, czarną kurtkę, glany, czarne bransoletki (pieszczoszki) i dużego czarnego psa oraz słucha industrial metalu. Bójcie się!  XD

Może tez trochę przeze mnie się tak ubiera? Hm…?

Z tym ostatnim to już pojechałam! 😛 Ale z całego zestawu nie mam tylko czarnego psa, reszta wszystko prawda, a psa się go skądś skołuję 🙂

Kochana rodzinka!

Miałam opublikować ten wpis przed wczoraj, ale kolejne wizyty u lekarza zmieniły mi plany, tak wiec dodaję dziś.

Ciężki dzień za mną. Mój wierzchowiec się podbił (jest to uderzenie w kopyto, po którym wewnątrz puszki kopytowej zaczyna gromadzić się ropa.)  W nocy nie mogłam usnąć, myśląc tylko o tym czy będę w stanie pomóc mojemu zwierzakowi, gdy zajdzie taka potrzeba i stan okaże się poważniejszy… Na szczęście proste badania weterynaryjne zrobić umiem, a sprawa, jak na razie wydaje mi się być nie groźna. Jednak nie umniejsza to okładów, schładzania kopyt i wyprowadzania zwierzątka na miękkie podłoże… Żal mi go, gdy coś go boli.  Kiedyś, w bardzo młodym wieku chciałam iść na weterynarię. I nawet z moją cierpliwością oraz chęcią nauki obcowania ze zwierzętami bym się do tego nadawała. Gorzej z psychiką. Wzrusza mnie widok cierpiących zwierząt i bardzo wkurza, gdy nie mogę bądź nie potrafię im pomóc…

Stwierdziliśmy z Nietoperzem, że się spotkamy, w końcu zaczyna się lato. Muszę przyznać, że jakoś tak samo wyszło. Ani on nie naciskał, ani ja zbytnio nie chciałam, bo nie lubię relacji tworzonych na siłę i ciągnięcia rozmów, gdy nie czuje zrozumienia oraz chęci z tej drugiej strony. Ale po jakiejś dłuższej przerwie, którą już z resztą się nie przejmuję, odezwał się, z lekka będąc w stanie „bujania w obłokach” i napisał, że chce się spotkać i ma wielką nadzieję, że ja również będę chciała, że to kiedyś nastąpi itp. Eh… Co ta „magiczna” substancja robi z ludźmi… Nie powinnam, wiem, ale cóż, myślę sobie, że trochę wyluzowania mi się przyda, a on jest takim pozytywnym wariatem, że może przynajmniej Three generation family on country walksię pośmieje… Stwierdziłam jednak, że nie zaproszę go do domu… Moja rodzina jest zabawna. Najpierw przez tyle lat udowadniali mi, że nie mogę nikogo mieć, bo nauka jest najważniejszym elementem życia, a teraz, na gwałt szukają mi faceta! I to wśród wszystkich, jacy przewiną się przez moje rancho. A wiadomo, jak to w takim miejscu. Więc co kilka dni mam propozycję: był już syn mężczyzny, który wozi węgiel, facet, który rozwozi drzewo, czy ten, który ma tartak… Bo, jak to stwierdził Dziadek, chłopak powinien umieć rąbać drzewo! Eh… szykują się ciężkie czasy i ciągłe odmowy. To są kochani ludzie i mają dobre serca, tylko kompletnie nie rozumieją pewnych rzeczy i nie potrafią przestawić swojego myślenia… Ale, gdy powiedziałam, że sama sobie znajdę, jak będę chciała, to odpuścili, na jakiś czas…

Z tego też powodu nie chciałam, żeby Indianer się znalazł w moim domu, ale jakoś się nie złożyło. M. natomiast cierpliwie znosił te wszystkie pytania , delikatnie nawet uśmiechając się w moją stronę, ciesząc się nawet z tego, że traktują go jak mojego potencjalnego chłopaka, którym na tamten czas chciał być… Natomiast już widzę całą sytuację w przypadku Nietopka, który jest starszy od M. i miałby przyjechać z daleka. Babcia, która z dobrego serca robi mu kawę, czy herbatę , reszta rodzinki, która się schodzi, siada naprzeciw niego i… zaczyna rozmowę…

– Skąd jesteś?
– Jak się poznaliście?
– Gdzie się uczysz i gdzie pracujesz?
– Czym zajmuje się Twoja Mama i Tata?
-itp….

Potem jeszcze przychodzi Mama i pyta, gdzie chce studiować, czy chce się doktoryzować  i podobne pytania dotyczące wykształcenia. Na końcu stwierdzając, że i tak jest do niczego, jak z resztą każdy, którego poznała, bo o niektórych postaciach, które przemknęły przez moje życie nie słyszała z tego właśnie powodu, że i tak, znałam już odpowiedź…

No i sobie wyśmienicie porozmawiamy! Nie ma co! 🙂 Później jeszcze Dziadek zacznie opowiadać, jak to było wspaniale, kiedy był w wojsku i gotowe! Opowiada to wszystkim napotkanym przez siebie ludziom… Wyborne spotkanie rodzinne! A Nietoperz wychowany sam, może nie być w nim tyle pokory… Co prawda ma szacunek do starszych, ale gdyby jakoś ostrzej zareagował, trochę bym go nawet zrozumiała, bo ile można słuchać o duchach, które straszą na cmentarzu i wojsku, jeśli się przyjechało tyle kilometrów? Poza tym nie mogę go zaprosić do domu, bo przecież wici się rozejdą, wiadomość dotrze do mojego ojczyma, a potem do M. A nie mogę mu tego zrobić, żeby był smutny. To jedyna osoba, która pomogła mi pozbierać się po debilu, który się na mnie mścił za to, że chciałam mu pomóc. M. wytrzymał,wspierał mnie, nie oceniał, choć nawet bliskie osoby potrafiły mi w ten czas powiedzieć, że jestem idiotką… ale kolejnego nie wiem, czy by wytrzymał, choć ten debilem nie jest. Byłby na pewno smutny i choć nie wiem, czy ma jeszcze nadzieję na pewno, to może ją mieć. To jeszcze bardzo młody chłopak i świat odbiera inaczej, więc może jakieś marzenia mieć związane ze mną, a przecież mi tego nie powie tak wprost, bo to jednak trudne, ja jestem dorosła… I choć nie chce się ograniczać, to nie zrobię mu przykrości…

Ideały z dzieciństwa

Ostatnio dni ma moim ranchu płyną wolno, w rytmie życia tych małych, wiejskich zakamarków. A to jakiś sąsiad wpadnie na kawę, a to pies zaszczeka, a to się konie wypuszcza na pastwiska… Lubię ten spokój. W końcu tyle czasu spędziłam „w ruchu”, w ciągłym cyklu wychodzenia z domu wcześnie rano i wracania do niego późnym popołudniem… Co prawda, cisza jest tu często przerywana lekkimi potyczkami domowników, ale mimo to, miejsce to ma swój urok. Wszechobecna zieleń, rozlany na całą długość błękit nieba i kłębiaste chmury oraz my i zwierzęta.Ja zaś potrafię spędzać godziny na słuchaniu rocka i bluesa i wpatrywaniu się w tę zieloną przestrzeń… Piękno tego miejsca daje ukojenie wielu zmysłom, emocjom i myślą niepoukładanym, kiedy wieczorami można przysiąść na schodach z kubkiem herbaty i pomyśleć „Żyję.” Przypomina mi się teraz scena z wielu filmów amerykańskich, kiedy piękna Lady siada na werandzie jednej z farm, popijając kawę. Tak też niekiedy się czuję przebywając tutaj w gorące lato. Takie miejsce, które wciąż w moich myślach porównuję do amerykańskiego rancha, które od zawsze mnie fascynowało. A co śmieszniejsze, że pozostaję w kontakcie z człowiekiem z Ameryki wiem miej więcej, jak takie rancha wyglądają. Może kiedyś przerobię to miejsce tak, żeby jeszcze bardziej przypominało moją wizję z myśli?

Choć to może wydać się dziwne, wierzę w marzenia. Co prawda swoje i niedotyczące innych osób, ale zależne tylko ode mnie. A i tak twierdzę, że „Gdy człowiek przestaje marzyć, umiera…” Takie i inne sentencje z mojego ulubionego, choć przerażającego momentami filmu zapadły mi w pamięć. Co ciekawsze, być może uznacie mnie za wariatkę, ale staram się nimi wciąż żyć, choć czasy wyznawania „wartości bluesa” mam już za sobą… To jednak takie fajne, choć trudniejsze teraz, kiedy nie ma tej drugiej, podobnej strony.  Jednak większość tego „naszego świata” we mnie pozostała, tak, jak to kształtuje się coś w młodym człowieku i choć większość ludzi żyjących dookoła mnie tego nie rozumie, nie uznaje i nie zna, to jednak nie potrafię tego czegoś z siebie wylenić. Jednocześnie patrząc na niektórych bliskich nie wiem, dlaczego nie mają w życiu jakiejś „własnej filozofii”? Wiem, że czerpie się z tego, co już było podane, bo dużo tego… ale jednak do każdej dokłada się coś swojego, nawet przez swoje własne uwarunkowania psychiczne.

Pamiętam, jak chodziliśmy z Indianerem po podwórku, czy po szkole i śpiewaliśmy na cały głos. Pamiętam tańce, pamiętam śmiganie na desce… Dużo pamiętam. Fajnie wtedy było… A przy tym wszystkim granie kawałków Dżemu, rozmowy, obserwacje, listy, długie włosy, Photo of Kurt COBAIN and NIRVANAsiedzenie na dachu i ta dziwna przyjaźń na dobre i na złe… Zakorzeniło się to we mnie gdzieś mocno i chyba już nie odpuści. Taka moja mała filozofia 🙂 Wtedy pamiętam dużo było we mnie takiej młodocianej spontaniczności, wariactwa i chęci zabawy. Bo też tylko z Nim umiałam się tak dobrze bawić. Teraz wyrosłam na odpowiedzialnego człowieka… Jak niekiedy słucham tych przebojów, które do mojego życia wkroczyły w tamtych latach, to uśmiecham się do moich myśli… Wrzask, przekleństwa i bunt wobec świata. Ale to chyba część młodości każdego z nas… Teraz niby mniej tego we mnie, ale gdzieś tam ciągle to czuję, tak samo, jak czuję bluesa… z taką samą siłą, jaką odczuwałam wtedy.

-Tacy ludzie nigdy nie dorastają.- Usłyszałam kiedyś w jednej z miejskich kawiarenek, w której co dzień zbierają się tłumy studentów i uczniów po pójściu na wagary. Myślę, że to może być prawda. Jest we mnie coś nieobliczalnego, jakieś myśli, które prowadzą do totalnego szaleństwa, teraz nie tylko już w wymiarze młodzieńczych zafascynowań. Z 6991983drugiej strony Ideał Mojej Matki, która zawsze była taka poukładana, mająca zasady, wymogi, wydawałoby się sztywne, i ja wychowana w wierze w to, że Matka zawsze musi być autorytetem. I była, choć popełniła w swoim życiu bardzo dużo błędów. Jednak jej zasady życia, jakie wyznawała, kiedy była trzeźwa i rozsądna tak mocno wbiły mi się do głowy, że teraz wręcz nie potrafię znaleźć w sobie tej spontaniczności. „Kobieta musi być rozważna, poważna i dystyngowana”. Z drugiej strony, gdy jest ze swoim mężem śmieje się w niebogłosy, żartuje i się wygłupia. Wiem, że każdy potrzebuję odrobiny luzu, rozluźnienia, nawet ona… Wydawałoby się to nienormalne, dlaczego jej dziecko wierzy w tamtą postawę, skoro nawet ona jej nie prezentuje zawsze i bez ustanku… A jednak.

Doszłam więc ostatnio do wniosku, że muszę się tego pozbyć. Ciągłego równania do ideału i wymogów Mojej Mamy. Przecież muszę być w życiu sobą, a nie wierną kopią Matki. Wiem, że gdy z tego zrezygnuję będzie niezadowolona, wiem, że na pewno usłyszę kilka przykrych słów. A mnie po głowie będzie chodziła myśl, że zostałam odrzucona przez jakiś swój, chyba nawet wyimaginowany autorytet z dzieciństwa, ale trudno. Nie da się inaczej, bo czuję wciąż, że zatracam siebie… Obrałam sobie dziwne autorytety w sposobie życia i wartościach- Moją poważną, mądrą, inteligentną i opanowaną Mamę, i szalonych, dziwaków, często związanych ze światem muzyki. Tego się nie da pogodzić. A kim ja chcę być? Nie chcę się ograniczać! 🙂

Dziwne teorie, Instagram i niecodzienna propozycja

Wstałam. Muszę przyznać, że spokojniejsza. Wczorajszy wpis na blogu pomógł coś poukładać, zadziwiające, ale prawdziwe. Dziś spałam do dziewiątej. Dziwi mnie to, bo zazwyczaj już o siódmej coś mnie budzi, coś wewnątrz mnie, co nakazuje poderwać się z łóżka. Przecież nie mogę przegapić kolejnego dnia. Kolejnego dnia smutku i gnębiących myśli? Dzisiaj jednak jest inaczej… Nie denerwuje mnie nawet hałas domowników, ich głośne rozmowy, czasami popierane absurdalnymi argumentami, których to argumentów nie trawię. Może to stan chwilowy, nie mniej jednak cieszę się nim.

Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli nie pozbieram się sama, chyba nikt nie będzie w stanie mi pomóc. Chodzenie na terapię też już powoli wydaje mi się być absurdalne. Słyszę tam teorię zupełne niezgodne z moimi odczuciami, a przecież do własnych odczuć mam pełne prawo, nawet, jeśli są one irracjonalne. Kiedyś podczas naszej korespondencji z Nietoperzem przeczytałam bardzo mądre zdanie, a mianowicie „Nie bój się tego, co czujesz.” I pomyśleć, że powiedział mi to z pozoru dość prosty chłopak…Z pozoru, bo myślę, że wewnątrz też jest nieźle emocjonalnie „pozytywnie pokręcony”. A zdanie to stało się moim takim małym mottem do przeżywania i odczuwania oraz sposobu zrozumienia tego, co czuję. Wracając do terapii, słucham tam o korzyściach ze zrobienia herbaty i tego, że ktoś może spokojnie poleżeć. No i powiedzieli mi, że mam w sobie depresyjność. Ależ tu na prawdę nie chodzi o herbatę!! To, że nie dostrzegam pewnych pozytywnych skutków w codzienności jest raczej związane z tym, co się działo we mnie i dzieje nadal i myślę, że trzeba by najpierw to uporządkować, a potem dopiero skupić się na tym, czy naturalna radość sama wróci, czy też nie i trzeba będzie poszukać innego rozwiązania. Czuję, że terapeuta mnie jednak nie rozumie i mogę sobie opowiadać, analizować…

Mała założyła Instagrama. Serwis jak serwis, tyle, że wypisuje tam z koleżankami różne rzeczy, w tym wulgarne. Chce abym sobie też założyła, a ja nawet nie wiem, co miałabym tumblr_o28s6lK4bj1r1thfzo1_1280tam dodawać i jak to działa. Wiem tyle, że to taka strona ze zdjęciami robionymi przez telefon, „z ręki”. A ja takich zdjęć raczej nie posiadam, owszem, mam chyba z milion zdjęć, ale bardziej profesjonalnych, nie robię selfii, zdjęć jedzenia czy innych takich. Nie wiem, czy takie lepsze zdjęcia też tam dodawać można i jaki to miałoby mieć odzew, skoro nie mam tam żadnych znajomych. Dodatkowo jest jeszcze jedna sprawa, która mnie paraliżuje… Insta ma Indianer! A ja nie chciałabym tego widzieć, oglądać… Odizolowałam się od tego, tak jest lepiej… Nie będę się rozwalać! Z drugiej jednak strony, przecież nie mogę pozwolić, żeby zniszczył mnie. Nie mogę się bać… Ma ktoś z Was może? Jeśli tak proszę o poradę. Pomyślałam sobie, że można by tam dodawać swoje złote myśli pod zdjęciami, jakieś społeczne obserwacje…Jest sens? . Bo w sumie gdybym to miała mogłabym widzieć co ona tam pisze, ewentualnie trochę ją hamować… Gdyż to dziecko praktycznie wychowuje się samo i choć nie moja w tym rola, żeby jej tłumaczyć, to może lepiej byłoby mi się z nią porozumieć w późniejszym czasie, gdyby przynajmniej podstawowe granice rozróżniała, a i tak koło mnie będzie całe życie gdzieś tam w przestrzeni.

Na razie zostałam sama, Nietoperz gdzieś wyjechał, na imprezy do kumpla. Pewnie znowu będą pić, może 10 butelek, może więcej… Zastanawia mnie czasami ile ci ludzie potrafią w siebie wlać? I dlaczego? Dlaczego rozumie on wszystko dookoła, ma swoje spojrzenie, a tego zrozumieć nie potrafi? To gówno. Wszystko jest przecież dla ludzi, ale nie w takich ilościach, tak myślę… Jednak i tak czuję, że jestem wobec tego bezsilna i nawet nie mam zamiaru znowu tłumaczyć, prosić… Przecież to jego życie, jego wybory, jego zdrowie… Tylko to dla mnie zadziwiające, że tego jednego „zła” nie potrafi zrozumieć… No cóż, całego świata nie uratuję.

Rano dziadek zaskoczył mnie swoją propozycją. Mianowicie chciał mnie zapoznać, z jakimś synem od faceta, który przywozi węgiel. Super! Lepszej propozycji dawno nie słyszałam! Na prawdę! Jeszcze tego mi potrzeba! Jak to stwierdził, to raczej rodzice zapoznają, więc jak jest okazja to czemu nie… Sama nie wiedziałam, jak mam mu to wytłumaczyć. Powiedziałam więc, że „oferta” mnie nie interesuje, bo to dawniej tak było, że rodzice zapoznawali, a ja muszę poznać, jakim ktoś jest człowiekiem, a nie dowiedzieć się tego, czy rąbie drzewo, czy nie… Właściwie, to przyznam, że propozycja by mnie nawet interesowała, w końcu dość mam już tej samotni bez ludzi z zewnątrz, ale nie w taki sposób…. Na pewno nie w taki…